„Sycamore Row” John Grisham

Bombla_SycamoreRow

 

„Everything is about race in Mississippi, Jake. Don’t ever forget that.”

Gdy umiera ktoś bliski, ktoś kochany i szanowany, rzadko kiedy wśród żałobników jako pierwsza pojawia się myśl o jego ostatniej woli, spadku, który pozostawił po sobie członkom rodziny, czy przyjaciołom. Trochę inaczej ma się ta kwestia w przypadku osób zamożnych, takich, których majątek liczony jest co najmniej w setkach tysięcy, bardziej w milionach. Kiedy kwestia spadku to nie tylko smutny obowiązek, ale dreszcz wyczekiwania i wstydliwych (przynajmniej dla poniektórych) emocji. W takich chwilach, po lub jeszcze przed pogrzebem, nagle wychodzi na jaw kogo nieboszczyk kochał najbardziej, kogo lubił i chciał szczodrze nagrodzić, a kogo nie znosił.  Tym ostatnim brak nazwiska w rozporządzeniu przyniesie upokorzenie i najprawdopodobniej wzbudzi cały zestaw negatywnych uczuć. Jednak testamenty ludzi bogatych potrafią także zmieniać życie innych na lepsze. Kto miał dobre serce, był szczodry i potrafił dostrzegać cierpienie bliźnich, ten potrafi zapisać mnóstwo pieniędzy fundacjom charytatywnym i podobnym organizacjom lub oddać wiele na rzecz kogoś, kto tego majątku potrzebował. Niewielu jest takich ludzi, chociaż istnieją, istnieli i sprawili, że ktoś nawet przez moment poczuł się po prostu szczęśliwy.

Opowieść o wielkim spadku i jego niechcianych konsekwencjach snuje John Grisham w jednej ze swoich najnowszych powieści zatytułowanej „Sycamore Row” i zarazem luźnej kontynuacji debiutanckiego „Czasu Zabijania”. Znów wracamy do hrabstwa Ford, fikcyjnego miasteczka Clanton w stanie Mississippi, w którym w trzy lata po legendarnym procesie Carla Lee Hailey w sumie niewiele się zmieniło. Życie toczy się swoim torem, dla jednych lepiej, dla innych trochę gorzej. Jake Brigance, obrońca Carla Lee, który w procesie życia stracił dom, ale liczył chociaż na jako taką sławę, nie zyskał zbyt wiele. Pracuje, trzyma się i rodzinnie wspiera z żoną Carlą, jednak nie jest to właśnie to, czego oczekiwał po wydarzeniach sprzed lat. Miało być tak pięknie, po prostu lepiej, a jest jak jest. Przynajmniej są cali i zdrowi i nawet Ku Klux Klan odpuścił po czasie. I nic by się nie zmieniło, gdyby nie list, który pewnego dnia trafia do rąk Jake’a. To niezwykły list. Skrupulatnie zaplanowany, wysłany na ostatnią chwilę, tuż przed śmiercią – testament wisielca.

Tym wisielcem jest Seth Hubbard. Za życia był on jednym z najbogatszych, o ile nie najbogatszym człowiekiem w hrabstwie. Wielomilionowy majątek zdobył tworząc swoje małe imperium, zupełnie od zera, zaczynając dosłownie z niczym, no może kilkoma akrami ziemi. Dorobił się wielkich pieniędzy, ale niekoniecznie rodzinnego szczęścia. W ostatnich latach mieszkał już zupełnie sam, opuszczony przez trzy poprzednie żony i chciwe dzieci, których nienawidził. Umierał na raka, a opiekowała się nim jego gosposia, czarnoskóra Lettie Lang. Gdy wiedział, że śmierć w męczarniach jest naprawdę blisko, a nie chciał tak umierać zamroczony lekami, spisał po raz kolejny swój testament. Tym razem odręcznie, bez świadków i wysłał go do Jake’a, tak, by dotarł w dwa dni po jego śmierci.

Seth Hubbard powiesił się pewnego ranka na jednym z jaworów rosnących przy tytułowej Sycamore Row (Alei Jaworów). Jego ostatnia wola wstrząsnęła okolicą, bo 90% majątku, bez słowa wyjaśnienia zostawił… Lettie. Pominął całą rodzinę, poza zaginionym od dekad bratem, dokładnie zaznaczając w dokumencie, że nic im się nie należy. Wyśmiał ich chciwość i zaznaczył, by testament odczytać dopiero po wszystkich uroczystościach związanych z pogrzebem, by prawdziwa natura i intencje jego fałszywej rodziny wyszły na jaw. Nie był to jednak jego jedyny testament, więc na swojego pośmiertnego obrońcę wyznaczył właśnie Jake’a Brigance’a. Wkrótce rozpoczyna się kolejny głośny proces, którego główną osią raz jeszcze stają się konflikty rasowe i rodzinne sekrety z przeszłości, o których wszyscy chcieli zapomnieć.

Tym razem Grisham nie skupił się na trudnych moralnych wyborach, ale w zamian poruszył temat ludzkiej pazerności, która potrafi połączyć ludzi bez względu na pozycję społeczną, wiek, płeć, czy rasę. Wielkie pieniądze to zawsze dziesiątki rąk, które koniecznie chcą się do nich dorwać, zagarnąć jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem. W kolejce po miliony stają dzieci Hubbarda wraz z  armią prawników, a po drugiej stronie zagubiona Lettie, która w tej opowieści wydaje się być jedyną osobą, której na tych pieniądzach nie zależy i która dostrzega w tym hojnym geście więcej problemów niż przyszłego szczęścia. Ona wie, że stając się najbogatszą kobietą w takim hrabstwie jak Ford, do tego czarnoskórą, może oznaczać falę miejscowej nienawiści do końca życia. Bez względu na jej prawdziwe pobudki, bez względu na intencje darczyńcy. Bo przecież nikt nie wie dlaczego Lettie przypadło w udziale wszystko i dopiero przypadkowe wydarzenia i śledztwo odkryje zupełnie inną stronę całego procesu. I od tego momentu jedynie od ławy przysięgłych będzie zależało, jak zakończy się cała sprawa.

John Grisham nie byłby sobą, gdyby w „Sycamore Row” nie poruszył także odwiecznego konfliktu rasowego amerykańskiego Południa. Znowu mamy poczucie, że w Clanton nic się nie zmieniło i wcale zmienić nie zamierza, a takie sprawy jak Carla Lee, czy Lettie są jedynie kroplą w morzu tysięcy podobnych. Miało być lepiej, a lepiej wcale nie jest. Pomimo, że proces wcale nie toczy się w imieniu czy przeciw Lettie – chodzi tutaj o dowód na prawdziwość i pełnoprawność ostatniego testamentu Hubbarda – na każdym kroku Jake musi przypominać o co tak naprawdę rozgrywa się cała sprawa, nie tylko osobom trzecim, ale nawet prokuratorowi i sędziemu. Tak jakby wszyscy zapomnieli na czyje zlecenie się tam spotykają, bo w zupełnie naturalny sposób wychodzi z tego kolejny proces biali vs. czarni i nie ma od tego odwrotu, jak to w Mississippi.

W porównaniu z „Czasem zabijania”, „Sycamore Row” brakuje tego „czegoś”. Brakuje napięcia i wyczekiwania na rozwiązanie sprawy. Brakuje wątków pobocznych, które dodałyby tej opowieści tak potrzebnej pikanterii. I nie zrozumcie mnie źle – to doskonały thriller sądowniczy, ale… nic poza tym. Rozwiązanie tajemnicy Alei Jaworów nie zaskakuje. Przeraża, ale było łatwe do przewidzenia i kto potrafi wiązać poszczególne wątki nie będzie już wstrzymywał oddechu na zakończenie. Bo to znowu przecież Mississippi. Jeden z najbardziej rasistowskich stanów w USA. Miejsce z przeszłością, tragiczną i wciąż wstydliwą dla wielu Amerykanów, w której zawarły się lata prześladowań, linczów i rasowych potyczek. Zapisała się historia okrutnych wspomnień, o których strach rozmyślać. We krwi mieszkańców płyną uprzedzenia, których pokonanie zajmie jeszcze doświadczenia wielu pokoleń.  I żadne pieniądze tego nie naprawią.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving

Bombla_BezsenneSleepyHollow

 

„Certain it is, the place still continues under the sway of some witching power, that holds a spell over the minds of the good people, causing them to walk in a continual reverie. They are given to all kinds of marvelous beliefs, are subject to trances and visions, and frequently see strange sights, and hear music and voices in the air. The whole neighborhood abounds with local tales, haunted spots, and twilight superstitions…”

Niejednokrotnie już pisałam Wam o miejscach, które mają dusze. O miejscach, które niczym żywe istoty potrafią być dobre lub złe. O miejscach, które na swoją siedzibę wybrało coś nienazwanego, często pierwotnego, z innego wymiaru czy eonów czasu. I powiedzmy sobie szczerze, że takie lokacje lepiej omijać i raczej nie planować w nich dłuższych pobytów, a już na pewno nie planować nocnych eskapad w ich okolice. Istnieją jednak takie miejsca, które przyciągają do siebie swoją legendą. Z opisu i z opowieści jakie o nich krążą wcale nie wydają się być strasznymi. Ale coś w nich jest takiego, że nie można się im oprzeć. To miejsca na wpół magiczne, całkiem naturalnie oddalone od zwykłego, szarego świata, odizolowane w swojej wyjątkowości. Kuszą tajemne moce, a w ich granicach potrafią ożywać baśnie i okoliczne podania. Nawet mieszkańcy dziwią się tym tajemnicom, które skrywają ich ziemie, ale cóż, przyzwyczajają się do nich po prostu. A czasami nawet wykorzystują krążące legendy dla żartów, czy dla zabawy. Takim właśnie uroczym, ukrytym przed światem zakątkiem jest Sleepy Hollow, opisane przez Washingtona Irvinga w opowieści „The Legend of Sleepy Hollow” („Legenda o Sennej Kotlinie”).

Sleepy Hollow, czyli Senna Kotlina, ukryta jest przed wzrokiem podróżnych pośród zieleniejących wzgórz, pędzących wartko strumyków i przeróżnych zakątków, gdzie różne intrygujące rzeczy potrafią się wydarzyć. Wśród jej sympatycznych, niezwykle spokojnych, a czasami wręcz zaczarowanych (chociaż nikt nie wie, jaki czar rzuciło na nich to miejsce) mieszkańców od pokoleń krąży pewna legenda. Nie jest to jedyna taka opowieść, oj nie, ale akurat ta jest wyjątkowa, bo podobno prawdziwa. Legenda o Jeźdźcu Bez Głowy, który spowity w czerń na swoim mrocznym rumaku przemierza okolice w poszukiwaniu swojej utraconej głowy. W tą i w inne nadprzyrodzone historie z humorem opowiadane przy kominkach Sleepy Hollow, nie wierzy miejscowy nauczyciel Ichabod Crane, który całkiem niedawno przybył do miasteczka i wciąż nie potrafi się nadziwić przesądom w jakie wierzą miejscowi. Ale wiara młodzieńca już wkrótce zostanie wystawiona na próbę i przydarzy się coś, co na zawsze już zmieni jego dzieje.

„The Legend of Sleepy Hollow” to jedna z najbardziej klasycznych opowieści grozy, chociaż groza w niej nie jest aż tak wyeksponowana. Chodzi bardziej o tajemnicę, o zagadkę i budowanie poczucia dziwności w czytelniku. Senna Kotlina to uroczysko samo w sobie. Dziwne wypadki to codzienność. A jednak jest tam coś, od czego nie można się oderwać. Ma potencjał doskonałego miejsca do zamieszkania – piękna okolica, niezwykła przyroda, bogata, urodzajna gleba wokół, która daje poczucie spełnienia. Zadowolenia. Spokoju. Stamtąd nie chce się wcale wyjeżdżać, bo kiedy już raz pozna się jego sekrety, to po co zdradzać je reszcie świata? No chyba, że macie wybór. Chyba że akurat stoicie na rozstajach i podziwiacie widoki, a tabliczka z tą zaklętą nazwą dziwnie kusi i przyciąga wzrok. Strudzony podróżnik zastanawia się i patrzy. Ale tylko jako ostrzeżenie napiszę Wam, że może jednak lepiej nie skręcać w stronę Sennej Kotliny, gdy zapada zmierzch i słychać już tętent kopyt pośród mgieł.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo wiem, że czarny jeździec już pędzi we mgle.

O.

*Kto zaintrygowany i wciągnięty znajdzie Jeźdźca Bez Głowy i „Legendę o Sennej Kotlinie” w oryginale, całkiem za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Echa pamięci” Katherine Webb

Bombla_EchaPamięci

Edie Sedgewick, Camille Claudel, Misia Godebska, Marie-Therese Walter, Victorine Meurent i wiele, wiele innych. Co łączy te wymienione jednym tchem kobiety? Każda z nich, na jakimś etapie swojego życia, a czasami nawet przez całe lata, była muzą. Muzą znanego malarza, artysty. Czasami jednego, przez dłuższy okres czasu, a niekiedy wielu naraz, inspirując kolejnych wielkich swojej epoki. Niektóre z nich łączyły z malarzami płomienne romanse, krótkie związki, ulotne chwile i miłostki. Inne stawały się kobietami ich życia, bez których wena nie przychodziła już nigdy. Utrwalone na płótnach, na zdjęciach i papierze, stawały się ikonami w swoim środowisku. Ich twarze, jeśli nawet imiona nieznane, rozpoznawalne stawały się już z daleka, a ich historie inspirowały kolejne pokolenia. Często jednak życie muzy nie było usłane różami. Występowały jako „ta druga”, zastępstwo dla żony lub innej stałej kochanki. Bywały potrzebne tylko w danym okresie czasu. Rzadko którakolwiek zostawała na dłużej. Każda z nich jednak fascynująca, przyciągająca spojrzenia, tragiczna w swojej ulotności.

O muzie wielkiego artysty, skrzywdzonej i niewinnej w swojej naiwności, opowiada w niezwykłej powieści zatytułowanej „Echa pamięci” („A Half Forgotten Song”) Katherine Webb – autorka debiutanckiej, bestsellerowej powieści „Dziedzictwo”, która uznana została za „najlepszą powieść lata” w 2010 roku. I nie inaczej może zdarzyć się z jej najnowszą, wydaną w Polsce książką, bowiem „Echa pamięci” dosłownie przenoszą na angielskie klify, do nadmorskiej miejscowości Blacknowle, gdzie dolatuje świeży zapach bryzy, wilgotnych skał i wodorostów, a czytelnik towarzyszyć będzie bohaterom w podróży w przeszłość. Jest tu magia dawnych lat, ukryte wspomnienia, które czekają tylko, by ktoś je odnalazł, żeby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przywołać je na nowo. A że jest to wspomnienie rozgrzanych wakacyjnych miesięcy, lat trzydziestych XX wieku, to zdaje się być kolejną doskonałą książką na rozpoczynające się powoli lato.

Życie Zacha Gilchrista powoli rozpada się. Rozwód, wyjazd ukochanej córeczki za ocean i chyląca się ku upadkowi jego galeria sztuki. Tak jak nie idzie Zachowi interes, tak również rozmywa się jego pasja do sztuki. Miał pisać biografię jednego z okolicznych malarzy, Charlesa Aubreya, który spędzał nad morzem letnie miesiące, tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej, a którego twórczość wciąż nosi znamiona nieodgadnionej tajemnicy. Jednak stracił motywację i chęć do działania. Tkwi w martwym punkcie, zawieszony między swoimi pragnieniami a finansowymi zobowiązaniami. Gdy ni stąd ni zowąd na rynku sztuki pojawiają się nowe, nieznane jeszcze dotąd szkice Aubreya, Zach pakuje walizki i podąża za tropem do Blacknowle. Tam, zupełnie przypadkiem poznaje Mitzy Hatcher, zdziwaczałą kobietę u kresu życia, która wbrew jakimkolwiek znanym faktom twierdzi, że była kochanką Charlesa Aubreya, jego jedyną miłością i największą muzą. Wraz z Zachem czytelnik zostaje wciągnięty w wir sekretnych namiętności młodziutkiej dziewczyny, która latem 1937 roku bez pamięci zakochała się w malarzu, a z czasem jej dziewczęca miłość zamieniła się w chorobliwą obsesję i doprowadziła do tragedii.

Katherine Webb bardzo umiejętnie szafuje tajemnicą. Opowieść, którą snuje Mitzy, a która całkiem realnie wpływa na teraźniejszość Zacha i innych postaci wokół niego, przepełniona jest sekretami, niedopowiedzeniami, które sam musi odkryć. Mitzy w tym względzie nie do końca można ufać. Ukrywa fakty za chorobliwymi uczuciami, które z roku na rok przybierały na sile, a na starość jakby zamknęły ją w bańce własnej wyobraźni. Niektóre wyparła dla własnego dobra, a inne ze wstydu i zagubienia. Tylko niektórzy mieszkańcy Blacknowle domyślają się prawdy, jednak żaden z nich nie ma w pełni pojęcia, co wydarzyło się w tamtych latach, gdy do wsi przyjeżdżał Charles Aubrey ze swoją rodziną. Co stało się z jego córkami? Co z piękną Marokanką, która zawsze towarzyszyła mu w podróży? I przede wszystkim kim była i co takiego zrobiła Mitzy Hatcher, że od ponad siedemdziesięciu lat nie opuszcza swojego domku na klifach?

Jedno jest pewne, o czym przekonuje się rychło Zach słuchając opowieści Mitzy – niełatwo było być muzą wielkiego, podziwianego artysty. Niełatwo było przeżywać rozkosze płynące jedynie z jego spojrzenia, czujnej uwagi poświęconej dziewczynie, która zaznała w życiu jedynie samotności i upokorzeń. Niełatwo było być wykorzystywaną jako żywy model przez całe lato, by w chwilę później zostać porzuconą na resztę roku. Z pewnością nie wtedy, gdy artysta był jej pierwszą i jedyną miłością. Jedynym mężczyzną, który kiedykolwiek łaskawie spojrzał na dojrzewającą młodą kobietę, który stanowił namiastkę nieznanego ojca, ten pierwiastek męski, którego tak bardzo brakowało Mitzy przez całe życie, a którego nigdy nie miała poznać. Taka muza, zdradzona i opuszczona w swoich oczach, może zrobić coś nieodwracalnego. Może zrujnować sielankowy świat artysty i jego rodziny. Bo ona przecież nie ma nic do stracenia.

„Echa pamięci” czyta się z zapartym tchem i potrzeba nie lada wysiłku, by wyzwolić się z zaklęcia, jakie na czytelnika rzuca swoją opowieścią Katherine Webb. Autorka stworzyła po prostu piękną, przejmującą historię, która być może, chociaż po części, mogła przydarzyć się komuś, kiedyś, dawno temu. Opowieść o dojrzewaniu, samotności i odrzuceniu, gdy smutek jest tak wielki, rana tak głęboka, że tylko ostateczne środki mogą uratować przed upadkiem w otchłań. Opowieść o dziewczynie, która zobaczyła swoje odbicie w oczach mężczyzny i nie potrafiła zrozumieć, że była jedynie chwilową fascynacją, przejściowym obiektem natchnienia i twórczej weny. Historię o echach wspomnień, które powracają zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, a od których ucieczką jest tylko śmierć.

O.

*Recenzja dla portalu Gildia.pl.

„Pielgrzym” Terry Hayes

Bombla_Pielgrzym

 

„Rozważałem kwestię niespełnionych marzeń, na przykład o spotkaniu zwykłej, atrakcyjnej kobiety w Nowym Jorku – tej, której numeru miałem nigdy nie poznać. Myślałem też o czwartym lipca i dniach spędzonych na plaży, a także o wszystkim, co tak łatwo utracić w ogniu. Ale przede wszystkim o tym, że tajny świat nigdy nie zostawia człowieka w spokoju, zawsze czai się gdzieś w ciemności, gotów znowu zgromadzić swoje dzieci.”

Tajne organizacje, służby specjalne, sekretne oddziały, o których wiedzą jedynie wybrane osoby na całym świecie, najczęściej z prezydentem Stanów Zjednoczonych na czele. Misje, których cel pozostaje na zawsze poufny, znany nielicznym, a przede wszystkim tym, którzy wykonują rozkazy. Światowe zakulisowe dramaty, o których nie może wiedzieć nikt przypadkowy. Sekretne życie służb to temat, który fascynuje widzów i czytelników od zawsze. Lubimy mieć poczucie, że przenikamy do zakazanej części rzeczywistości, niby fikcyjnej, a jednak z odniesieniem w prawdziwym życiu; że uchylamy rąbka największych tajemnic, podglądamy i podsłuchujemy to, co Sid Hudgens, bohater L.A. Confidential, nazwałby „Off the record, on the QT, and very hush-hush”.

A jeśli sekrety i służby, to najlepiej wyszkoleni tajni agenci, żywe legendy, nieprzejednani, twardzi, tacy, którzy potrafią podjąć każdą, nawet najtrudniejszą decyzję, wpływając na losy ludzkości i czasami poświęcając samych siebie. Wśród nich najznamienitsi, bohaterowie tak literaccy, jak filmowi, między innymi Simon Templar kryptonim Święty, Jason Bourne kryptonim Delta One, James Bond kryptonim 007 i od niedawna… Scott Murdoch kryptonim Pielgrzym – bohater debiutanckiej powieści Terry’ego Hayesa „Pielgrzym” (ang. „I am Pilgrim”). Człowiek o wielu twarzach, różnych tożsamościach, nieuchwytny i niezastąpiony, gdy na szali ważą się losy świata.

Terry Hayes z „Pielgrzymem” trafił w dziesiątkę. Stworzył powieść i perfekcyjnego bohatera, którego dosłownie można bez przeróbek przenieść z kart książki na kinowy ekran. I chyba nie mogło być inaczej, skoro Hayes jest wybitnym scenarzystą, twórcą między innymi kultowych już drugiej i trzeciej części Mad Maxa. A to zobowiązuje. I w ten sposób czytelnicy na całym świecie zyskali kolejnego niezwykłego bohatera, którego warto podziwiać, którego zasługi warto poznać, a działania śledzić z zapartym tchem. Zwroty akcji, twisty i zakręty fabularne napędzają opowieść. Wartka i doskonale poprowadzona historia pędzi w szaleńczym tempie, ciągnąc nas za sobą i nie pozwalając się oderwać. A bohater? Cóż, Pielgrzym to ktoś, kogo pragnęłoby się spotkać, porozmawiać i na własne oczy przekonać się, kim jest człowiek, który zupełnie samotnie powstrzymał jeden z najokrutniejszych i najbardziej przemyślnych ataków terrorystycznych w historii.

A jak to wszystko się zaczęło? Morderstwem w podrzędnym nowojorskim hotelu. Ale nie było to zwyczajne morderstwo, do którego z łatwością można by dopasować podejrzanych. Co to, to nie. Zwłoki młodej kobiety znaleziono w wannie pełnej chemikaliów, które doszczętnie wyżarły twarz i skórę na palcach ofiary. Pozbawiły ją znaków szczególnych i jakiejkolwiek możliwości identyfikacji. Na dokładkę, morderca wyrwał jej wszystkie zęby, a każdy, nawet najmniejszy ślad w hotelowym pokoju zatarł silnym środkiem do dezynfekcji. I tylko jeden człowiek obecny na miejscu zbrodni domyśla się, że mordercą była kobieta. Na domiar złego kobieta, która w dokonaniu tego perfekcyjnego zabójstwa posłużyła się książką na temat technik śledczych, w dodatku jego autorstwa. Tą osobą, która wie i przeczuwa ciąg niezliczonych połączeń jest Scott Murdoch.

Scott Murdoch. Występujący także jako: Peter Campbell, Jude Garrett, Brodie Wilson i pod dziesiątkami innych nazwisk, fałszywych tożsamości stworzonych na potrzeby tajnych akcji. Ukrywający się dawniej pod kryptonimem Jeźdźca Niebieskiej, byłego dowódcy tajnego wydziału wewnętrznego amerykańskiego wywiadu. Obecnie, w wieku trzydziestu pięciu lat, będąc na emeryturze pomaga przyjacielowi Benowi Bradleyowi z nowojorskiej policji rozwikłać zagadkę morderstwa. To właśnie on wprowadza czytelnika w historię swojego życia i opowiada dzieje ostatniej tożsamości, jaką musiał przyjąć, czyli Pielgrzyma. Z zapyziałego pokoju hotelowego płynnie przechodzi na ścieżkę wielkiego spisku, mającego na celu zniszczenie Stanów Zjednoczonych i zdestabilizowanie całego świata Zachodu. Z tej ścieżki nie będzie już ucieczki. Prowadzi w ciemności. W mrok religijnego fanatyzmu, w wojnę, którą zapoczątkował upadek dwóch wież i w końcu do człowieka zwanego Saracenem, który prowadzi własny dżihad i nie cofnie się przed niczym, byle tylko dokonać zemsty.

Czytelnik poznaje dzieje Pielgrzyma z perspektywy czasu, gdy ten cofa się do przeszłości i od nowa rozrysowuje wydarzenia z tamtego okresu. Jest metodyczny, niezwykle szczegółowy, nie pomija żadnych faktów, nie ukrywa nic, czego później i tak by nie wyjaśnił. Powieść skonstruowana jest w taki sposób, by czytelnik już od pierwszych stron miał wrażenie, że wnika w umysł głównego bohatera. To sprawia, że kibicuje mu na każdym kroku. Razem z nim ponownie przeżywa chwile zwątpienia, rozpaczy i niepojętego strachu. Bo Pielgrzym jest niepokonany, a jednocześnie niezwykle ludzki w swoich reakcjach. Wzdryga się na myśl o torturach. Nie waha się zabić, jednak pamięta każdego, kto zginął z jego ręki. Bywa zmęczony. Bywa zniechęcony. I jednocześnie potrafi panować nad sobą w taki sposób, że od razu widać jego kunszt i profesjonalizm. I przestaje być istotnym, że Scott Murdoch nawet do końca nie jest Scottem Murdochem. Nie przeszkadza tajemnica jego pierwszej, tej prawdziwej tożsamości. Czytelnik wybacza mu to milczenie, bo wie, jak wiele kosztowało go zdobycie pełnej anonimowości.

Terry Hayes chyba napisał thriller doskonały. „Pielgrzym” broni się z każdej strony i nie można mu niczego zarzucić. Zawiera w sobie nie tylko znamiona bestselleru, kolejnego Bourne’a, Szakala czy Brodiego, ale staje się doskonałą opowieścią samą w sobie. Nie trzeba jej porównywać. Nie trzeba odbijać od innych historii z gatunku. Pielgrzym jest i będzie nawet, jeśli nigdy oficjalnie nie istniał.

O.

*Tekst napisany dla portalu Gildia.pl.

BEZSENNE ŚRODY: „Widmo nad Innsmouth” H.P. Lovecraft

Bombla_BezsenneWidmoNadInnsmouth

 

„Ale czyż halucynacja nie może się zdarzyć pod wpływem hipnotycznego czaru, jaki rzuca to stare, widmowe miasto? Miejsca takie mają dziwne właściwości, a spuścizna obłąkańczej legendy może działać na wyobraźnię nie tylko jednego człowieka, zwłaszcza pośród wymarłych, cuchnących ulic, zbutwiałych dachów i kruszących się wieżyc. Czyż nie jest to możliwe, że źródło obecnego, a tak zaraźliwego szaleństwa czai się w głębiach tego widma, jakie roztacza się nad Innsmouth?”

Kiedy rozmyślam i piszę o H.P. Lovecraft’cie, czy jego twórczości to od razu narzucają mi się określenia „kultowe”, „jedyne w swoim rodzaju”, czy „na wskroś nowoczesne”. Nie umiem się nie zachwycać, bo jego proza, jak i sama postać autora, są tak fascynujące, tak wciągające, że nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać Was do czytania i poznawania opowieści Samotnika z Providence. Oczywiście, w moim bezdennym zachwycie nie pozostaję osamotniona, bo sam Stephen King traktował mitologię Cthulhu i cały wyimaginowany świat wykreowany przez Lovecrafta jako kamień milowy literatury grozy. Jest coś takiego w tej twórczości, że gdy raz zostanie się wciągniętym w jego majaki i senne widziadła, nie potrafi się po prostu o nich zapomnieć. W jakiś zaraźliwy sposób przejmujemy sposób spojrzenia bohaterów i otwiera się przed nami koszmarny, potworny, niewysłowiony  obraz kosmosu.

To co fundamentalnie obce, niewysłowione, Inne i stosunek do tego zarówno samego Lovecrafta, jak i jego bohaterów jawi się jako najbardziej współczesne właśnie. Samotność postaci, ich marionetkowość, ich odrębność wtłoczona w miejsca, z których nie ma wyjścia wydaje się jak najbardziej uniwersalna.  Z niektórych miejsc nie ma ucieczki, a konfrontacja z rzeczywistością staje się nieunikniona. I dlatego właśnie wybrałam dzisiaj jedno z najlepszych i moich najulubieńszych opowiadań grozy, jakie kiedykolwiek napisano, a dodatkowo opowieść niezwykle mi bliską, bo nadmorską, jeden z „Wielkich Tekstów” Samotnika z Providence, jak nazwał je Michel Houellebecq, czyli „Widmo nad Innsmouth” („The Shadow Over Innsmouth”).

Stary port Innsmouth w stanie Massachusetts to miejsce, które od lat nie schodzi ludziom z ust. Mieszkańcy okolic Arkham zawsze szeptem przekazują sobie plotki o tym legendarnym, oddzielonym od reszty świata pasem mokradeł i bagien miasteczku. Jeśli zapytać kogokolwiek, to nikt do końca nie jest pewny, czemu odczuwa taką niechęć do mieszkańców Innsmouth. Coś jest z nimi na pewno nie tak. Mają dziwne, jakby zdegenerowane twarze, niezbyt ludzkie, pokryte chropowatą skórą. Ich miasto jest praktycznie wyludnione i nikt nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się tam lata wcześniej. Podobno dawno temu niejaki Obed Marsh sprowadził na pobliską Diabelską Rafę coś albo kogoś, kto przejął władzę nad Innsmouth. Coś, co wymusiło na mieszkańcach nową wiarę i nienawiść do zewnętrznego świata. A razem z tym, do portu przybyło niespotykane bogactwo, złoto-niezłoto i tony ryb przy każdym połowie. Jakaś tajemnica drąży to miejsce. Coś tam siedzi i żeruje, wyczekując lepszych czasów. Co? Tego dowie się przypadkowy podróżnik, ktoś, kto zmuszony będzie spędzić w Innsmouth najpotworniejszą noc swojego życia.

H.P. Lovecraft był mistrzem obrazowania obcości i inności. W swoich opowiadaniach ukazywał bohaterów, którzy zagubieni w labiryntach ulic doznają niezwykłych wizji, przeżywają największe koszmary i wpadają w otchłań szaleństwa. Intryguje mnie od zawsze w tych historiach swoiste odwrócenie ról. Miejsca, które opisuje są dziwne i tajemnicze z założenia. To one i ich mieszkańcy nie pasują do reszty rzeczywistości. Jednak, gdy tylko pojawi się w nich ktoś nowy, to on z miejsca staje się wyrzutkiem, a wszyscy wokół niego zdają się być wrogami. Śledzą go oczy, niby zabite deskami okna wpatrują się w każdy jego ruch, narastające poczucie klaustrofobii na pustej przestrzeni doprowadza na skraj rozpaczy. Dokładnie tak jest w Innsmouth. Chore miejsce rani zdrowy rozsądek i każe zapomnieć o normalności. Każdy kto odwiedza to miasto jest prawdziwym Innym. Dziwolągiem wśród potworów, anonimowym gościem, który już nigdy nie powróci z ciemności obłędu.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

*Tekst opowiadania „The Shadow Over Innsmouth” w wersji oryginalnej, zupełnie za darmo znajdziecie do poczytania TUTAJ.

**O Lovecrafcie już pisałam (a jakże :D), więc kto jest zaintrygowany, zainteresowany i chce więcej może zajrzeć do tekstów o „Zewie Cthulhu”, czy „Koszmarze w Dunwich”, a także na tekst o doskonałym zbiorze esejów i listów „Koszmary i fantazje”. 🙂

***A na dokładkę screenshot zrobiony z jednej z najstraszniejszych gier, w jakie dane było mi grać, czyli: „Call of Cthulhu: Dark Corners of The Earh” – bardzo polecam 😀

Innsmouth

Podsumowanie miesiąca – CZERWIEC 2014

Bombla_PodsumowanieCZERWIEC

I nadszedł koniec czerwca i czas kolejnych podsumowań czytelniczych! Ale ten miesiąc przefrunął, nie zauważyłam kiedy. Tak jakoś chyba jest z tym „środkiem” roku, że mija w oka mgnieniu. Czerwiec był mocno zapracowany, zaczytany i także urodzinowy, bo postarzałam się znowu 😉 Na pocieszenie, bo starość to podobno nie radość, dostałam takie cudeńka, że nic tylko się chwalić. Ale chwalenie się będzie później, najpierw podsumowanie.

W czerwcu opublikowałam 10 tekstów, w tym 4 BEZSENNE ŚRODY, które wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród Was i mam nadzieję, że nadal tak będzie, bo szykuję Wam moc porządnej grozy na kolejne tygodnie. Dodatkowo nadeszło lato, a wraz z nową porą roku pojawił się tekst A Buk na to, jak na lato, gdzie znajdziecie propozycje wakacyjnych lektur i kilka zapowiedzi sezonu.

Jak to było z czytaniem? Tym razem już Was nie zaskoczę i nie wzburzę, bo powróciłam do mojej klasycznej średniej, czyli 8 przeczytanych buków i dziewiątego nadgryzionego w mijającym miesiącu. A to oznacza, że na zachodzie bez zmian, chociaż bardziej nad morzem 😉 Trzy z poniższych książek były w oryginale, czyli po angielsku, a reszta po polsku, co jest odchyleniem od normy, ale nieprzypadkowym, więc nie bójcie żaby. Niestety żadnego audiobooka, bo wciąż czytamy i nie możemy skończyć „Sycamore Row” Johna Grishama, która jest prześwietna, ale wymaga skupienia, na które obecnie nie możemy sobie z moim G. pozwolić.

W tym miesiącu przeczytane:

  • „Moja Walka: Księga 1″ Karl Ove Knausgård – ewenement literacki na skalę światową; do poczytania TUTAJ.
  • „Pan Mercedes” Stephen King („Mr. Mercedes”) – Mistrz Horroru odchodzi od horroru i przechodzi do mainstreamu kryminału ze średnim skutkiem; do poczytania TUTAJ.
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – przezabawna i przeurocza erotyzująca satyra w stylu oświeceniowych mistrzów; do poczytania TUTAJ.
  • „In The Tall Grass” Stephen King & Joe Hill – ojciec i syn dają czadu w klasycznie strasznym stylu, czyli o  takiego Kinga mi właśnie chodzi; do poczytania TUTAJ.
  • „Dotyk” Alexi Zentner („Touch”) – przejmująca i magiczna powieść rodem z kanadyjskiej głuszy; do poczytania TUTAJ.
  • „Gość Draculi” Bram Stoker („Dracula’s Guest”) – klasyka opowieści grozy, z której jeszcze nieraz skorzystam; „Indianka” do poczytania TUTAJ.
  • „Echa pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna, nastrojowa powieść z tajemnicą w tle; niebawem na Wielkim Buku!
  • „Pielgrzym” Terry Hayes („I Am Pilgrim”) – pędzący na złamanie karku szpiegowski thriller, od którego nie można się oderwać; niebawem na Wielkim Buku!
  • „S.” J.J. Abrams – wspaniałe, nadgryzione literackie cudo i hołd złożony tradycyjnej, papierowej książce; niebawem na Wielkim Buku!

Pod względem zdobycznym czerwiec był niezwykle godny 😀 Jak się jest molem książkowym i obchodzi się akurat urodziny, a cała rodzina kibicuje w bukowych poczynaniach, to jest radość i mnóstwo wyjątkowych pyszności. A do tego wszystkiego przybyli rodzice i przywieźli mi jeszcze kilka przydomowych tytułów i imieninową niespodziankę (która wyprzedza imieniny o niecałe 2 tygodnie), które planuję przeczytać w najbliższych miesiącach. Takie oto bukowe cudowności dostałam i zdobyłam w czerwcu:

ZESTAW 1 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (2)

  • „Kamieniarz” Camilla Läckberg – to moja kioskowa zdobycz 🙂 Czytałam „Księżniczkę z lodu”, podobała mi się, a że to trzecia powieść z kolei, to pomyślałam „czemu nie?”.
  • „Les adieux à la reine” (dosł. „Pożegnanie Królowej”) Chantal Thomas – cudny prezent urodzinowy od rodziców; nagradzana powieść o Marii Antoninie, czyli moja ukochana epoka Oświecenia <3
  • „Un air de liberté” (dosł. „Powiew wolności”) Chantal Thomas – kolejny cudny prezent urodzinowy od rodziców; Oświecenie raz jeszcze, tym razem o tej krótkiej, uroczej dekadzie, tuż przed Francuską Rewolucją, gdy kwitł libertynizm, a z nim wolność myśli i obyczajów.
  • „Echa Pamięci” Katherine Webb („A Half Forgotten Song”) – piękna powieść o sekretach pewnej muzy, idealna na lato. Niebawem na Buku!
  • „Candy” Terry Southern & Mason Hoffenberg – urocza satyra do zrecenzowania od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – kultowa powieść kontrkultury, również od prześwietnego, zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Ostatnie rozdanie” Wiesław Myśliwski – wspaniały prezent urodzinowy od mojej ziomeldy Goshi :*

ZESTAW 2 (od góry):

Zestaw01Czerwiec (1)

  • „Londyn NW” Zadie Smith („NW”) – piękny prezent imieninowy od rodziców w postaci świeżutko wydanej w Polsce Zadie. Uwielbiam.
  • „Uczciwa oszustka” Tove Jansson – czyli maminy prezent na Dzień Matki zaczyna rodzinną wędrówkę 🙂
  • „Sońka” Ignacy Karpowicz – rodzinna nowość do zachwycania się.
  • „The Human Stain” Philip Roth („Ludzka Skaza”) – przywieziona, bo koniecznie chcę się nią z Wami podzielić. Wspaniała lektura, re-reading w moim przypadku obowiązkowy!
  • „Miłośnik Wulkanów” Susan Sontag („The Volcano Lover”) – antykwaryczna zdobycz świąteczna dla Mamy, a teraz przeczytana przywędrowała do mnie 😀
  • „S.” J.J. Abrams & Doug Dorst – już się chwaliłam i zapowiadałam to papierowe CUDO – prezent od mojego G. Niebawem na Buku!

Nie obyło się również od zakupienia ebooków, bo jak King i jeszcze Joe Hill to tylko w oryginale 😀 Urodzinowy „Mr. Mercedes” od mojego G. i „In The Tall Grass” na dokładkę.

EbookiCzerwiec2014

Tak się składa, że czerwiec to sezon urodzinowo-imieninowy w mojej rodzinie, a że po kimś odziedziczyłam pasję czytania, więc sama również odwdzięczam się książkami na prezent. Na Dzień Ojca, kochanemu Tacie zakupiłam obiecany trzeci tom trylogii [geim] Andersa de la Motte pt. [bubble], a mojej zbuntowanej Mamie na imieniny wywiad z Susan Sontag „Myśl to forma odczuwania”. Była wielka radość, a to dla mnie najważniejsze 😀

Czerwiec2014

I w tym miesiącu to już wszystko. Lista buków do „obowiązkowego przeczytania” znowu pofrunęła w przestworza. Nie wiem. Naprawdę. Ale co tam – tylko się cieszyć, że tyle prześwietnych książek wychodzi i jeszcze tyle przede mną. No i trzeba czytać.

Bo warto czytać.

A jak tam u Was Moi Drodzy w mijającym miesiącu? Było bukowo? 😀

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Zagłada Domu Usherów” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneZagladaDomuUsherów

 

„(…)A wędrowcy dziś w dolinie
Przez dwa okna krwią płonące
Widzą kształty rozdźwięczone
Fantastycznie kołujące —
I, jak rzeki wir szalonej,
Rój zgrzytliwych płynie ech —
Poprzez wrota — wykrzywiony
Bez uśmiechu w wieczny śmiech.”

przeł. Bolesław Leśmian

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z literaturą grozy. To wcale nie było tak, że do horrorów jakoś mnie specjalnie ciągnęło. Chociaż z jednej strony uwielbiałam się bać, oglądać w odcinkach „Are You Afraid of The Dark?”, czy pokątnie natrafiać na „Opowieści z krypty”, to jednak strach, który towarzyszył mi przez kolejne dni, a czasami przeciągał się do tygodni, mutował i rozrastał się w mojej wyobraźni do makabrycznych rozmiarów, dość zręcznie sprawiał, że odechciewało mi się sięgania po więcej. Ale na jednej z półek w rodzinnej biblioteczce, które podziwiałam od maleńkości, zawsze stała niby niepozorna, lecz przy bliskim spotkaniu niebywale potworna książka, z ryciną czaszki na okładce. A na niej kuszący, niebieski napis, bo książka kusiła mnie bardzo, bardzo swoją minimalistyczną aurą tajemniczości – Edgar Allan Poe „Opowieści Niesamowite”.

I tak jakoś się stało, że pewnego dnia sięgnęłam po tę książkę i poprosiłam Tatę o pomoc w wybraniu opowieści. Jednej. A Tata, okiem człowieka obeznanego z literaturą amerykańską i literaturą w ogóle, zaproponował „Zagładę Domu Usherów” (ang. „The Fall of The House of Usher”). Czytałam z bijącym sercem. Z rosnącym przerażeniem w oczach. To było to na co czekałam całe życie. Historia śmiertelna. Historia tajemnicza. Złowieszcza. A przy okazji jedna z najlepszych opowieści grozy, jaka kiedykolwiek powstała.

Na bagnistych, spowitych wieczną mgłą, niemal wymarłych terenach, w smugach podziemnych oparów stoi Dom Usherów. To bardzo stary dom, tak jak starożytnym wydaje się być sam ród, który go zamieszkuje. Z rodziny zostało już tylko dwoje, para bliźniąt, Roderyk i Madeline Usher. Dawniej urocza, niezwykle muzykalna para, dzisiaj popadające w niepokojące niedomaganie i stopniową utratę zmysłów widma tych, którymi byli dawniej. Do ich zamku, w odpowiedzi na błagania Roderyka, przybywa jego przyjaciel z czasów młodości. W osłupieniu obserwuje zmiany, jakie zaszły w rodzeństwie, trwoży go postępujący obłęd Roderyka, który tylko pogłębia się, zmieniając w narastające nerwowe podniecenie po śmierci Madeline. Brat wraz z wieloletnim przyjacielem złożyli jej zwłoki w kryptach głęboko pod zamkiem, wyczekując prawdziwego pogrzebu. A stan Roderyka pogarsza się z każdym dniem. Coś się dzieje. Coś się zbliża. Pewnej burzliwej nocy, w wielkiej wichurze, wśród snujących się mgieł, Dom Usherów odkryje swe mroczne tajemnice.

Nie znam żadnego innego twórcy opowieści tego gatunku, który w tak mrożący krew w żyłach sposób potrafi budować atmosferę narastającej grozy. Bardzo wielu próbowało naśladować Edgara Allana Poe, inni (jak Lovecraft, Chambers, czy King) stali się porównywalnymi mistrzami siania terroru, ale trzeba przyznać, że styl amerykańskiego pisarza wciąż jest wyjątkowy. Poetycko-gotycki, bardzo mroczny, taki od którego bije chłodem zamkowych lochów. Wszystko wydaje się być namacalne, każdy opis tak plastyczny, że z łatwością można wyobrazić sobie wnętrza, każdą zdjętą śmiertelnym przerażeniem twarz. Strach bohaterów jest na tyle przejmujący, że aż zaraźliwy. Wyczekujemy nocnych gości, stłumionych krzyków rozpaczy, gdzieś z podziemi. Każda strona, która przybliża ich do obłędu, nas też po trochu zabiera w otchłanie majaków i paranoicznych wyobrażeń. Tak jak Dom Usherów po kawałku zabierał swoich mieszkańców, tak i zabierze część z Was, a z pewnością na zawsze zostawi po sobie ślad i wryje się w Wasze spragnione potworności dusze.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo nie potrafię przestać rozmyślać o czarnej topieli spowitej mgłą, w miejscu gdzie dawniej stał Dom Usherów.

O.

*„Zagładę Domu Usherów” znajdziecie po polsku do czytania, słuchania i ściągnięcia na czytniki, zupełnie za darmo na stronie Wolnych Lektur TUTAJ lub w wersji oryginalnej, po angielsku, również całkiem za darmo na stronie Project Gutenberg TUTAJ. 🙂

„Moja Walka: Księga Pierwsza” Karl Ove Knausgård

Bombla_MojaWalka

 

„Bo człowiek jest jedynie formą wśród innych form, w których wyraża się świat, nie tylko żywych, lecz również martwych, zapisanych na piasku, kamieniu, wodzie.”

U niektórych wszystko zaczyna się posmakowaniem ciastka. Spójrzmy chociażby u takiego Prousta. W jego mitycznym dziele „W poszukiwaniu straconego czasu”, zwykła magdalenka, tak niepozorny, doskonale francuski wypiek, wywołał falę wspomnień. A ta porwała bohatera, wypluwając z otchłani pamięci dopiero hen, po siedmiu tomach. Jak królicza nora Alicji z Krainy Czarów, tu magdalenka zabiera nas w podróż, ale do przeszłości. W podróż nostalgiczną, poetycką, miejscami eteryczną, jak firanka na wietrze, czy suknia w tańcu. Fru, fru, kwitnące dziewczęta, kobiece wdzięki – samo życie. Jednak u innych bywa, że wspomnienia tworzą się nie z życia, czy pięknych ulotnych chwil, ale ze śmierci. Nieubłaganej, cielesnej, spęczniałej zastaną krwią. Śmierci surowej, twardej, której daleko do smaku rozpływającej się w ustach słodkości, a bliżej raczej do wyrzuconej na brzeg, gnijącej ryby. 

Taką oczyszczoną z delikatnych uczuć, wypraną ługiem wizję przeszłości rysuje Karl Ove Knausgård w pierwszym tomie swojego skandynawskiego giganta zatytułowanego „Moja Walka”. I podobnie jak u wspomnianego wyżej Marcela Prousta i tutaj także mamy do czynienia z dziełem autobiograficznym, chociaż po części opartym na faktach. Ale, prawdę powiedziawszy przyrównywanie Karla Ove Knausgårda do francuskiego pisarza wydaje mi się być na wyrost. No chyba, że przyjmiemy, że „Moja Walka” (której oryginalny tytuł aż nazbyt kontrowersyjnie nawołuje do hitlerowskiego „Mein Kampf”) to czas odnaleziony we wspomnieniach życia pisarza przełomu XX i XXI wieku i sam fakt tychże wspomnień wystarczy na zaszufladkowanie w proustowskiej kategorii. Można gdybać, zastanawiać się, ale jedno jest pewne – „Moja Walka” zrobiła gigantyczne wrażenie na krytykach i w środowiskach literackich. Nie pozostałam obojętna. Wciąga tak, że trudno ją odłożyć, chociaż boli miejscami jej czytanie. I przeraża. A niby nic się takiego wcale nie dzieje.

Chociaż napisanie, że nic takiego się nie dzieje, gdy idzie przecież o wspomnienia z cudzego życia, wydaje się jednak małostkowe. Bo żeby docenić w pełni dzieło Knausgårda (a przynajmniej jego pierwszy tom), trzeba wejść głębiej, by w ciemnościach ujrzeć istotę rzeczy. W tych czeluściach znajdziemy zarytą w piasku kotwicę, na której osadzona jest cała opowieść. Oś i impuls historii. Jasny, bardzo wyraźny punkt w życiu bohatera – śmierć ojca. To nagłe wydarzenie. Jedno z tych, o których nie rozmyśla się raczej na co dzień, chociaż wiadomo, że przecież kiedyś nadejdzie. Bo śmierć jest nieunikniona.

 „Dla serca życie jest proste: serce bije, dopóki może. Potem się zatrzymuje.”

Nie potrzeba nic więcej. I od tego zaczyna się opowieść Karla Ove, narratora i głównego bohatera „Mojej Walki”, który szykując się na powrót do domu i na pogrzeb ojca, zaczyna pływać w czasie, rozpamiętując swoje nie do końca udane życie. A przynajmniej nie takie życie, jakiego oczekiwał. Jest w nim, chociaż jej prawie nie ma, wiecznie nieobecna matka, która zawsze późno wracała z pracy, a jednak zawsze starała się okazać swoim dzieciom jak najwięcej miłości. To jego symbol ciepła i prawdziwego domu, który bez niej, czyli prawie zawsze, stawał się lodowatym miejscem nieokreślonego terroru wszechwładnego ojca. Figura ojca z tych najwcześniejszych lat kojarzy się z ciemnym olbrzymem, który nie tyle znęca się fizycznie, ale bardziej psychicznie na synach, nie pozwalając im dosłownie na nic, co nie byłoby po jego myśli. I tak mija im rodzinna „sielanka” w dramatycznej ciszy przy stole (bo wstanie i nakrzyczy), pokątnych szeptach (bo domyśli się wszystkiego), wymyślnych kryjówkach (bo będzie się wypytywał). Rodzi się patologiczna relacja, w której normalny kontakt jest po prostu problemem. Naturalny w domu Karla Ove jest tylko strach.

I strach buduje od postaw człowieka na jakiego wyrasta bohater „Mojej Walki”, a także jest siłą, która napędza wszystkie jego życiowe decyzje. Z samotnego dziecka wyrasta równie samotny młody mężczyzna. Jego marzenia i pragnienia nic nie znaczą. Buntuje się, ale sam już nie wie przeciw czemu konkretnie. Niby nie chce być taki sam jak wszyscy wokół, a jednocześnie boi się inności. Wykluczenia. Dość wcześnie odkrywa alkohol, który daje mu pozory panowania nad sobą i sytuacją. Nastoletni Karl Ove osiąga dzięki niemu tak bardzo potrzebny mu dystans i zyskuje cechy kameleona, który dopasowuje się do rówieśników za wszelką cenę. Zawsze niepewny dojrzewa w przeświadczeniu swojej słabości. Zakochuje się, ale nigdy nie jest przekonany co do swoich uczuć. Angażuje w rodzinę, jednak ta rodzina zamiast być jego ostoją, staje się przysłowiową kulą u nogi. Z jednej strony chce być z kimś, ale gdy tylko może kradnie chwile samotności i odsuwa się w cień.  Karl Ove z „Mojej Walki” to smutna postać. Niespełniona i zagubiona. Stąd rodzi się jego fascynacja śmiercią i potrzeba stawienia czoła nieuniknionemu.

Śmierć otwiera i śmierć zamyka pierwszy tom „Mojej Walki”. Śmierć jest głównym impulsem, który napędza opowieść Karla Ove. Dzięki niej może na nowo skonfrontować się ze swoimi lękami, wyciągnąć skrywane frustracje i stawić im czoła, zanim faktycznie będzie za późno na zmiany. Śmierć bliskiej osoby, tutaj nienawidzonego ojca, a jednak na przekór samemu sobie kochanego taty (w historii wyraźnie zaznacza się to wyróżnienie), nabiera wymiaru symbolicznego. Wraz z nim rozwiać ma się nieprzyjemna wizja przeszłości, która, gdy spojrzeć na nią z dystansu, wcale nie jawi się jako okrutna ostateczność. Do tego dochodzi tajemnica samej śmierci ojca. Rodzinne niedopowiedzenia. Spotkania z dawno niewidzianymi członkami rodziny. Próba nawiązania naderwanych więzów i odbudowania tego, co leży już w gruzach. Na wierzch wypływają ciche, domowe dramaty. Małe sekrety i niechciane fakty. Samo życie. I nic więcej, a tak wiele.

Karl Ove Knausgård nie jest Marcelem Proustem, a Marcel Proust, analogicznie, nigdy nie był Karlem Ove Knausgårdem. Warto o tym pamiętać, sięgając po „Moją Walkę”. Nie poniosą Was w trakcie lektury monumentalne frazy, ciągnące się przez dwie strony tekstu. Nie znajdziecie tu poetyckich odniesień, meandrujących wśród rozbudowanej, opasłej prozy. Nie poczujecie się niczym w trakcie długiej, popołudniowej sjesty w ogrodzie, tuż przed uroczym podwieczorkiem. Jednak, to co faktycznie odnajdziecie w powieści norweskiego pisarza to trzymającą w napięciu wyczekiwania powieść, o której długo jeszcze nie będziecie potrafili zapomnieć. Proste, przejmujące zdania, których celem jest opowiedzieć, nie oczarować, zdać relację i wyspowiadać się, zanim wszystko ulegnie zapomnieniu lub zatrze się poprzez śmierć. Będziecie świadkiem prawdziwej walki Karla Ove o swoją tożsamość, o wyzwolenie ze szponów strachu i w końcu pożegnania z pewnym etapem życia, który wreszcie dotarł do kresu. Czy oznacza to, że po śmierci ojca odzyskał siebie? Czy w ogóle dowiedział się kim jest naprawdę? I czy ta wiedza pozwoli mu naprawić swoją codzienność? Drugi tom „Mojej Walki” nadejdzie już wkrótce i powiem Wam, że warto. Skandynawski czas odnaleziony.

O.

A Buk na to jak na lato 2014

Bombla_LATO2014
 

„Strawberries cherries and an angel’s kiss in spring
My summer wine is really made from all these things…”

Summer Wine

Lato, lato, nadeszło ze słonkiem i z przytupem, jak zwykle, jak co roku. No a jak lato, to sezon urlopowo-grillowo-wypoczynkowy. Pachnie wakacjami nawet tym, co wakacji za bardzo nie mają lub nie planują ich wcale. Ale pachnie. Tutaj nad północnym morzem czuć intensywnie solą, piaskiem i olejkiem do opalania. Smażoną rybą też 🙂 W górach pewnie lasami, nasłonecznionymi kamieniami i oscypkiem. Wszelkie tajemnicze, egzotyczne i typowo urlopowe miejsca czekają na turystów, upalne i rozgrzane do czerwoności. Szykują się podróż i wielka przygoda. Klasyczny początek sezonu.

No właśnie, a jak sezon i wypoczynek to najlepiej taki z bukiem w rękach 😀 Wypełniony błogim czytaniem bez końca, obżeraniem się historiami. A że lato, to można sobie spokojnie pofolgować. Nie tylko lektury lekkie, witaminizowane, zielono-ogórkowe, ale też takie totalnie gofrowe, truskawkowe, lepkie jak wata cukrowa, wyłącznie dla przyjemności.

I tak, w tym roku specjalnie dla Was, na nadchodzące letnie miesiące wybrałam 10 doskonałych, klimatycznych lektur, które idealnie sprawdzą się w chwilach relaksu i ogólnie pojętego wypoczynku.

Smacznego!

JurassicPark1. „Jurassic Park” Michael Crichton

Tajemnicza, niedostępna, mglista wyspa Isla Nublar niedaleko wybrzeży Kostaryki. Kryje sekret, o którym już niebawem usłyszeć ma cały świat. Pewien wizjoner, perfekcyjny w swoim szaleństwie, chce stworzyć tam park rozrywki, jedyny w swoim rodzaju – Park Jurajski. Dinozaury ożywają, geny mutują, a sytuacja komplikuje. Wspaniały, najlepszy Crichton z możliwych. Przygoda i thriller w jednym, z nauką w tle. I teorią chaosu. Klasyka gatunku. A na deser kultowy film w reżyserii Spielberga.  Do poczytania TUTAJ.

WyspaSkarbów2. „Wyspa Skarbów” Robert Louis Stevenson („Treasure Island”)

Absolutna piracka klasyka powieści przygodowej. Zaginiony, ukryty daleko skarb. Sekret pewnej legendarnej wyspy. Gadające papugi, Long John Silver, Kapitan Flint i mityczna Hispaniola. Statki, zakazane porty, ocean i wielka przygoda! Jo ho ho! I butelka rumu! Wkrótce na Buku!

 

LetniaPrzeprawa3. „Letnia Przeprawa” Truman Capote („Summer Crossing”)

Kiedy nastoletnia, szaleńczo zakochana dziewczyna z bogatej rodziny po raz pierwszy ma spędzić samotne lato w mieści, można się tylko domyślać konsekwencji. Bo Grady kocha, wbrew swojej rodzinie, wbrew układom i swojej pozycji społecznej. I gotowa jest poświęcić wszystko, by ziścić nierealne marzenie o perfekcyjnej miłości. A to wszystko w rozgrzanym do białości Nowym Jorku, który zaraża swoich mieszkańców niekontrolowanym szaleństwem. Do poczytania TUTAJ.

FrogMusic4. „Frog Music” Emma Donoghue

Klimatyczny, oparty o prawdziwe wydarzenia historyczne kryminał, z burleską w tle. San Fransisco drugiej połowy XIX wieku. Upalne lato, gdy wszystko może się wydarzyć, a na ulicach szaleje przemoc, zbrodnia i epidemia ospy. Blanche, znana w środowisku prostytutka i tancerka, wdaje się w znajomość z niejaką Jenny Bonnet, która wkrótce ginie, podstępnie zamordowana. Zaczyna się pościg, akcja pędzi w opętanym tempie, a Blanche poświęca wszystko, by rozwiązać zagadkę zbrodni. Opowieść doskonała na skwierczące upalne wieczory.

WyspaDoctoraMoreau5. „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells („The Island of Doctor Moreau”)

W wyspiarskich klimatach raz jeszcze. Tym razem mrocznie, brutalnie i bardzo wizjonersko. Gdy Edward Pendrick po katastrofie okrętu cudem ocalały trafia na osamotnioną wyspę, nie ma jeszcze pojęcia, że to właśnie tam, a nie na oceanie, będzie musiał stoczyć najtrudniejszą walkę z możliwych. O swoją psychikę, o duszę i resztki człowieczeństwa. Zaskakująca, wciąż bardzo aktualna opowieść Wellsa długo trzyma w swoich szponach i trudno o niej zapomnieć. Wkrótce na Buku!

ThePainter6. „The Painter” Peter Heller

Druga powieść twórcy mojego ukochanego „Gwiazdozbioru psa”, tym razem o zemście, sprawiedliwości i odkrywaniu swojej drugiej, mrocznej strony.  Znowu jest prosto, męsko i poetycko. To proza zakorzeniona głęboko w naturze. Pachnie lasem, palonym drewnem i żywicą,  a czasami poranną rosą, górskimi potokami i czymś ulotnym, dzikim, kryjącym się wśród drzew. Miejscami nostalgicznie, miejscami brutalnie. Po prostu piękna opowieść, o której nie da się zapomnieć. Do poczytania TUTAJ.

Lato7. „Lato” Tove Jansson

I znowu wyspa. Ale tym razem w letnich oparach Finlandii. Podobno jest dziwnie, jest bardzo tajemniczo. Tove Jansson snuje opowieści z pogranicza, kreuje melancholijne, bardzo baśniowe alternatywne światy, w których panują inne zasady niż w prawdziwym życiu. Wkrótce na Buku!

PożegnanieZAfryką8. „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

Książka nietypowa, niezwykle nostalgiczna, pełna wyjątkowych anegdot i wspomnień pisarki z jej okresu pobytu w Afryce. Miejscami zabawna, miejscami porażająco smutna i wzruszająca. Pamiętnik z dalekiej podróży, z miejsca, które niegdyś było domem, a pozostał po nim tylko pył. I nagrobek na okolicznych wzgórzach. Piękna. Wyjątkowa. Tak jak uwielbiana przeze mnie ekranizacja (zupełnie inna od samej książki) z Maryl Streep w roli Baronowej Blixen i Robertem Redfordem w roli Dennisa. Wkrótce na Buku!

Siddhartha9.  „Siddhartha” Herman Hesse

To jedna z tych legendarnych powieści o poszukiwaniu sensu życia i własnej życiowej drogi. Dawno temu w Indiach, Siddhartha, potomek rodu braminów, zniechęcony życiem, w którym nie potrafi się odnaleźć, zostawia wszystko i wyrusza w podróż, by poprzez kontemplację, medytację, poświęcenie i doświadczenie, odnaleźć w końcu samego siebie i swoje miejsce we wszechświecie. Klasyka absolutna. Wkrótce na Buku!

Potomstwo10. Trylogia „Poza Sezonem” Jack Ketchum

„Poza Sezonem”, „Potomstwo” i „Kobieta” – kultowy, splatterpunkowy cykl o kanibalach. Trzy krwawe, pełne flaków, lejącej się posoki i latających członków historie. Każda z nich niesamowicie brutalna i aż nieprzyzwoita w swoim okrucieństwie. Wypełniona przemocą, torturami, barbarzyńskimi bohaterami bez skrupułów. Wszystko to na klifach i w lasach okolic nadmorskiej miejscowości w stanie Maine. Dla wielbicieli gatunku, na początek sezonu i zakończenie. Do poczytania TUTAJ.

A w czym ja planuję się zaczytywać w wakacyjnym sezonie? Jakie teksty Wam zaprezentuję w nadchodzących miesiącach? Jak wiecie, mam bzika na punkcie planowania, więc moja lista jest w zapełniona już od początków czerwca. Z niej, reprezentacyjnie, pięć poniższych pewniaków, które zawitają na Wielkiego Buka już niebawem.

Zestawe5NaLato

Zapowiedzi tego lata (od lewej):

  • „S” J.J. Abrams ­– przegodne, literackie CUDO, wspaniały hołd złożony tradycyjnej, papierowej książce. Sami zobaczycie – będzie z tego wyjątkowy, bo ozdjęciowany tekst 😀
  • „The Vacationers” Emma Straub – rodzinne sekrety w wakacyjnym klimacie – nie mogę sobie odmówić.
  • „We Were Liars” E. Lockhart – głośno o niej i szumnie w literackich środowiskach, więc koniecznie muszę dowiedzieć się co w trawie piszczy.
  • „Seed” Ania Ahlborn – pokochałam „BirdEater”, a że letni horror musi być, to taki, w którym są gorące, wilgotne bagna Luizjany będzie doskonały.
  • „Pielgrzym” Terry Hayes – ach, jak wszyscy zachwalają, jak wykrzykują, że to Bourne, Szakal, Homeland i wszelkie inne polityczno-szpiegowskie cuda, ale lepsze – na dniach zaczynam 😀

A w czym Wy, Moi Drodzy macie zamiar zaczytywać się tego lata? 🙂 Macie już wybrane lektury na nadchodzący nowy sezon? Jakieś nowości? Klasyki? Serie? Dzielcie się letnimi czytadłami i zaczytujcie obsesyjnie!

Bo warto czytać.

O.