„Gołębiarki” Alice Hoffman

Bombla_Dovekeepers

„Tylko raz w życiu może do pisarza przyjść książka, która jest szczególnym darem. Gołębiarki są dla mnie właśnie taką powieścią. To podarunek od moich prapraprababek, kobiet starożytnego Izraela, które po raz pierwszy przemówiły do mnie, gdy zwiedzałam górską twierdzę Masadę. Przywołując historię ich życia, opowiedziałam również moją historię.” – tymi słowami pisarka Alice Hoffman wprowadza nas w swoją najnowszą powieść, swoje opus magnum i jednocześnie hołd złożony kobietom starożytnego Izraela. Historię niesamowitą, przesyconą kobiecością i magią, w której rzeczywistość łączy się z tym, co wyobrażone i zmyślone. Niełatwo opowiedzieć tragiczne dzieje narodu żydowskiego, tym bardziej, gdy próbuje się zrekonstruować prawdziwe wydarzenia sprzed setek lat, z początku naszej ery. Tej amerykańskiej pisarce zdecydowanie się to udało, zachowując szacunek do przeszłości i idealną równowagę historyczną.

„Gołębiarki” to powieść szczególna, bo jej główne i zarazem najważniejsze zakończenie znane jest wszystkim, a przynajmniej tym, którzy orientują się w starożytnej historii. Twierdza Masada, zwana również fortecą króla Heroda, była jedną z ostatnich fortyfikacji, które miesiącami stawiały opór Rzymianom. Uznawana za niezdobytą, stanowiła łakomy kąsek dla cesarstwa rzymskiego i istotny punkt militarny dla ostatnich buntujących się mieszkańców państwa żydowskiego. Górska twierdza była dosłownie samowystarczalna. Posiadała zbiorniki na wodę i wielkie silosy na zapasy żywności, a wokół, na stromych zboczach, rozciągały się pola uprawne, gaje i sady. Wewnątrz wyposażona była we wszystko, co potrzebne, by pędzić spokojne, pewne życie w górach, bez strachu przed najeźdźcą. Podczas wojny żydowskiej w 66 roku, twierdzę zajęli zeloci (tajne ugrupowanie religijno-polityczne), a sama Masada stała się ostatnią oazą i schronieniem dla ciemiężonych obywateli. Jej obrona, pod dowództwem Eleazara ben Jaira skończyła się w dramatyczny sposób – zbiorowym samobójstwem ponad dziewięciuset pozostałych przy życiu mieszkańców, zarówno mężczyzn, kobiet, jak i dzieci.

W powieści Alice Hoffman poznajemy ostatnie miesiące twierdzy z perspektywy czterech bohaterek. Każda z nich snuje swoją opowieść, raz po raz nawracając do swojej przeszłości i wspominając dawno utracone życie. Pierwsza, o imieniu Jael, to smutna, młoda dziewczyna, córka skrytobójcy, która całe życie zmaga się z wyrzutami sumienia. Upadek Jerozolimy zmusza ją i jej ojca do opuszczenia domu, by szukać schronienia gdzieś na pustyni. Jedyną bliską jej osobą był brat, który wraz z innymi zelotami opuścił miasto i ruszył przeciw rzymskim legionom. Drugą kobietą jest Riwka, żona piekarza z małej wioski, której towarzyszą dwaj wnukowie i jej zięć – brutalny i nieposkromiony wojownik o zdesperowanym spojrzeniu. Jej opowieść to historia wielkiej straty, cierpienia i poświęcenia w imię miłości. Kolejne dwie narratorki to matka i córka. Szira – czarownica z Moabu, od zawsze na wygnaniu i Aziza, dziewczyna-wojownik, która od lat zmaga się z własną tożsamością.

Losy tych czterech kobiet splatają się, gdy zostają przydzielone do pracy w gołębniku twierdzy. Od tej chwili zaczynają dzielić się wszystkimi swoimi tajemnicami, dramatami i namiętnościami. Sekrety jednej stają się sekretami ich wszystkich i razem próbują radzić sobie ze swoimi problemami. W wieżach gołębnika tworzą mały, prywatny świat, oparty na swoistej magii i zapomnianych rytuałach. Gołębiarki łączą ze sobą religijne, żydowskie obrzędy z mistycznymi rytuałami mitologii staro-żydowskiej, babilońskiej i egipskiej. Magia staje się elementem ich codzienności, tak samo jak silna wiara w jedynego Boga. Nie wykluczają się, ale wręcz odwrotnie, doskonale uzupełniają. To, co ciemne, krwawe i bardzo kobiece łączy się z tym, co jasne, widzialne i uznawane za męskie. Szira, która znana jest jako znachorka i zaklinaczka, wprowadza swoje towarzyszki w świat, który jest jedynym, do którego mogą się odnieść w momentach zwątpienia i największej potrzeby. Wszystkie wspierają się, uczą i razem walczą, gdy trzeba stawić opór nieprzyjaciołom, nawet tym niewidzialnym.

Powieść Alice Hoffman jest na wskroś kobieca. Magia, która otacza bohaterki „Gołębiarek”, to magia codziennych rytuałów. Odnosi się do cielesności, kobiecych pragnień i potrzeb. Jest obecna się przy narodzinach, leczeniu, rzucaniu klątw, uprawianiu miłości, czy rytuałach pośmiertnych. Potrafi ratować życie i chronić ukochane istoty. Potrafi także zabijać, gdy przychodzi taka potrzeba. Jael, Riwka, Szira i Aziza są mądre, silne i nieugięte. Mężnie stawiają czoła kolejnym, coraz cięższym obowiązkom i nie ustępują odwagą swoim obrońcom. Natomiast mężczyźni Masady, z ben Jairem na czele, to światli wojownicy w służbie Boga. Silni, nieugięci mściciele, którzy są w stanie poświęcić wszystko, by uchronić swoich najbliższych. Są brutalni, nieposkromieni i zdystansowani wobec „podziemnego” świata otaczających ich kobiet. Kobieca magia chroni ich i pochłania, ale nie są jej oni do końca świadomi. Wolą nie naruszać tego tajemnego, mistycznego świata. Bohaterki i ich mężczyźni spotykają się gdzieś na granicy, dzieląc ze sobą smutną codzienność, ale także wielką miłość. Groźba zagłady naznacza każdy ich dzień i nie pozwala zapomnieć o śmierci, która nadejdzie prędzej czy później.

Alice Hoffman, w „Gołębiarkach”, udało się bardzo dokładnie odwzorować codzienne życie i zmagania mieszkańców Masady. Każdy rozdział to perfekcyjnie skonstruowana i wiarygodna opowieść o życiu jednej z kobiet, która przeplata się z historycznymi wydarzeniami. W piękny i wyjątkowy sposób autorka połączyła elementy mistyczne i baśniowe z faktami i dopowiedzeniami kronikarskimi. Podobnie, jeśli chodzi o subtelne kobiece elementy, które przedstawione zostały na tle brutalności i drastyczności tamtych czasów. Dzięki temu, świat Gołębiarek jawi się jako autentyczny i jak najbardziej wiarygodny, a ostatnie chwile legendarnej twierdzy niemal namacalne dla czytelnika.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 24 października, a którą można przeczytać takżeTUTAJ.

„NOS4A2” Joe Hill

Bombla_NOS4A2
 

„Everyone lives in two worlds, right? There’s the physical world… but there’s also our private inner worlds, the world of our thoughts. A world made of ideas instead of stuff. It’s just as real as our world, but it’s inside. It’s an inscape.”

„An inscape, a world of thought. In a world made of thought – in an inscape – every idea is a fact. Emotions are as real as gravity.”

„NOS4A2” Joe Hill

Lubię pozytywne zaskoczenia. Takie małe niespodzianki, które pojawiają się ni stąd ni zowąd i od razu budzą zachwyt swoją niesamowitością. Na taką, bukową niespodziankę, natrafiłam całkiem niedawno, zupełnie przypadkiem. Do tej książki przyciągnął mnie tytuł. Nietuzinkowy, a jednak niezwykle znajomy. Zlepek liter i cyfr, układający się w wyraz, który, biorąc pod uwagę mroczne fascynacje, przyciąga mnie jak magnez. W ten sposób, po raz pierwszy, kierowana ciekawością, sięgnęłam po powieść napisaną przez jednego z synów Stephena Kinga, licząc na dobrą zabawę i intrygujące ujęcie tematu. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy okazało się, że książka ta jest wspaniałym horrorem, napisanym  przyjaznym, skądinąd znanym z zakamarków pamięci językiem, a sama opowieść rzuciła mnie na kolana. Dlaczego? Naszło mnie uczucie, że cofnęłam się w czasie i czytam jedną z pierwszych, klasycznych opowieści grozy samego Stephena Kinga, a Mistrz jest w lepszej formie pisarskiej niż kiedykolwiek.

„NOS4A2” (czyt. Nosferatu), bo tak brzmi oryginalny tytuł powieści, to trzecia po „Heart Shaped Box” i „Horns” powieść Joe Hilla, najstarszego syna w rodzinie Kingów. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa stylu, inspiracji, a nawet nawiązań do znanych i uwielbianych książek ojca. Wykreowane przez nich światy łączą się, uzupełniając nawzajem i tworząc jedno spójne uniwersum grozy. Całość ma jednak unikatowy wydźwięk i doskonale skomponowaną fabułę, a Joe Hill już teraz kontynuuje pisarską legendę kingowego klanu.

Historia „NOS4A2” rozpoczyna się w 2008 roku, gdy na specjalnym oddziale szpitala przeznaczonego dla skazańców w stanie śpiączki, nagle, na krótką chwilę, wybudza się niejaki Charles Manx – sławny porywacz i morderca dzieci, który lata wcześniej skazany został za swoje bestialskie zbrodnie. Wybudzenie Manxa trwa jedynie sekundy, w trakcie których udaje mu się przerazić pielęgniarkę, przywołując imię jej synka i zapraszając go w podróż do krainy zwanej Christmasland. Po tych słowach Manx wraca do poprzedniego stanu, by nigdy więcej się nie obudzić.

Po tym wydarzeniu, fabuła cofa się w czasie do roku 1986. Poznajemy naszą główną bohaterkę – Vic McQueen. Vic wydaje się być normalną dziewczynką, ze zwykłej, małomiasteczkowej rodziny z problemami, gdzie rodzice wciąż kłócą się, próbując wiązać koniec z końcem, by ostatecznie stwierdzić, że w tym układzie nikt nie jest szczęśliwy. Dziewczyna, by uniknąć domowych potyczek, często ucieka i na swoim ukochanym rowerze przemierza leśne okolice. Pewnego razu, całkiem przypadkiem natrafia po raz pierwszy na Shorter Way Bridge (dosł. Most na skróty), zbudowany nad rwącą rzeką. Gdy mama Vic gubi wartościową bransoletkę, to ten most, co dziwne, w kilka sekund, doprowadza ją do miejsca, w którym zapodziała się poszukiwana zguba. Vic jest zdziwiona, ale przyjmuje wydarzenie ze zrozumieniem i wraca do domu.  Opowiadając rodzicom swoją przygodę, dowiaduje się, że Shorter Way Bridge od lat już nie istnieje. Zawalił się, zostawiając po sobie pustą przepaść, a miejsce, w którym była bransoletka znajduje się ponad czterdzieści kilometrów od domu i Vic w żaden sposób nie mogła samodzielnie pokonać tej odległości w takim tempie. Dziewczynka uświadamia sobie swoje wyjątkowe znalezisko i nową umiejętność, a kolejne, podobne wydarzenia zachowuje już dla siebie.

Podczas jednego z wypadów, mając kilkanaście lat, Vic wchodzi w drogę Charlesowi Manxowi. Natrafia na jego leśną kryjówkę, dziwne miejsce, w którym przez cały rok wiszą świąteczne ozdoby, a bożonarodzeniowa muzyka rozbrzmiewa pośród drzew. W przydomowym garażu znajduje samochód Manxa, perfekcyjnie zachowany Rolls-Royce Wraith (czyli Widmo), z charakterystyczną rejestracją NOS4A2. A na tylnim siedzeniu małego chłopca, a raczej to, co z chłopca zostało. Vic ledwo uchodzi z życiem, ale spotkanie mordercy na zawsze odbija na niej swoje piętno. Mijają lata, dorasta i coraz rzadziej korzysta ze skrótu, tym bardziej, że takie wycieczki zaczynają ją coraz więcej kosztować. Każdy przejazd przez nieistniejący-istniejący most odbiera cząstkę jej samej, doprowadzając do psychicznych i fizycznych zaburzeń. Jako dorosła już kobieta, Victoria przypomina ludzki wrak, niepewny siebie i tego co ją otacza. Gdy powoli zaczyna naprawiać swoje zmarnowane życie, po raz kolejny napotyka Manxa.

Powyższy skrót jest zaledwie zarysem do wstępu całej fabuły, a potrzebny był, by pokrótce wprowadzić Was w niezwykłą teorię światów wyobrażonych w wersji Joe Hilla. Zarówno Vic, jak i Charlie Manx mają wyjątkowy dar. Siłą własnych myśli potrafią przenieść się w świat wyobrażeń i idei, który istnieje na równi ze światem rzeczywistym. Dla Vic, elementem tego świata jest Shorter Way Bridge, który zarazem stanowi część jej własnego umysłu, i który istnieje wyłącznie dzięki niej, ale nie tylko dla niej. Natomiast świat wyobrażony Manxa to cała, wielka kraina – najwyższy poziom świata idei. To perfekcyjnie zbudowane miejsce, rodem z koszmaru i najskrytszych marzeń, w pełni odpowiadające na potrzeby gospodarza, zwane przez niego Christmastland (Kraina Świąt Bożego Narodzenia). Jest mieszanką wesołego miasteczka i lunaparku, w którym zawsze i na zawsze jest Boże Narodzenie. Każdy kolejny dzień jest taki sam, a mija w chorobliwym podnieceniu i oczekiwaniu na prezenty. W tej krainie rządzą ukochane przez niego dzieci, na zawsze niewinne, pozbawione wszelkich niepotrzebnych uczuć.

Takie światy wewnętrzne, czysto teoretycznie, wykreować może każdy, kto ma bogatą wyobraźnię. Co więcej, każdy z nas taki wewnętrzny świat już ma. Istnieje on na równi z naszym, a odpowiada dokładnie na wszystkie bodźce z zewnątrz i to od nich jest zależny. Świat Charlesa Manxa jest mistrzostwem kompozycji. Odgrodzony od rzeczywistości, mieści w sobie wszystko to, czego najbardziej jest brak jego gospodarzowi. I czego było mu brak dawniej. Co łączy Vic i mordercę-widmo to pewne przykre doświadczenia, które pewnego dnia wyzwoliły w nich umiejętność przywoływania mentalnych kreacji na własne życzenie. Most i Christmasland pojawiają się wtedy, gdy akurat są potrzebne. Taka umiejętność ma oczywiście swoją cenę, bo nawet w wyobraźni nic nie jest za darmo.

„NOS4A2” to powieść niezwykła. Z jednej strony jest tutaj w miarę nieskomplikowany, główny wątek fabularny, który idzie prostym, jednolitym torem. Z drugiej strony, to opowieść, której bohaterowie istnieją w równoległych krainach idei, a te komplikują wszystko i nie pozwalają czytelnikowi oderwać się od opowiadanej historii. Każdy z nich przeraża, bo będąc częścią poszczególnych osób, jest także czymś poza nimi. Jakimś osobnym bytem, który żyje na własnych zasadach i kieruje się wytyczonymi regułami. A te reguły nie są znane nawet ich kreatorom. I to chyba w tym wszystkim jest najpotworniejsze i najbardziej przerażające. Może oprócz chorych wytworów Christmaslandu. I mknącego drogą NOS4A2, za którym w nieskończoność niosą się nuty „It’s beginning to look a lot like Christmas”.

O.

* Na nagłówku wykorzystałam fragment oryginalnej okładki „NOS4A2”, który znajdziecie TUTAJ.

„Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde” Robert Louis Stevenson

Bombla_Jekyll&Hyde

Temat i problematyka rozdwojenia jaźni fascynuje zarówno w medycynie, jak i w kulturze od zawsze. To zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, zwane także zespołem osobowości mnogiej kryje w sobie jakąś niezrozumiałą do końca tajemnicę. Niezwykle rzadkie, a zarazem równie niezwykle ciekawe pod względem naukowym, do dnia dzisiejszego pozostaje niepoznane i jest trudne do zdiagnozowania. Rozdwojenie jaźni zachęca do spekulacji. Do rozmyślań. Pobudza wyobraźnię. Nie można go do końca pojąć, bo w jaki sposób zrozumieć  jedno ciało, zawierające w sobie co najmniej dwa umysły? Dwie zupełnie różne osoby skazane na siebie na zawsze? Osoby, które zazwyczaj są całkowicie od siebie różne, inne pod każdym względem, a co więcej, często nie mają o sobie nawzajem pojęcia? Ludzki dramat i prawdziwa tragedia. A jednak, ta wyjątkowa przypadłość wciąż wzbudza skrajne emocje, a bywa, że czasami inspiruje i prowokuje do rozmyślań o dwoistości natury człowieka.

Wydana w 1886 roku nowela autorstwa Roberta Louisa Stevensona, zatytułowana „Doktor Jekyll i pan Hyde” (tytuł oryginalny „Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde”), z miejsca podbiła serca angielskich czytelników, stając się autentycznym bestsellerem swoich czasów. Ta mroczna, doskonale skonstruowana opowieść to historia doktora Henry’ego Jekylla, który po serii nieludzkich eksperymentów wyzwolił w sobie swoją drugą osobowość – Edwarda Hyde’a. W niedługim czasie ten poważany i szanowany w gronie kolegów i specjalistów po fachu człowiek, zamienił się w cierpiącego męki potwora, rządnego krwi swojej i swojego nosiciela. Transformacja, która z początku była w pełni kontrolowana przez tajemniczą substancję odizolowaną od pełnego alchemicznych ekstraktów eliksiru, wymknęła się spod kontroli wraz w rosnącym wpływem Hyde’a na Jekylla. Ingerencja zła okazała się być zbyt potężna i nawet człowiek tak silnej woli i dobrego serca jak Jekyll nie zdołał się jej oprzeć. Cała historia opowiedziana została przez prawnika doktora – Gabriela Johna Uttersona, który wspomina ten dziwny przypadek w swojej karierze i jednocześnie, poprzez snucie opowieści, od nowa przeżywa tragiczne dzieje przyjaciela.

O ile postać Henry’ego Jekylla można nazwać typową, a nawet miejscami nudną, to Edward Hyde stanowi jego całkowite zaprzeczenie. Kryje się w mroku. Jego sprzymierzeńcem są cienie, noc i mgła, płynąca ulicami Londynu. Hyde swoją osobą ingeruje we wszystkie zmysły. Jego powłóczyste kroki odbijają się echem w ciemnościach, od wilgotnych ścian kamienic. Wieje od niego chłodem, trudnym do opisania. Jego twarz, postura i zachowanie w niezrozumiały sposób odpychają. Po kolei czytamy o tym, że jest w jego wyglądzie coś innego. Coś co wymusza przeświadczenie, że jest zdeformowany, chociaż nikt nie potrafi podać istoty tej deformacji. Ma przenikliwy wzrok, który mrozi krew w żyłach i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niby potrafi znikać w mroku, a jednocześnie zwraca na siebie uwagę krępą posturą, niedopasowanym ubraniem, czy grymasem twarzy.

Hyde symbolizuje zdezintegrowane ego. Jest odszczepieńcem zbierającym w sobie wszelkie negatywne cechy osobowości. Jest złem w czystej, fizycznej postaci. Do tego, złem w pełni świadomym swojej wyjątkowości, jednak nieświadomym zła, które wyrządza. Co więcej, kieruje nim ciekawość i potrzeba eksperymentowania. Jego ofiary, które zabija w chwilowym impulsie, dobijane są przez niego z pieczołowitością osoby, która wie, jak wywołać ból i cierpienie jak najmniejszym wysiłkiem ze swojej strony. Z młodzieńczym entuzjazmem. Trochę jak dziecko, które dopiero uczy się swoich nowych umiejętności. Kieruje nim wolna wola, a przebijający się z jego wnętrza Jekyll obserwuje swój własny upadek z przerażeniem i fascynacją. Bo w tej złej części jego samego jest coś, od czego nie można się oderwać. Ciekawość świata i brak wyrzutów sumienia, na które nie może pozwolić sobie człowiek w pełni świadomy i  opanowany. Kryje się w nim coś dzikiego na co nie może pozwolić sobie człowiek cywilizowany.

Epoka wiktoriańska w Anglii  to czas, w którym królowały na salonach nienaganne, opanowane do perfekcji maniery, konwenanse i typowa dla tego okresu historycznego sztywność zarówno obyczajowa, jak i społeczna. To właśnie ta epoka zrodziła stereotyp angielskiego dżentelmena i idealnej damy, skrywających swoje prawdziwe uczucia za maską wyuczonych gestów i formułek. Wszystko to w duchu sztucznych reguł i tłumienia samych siebie, byle nie naruszyć sztywnych zasad narzuconych z góry i , tym samym, swojej reputacji. To również okres postępu cywilizacji, technologii i kolonialnego imperium, czyli triumfu zachodniej kultury nad dzikimi plemionami pierwotnie zamieszkującymi opanowane tereny. Odkrywanie nowych kawałków, niedotkniętych przez cywilizację lądów, zafascynowało ospałe i pogrążone w miejskiej depresji społeczeństwo. Coraz więcej osób, z różnych kręgów społecznych, postanowiło wyrwać się z okowów Zachodu i na własnej skórze wypróbować, a raczej powrócić do prostszego życia, bez sztuczności i masek. Z różnym skutkiem.

Edward Hyde jest właśnie taką jednostką wyzwoloną. To druga osobowość Jekylla, z której, jak wierzył, nikomu nigdy nie będzie musiał się tłumaczyć, bo na co dzień przybiera formę miłego, sympatycznego doktora. Człowieka edukowanego, światłego, który nijak ma się do zdeprawowanej, ciemnej strony swojego ego. Wierzył, że istnieje magiczny środek, który pozwoli zrównoważyć dobro i zło. Jakieś wewnętrzne kajdany, który pozwolą mu trzymać w ryzach twór swoich pierwotnych instynktów. Te instynkty są dokładnie takie, jak wypaczone i sztuczne były nowe „naturalne” instynkty wyzwolonych Brytyjczyków. Nie miały się nijak do tego co prawdziwie, dzikie i pierwotne, bo nie miały odniesienia w zachodniej kulturze. Tłumione przez lata, przybrały formę ujarzmionego zła, wszystkiego tego, czego wstydzili się i czego bali się ówcześni mieszkańcy wiktoriańskiej Anglii. Niepohamowany popęd seksualny, brutalność wobec kobiet i dzieci, niekontrolowana przemoc i ślepy pęd za zdobyczami cywilizacji, bez względu na konsekwencje.

Minęło ponad sto dwadzieścia lat, a nowela Stevensona nie straciła na aktualności. Wciąż pozostaje krytyką i komentarzem do epoki wiktoriańskiej i jej sztuczności, narzuconej przez panującą wówczas królową. Ale jest również jak najbardziej współczesną krytyką tego, co tłumione na siłę, ukrywane za maską, co gnije wewnątrz człowieka i wyzwala się w najmniej oczekiwanym momencie. Cierpienia, poczucia krzywdy, przemocy, rosnącej frustracji. Negatywnych uczuć, które nie mają ujścia, ale kumulują się, mutują i deformują, wyzwalając dawno uśpione instynkty, które mogą zniszczyć człowieka od środka. Zaburzyć psychiczną równowagę. Zmusić go do czegoś, czego będzie żałował, a czego nie będzie umiał kontrolować.  Do czegoś co wyzwoli jego ciemną stronę, jego Edwarda Hyde’a, przed którym nie będzie ucieczki.

O.

„Dracula” Bram Stoker

Bombla_Dracula

 

„For the blood is the life.”

„Dracula” Bram Stoker

Mit wampira to jeden z najstarszych mitów towarzyszących człowiekowi. Także jeden z najbardziej uniwersalnych, bo wzmianki o „krwiopijcach” w trupich ciałach odnaleźć można w każdej kulturze świata i w legendach każdej cywilizacji. Jak sam wampir, jego mit jest nieśmiertelny i ponadczasowy. Powraca zawsze pomimo mijających stuleci i historycznych przewrotów. Łączy w sobie folklor, kulturę popularną, masową i wysoką. Łączy w sobie to co na styku ludyczności i elitarności,czyli zagadnienia pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego . Dotyka tego co człowiekowi najbliższe, czyli śmierci, a jednocześnie tego co niedoścignione i nieuchwytne, czyli nieśmiertelności. Tradycyjny wizerunek wampira fascynuje, a jednocześnie odpycha, bo nadaje mu właściwości istoty doskonałej, oscylującej na granicy największego tabu.

Powieść „Dracula” Brama Stokera, wydana w 1897 roku to zdecydowanie jedna z najsłynniejszych, a jednocześnie jedna z pierwszych powieści, która za głównego bohatera obrała sobie postać wampira. To także jedna z najczęściej wykorzystywanych historii w popkulturze , bo dzięki wizerunkowi Draculi utrwalił się ten najbardziej tradycyjny obraz wampira anty-bohatera tj. istoty bladej, wysokiej, o wystających zwierzęcych zębach i długich, nienaturalnych rękach, polującej na swoje ofiary pod osłoną nocy, we wtórze wycia wilków. Istoty mrocznej, tajemniczej i całkowicie niesamowitej, bo nieumarłej, zawieszonej gdzieś pomiędzy życiem i śmiercią. Co więcej, łączącej w sobie cechy ludzkiej cielesności i paranormalnej, niezrozumiałej eteryczności. Dracula jest straszny, a jednak niezwykle kuszący, bo sam sobie stał się Bogiem. Nie odpowiada przed nikim, a prawa jakimi musi się kierować są wyłącznie pradawnymi prawami natury, matki-ziemi, do której musi powracać, by odnawiać swoją ludzką postać.

Wampir, a przede wszystkim Dracula, widziany jest w wielu współczesnych omówieniach teoretycznych jako bardzo silna metafora wszelkiej seksualności i rozbuchanego erotyzmu niosącego za sobą śmierć. I o ile z jednej strony, będąc odpowiednio ukierunkowanym myślowo, można w ten sposób odbierać wampiryczną legendę, o tyle dla mnie bohater Stokera jest raczej symbolem nieuchwytnej nieśmiertelności. Czymś na pozór odwróconego symbolu przemiany, jakim jest w mitologii chrześcijańskiej Graal, bo przemiany, która prowadzi ku wiecznej ciemności, a nie zbawieniu, czy doskonałości. Chyba, że zbawienia poszukujemy w kulcie śmierci i w przeżywaniu swojej śmiertelności raz za razem, wybierając się na kolejne łowy. Tym samym, Dracula jest symbolicznym antychrystem, kimś stawianym przeciw siłom dobra, bo zamiast dawać życie, on to życie symbolicznie odbiera i całkiem dosłownie pożera, wysysając życiodajną energię.

Hrabia Dracula, którego poznajemy poprzez dzienniki Jonathana Harkera i jego podróż do zamczyska w Transylwanii, jest istotą, której życie wieczne mija na terroryzowaniu okolicznych wiosek i polowaniu na zagubionych wędrowców. Od lat szykuje się do wyjazdu do Londynu, dzięki któremu mógłby chociaż na moment uciec od monotonii wiecznej codzienności i znowu mieć powód, by stać się młodym, w swej dawnej postaci. Koniec wieku dziewiętnastego wydaje mu się być idealnym czasem na rozpoczęcie tej wyjątkowej inwazji. Niestety, przebywanie w oswojonej izolacji, w miejscu bardziej średniowiecznym niż nowoczesnym, sprawiły, że nie wziął pod uwagę istotnego czynnika nowego świata, czyli postępu. Dla Draculi wszystko jest proste – przemienia się, nieważne czy w mgłę, wilka, nietoperza, czy człowieka, wybiera swoją ofiarę, omamia ją i pożywia się, zostawiając za sobą jedynie trupa. Jest typowym drapieżnikiem, zdobywcą, którego taktyka odnosi się tylko do kilku głównych zagadnień.

Londyn otwiera przed nim morze nieznanych do tej pory możliwości. W wielkim mieście pozostaje anonimowy, a to sprzyja jego krwawej naturze. Od lat planuje swoją podróż i z wielką pieczołowitością wykonuje kolejne kroki, które mają doprowadzić go do zdobycia ostatecznej kontroli. Rozpoczyna od zakładu dla obłąkanych, w którym infekuje swoją niezdrową obsesją Renfielda, jednego z nielicznych owładniętych pragnieniem nieśmiertelności. W tym Dracula i on są właściwie identyczni, bo o ile Dracula jest typowym antropofagiem, czyli istotą żywiącą się ludźmi, to Renfield ma symptomy zoofaga. Wierzy w ciąg powiązań pomiędzy wysysaniem życiodajnej energii z mniejszych, słabszych istot, jak muchy, czy ptaki, a wydłużaniem sobie swojego życia w nieskończoność. Cierpi na oralną manię pożerania żywych zwierząt, co w odróżnieniu od prawdziwego wampira, kończy się dla niego prawie śmiertelnym zatruciem niestrawionym wróblem. Zamysł jednak jest podobny, bo Renfield raz po raz powtarza, że „Krew jest życiem” i pragnie naśladować swojego pana, by zyskać nieśmiertelność.

„Draculę” Brama Stokera można czytać na wiele sposobów. W ten najbardziej dosłowny, jako powieść przygodową, gotycką, z elementami horroru, w której bohaterowie zbierając swoje siły, w akcie zemsty, organizują polowanie na potwora i pokonują go, a wszystko kończy się dobrze i szczęśliwie. W takiej odsłonie ta historia jest jak najbardziej adekwatna, bo pozostawia czytelnika po części nieświadomego późniejszych konotacji kulturowych, a tym samym nie ukierunkowuje go od samego początku na dany temat i pozostawia otwarte pole do interpretacji. Drugim sposobem odczytywania tej powieści jest oparcie się na jednym kluczowym zagadnieniu, którego poszlak i śladów można się doszukiwać przez całą powieść. Takich zagadnień przez lata zrodziło się mnóstwo, a oparte są na wszystkich możliwych interpretacjach, jakich dokonano od pojawienia się tego kultowego wampira w kulturze popularnej i masowej.

Dzisiaj mit Draculi, a raczej mit wampira jako dominującego potwora, został niejako wypaczony , rozciągnięty i dopasowany do ideologii naszych czasów. Coś jest jednak w stwierdzeniu, że historia ludzkości od wieków idzie w parze z historią wampiryzmu. Nosferatu dopasowuje się do nowych prądów intelektualnych, artystycznych i literackich. Uzupełnia luki, wnika w popkulturę i kulturę masową. Współczesne wampiry zostały odarte z tajemniczości. Nie izolują się już od zwykłych śmiertelników. Stały się miejskie. Podziemne, a jednocześnie niezwykle nam bliskie. Już bardziej ludzkie niż potworne. Niby istoty nocy, a jednak jeszcze bardziej widzialne i łatwe do rozpoznania. Po części zatraciły naturalne instynkty. Poszukiwanie ofiar i przekraczanie granic nieśmiertelności przestało być celem samym w sobie. Egzystencja bez barier, na pograniczu szaleństwa i brawury. Wszystko to w duchu rozwiązłości seksualnej, rozszalałej namiętności, a nawet miłości, co przecież jest domeną człowieka, a nie potwora.

Co więcej krew również straciła na swojej życiodajnej symbolice. Bo współczesne wampiry nie do końca chcą żyć. Miotają się w sobie i prowadzą wewnętrzne walki. Odrzucają status istoty spoza czasu, wszechmocnej i wszechwładnej. Odrzucają naturę, z którą są tak blisko związani. Ich dar, jakim było życie wieczne, nagle stał się w ich oczach ostatecznym przekleństwem. Toczą egzystencjalne bitwy, eksperymentują z najnowszymi zdobyczami techniki, by nadać sobie od nowa sens. Wampiry straciły status odwiecznego zła. Straciły status innego. Niewielu z nich można nazwać nowym wcieleniem antychrysta, a tym był właśnie stokerowski hrabia Dracula. On nie kochał. Nie pragnął nikogo. Przynajmniej nie dosłownie. Znał swój cel i nie żałował swojego wyboru. Nieśmiertelność to jedyne do czego dążył. Jedyne czego potrzebował, by zarazić sobą cały świat i by zawładnąć umysłami innych. Nieważne w jakim ciele. Nieważne w jakiej postaci. Bo prawdziwy potwór, ten mityczny, czerpiący z najgłębszych lęków człowieczeństwa, na zawsze pozostanie potworem i nic nie będzie w stanie go ujarzmić.

O.

„Beloved” Toni Morrison

Bombla_Beloved

 

„For a used-to-be-slave woman to love anything that much was dangerous, especially if it was her children she had settled on to love. The best thing, he knew, was to love just a little bit; everything, just a little bit, so when they broke its back, or shoved it in a croaker sack, well, maybe you’d have a little love left over for the next one.”

„Beloved” Toni Morrison

Niełatwo jest pisać o czymś, o czym nie ma się w pełni pojęcia. Niełatwo jest oceniać historię, z którą nie ma się nic wspólnego. I w końcu niełatwo jest pojąć tego, czego żaden zwyczajny człowiek nigdy nie powinien mieć szansy przeżyć. Tym bardziej, gdy zna się to zagadnienie jedynie z książek, filmów, czy relacji historycznych. Temat niewolnictwa i handlu ludźmi w Stanach Zjednoczonych to ciemna strona ludzkości. Najczarniejsze karty historii, których nie da się cofnąć ani zapomnieć. Nie da się naprawić. Które wciąż powracają w kolejnych debatach, gdy mowa o rasizmie, niesprawiedliwości, czy dyskryminacji. Temat rzeka, który wciąż grzmi, przypomina o sobie raz po raz i który na zawsze odcisnął piętno na amerykańskim społeczeństwie. 

Powieść Toni Morrison „Beloved” to jedna z kluczowych pozycji kanonu literatury światowej. Obowiązkowa, by spróbować pojąć „od wewnątrz”, jak olbrzymim złem jest odbieranie człowiekowi jego podstawowego prawa, jakim jest prawo do wolności. Prawo do decydowania o swoim losie. Do samego siebie. Opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce po Wojnie Secesyjnej w Stanach Zjednoczonych, po wielkiej klęsce Południa i upadku podstawowych wartości mieszkańców południowych stanów, w których królowały dominacja białego człowieka i tradycja posiadania niewolników. To czas Rekonstrukcji, w której Stany miały ustabilizować się nie tylko pod względem ekonomicznym, politycznym, czy militarnym, ale także miały od nowa zjednoczyć mieszkańców i ostatecznie obalić niewolnictwo.

Przegrana Konfederacji wywołała frustrację we wszystkich, którzy wierzyli w dawne prawa i nie potrafili pogodzić się z upadkiem zastałego systemu Południa. Nadszedł ciężki czas dla właścicieli plantacji, którzy musieli pogodzić się z nowym porządkiem, w którym rzesze czarnoskórych niewolników podjęły walkę o prawo do życia i o zwykłe prawo do bycia człowiekiem. W miasteczkach buzowała rasowa nienawiść. Na drogach, które objeżdżali członkowie Ku Klux Klanu nikt nie był bezpieczny, nieważne czy mężczyzna,  kobieta, czy dziecko. Toni Morrison czerpie z tego trudnego i zawiłego okresu historii , a swoją „Beloved” oparła na prawdziwych wydarzeniach i osobistej historii Margaret Garner.

Jest rok 1873. W niedużym domu na obrzeżach Cincinnati w stanie Ohio, mieszka Sethe, była niewolnica, wraz ze swoją nastoletnią córką Denver. Ich obecne życie upływa niezwykle spokojnie, jak w zegarku, określane codziennymi zajęciami i pracą w kuchni pobliskiej jadłodajni. Dawniej, w ich domu przy Bluestone Road tętniło życie. Dom założyła teściowa Sethe, zwana Baby Suggs – miejscowa znachorka, która przygarnęła synową i jej dzieci po ucieczce z plantacji w Kentucky. Teraz, w piętrowym domu pozostały tylko dwie kobiety. Synowie Sethe uciekli mając trzynaście lat, a Baby Suggs zmarła niedługo potem. Ani córka, której okrutne doświadczenia z dzieciństwa spowodowały silną agorafobię, ani matka nie wspominają swojej przeszłości. Próbują o tym nie myśleć, izolując się od otoczenia, zamykając w swoim własnym świecie, nie wiadomo już jeszcze prawdziwym, czy już częściowo zmyślonym. Rutyna i powielające się latami czynności przynoszą im spokój, ukojenie, a przede wszystkim zapomnienie. Do czasu.

Przeszłość, czyli życie i praca na plantacji o uroczej, aczkolwiek mylącej nazwie Sweet Home (dosł. z angielskiego -„uroczy dom” pochodzący od idiomu „home sweet home”, czyli „nie ma jak w domu”) powraca do nich z otchłani niepamięci, czy tego chcą, czy nie chcą. Najpierw pod postacią Paula D, jednego z towarzyszy niedoli, przyjaciela męża Sethe, który od lat tuła się po amerykańskich drogach, w ten sposób radząc sobie z traumą wspomnień i przypadkiem natrafia na dom starej przyjaciółki. Do ich przesiąkniętego dziwnością, duchami i kobiecością domu wprowadza swoisty porządek i na powrót przywraca mu atmosferę zwykłego, rodzinnego życia. Paul D jest namiastką normalności w spokojnym, a jednak niezwykle chaotycznym i zagubionym świecie Sethe i Denver. Pomimo rodzących się konfliktów przez chwilę tworzą prawdziwą rodzinę.

Wtedy w ich życie wkracza tytułowa Beloved. Dziewczyna znikąd. Bez przeszłości, bez rodziny, bez pamięci. Po prostu zjawia się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i zostaje, przyjęta w niezwykle intuicyjny i poczciwy sposób przez mieszkanki domu. Beloved zdaje się od razu omotać serca zarówno Sethe jak i Denver. Młoda, śliczna, porażająco ufna, z miejsca rozkochuje panią domu, oddaje się jej w zupełności i staje się pełnoprawnym członkiem ich małej rodziny. Jest wyjątkowa, bardzo delikatna i ponownie wnosi do domu poczucie tajemnicy i swoistej magii. Beloved ma także, wyróżniający ją spośród otaczających Sethe ludzi i domowników, dar. Otóż, potrafi słuchać. Ale nie tak, jak zwykły człowiek. Ona dosłownie pożera opowieści. Łaknie ich tak samo jak dobrego jedzenia, a jej oczy i uszy zawsze spragnione są więcej.

Wraz z jej obecnością zachodzi przemiana w domu przy Bluestone Road. Z jednej strony, obecność Beloved w niedługim czasie staje się trująca. Dziewczyna jak bluszcz oplata mieszkańców, dusi ich i zamyka w czterech ścianach. Okazuje się być zakamuflowanym potworem wyniszczającym wszystkich wokół siebie. Z drugiej strony, wszystko to co wymusiła na Sethe, Denver i Paulu D w ostatecznym rozrachunku przynosi totalne oczyszczenie z tego, co spotkało ich rodzinę w Sweet Home. Beloved dosłownie i symbolicznie przywraca byłym niewolnikom język. Zwraca im ich słowa, których bali się wypowiedzieć całymi latami. Zrzuca z nich narzucone jarzmo milczenia, z którego sami nie potrafili się wyzwolić. Daje im unikalną możliwość pogodzenia się z tym co minęło i niespotykaną tragedią, do której doprowadziła ucieczka z plantacji. Dzięki niej, która jest metaforycznym uosobieniem wspomnień, Sethe po miesiącach kolejnych cierpień, powrotów i przelanych łez odradza się jako nowa, prawdziwie wolna kobieta. Godzi się ze sobą i ze swoim losem. Konfrontacja jest niezwykle bolesna, ale potrzebna, by móc w końcu stać się w pełni sobą.

„Beloved” to opowieść o ludziach wykorzenionych. Wyrwanych. Bez przeszłości i bez przyszłości. Ludzi, którzy nie wiedzą kim są, a siebie postrzegają wyłącznie przez pryzmat innych. Są jedynie odbiciem w oczach swoich panów i współtowarzyszy niedoli. Wydają się być duchami pośród żyjących, chociaż to ich cielesność i fizyczne cierpienie najbardziej rzucają się w oczy. Nie znają innego życia, więc nie mogą go pragnąć. Nie do końca potrafią zrozumieć koncepcję wolności. Dopiero gdy dany jest im ten pierwszy wybór, przychodzi niesamowita świadomość. Na nowo odzyskują swoje człowieczeństwo i kontrolę nad sobą. Przestają być niewolnikami, w pełnym tego słowa znaczeniu. Jednak okazuje się, że nie łatwo jest żyć z traumą i by w pełni wyzwolić się z mentalności niewolniczej trzeba pogodzić się z tym co było. Powrócić, przypomnieć i uzmysłowić sobie, że przeszłość to istotny element tożsamości. Dopiero wtedy w pełni odzyskają siebie, a raczej zdefiniują od nowa.

W „Beloved” Toni Morrison odnaleźć można smutek i cierpienie całych pokoleń niewolników, próbujących od nowa rozpocząć życie w kraju, w którym ich wolność, pomimo wyzwolenia z więzów niewolnictwa, wciąż była jedynie pozorna. Dorosłych i dzieci, dla których każdy dzień był błogosławieństwem bez względu na ich status społeczny i wieczne poczucie zagrożenia, o ile mogli żyć wolni, z dala od plantacji, decydując o swoim losie, jak każda pełnoprawna ludzka istota. To historia o narodzinach nowego człowieka poprzez słowa i płynącą opowieść, której dobroczynne skutki sprawiają, że człowiek może odzyskać nową, ulepszoną tożsamość. Prawdziwą i niezakłamaną. O ile zdecyduje się mówić. Nigdy milczeć. Nigdy uciekać. Nigdy chować się w sobie, udając, że nic się nie wydarzyło. Dopiero wtedy wszystko powróci na właściwy tor i nada życiu nowy sens.

O.

„Zanim przekwitną wiśnie” Aly Cha

Bombla_Wiśnie

Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni. Kraina samurajów, gejsz i Yakuzy. A także sushi, jedynych w swoim rodzaju horrorów i mangi. Karaoke, automatów z używaną bielizną i ceremonii parzenia herbaty, niezmiennej od stuleci. Miejsce pełne kontrastów, w którym tradycja co krok napotyka nowoczesność i pęd ku nowościom. Jedyne takie miejsce na ziemi, gdzie małe enklawy i zielone wysepki spokoju toną w morzu neonów. Ogródki zen i szintoistyczne świątynie otoczone wiecznie dudniącą i tętniącą życiem metropolią. Drapacze chmur, dym i smog, a w centrum tego wszystkiego pałac cesarza, który wciąż rządzi tym światem, niezmiennie jak w poprzednich epokach.

To również miejsce niespotykanych paradoksów. Jedno z najbardziej zaludnionych państw na świecie, które wciąż jest w czołówce krajów z największą liczbą samobójstw. Samotność w tłumie, etos mrówczej pracy i poświęcenia, a w zaułkach ubrani w garnitury kloszardzi. Zakaz pornografii i magazynów erotycznych, a wokół hentai odpowiadający każdym, nawet najbardziej zwyrodniałym potrzebom. Starsze panie w kimonach, z tradycyjnie upiętymi kokami mieszają się w tłumie z kolorowymi lolitkami z dzielnicy Harajuku. Wszystko jest płynne, wszystko jest zmienne – nawet ulice i domy, dlatego tak popularne jest rysowanie sobie dokładnych mapek dojazdu w największych miastach.

Japonia to także, a może przede wszystkim miejsce, w którym powstają pełne nostalgii, melancholii i wielkiego smutku opowiadania i powieści. Japońscy protagoniści wyróżniają się na tle literatury światowej, a stylu pisarzy japońskiego pochodzenia nie można pomylić z żadnym innym. Jest prosty, nieskomplikowany, trafiający w sedno ludzkich spraw i życia człowieka. Na swój sposób doskonały, bo nie przytłacza, nie osacza, tylko delikatnie opada na czytelnika i wciąga go w swoje historie.

Dokładnie taka jest debiutancka powieść Aly Cha zatytułowana „Zanim przekwitną wiśnie”. Pewnej mroźnej, zimowej nocy do domu Asako przybywa jej od lat niewidziana córka – Miho. Zniszczona nieudanym życiem, degradującą pracą w dzielnicy rozpusty kobieta postanawia wyjechać do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia. Jednak by móc podążyć za swoim amerykańskim snem, musi zostawić jedyny ciężar, jaki jej w tym przeszkadza, czyli swoją kilkuletnią córeczkę Yuki. Asako przyjmuje dziewczynkę z otwartymi ramionami, godząc się od razu z nowym stanem rzeczy i z tym, że jej nieznana wnuczka zamieszka z nią na dłużej. W kilka chwil później Miho odchodzi w zimną noc, by już nigdy więcej nie powrócić do domu swojej matki.

Tak rozpoczyna się smutna saga pięciu pokoleń japońskich kobiet z rodu Tanaka, które od lat zmagają się ze swoim przeznaczeniem, a swoista klątwa smutku, samotności i rozpaczy wydaje się tam przechodzić z matki na córkę. W małej rybackiej wiosce, na jednej z wysepek okalających japońskie wybrzeża wielodzietna Chiyo każdego dnia walczy ze swoją najstarszą córką Michiko, faworyzowaną od lat przez ojca. Zazdrość matki o córkę, która przeradza się w zawiść i niechęć, doprowadza do rozłamu rodziny i rodzinnego dramatu. Córka Michiko – Asako – szybko poznaje trud codziennej, fizycznej pracy i nigdy, do końca swoich dni nie nauczy się tego, czego pragnie najbardziej, czyli czytania i pisania. Po latach wielkie nieszczęście i osobista tragedia jej córki Miho wygna młodą dziewczynę z domu, by historia zatoczyła koło i powróciła na próg Asako w postaci małej Yuki.

Aly Cha w piękny sposób pokazuje zmieniającą się rzeczywistość wtedy ciągle nabierającej rozpędu Japonii. Koniec XIX wieku, porażka drugiej wojny światowej,  kryzys, a zaraz potem nagły ekonomiczny boom i napływ kultury zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, wobec których zapatrzenie japońskiego społeczeństwa trwa do dziś. Konflikt pokoleń, które nie mają szansy na porozumienie się, a rozłam między nimi jest niewyobrażalny. Jednak „Zanim przekwitną wiśnie” to przede wszystkim opowieść o kobietach i napisana z myślą o nich. O matkach i córkach, odwiecznych dylematach ich trudnych, rodzinnych związków, gdzie te same błędy, te same zachowania powielają się, nie ważne ile lat minęło i jaka trwa właśnie epoka. Otwarte zakończenie powieści pozwala nam domyślić się, że taki stan rzeczy będzie trwał nadal, bo trudno jest przecież pokonać przeznaczenie.

Pomimo iż „Zanim przekwitną wiśnie” napisana została w języku niemieckim, z dala od orientalnej wyspy i dawnej ojczyzny rodziny pisarki, to wciąż pozostaje powieścią na wskroś japońską. Fabuła skonstruowana misternie niczym origami, do tego bohaterowie i wątki dopasowane do siebie idealnie jak w ikebanie, tworzą razem minimalistyczną i doskonale dopracowaną kompozycję literacką. Opowieść niezwykle uniwersalną, ale, co trzeba nadmienić, bardzo smutną i dającą do myślenia, bo poruszającą to, o czym trudno powiedzieć na głos.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 30 września, a którą można przeczytać także TUTAJ.

Jesienne zapowiedzi

Bombla_JesienneZapowiedzi

 

(…) A teraz tylko cienia pragnę, tylko ciszy,
By się nie zbudził potwór ciemny i ponury,
Co duszy mej widnokrąg zaległ. Gdy usłyszy
Dźwięk, gdy go zbudzi blask, zwraca swe lice
Ku mnie i z oczu krwawych ciska błyskawice,
Śmieje się gniewnie, jakby grzmot przebiegał chmury.

(…)Niechaj nie wstaje słońce — bo cichsze są cienie…

Teraz śpi potwór. Jesień płacze łzy mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany…
Ucichło we mnie wszystko, padło w mrok podziemi.
Drzwi, co w świat czucia wiodą, głucho się zawarły.
Jestem jak serce gwiazdy wystygłej, umarłej,
Gdzieś dawno przed tysiącem wieków zapomnianej.

„Jesień” Leopold Staff

Jesień trwa już od tygodnia, czuć w powietrzu chłód i zmiany, a na Wielkim Buku przyszedł czas, by zapowiedzieć, z lekkim opóźnieniem, co będzie się działo w nowym sezonie. W sumie to powinnam była napisać Wam coś już na początku tygodnia, ale jak sami widzieliście Stephen King miał pierwszeństwo. A nawet podwójne pierwszeństwo, bo bardzo długo wyczekiwane.

Jak się pewnie już domyśliliście z doboru jesiennych buków, na te deszczowe i wietrzne dni mam w planach dużo mrocznych, momentami gotyckich, a nawet wampirycznych książek. Oczywiście wampirycznych w tym dobrym, staromodnym sensie, nie „young adultowym”, który wampiry zmutował i wykręcił. W tematyce krwiopijców pomogą mi, a jakże, Stephen King i tu niespodzianka, bo wraz z synem. Jeden z nich opowie historię klasyczną, o Odwiecznym odwiedzającym pewne miasteczko, a drugi, trochę bardziej nowocześnie i symbolicznie, historię o pewnym seryjnym mordercy dzieci. Przy temacie wampirów nie mogę oczywiście zapomnieć o klasyku ponad klasykami, od którego wszystko się zaczęło, czyli o transylwańskim hrabim i jego świcie. W opanowaniu całości pomoże mi niezastąpiona Maria Janion, która coś niecoś wie o ludzkich krwiopijcach i ich zmaganiach z codziennością.

Nadchodzące Dziady, Święto Zmarłych i Halloween nastrajają mnie wyjątkowo potwornie. Ale potwornie na różne sposoby. Będzie trochę o potworach ludzkich, stworzonych z pragnienia odebrania bogom życiodajnego daru, napędzanych chorą ambicją swoich twórców. Będzie też słów kilka o potworach prawdziwych, takich z głębi i otchłani. Nie zabraknie także upiorów, które nawet po śmierci nie przestają zawodzić.

Zabiorę Was również w wąskie uliczki i ciemne zaułki europejskich miast, w których pewien doktor o dwóch twarzach sieje spustoszenie, a od czasu do czasu, można też spotkać tam pewnego, przepięknego młodzieńca i zawsze mieć wrażenie, że przy nim zatrzymał się czas. Co więcej, sądzę, że nadszedł już czas na jednego z najlepszych mistrzów opowieści grozy, władcę kruków, kotów i złotych żuków.  Wiem, długo czekałam i zwlekałam, ale nie ma co ukrywać – jesień to idealna pora na jego twórczość.

Oczywiście to nie wszystko. To tylko takie kilka słów na zachętę. Kąski i tajemnicze smakołyki, którymi kuszę Was ja i Wielki Buk. Będzie strasznie, morderczo i upiornie. Tak jak powinno być jesienią, gdy za oknem pada i wieje. Ale zaczniemy spokojnie, trochę tajemniczo, realnie i magicznie. Na pewno bardzo smutno, bo niektóre wspomnienia nie mogą być radosne.

Tak, zapowiada się piękna jesień 🙂

O.

A do podziwiania „Autumn Sun and Trees” Egona Schiele

Autumn sun and trees by Schiele.jpg

„Doctor Sleep” Stephen King

Bombla_DoctorSleep
 

„Because that was then and this is now. Because the past is gone, even though it defines the present.”*

„Doctor Sleep” Stephen King

Czasami miewam wrażenie, że cierpię na dziwną przypadłość, którą moja mama nazywa syndromem wypalenia na przedbiegach. Odkąd pamiętam, kiedy na coś czekam, to tak długo sobie to wyobrażam, tak bardzo się tym emocjonuję i intensywnie przeżywam (właśnie to wyobrażenie), że kiedy nadchodzi upragniona chwila okazuje się, że rzeczywistość nijak ma się do tego co sobie obmyśliłam w głowie, dni, tygodnie, czy miesiące naprzód. Na kontynuację „Lśnienia” Stephena Kinga czekałam mniej więcej półtora roku. Do czasu premiery miałam niejedną wizję niesamowitego horroru, który powali mnie na kolana po minucie lektury, w trakcie którego będę płakać ze strachu, a gdy skończę przez resztę życia będę spała tylko przy zapalonym świetle. Nie zaskoczę pewnie nikogo pisząc, że stało się całkiem odwrotnie, a najnowsza powieść ukochanego pisarza przyniosła mi swego rodzaju rozczarowanie.

„Doctor Sleep” (w polskim tłumaczeniu „Doktor Sen„) jest co prawda kontynuacją uwielbianego przez tysiące czytelników i przeze mnie kultowego już „Lśnienia” z 1977 roku, ale z horrorem, czy powieścią grozy ma niestety niewiele wspólnego. To kolejna po „Joyland” opowieść o przemijaniu, której fabuła oparta jest na wspomnieniach i opowiada o uporaniu się z życiem i duchami z przeszłości. Ponad trzydzieści lat to kawał czasu. Zmienił się świat, zmieniły realia i sam Stephen King. Do tego dochodzą osobiste doświadczenia, prywatne zmagania, przegrane i wygrane małe, domowe bitwy. Widać, że Mistrz Grozy zamyka tutaj pewien etap  – żegna się z zarówno z „Lśnieniem” jako powieścią i jego bohaterami, ale także, i może przede wszystkim, zamyka bardzo trudny rozdział, jakim była jego choroba alkoholowa i jej następstwa. Wydaje się nawet, że to właśnie dlatego „duch” Danny’ego Torrence’a i jego dalsze losy nachodziły Kinga przez te wszystkie lata i nie pozwalały o sobie zapomnieć.

„Doctor Sleep” rozpoczyna się tam, gdzie mniej więcej zakończyło „Lśnienie”. Mały Danny wraz z okaleczoną przez wybuch mamą uczą się na nowo jak żyć z trudnymi wspomnieniami wydarzeń z hotelu Overlook (Panorama)i jak pogodzić się z brutalną śmiercią ojca. Próbują poradzić sobie z traumą chłopca i lepiej zrozumieć jego wyjątkową umiejętność, czyli lśnienie (zwane przez niektórych jaśnieniem). Tylko, że demony hotelu wcale nie zniknęły. Wróciły z natężoną siłą i od nowa nękają Danny’ego. W ich opanowaniu i pokonaniu pomaga mu stary przyjaciel Dick Halloran. Tylko pewnych rzeczy nie da się już cofnąć, obrazów odwidzieć, a o przeżyciach zapomnieć.

Mijają lata, a wyjątkowy chłopiec zmienia się w pogrążonego w alkoholizmie, zniszczonego życiem mężczyznę, który powiela błędy ojca i mimo woli podąża jego ścieżką. Opisy upadku Dana to wyjęte z życia, porażające swoją realnością sytuacje, które znają z doświadczenia wszyscy, którzy zmagają się z uzależnieniem. Dan pogrąża się w upadku i gdy trafia na samo dno, to jednocześnie zdaje sobie sprawę, że to już ostatnia szansa, by naprawić swoje smutne życie, zakorzenione we wspomnieniach z dzieciństwa. Wyjeżdża, dołącza do stowarzyszenia Anonimowych Alkoholików, znajduje pewną pracę i zostaje tzw. Doktorem Sen, człowiekiem, który pomaga umierających w hospicjum osobom bezboleśnie przenieść się na „drugą stronę”. To nowy rozdział, o niebo lepszy od poprzednich, dający nadzieję na lepsze, trzeźwe jutro.

Gdzieś, mniej więcej w tym czasie, gdy Dan podnosi się z porażki, w okolicy rodzi się kolejne wyjątkowe dziecko – Abra. Wyjątkowe, bo posiadające tak silną moc lśnienia, że już w wieku kilku miesięcy przewiduje przyszłość i nadchodzące wydarzenia. To także ona, z biegiem lat staje się głównym celem mrocznej, wampirycznej grupy zwanej The True Knot (Prawdziwy Węzeł). Grupa, a dokładnie klan, to tajemnicze, wędrujące istoty ukryte w ludzkim ciele, które od zarania wieków podróżują po świecie. Poszukują swojego głównego źródła pożywienia, czyli lśnienia, zwanego przez nich „parą”, od angielskiego „steam”. Ale to nie byle jaka para. Ta, która daje im tą potężną życiową energię i pozwala im żyć całymi wiekami, prawie się nie starzejąc, to ostatnie tchnienie umierających w cierpieniu jaśniejących dzieci. Członkowie The True Knot od zawsze przemieszczają się karawanami po drogach, poszukują, zastawiają pułapki, a po wszystkim, gdy napełniają siebie i zapasowe kanistry życiodajnym produktem, wyruszają w dalszą drogę. Dla ich przywódczyni, Rose the Hat, Abra staje się celem w samym sobie, porównywaną nie bez powodu do Moby’ego Dicka. Celem prowadzącym do zagłady i pogrążenia się w wiecznych ciemnościach.

Mroczny początek „Doctor Sleep” stwarza jedynie ułudę horroru, która ze strony na stronę przekształca się w powieść przygodową, w której bohaterowie próbują rozwikłać zagadkę, odnaleźć wroga i sprowadzić go na manowce, by ostatecznie pokonać, bez żadnej straty z ich strony. O ile w „Lśnieniu” była mowa o chorobie, zaburzeniach i sile psychicznego zniszczenia, które prowadziły do tragedii i rozpadu rodziny, wszystko w pesymistycznym tonie przemocy i traumy, to tutaj z każdym rozdziałem widzimy tworzenie się nowej rodziny, naprawę wyrządzonych krzywd i pozytywny rozdźwięk całości. Co prawda upada stary porządek i umierają poprzednie pokolenia, ale odchodząc otwierają jednocześnie  przejście dla powiewającej optymizmem i młodzieńczą energią przyszłości, opartej na nowej sile i postępie cywilizacyjnym.

Symbolem starego porządku pozostaje The True Knot, który niesie za sobą cierpienie, zemstę i śmierć. Jednak zamiast budzić grozę, czy strach, ich doświadczenia i przeżycia z przeszłości wywołują wyłącznie współczucie i niejako usprawiedliwiają to, czego w normalnych warunkach usprawiedliwić się nie da. Siła ich więzi wynika z brutalnych wspomnień. Miłość, którą dzielą między sobą – z wielu lat spędzonych razem, na dobre i na złe. To rodzina, która gotowa jest zrobić wszystko, by przetrwać i uratować swoich członków, pomimo iż świat jaki znają rozpada się. Ewoluuje i przekształca się na ich niekorzyść, niosąc za sobą echo nieuchronnej klęski.

Z drugiej, tej pozytywnej strony jawi się rodzina Abry – sprawiedliwa, otwarta, miejscami naiwna, ale zawsze pełna wiary i miłości względem siebie i innych. Cztery pokolenia, które idą z duchem czasu, rozwijają się, ale potrafią czerpać wiedzę i doświadczenie od poprzedników. Abra to zaprzeczenie Dannego z dzieciństwa, który nigdy nie był towarzyski, przeżył szkolny ostracyzm i wie co to samotność. Abra nigdy nie była samotna. Murem stoją za nią najbliżsi, sąsiedzi, przyjaciele i znajomi. Wie co to wsparcie, bo nigdy jej go nie odmówiono. Jest dokładnie tym, czy od zawsze pragnął być Dan. Jej postać skonstruowana jest tak, że wiemy iż skazana jest na sukces. To właśnie jej pozytywna siła ostatecznie podnosi głównego bohatera, pozwalając mu raz na zawsze uporać się ze zmorami przeszłości.

Tak jak Dan Torrence, tak samo Stephen King w „Doctor Sleep”  żegna się z hotelem Overlook, duchami z „Lśnienia” i pokojem 217. Tym samym pisarz żegna się z własnym nałogiem i nękającymi go latami wyrzutami sumienia za mniejsze i większe krzywdy, jakie wyrządził sobie i swoim najbliższym. Nie sposób nie zauważyć, że cała ta opowieść to podziękowanie najbliższych, którzy zawsze przy nim byli, także w tych najtrudniejszych chwilach. Dla wszystkich tych, także swoich fanów, którzy dawali mu siłę do pisania i motywację, która pozwoliła mu uporać się z nałogiem.

„Doctor Sleep” to nie jest horror i może właśnie dlatego czuję niedosyt i rozczarowanie. Tutaj nie ma się czego bać. Nic nas nie przestraszy. To kolejna w ostatnich latach melancholijna opowieść Kinga, która z czasem staje się peanem na cześć siły, jaka tkwi w ludziach, którzy gdy tylko znajdą w sobie moc i potrzebę zmiany, są w stanie pokonać wszelkie, czyhające na nich zło. To także opowieść o tym, że prawie nigdy nie jesteśmy sami. Nawet w godzinie śmierci.

O.

* „Bo teraz jest inaczej niż kiedyś. Bo przeszłość przeminęła, nawet jeśli określa teraźniejszość.”

 

„Sklepik z marzeniami” Stephen King

Bombla_Needful

 

„Everyone loves something for nothing… even if it costs everything.” (Każdy chciałby dostać coś za nic, nawet jeśli przyszłoby mu zapłacić za to wszystkim.)

„Sklepik z marzeniami” Stephen King

Człowiek od zawsze lubił otaczać się przedmiotami. Często zwyczajnie niepotrzebnymi, wyłącznie ze zwykłej chciwości. Zwykłymi gadżetami, które pozwalały wyróżnić go na tle innych lub, wręcz odwrotnie, upodabniały go do reszty tłumu. Takie przedmioty miewają różną wartość: wyznaczają prestiż i miejsce w społecznej hierarchii. Bywa, że są pamiątką po kimś lub po czymś, symbolem dawno utraconej chwili, czy osoby. Czasami to przedmioty bardzo osobiste. Takie, które mają to najbardziej nieuchwytne i ukryte znaczenie. Utożsamiają prywatny sekret, małą tajemnicę, znane jedynie nam samym. Są odpowiedzią na nasze największe pragnienia. Zaspokajają nasze najdziwniejsze potrzeby. W odpowiednim kontekście to właśnie one mówią o nas najwięcej i obnażają to kim jesteśmy naprawdę. Za takie przedmioty jesteśmy gotowi oddać bardzo wiele. I wiele poświęcić. Czasami wszystko, nie bacząc na konsekwencje.

Sklepik z marzeniami” (tytuł oryginału „Needful Things„) Stephena Kinga  to opowieść o typowym amerykańskim miasteczku – Castle Rock w stanie Maine, którego mieszkańcy postanowili poświęcić swój względny spokój, godność i swoje dusze w zamian za to, czego pragną najbardziej – wymarzone przedmioty. Ale nie są to byle jakie rzeczy, tylko takie, które pochodzą z wyjątkowego, nowo-otwartego sklepu o wdzięcznej nazwie Needful Things. I bardzo szybko okazuje się, że te konkretne, wystawiane w nim towary, są koniecznie potrzebne wszystkim mieszkańcom miasteczka omamionych ich nienaturalną magią. O piękną otoczkę w tym sklepie marzeń dba przyjezdny sprzedawca dóbr, wyspecjalizowany w promocji i reklamie tego co najpotrzebniejsze, skrojone specjalnie na potrzeby jego klientów – tajemniczy Leland Gaunt.

Leland Gaunt przyjeżdża do Castle Rock niespodziewanie. Pewnego dnia okazuje się, że stary budynek dawnego domu z antykami ma już nowego właściciela. Ten, ukryty przed wzrokiem ciekawskich, przygotowuje sklep na wielki dzień otwarcia, zachęcając do odwiedzin kuszącym szyldem. I już wtedy, zanim otwiera oficjalnie swoje podwoje, znajduje pierwszego, niewinnego klienta. Jest nim Brian Rusk, młody chłopak, który jest wielkim fanem baseballu. Na wejściu pan Gaunt, który jest czarującym, starszym dżentelmenem, osacza go swoim urokiem. Zaintrygowany Brian przegląda zgromadzone przedmioty, a w tym samym czasie czujny sprzedawca obserwuje go i wypytuje o wszystko. Okazuje się, że w Needful Things znajduje się coś, co Brian od zawsze pragnął mieć – kolekcjonerska karta z wizerunkiem Sandy Koufaxa, znanego gracza baseballowej ligi, niezwykle rzadka i bardzo droga. Ale nie w sklepie pana Lelanda Gaunta.

Dochodzi do pierwszej, dość nietypowej transakcji. Otóż, uroczy sprzedawca oferuje Brianowi upragnioną kartę za… niecałego dolara! Ale jak z wielkimi okazjami bywa musi być jakiś haczyk. Malutki. Pisany drobnym druczkiem. Co prawda chłopak zostaje właścicielem karty godnej prawdziwego kolekcjonera, ale winny jest panu Gauntowi przysługę. Ten zgłosi się po nią w swoim czasie. I Brian nie będzie mógł odmówić. Zawierają układ i chłopak odchodzi niewiarygodnie szczęśliwy, nie przeczuwając, że podpisał kontrakt na swoje życie. Tym samym, inicjuje ciąg wydarzeń, których głównymi bohaterami zostają zupełnie nieświadomi nadchodzącego zamieszania i ostatecznej tragedii mieszkańcy Castle Rock.

Rozpoczyna się mistrzowskie rozegranie przez Lelanda Gaunta, który (jak już się pewnie domyślacie) nie jest wcale takim typowym sprzedawcą, jak by się mogło wydawać, albo za jakiego próbuje z początku uchodzić. To władca marionetek, doskonały manipulator, który w jedyny, perfekcyjny sposób potrafi sprawić, by ludzie poddali się jego woli. Jedyne co robi, to stwarza odpowiednie warunki i oferuje upragniony przedmiot. Robi tak od wieków, w zasadzie od zawsze, kiedy na ziemi pojawili się ludzie. Stwarza okazje, zachęca i kusi. Reszta zależy już od człowieka, a tutaj od mieszkańców miasteczka. Każdy z nich ma wybór i zawsze może Gauntowi odmówić.

W szybkim czasie akcja nabiera tempa. Mieszkańcy pogrążeni w mani kupowania zaciągają kolejne długi u sprzedawcy z Needful Things. W magiczny sposób na stanie sklepu pojawiają się przedmioty bardzo osobiste, każdy odpowiadający wybranej osobie w Castle Rock. Ich posiadanie doprowadza do chwilowej euforii, poczucia spełnienia i szczęścia, które niestety bardzo szybko przeradza się w swoisty niepokój i oczekiwanie. A im dalej brniemy w historię tym więcej szaleństwa i oznak obłędu. Notes Lelanda Gaunta bardzo szybko zapełnia się kolejnymi nazwiskami. Jako doskonały strateg i obserwator, dokładnie planuje swoje natarcie i zakończenie całości. Paruje wrogów. Podsyca ogień nienawiści. Odmierza wszystko w czasie, by doprowadzić do ostatecznej konfrontacji i eskalacji przemocy.

„Sklepik z marzeniami” udowadnia, że większość ludzi na świecie ma swoją cenę. Nieważne kim są, jakie funkcje pełnią – ważne jest to, czego chcą, czego potrzebują w danej chwili. Każdego można kupić, a jego cena bywa śmiesznie niska w stosunku do długu jaki zostaje przez niego zaciągnięty. Pokazuje, że każdy czegoś pragnie. Każdy czegoś zazdrości. Każdy chciałby coś zmienić. Każdy marzy o lepszym, pełniejszym życiu bez zmartwień, bez zobowiązań, bez odpowiedzialności. I bez wyrzutów sumienia. To właśnie oferuje Leland Gaunt. Człowiek – nie człowiek. Bardziej idea, symbol i jego personifikacja. On zawsze wraca, otwiera swój sklepik z marzeniami gdzieś tam niedaleko i obserwuje. Nie musi się czaić, nie musi ukrywać, bo wie, że prędzej czy później wielu do niego trafi. Na własną rękę. Z własnego wyboru. Oddając za obietnicę szczęścia swój honor, swoją godność, całego siebie. Pozostaje mieć się na baczności i zawsze o tym pamiętać.

O.