Bezsenne Środy: „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” Shirley Jackson

Długo rozmyślałam nad tą powieścią. Kilka lat zajęło mi, by Wam o niej opowiedzieć. A to dlatego, że są takie opowieści, które okazują się być przełomowe, które trzeba poznać, bo z czasem stały się już kultowe. Autorka „Nawiedzonego Domu na Wzgórzu” – Shirley Jackson – ma w swoim dorobku jedną taką powieść i to właśnie nią wpisała się do historii literatury. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”.

Nazywam się Mary Katherine Blackwood. Inaczej Merricat. Osiemnastoletnia młoda dama, która mieszka w olbrzymiej posiadłości należącej do rodziny Blackwoodów. Nie jest oczywiście sama, bo mieszka tam razem z okaleczonym, schorowanym stryjem Julianem i ukochaną starszą siostrą Constance. A co z resztą rodziny? Cóż, nie żyją, otruci pewnego popołudnia jagodami skąpanymi w cukrze z arszenikiem. Od tamtej pory za bramy domu wychodzi jedynie Merricat, natomiast Constance i Julian siedzą bezpieczni za murami. Dni mijają im na błahostkach, jedynie stryj czasami wspomina przeszłość, wspomina tamto popołudnie, kiedy rodzina zjadła śmierć.

Shirley Jackson jest mistrzynią w budowaniu atmosfery osaczenia terroryzowania, zastraszenia swoich bohaterów z zewnątrz – pamiętacie „Summer People”? (recenzja TUTAJ). Oni zawsze są wyobcowani, inni, odmienni i potwornie w tej odmienności samotni. W „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” jest podobnie. Obserwujemy świat z perspektywy Merricat i od pierwszych chwil można dostrzec, że jest to świat specyficzny, jakby widziany w krzywym zwierciadle. Świat podłych twarzy, gwizdów, śmiechów. Rzeczywistość wroga i okrutna dla dziewczynki, która straciła całą swoją rodzinę, przeżyła traumy i pozbawiona jest opieki z zewnątrz. Zdaje się, że nic nie może jej chronić, podobnie jak jej siostry Constance, która cierpi od „wypadku” na agorafobię, chociaż Merricat nie przeszkadza wcale, że jej siostra nie potrafi opuścić murów posiadłości. To kolejne w repertuarze Shirley Jackson postacie kobiece, które odbiegają od normy, a których wizja rzeczywistości zostaje boleśnie skonfrontowana z prawdziwym światem wokół nich.

W „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” Shirley Jackson stworzyła klaustrofobiczne poczucie napięcia, które z czasem staje się nie do zniesienia, mierzi czytelnika i sprawia, że czeka na kulminację, na wielki finał, który nieoczekiwanie nadchodzi i zaburza zastany porządek. Od pierwszych akapitów towarzyszy czytelnikowi dziwność, niedopasowanie, bolesny niepokój. Coś jest nie tak jak powinno być, a kolejne rozdziały udowadniają, że przeczucie nas nie myliło. I zastanawiamy się tylko, czy mury posiadłości Blackwood chroniły jego mieszkanki przed światem, czy może świat przed dziewczętami?

Sięgając po „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” warto pamiętać, że dzisiaj takich fabuł jest wiele, ale kiedy Shirley Jackson pisała tę powieść, czyli tuż na początku lat 60. nikt nie myślał w ten sposób o dorastających dziewczynkach, a tym bardziej o młodych damach z szanowanych rodzin. Ona była pierwsza, przełamała stereotypowe myślenie i powołała pewien archetyp narratora, któremu nie można i nie wolno ufać, który jest tak popularnym motywem w dzisiejszej literaturze. I to warto docenić.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w cukiernicy siedzi wielki pająk i czeka.

O.

*Zapraszam na filmik!

Komentarze do: “Bezsenne Środy: „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” Shirley Jackson

  1. Grandża napisał(a):

    Tyle od ciebie już słyszałem o Shirley Jackson…… Czas się przekonać samemu kiedyś. 🙂

Dodaj komentarz