Site icon Wielki Buk

„Sto dni szczęścia” Eva Woods PATRONAT & RECENZJA

STO DNI SZCZĘŚCIA Eva Woods (Recenzja książki)

W życiu nigdy nic nie układa się idealnie. Czasem słońce, czasem deszcz. Raz na wozie, raz pod wozem. Trywialne przysłowia przypominają o tym co rusz, a mimo wszystko bombardowani jesteśmy obietnicą doskonałego, perfekcyjnego świata z każdej możliwej strony. Dajemy się nabrać, że można uciec od tego, co najważniejsze. Na gorsze dni pomoże Instagramowy filtr, potem zakup kolejnego niepotrzebnego gadżetu, a motywacyjne plakaty dobiją odrealnionymi sentencjami, których nijak nie można wcielić w codzienność. A przecież nic się nie zmieni. Dla niektórych natomiast ta nieciekawa zwyczajność, od której tak próbujemy uciec okazuje się być najcenniejszym z darów. Kilka kolejnych pozornie szaroburych dni staje się okazją do doświadczenia czegoś zupełnie odmiennego.

Sto dni szczęścia Evy Woods być może nie uleczy rozpaczy, ale pokaże, że szczęście to nie sztuczna propaganda, ale stan umysłu i czasami największa tragedia zainspirować może pozytywną zmianę.

Pamiętaj, jeśli chcemy mieć tęczę, musimy zaakceptować deszcz.

Czasami wali się cały świat. Czasami wszystko idzie nie tak, jak powinno. Czasami zwodniczy los rzuca dziesiątki kłód pod nogi. Annie Hebden utraciła nadzieję już dawno temu. W chwili, gdy jej życie rozpadło się, a serce pękło z rozpaczy. Każdy kolejny dzień jest dla niej walką wypełnioną niemym krzykiem, łzami, gorzką samotnością. Teraz również wizytami w szpitalu, podczas których przypadkiem poznaje uroczą, promienną Polly. Polly, której nie zostało już wiele czasu, a która przypomni Annie jak cennym darem jest życie i każdy kolejny dzień.

Chcę zostawić po sobie jakiś znak, rozumiesz zanim zniknę na zawsze. Udowodnić, że można być szczęśliwą i cieszyć się życiem, pomimo, że sprawy wyglądają okropnie.

Trzy miesiące. Sto dni. Wydaje się, że nie jest to zbyt wiele czasu. Dramatyczna diagnoza. Rozpacz. Niemoc. A potem świadomość ulatujących chwil i potrzeba chwytania każdego momentu na tyle, na ile się da. Na tyle ile można, zanim wybije ostatnia godzina. To złota metoda Polly, która staje na drodze zrozpaczonej Annie. Dwa nieporównywalne życia. Dwie tak różne kobiety. Wspólna niepewna przyszłość i jeden przepis, by małymi kroczkami popchnąć nadzieję naprzód. Nie ma tu naiwności. Nie ma tu sztucznych obietnic. Są tylko możliwości albo przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest i iść naprzód ulepszając ją ile się da, albo poddać się. Tylko jeśli wciąż się oddycha, jeśli każdy dzień może być odrobinkę ciekawszy, milszy, cieplejszy, to czemu nie spróbować? Czemu nie włożyć ciut więcej wysiłku? Uśmiechnąć się do nieznajomych, Dać komuś kwiaty, Znaleźć czas na pogawędkę sto dni, sto maleńkich kroków. I nadzieja.

Sto dni szczęścia to lektura, która uderza we wrażliwego czytelnika jak grom z jasnego nieba. Być może brzmi to nieco górnolotnie, ale w chwilach wielkiej smuty, kiedy dopada nas chandra, kiedy wydaje się, że gorzej być nie może, a za oknem na dokładkę roztopy, to proste przypomnienie o tym, co naprawdę ma znaczenie ma szansę przywołać na ziemię i dodać siły do działania. Bohaterki Evy Woods szczerze i z brytyjską swadą udowadniają, że nie trzeba medytować w Tybecie, by odnaleźć spokój. Nie trzeba kąpać się w pieniądzach, by wzbogacić się duchowo. Nie trzeba być gwiazdą filmową, by poczuć się dobrze sama ze sobą. To ważne, kiedy porywa nas wirtualny, nierealnie perfekcyjny, zerojedynkowy świat, by umieć spojrzeć na swoje życie i docenić małe, zwykłe chwile.

Mądra opowieść, która ma szansę zadziałać jak miód na zbolałe serce.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Amber. <3

**Zapraszam na filmik i na rozdanie!

Exit mobile version