BEZSENNE ŚRODY: „The Old Nurse’s Story” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneOldNursesStory

 

“Hester! keep her from that child! It will lure her to her death! That evil child! Tell her it is a wicked, naughty child’ Then, Mrs Stark hurried me out of the room; where, indeed, I was glad enough to go; but Miss Furnivall kept shrieking out, 'Oh! have mercy! Wilt Thou never forgive! It is many a long year ago…”

Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, a zakazy istnieją właśnie po to, żeby je łamać. Być może coś w tym jest. Jakaś wrodzona ciekawość, pragnienie przeżycia niezwykłej przygody potrafią skusić człowieka tak bardzo, że traci zdrowy rozsądek i robi coś na przekór logice. Niektóre zakazy są jedynie umowne. Jakieś kulturowe tabu. Fizyczna przeszkoda. Coś, co niejeden śmiałek może pokonać, a potem chwalić się już nie głupotą, ale odwagą.  Jednak istnieją zakazy, których złamanie niesie za sobą prawdziwe zagrożenie, a śmierć jest jedynie wypadkową innych wydarzeń. Bo powiedzmy sobie szczerze – są takie miejsca, których lepiej nie odwiedzać. Korytarze, do których lepiej nie wchodzić. Ogrody, po których ścieżkach lepiej nie spacerować. W takim miejscach załamała się czasoprzestrzeń. Pojawiła wyrwa, która istnieje wbrew wszelkim prawom fizyki. W niej zamknięte są ostatnie chwile tych, których emocje nie zdołały zniknąć w chwili śmierci. Ostatni krzyk, groźba zemsty, szept, który sprowadza na manowce…  Opowieść o nieukojonym bólu, który nawiedza ziemie pewnej posiadłości opowiada Elizabeth Gaskell w jednym ze swoich najpopularniejszych gotyckich opowiadań zatytułowanym „The Old Nurse’s Story” (dosł. Opowieść Starej Niani).

Stara Niania snuje opowieść o latach młodości, gdy podjęła się opieki na osieroconą córką swoich państwa, teraz dorosłą kobietą i matką dzieci, które słuchają tej historii. Panna Rosamond była cudowną, przemiłą dziewczynką. Jedynaczką, więc po śmierci rodziców, aby zapewnić panience dobre wychowanie, wraz z nianią przenoszą się do posiadłości starej ciotki – panny Furnivall w Manor House. Mała Rosamond staje się oczkiem w głowie domowników, a jej wesołe szczebiotanie rozwesela pogrążony w mroku dom. To wielka i stara posiadłość,  w swoich zakamarkach kryjąca rodzinne sekrety i tragedie z przeszłości. Znajdziecie tam portrety odwrócone tyłem do ściany, zamknięte skrzydło korytarza, do którego nie można zaglądać, a nocą usłyszycie smutne tony organów, które pomimo, iż zepsute, rozbrzmiewają melodią wśród ciemności. Niania stara się nie spuszczać z oczu małej Rosamond, jednak pewnego dnia, po wizycie w kościele, dziewczynki nie ma tam, gdzie ją zostawiła. Po godzinach poszukiwań znajdują dziecko przemarznięte do szpiku kości, które po przebudzeniu opowiada o innej małej dziewczynce, której tropem podążyła w śnieg i kobiecie, do której ta ją zaprowadziła. A mieszkańcy domu milczą.

Czytając „Opowieść Starej Niani” Elizabeth Gaskell z pewnością odczujecie wrażenie, że to wszystko już znacie, temat jest tak popularny, a każdy jej element już gdzieś się pojawił na Waszej czytelniczej drodze. W klasyce grozy jest właśnie coś takiego, że wykorzystywana na setki możliwych sposobów, sama w sobie staje się… przestarzała i taka zwyczajna. Jednak groza serwowana przez autorkę, to prawdziwy gotycki łakomy kąsek dla każdego miłośnika dobrego straszenia. Pomimo, iż motywy są już ograne, to tajemnica Manor House wciąż potrafi zmrozić krew w żyłach. Elementy paranormalne idealnie łączą się ze światem rzeczywistym, a magiczna zimowa atmosfera staje się niemal lodowo-potworna, gdy w grę wchodzi życie małej dziewczynki. Horror, w którym duchy odgrywają główną rolę, a sekrety posiadłości ożywają z chwili na chwilę, z czasem przeradza się w uniwersalną opowieść o bezduszności i okrucieństwie, których nie naprawi już nic, nawet mijający czas.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę grę organów wśród hulającego wiatru.

O.

*Komu spodobał się przedsmak gotyckiej opowieści Elizabeth Gaskell, ten znajdzie ”The Old Nurse’s Story” do przeczytania i postraszenia się całkiem za darmo znajdziecie TUTAJ.

„Kaïken” Jean-Christophe Grangé

Bombla_Kaiken

 

„Japonia działa jak trucizna. (…) Japonia odgrywała na Zachodzie rolę sztucznego ujścia, rozładującego napięcie. Zamiast zastanowić się nad tamtejszymi problemami, snuto rojenia o azjatyckim edenie, japońskim ideale, pełnym spokoju i równowagi.”

Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni. Oczami wyobraźni widzimy spacerujące gejsze pod papierowymi parasolkami, a wokół ich drobnych sylwetek otulonych jedwabnymi kimonami wirujące różowe płatki kwiatów. W uszach rozbrzmiewają samurajskie okrzyki i prawie słychać głosy pojedynków, drgającą stal ostrych jak brzytwa mieczy. Ogrody zen, których niezwykłe projekty odbierają dech w piersiach. Skomplikowane układy ikebany. Wnętrza, w których nie ma nic ponad to, co ma być. Ceremonia herbaty. Przepisowe ukłony. Delikatne uśmiechy. Dziesiątki codziennych rytuałów, których tajemniczość i skrupulatność wykonywania tak bardzo kusi przytłoczonych nadmiarem gaijinów, czyli cudzoziemców. Po drugiej wojnie światowej, gdy w ten magiczny świat legend i kodeksów, jakim była Japonia, wtoczyły się buciory turystów, ci zachłysnęli się tym, co oferowała orientalna część cywilizacji, a Japończycy nauczyli się wystawiać swoje rytuały na sprzedaż, już w wersji pop, nieświadomym niczego klientom.

O zgubnych skutkach orientalnych obsesji, o dziedzictwie kulturowym, od którego nie sposób uciec oraz o genach, których nic nie pokona opowiada doskonale skonstruowany thriller Jean-Christophe’a Grangé zatytułowany „Kaïken”. Japonia staje się punktem wyjścia dla fabuły opowieści, jest jego podstawową osią i tłem, w którym operują poszczególni bohaterowie. Japonia jako kraj i jako kultura, której elementy wykorzystał autor, by w pełni wykreować swoją główną postać, oficera policji – Olivera Passana. Ten, tak w życiu prywatnym, jak i w pracy, stara się, po części świadomie, po części intuicyjnie, postępować według zasad etycznych samurajów, czyli kodeksu wojownika – bushidō. Otacza się wszystkim co japońskie, począwszy od przedmiotów codziennego użytku, a kończąc na żonie, Naoko, która co prawda odrzuca japońskie tradycje, jednak idealnie wpisuje się w nowoczesny wizerunek Japonki. Passan jest wojownikiem, oddanym policji i sprawom, których się podejmuje. Jednak jego życie w doskonałej, niemniej totalnie sztucznej japońskiej bańce, powoli pęka i rozpada się w gruzy. A na dodatek, szalony morderca szaleje po dzielnicach Paryża i w bestialski sposób morduje kobiety w ciąży.

Passan wie, kim jest zbrodniarz. Wie to również czytelnik, który podąża z policjantem jego tropem. To pierwsze śledztwo, które wydaje się być głównym wątkiem powieści, tak naprawdę służy przede wszystkim temu, by pokazać czytelnikowi kim jest Passan, czym kieruje się w życiu i jakie wartości wyznaje. To także dobra okazja, by poznać jego rodzinę, obserwować jej rozpad, a także przyuważyć relacje pomiędzy nim a współpracownikami. Passan jest bezkompromisowy, często impulsywny, jednak zawsze honorowy. Poszukiwanie dowodów, które pomogą mu ująć szaleńca, ale i jego te poszukiwania zabiorą w podróż w przeszłość, do czasów swojej młodości, dzieciństwa, osamotnienia. Kultura Japonii stała się jego punktem zaczepienia, odegrała niezwykle istotą rolę w budowaniu jego światopoglądu i określiła go jako człowieka, jakim jest teraz. Gdy śledztwo dobiega końca, a okazuje się, że ktoś wciąż zagraża jego rodzinie, Passan już nie stanowi dla nas tajemnicy i będąc przekonanym o jego prawości możemy bez uprzedzeń towarzyszyć w rozwikłaniu tajemnicy, która tym razem dotyczyć będzie jego własnego, małego świata.

Grangé zdecydował się na nietypowy sposób prowadzenia fabuły. Ten, kto w dedukcyjny sposób, po nitce do kłębka, niczym legendarny Sherlock Holmes lubi zbierać strzępki informacji, cenne wskazówki i znajdować niepasujące elementy, by tuż przed finałem wykrzyknąć „Już wiem, kto jest mordercą!”, udowadniając to na sto różnych sposobów, ten po lekturze „Kaïkena” może być zawiedziony. Czytelnik przez cały czas pozostaje nieświadomy, bo po prostu autor nie dzieli się z nim informacjami. Tak jak nasz bohater Passan, tak i my skupiamy umysł na zupełnie innych kwestiach, bo w ogóle nie bierzmy pod uwagę rozwiązania, jakie serwowane jest nam na samym końcu. Z jednej strony taki zabieg tworzy naprawdę intrygujący element zaskoczenia, a z drugiej drażni, bo przecież wydawało się, że to będzie historia o zupełnie czymś i kimś innym. Grangé mami czytelnika genetyką, mami legendami o feniksach i odrodzeniu, ale tak naprawdę kluczem do całej intrygi jest właśnie Japonia i tytułowy kaïken – rytualny nóż żon samurajów, którym popełniały Jigaki – honorowe samobójstwo.

Passan jak nowoczesny samuraj, walczący dla ukochanej ojczyzny, niosąc sprawiedliwość, kieruje się zasadami, których ze świecą szukać wśród współczesnych. Niestety, jego japońska fascynacja, która w trudnych chwilach dała mu oparcie, którego potrzebował, z biegiem lat zamieniła się w chorobliwą obsesję, w której wszystko musi działać według jednego prawidłowego, wyobrażonego przez niego wzorca. I ta obsesja, jak również zakotwiczenie w marzeniu o nieistniejącej Japonii, sprawiają, że Passan traci rozeznanie w tym co realne, namacalne, a tym, co jedynie wyobrażone. Ma piękną, kochającą żonę, ale tylko dlatego, że w jego oczach nie stanowi doskonałej żony samuraja, tylko dlatego, że odrzuciła po części japońskie tradycje – on odrzuca ją. Wydaje mu się, że jest bardziej japoński od Japonki, przez co traci rozeznanie i nie zauważa, że ideał, który sam sobie stworzył w głowie, był tylko rojeniem, mrzonką gaijina o orientalnej krainie, której nigdy nie było.

„Kaïken” Jean-Christophe’a Grangé to brutalny thriller, który od początku do końca trzyma w napięciu, a dzięki meandrom i zawijasom fabularnym sprawia, że nie można się od niego oderwać. Pomimo, iż początkowe wątki mają jedynie przedsmak tego, co dzieje się naprawdę, a nic nie zapowiada finału, to czytelnik spragniony wyjątkowych wrażeń i mocnej intrygi będzie zadowolony i w pełni usatysfakcjonowany. Do myślenia daje cała japońska otoczka, sztucznie wykreowany świat, w którym schował się Passan, żeby nadać swojemu życiu głębszy sens. To takie krzywe zwierciadło całej zachodniej cywilizacji, która zamiast szukać ukojenia w swoich korzeniach, wyprawia się na daleki wschód, by tam, w zupełnym niezrozumieniu podstawowych zasad, czerpać garściami powierzchowne elementy i w groteskowy sposób nadawać im większe znaczenie. Cała filozofia zen, wabi-sabi, tradycje samurajów i gejsz – cała kultura Japonii – to wyłącznie jej dziedzictwo i przeszłość, którego nie pojmie żaden gaijin, żadna przebrana za postać z mangi dziewczynka, żadna upozowana na uroczą Japonkę kobieta. Kraj Kwitnącej Wiśni na zawsze pozostanie tajemnicą, a jego sekrety – za wyuczonym, dyskretnym uśmiechem jego mieszkańców.

O.

 

„Głosy Pamano” Jaume Cabré

Bombla_GłosyPamano
 

„Nadejdzie dzień, kiedy niebo znów będzie niebieskie. Ludzkość się uśmiechnie i już nie będzie grzechem wykuwanie prawdziwych nazwisk w kamieniu.”

Trauma Drugiej Wojny Światowej. Niezliczone ofiary. Tak wielka liczba, tak porażająca, że aż niewyobrażalna. Zapierająca dech w piersiach. Królestwo tortur,  nieludzkich zbrodni, przerażenia. Świat na pewien czas stał się krainą śmierci. Po wszystkim został ból i szok. Jak ludzkość mogła do tego dopuścić? Jak wytłumaczyć się z całego bestialstwa? Jak wyjaśnić tak wielką nienawiść do drugiego człowieka? W Hiszpanii okres terroru, donosicielstwa i walki o sprawiedliwość przedłużył się aż do roku 1975. Rządy generała Franco to domena faszystów, czyli ugrupowania politycznego zwanego falangą hiszpańską. Kontynuując ideologie zaczerpnięte po części z haseł tysiącletniej Rzeszy, ludzie caudillo, jak nazywano Franco, głosili antysemityzm, skrajny nacjonalizm, gloryfikowali siłę i przemoc. Można było służyć tylko jednej prawidłowej stronie. Ktokolwiek o podejrzanych ideach, inny lub próbujący naprawiać, czy zbawiać świat, ten automatycznie stawał się wrogiem. Ludzie znikali. Szeptano o cichych egzekucjach. Znajdywano anonimowe groby. Inni natomiast dochodzili do władzy, wzbogacali się i siali zniszczenie. Tak, jak w małym, górskim miasteczku, nieopodal rzeki Pamano…

Historię jego mieszkańców, których relacje już na zawsze naznaczyły wojenne doświadczenia, opowiada jeden z najwybitniejszych katalońskich twórców, Jaume Cabré, w jednej ze swoich głośniejszych powieści zatytułowanych „Głosy Pamano”. Torena, schowana wśród pirenejskich szczytów, mogłaby być idylliczną przystanią, schronieniem i uzdrowiskiem. Co więcej, wyposażona w doskonałe stoki narciarskie, mogłaby być jedynie ośrodkiem turystycznym, niosącym radość i spokój. Mogłaby… Jednak miasteczko to kryje w sobie okrutne tajemnice, których odkrycia podejmie się pewna cicha nauczycielka Tina, gdy zupełnie przypadkiem, w niszy za tablicą w budynku dawnej szkoły przygotowanej do zburzenia, znajdzie pudełko, a w nim pełne żalu i wyrzutów sumienia listy niejakiego Oriola Fontellesa do nigdy niepoznanej córki. Kolejne wyznania ujawniają przemilczaną historię, której wątki wzbudzają uśpione nienawiści, namiętności i miłości. Z mroków niepamięci wychodzą prawdy, o których nikt nie chciał nigdy więcej mówić, a demony wojny znów pragną zebrać swoje żniwo.

Wojna stanowi tu podstawowe tło. Jest nieuniknioną rzeczywistością, codziennością, atmosferą życia Toreny. Jednak wszystko zaczyna się od zbrodni i rządzy zemsty. A mści się kobieta. Nie byle kto, bo jedna z najbogatszych w Hiszpanii, najbardziej wpływowych i silnych, która gotowa poświęcić jest wiele, by pozbyć się tych, którzy w jej oczach na to zasłużyli. Elisenda Vilabrú, postrach Toreny, władczyni marionetek, która kieruje się życiową dewizą: Nie odstępuj od zrobienia tego, co powinnaś zrobić, jeśli uważasz, że tak zrobić powinnaś. I Elisenda robi to. Zleca zabójstwa, mści się za śmierć ukochanego ojca i brata, po kolei zdobywa władzę, ukrywając się za kotarą świątobliwości. Zło tańczy u niej z dobrem, tak, że nikt do końca nie jest pewny, kim jest ta kobieta, która uzyskała prywatną audiencję u samego papieża, a lata wcześniej podobno była na kolacji z generałem Franco.

„Głosy Pamano” czyta się trochę tak jak najlepszy kryminał. Miejscami nawet wyrafinowany thriller, gdzie autor wciąż igra z czytelnikiem. Mami go czasem, który jest płynny i w jednym zdaniu potrafi skakać o całe dekady, zawracać raz do lat trzydziestych, by nagle wynurzyć się w latach dwutysięcznych. Myśli bohaterów przenikają się, a wszystkie wydarzenia splatają dzięki listom wkrótce beatyfikowanego Oriola Fontellesa. Tina jest naszym przewodnikiem po tym świecie skąpanym w oparach nienawiści. Nic nie pozostaje niezapomniane. Na jaw wychodzą wszelkie krzywdy, wspomnienia i sekrety. Ożywają tak ofiary, jak bestie, które podjęły się ich zgładzenia. To Tina wprowadza nas w to królestwo śmierci, jakim gdzieś dawno temu stała się sielankowa Torena.

Mówią, że rzekę Pamano słyszą w miasteczku jedynie ci, którzy mają umrzeć. Zdaje się, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, tym bardziej, że tytułowe głosy, które rozbrzmiewają wśród nurtów i wirów rzeki to krzyki rozpaczy, zawodzenie przerażonych, surowe wykrzyknienia rozkazów. Nienawiść w pigułce, ukryta w górskich wodach. Wśród nich dosłyszeć można szepty konspiracyjnych umów, odgłosy skrywanej przed oczami rozkoszy, a nawet zapewnień o miłości i wierności na wieki. W nurtach szemrzą obietnice, które nigdy nie mają być spełnione. Zwierzenia, o których dawno temu zapomniano. Pamano to zdławiony tumult powojennych relacji. To symfonia wypełniona po brzegi bólem, cierpieniem i zdradą. To wezwanie do zemsty i walki o prawdę. Zbrodnia, której nie da się wymazać z historii miasteczka, ciągnie za sobą kolejne zbrodnie, równie przerażające, w imię zwyczajnej sprawiedliwości. Bestialstwo rodzi absurdalne multiplikowanie się przemocy. Przeszłość napiera na przyszłość, a teraźniejszość zawraca co rusz myślami do dawnych lat.

„Głosy Pamano” to historia po brzegi wypełniona bólem i wspomnieniem wojny, od której nawet po latach nie można uciec. Rozliczanie z przeszłości, wywlekanie doświadczeń tym bardziej w kraju tak sprzecznych doświadczeń, jakim jest Hiszpania, wywołuje wciąż sporo emocji. Wiadomo – wojna rządzi się swoimi prawami. Zmieniają się zasady, a granice pomiędzy tym co dobre, a tym co złe niebezpiecznie się zacierają. Rzeczywistość jawi się jak przez jakiś krwawy filtr, gdzie przelatują wypierane zbrodnie, twarze tych, którzy poświęcili się w imię wolności, głosy, na które nie ma odpowiedzi. Brutalna codzienność i walka o przetrwanie, nie zważając na nic wokół. Bo życie drugiego człowieka ma taką wartość, jak on sam potrzebny jest w niszczeniu innych. Bez wyrzutów sumienia. Bez serca.

Lekturze tej niezwykłej powieści Jaume Cabré towarzyszy przez cały czas uczucie, że wszystkie te wydarzenia mogły naprawdę mieć miejsce. Wraz z odnalezieniem przez Tinę listów, my razem z nią przenosimy się do Toreny czasów wojny i z niemym wykrzyknieniem na twarzy, nerwowo bijącym sercem obserwujemy bitwę o duszę człowieka. Wojna się skończyła dawno temu, ale tak naprawdę wciąż trwa. Powraca na nowo w każdym kolejnym zdaniu. W każdym dialogu. W każdej następnej scenie. Bohaterów naznacza jej doświadczenie, nawet pośrednie.  I strach przenika do szpiku kości, gdy zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele się zmieniło, bo to nie wojna wykreowała ludzi, ale sami ludzie stworzyli wojnę.

O.

*Za tę wspaniałą powieść dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

BEZSENNE ŚRODY: „Dobrane Małżeństwo” Stephen King

Bombla_BEZSENNEDobraneMałżeństwo

 

„Zgadzali się. Kiedy się nie zgadzali, szli na kompromis. Ale najczęściej jednak się zgadzali. Podobnie myśleli.
‘Jak ci się układa w małżeństwie?’
To było udane małżeństwo. Dobre.”

Czy można poznać totalnie, na wylot drugiego człowieka? Czy możemy być w stu procentach pewni jego myśli, marzeń, pragnień? Czy nawet przebywając z kimś przez dwadzieścia, pięćdziesiąt lat jesteśmy w stanie powiedzieć kim tak naprawdę była ta żyjąca tuż obok istota? Wychodząc z założenia tak często wspominanego Sartre’a, że piekło to drugi człowiek, odpowiedź nasuwa się sama. Mogą minąć wieki, a umysł osoby tuż obok nas w większości pozostanie tajemnicą. Bo przecież niemal każdy z nas ma swoje sekrety. Czasami są to jedynie marzenia, jakieś poplątane myśli, plany, o których nikt nie ma pojęcia. Czasami te sekrety są tak straszne, tak mroczne, że na zawsze muszą pozostać w cieniu. A gdy ktoś by się o nich dowiedział, moglibyśmy mieć prawdziwe kłopoty. Wtedy lepiej nie odkrywać wszystkich kart. Lepiej się przyczaić. Może nigdy nie będziemy musieli zrywać maski? O nieświadomym życiu w cieniu wielkich zbrodni opowiada oparta o prawdziwe wydarzenia historia spisana przez Stephena Kinga zatytułowana „Dobrane Małżeństwo”.

Bob i Darcy. Dwadzieścia siedem lat razem. Dwadzieścia siedem lat udanego małżeństwa. Partnerstwa. Rodziny. Dwadzieścia siedem lat miłości. Smutków i radości. Dwadzieścia siedem lat wspólnych rytuałów. Codzienności. Tych lepszych i gorszych chwil we dwoje. Zwyczajnych i wyjątkowych. Dni pracy i świąt. Idealne małżeństwo. Dobrane. I godne pozazdroszczenia. Aż do tego złowieszczego dnia, gdy Darcy, zupełnie przypadkiem, w garażu odkrywa magazyn sado-maso „Związane dziwki”. Ale to nie sprośne pisemko mrozi krew w jej żyłach. Bo przekopując się dalej przez rzeczy męża, idąc za tropem, znajduje szkatułkę, a w niej dokumenty Marjorie Duvall. Problem polega na tym, że Marjorie Duvall jest jedną z kolejnych ofiar seryjnego mordercy zwanego Beką. Jedną z wielu ofiar brutalnych zabójstw, jakich dokonał w ostatnich latach. Darcy sprawdza daty i miejsca kolejnych zbrodni, które idealnie pokrywają się z wyjazdami jej męża. Sekretne życie. Mordercze alter ego, uśpione w ich „idealnym” domu. A Bob już niebawem ma wrócić z podróży. Tym razem szybciej niż zwykle, bo w głosie Darcy wyczuł, że coś jest nie tak. Odkryła jego drugą tożsamość i teraz będzie musiała za to zapłacić.

Stephen King w posłowiu do tej opowieści przypomniał, że wydarzyła się naprawdę. Prawdziwym mordercą był niejako Dennis Rader, który w niecałe szesnaście lat skatował dziesięć osób, same kobiety i dzieci. Jego żona, która żyła u jego boku przez ponad trzydzieści lat, nie miała pojęcia o drugiej, potwornej naturze swojego męża. Wielu oskarżało ją i nie mogło dać wiary, że nie wiedziała. Ale Stephen King uwierzył jej. I w ten sposób poprowadził swoją opowieść, byśmy i my byli skłonni uwierzyć. Czasami maski są zbyt dobre. Kamuflaż za doskonały. Wyuczone gesty, powielane czynności aż za dobrze odgrywane. Nawet udawanie miłości może stać się sztuką i celem czyjegoś życia. Historia „Dobranego Małżeństwa” przeraża i gra na naszych najniższych instynktach. Bo przecież chcemy ufać. Chcemy zawierzyć, że ta najbliższa nam osoba to dobry człowiek. Że nie ma nic do ukrycia. Stephen King wprowadza niepewność. Prowokuje do zadawania niewygodnych pytań. I na końcu także i my wychodzimy z założenia, że nie jest możliwe, by poznać drugiego człowieka tak naprawdę. Nawet tego, kogo kochamy najbardziej na świecie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek…

O.

*Opowiadanie pochodzi z jednego z moich ulubionych kingowych tomów „Czarna Bezgwiezdna Noc”, który polecam Wam bardzo bardzo – znajdziecie w nim cztery opowiadania, cztery nowele tak naprawdę, każda przerażająca. Każda niesamowita.

**A kiedy już przeczytacie „Dobrane Małżeństwo” to pamiętajcie, że w tym roku wchodzi do kin film na jego podstawie, zatytułowany „Dobre Małżeństwo” i już widzę, że wyszło im to PERFEKCYJNIE 😀 Do pooglądania zwiastun TUTAJ i poniżej:

„Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte

Bombla_SzachownicaFlamandzka

 

„A więc szachy mogły być i takie – pomyślał młodzieniec grający czarnymi. Ostatecznym upokorzeniem, niezasłużoną klęską, nagrodą dla tego , kto niczym nie ryzykuje. Tak to odczuwał w owym momencie, siedząc przed szachownicą, na której widać było nie tyle porozstawiane głupie bierki, ale namacalne odbicie ludzkiego losu, życia i śmierci, bohaterstwa i ofiary.”

Ktoś powiedział kiedyś, że szachy to więcej niż zwykła gra, czy rywalizacja. Szachy to wojna, teatr i śmierć. Gra królów. Rozrywka władców. Walka dwóch wielkich umysłów. Gra, w której nie liczy się jedynie przyswojenie zasad i umiejętność posługiwania się bierkami, ale przede wszystkim inteligencja, spryt i strategia. Szachownica to nie tylko plansza. To życie samo w sobie. Alegoria istnienia i walki o przetrwanie. Dwie przeciwległe armie, dwóch królów – czarny i biały, w otoczeniu swojej wyrafinowanej świty. Każda rozgrywka to bitwa o wszystko. Nieskończona liczba kombinacji, wyrachowanie posunięć, dreszcz emocji. To czysty artyzm i triumf myśli nad działaniem. Szachami można odegrać każde posunięcie. Wbić każdy sztylet. Zmiażdżyć każdego przeciwnika. Czysto i bezboleśnie. Albo podstępem. Kryjąc się za jedną figurą, a pozorując ruch zupełnie innej. Cierpliwie. Bez pośpiechu. Bo przecież nie ma się dokąd spieszyć. I tylko zakończenie jest zawsze jedno. Tak samo przewidywalne. Szach, mat! I opada kurtyna.

O niesamowitej partii szachowej sprzed pięciuset lat opowiada wyjątkowy thriller Arturo Pérez-Reverte z 1990 roku zatytułowany „Szachownica Flamandzka”. To historia ukrytej tajemnicy, której rozwiązania doszukiwać trzeba się nie tylko na samej szachownicy, ale w rzeczywistości, której ta szachownica stała się odzwierciedleniem. A może na odwrót? To rzeczywistość dopasowała się do układu bierek? Jakkolwiek by nie było, szachownica posłużyła pisarzowi za punkt wyjścia. Stała się kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa sprzed wieków i odpowiedzią na zbrodnie, które dzieją się tu i teraz, wikłając bohaterów w coraz to wymyślniejsze konfiguracje, niosąc nieubłagane zagrożenie z każdej możliwej strony. Tylko jedna figura może przetrwać. Tylko jeden król zwyciężyć.

Julia jest młodą konserwatorką dzieł sztuki i pewnego dnia trafia jej się prawdziwa malarska perła – obraz Partia Szachów flamandzkiego artysty Pietera van Huysa. Dzieło niebawem ma zostać wystawione na aukcję, a celem Julii ma być jak najpiękniejsze odświeżenie całości, tak by zyskał najwyższą możliwą cenę. Wielkim zaskoczeniem okazuje się odkrycie pod warstwą farby tajemniczej inskrypcji, łacińskiego pytania, zagadki: Kto zabił rycerza? Obserwując scenę z obrazu, a w szczególności szachownicę, która tworzy jego serce, prawidłowo przetłumaczone pytanie może także brzmieć: Kto zbił konika? Pytanie intrygujące i fascynujące, tym bardziej, gdy wziąć pod uwagę historyczne tło w jakim powstała Partia Szachów i postacie na niej przedstawione. Ktoś zginął, ktoś kogoś zabił, a odpowiedzi należy wyszukać poprzez rozegranie rozgrywki z obrazu. Julii pomaga wieloletni przyjaciel i opiekun antykwariusz Cesar oraz wybitny szachista Muñoz, który rekonstruuje kolejne ruchy i odkrywa  sekrety. A wokół nich zaczynają ginąć kolejne osoby, bo ktoś przenosi partię z obrazu do prawdziwego życia, w którym rolę bierek odgrywają kolejni bohaterowie.

Współczesnych czytelników zaskoczyć może niespieszne tempo akcji i  spokój w jakim rozgrywają się wydarzenia w „Szachownicy Flamandzkiej”. Nie ma tu pościgów. Nie znajdziecie strzelanin, czy pogoni. Nikt nie krzyczy. Nawet śmierć przychodzi po cichu. Bardzo teatralnie i pokazowo. Po florencku, jak powiedziałby jeden bohaterów. Kolejne ruchy bierek, kolejne ruchy postaci. Metodycznie i z rozmysłem. Działania są wymierzone i wyliczone. Próba odpowiedzi przeciwników przewidziana w kilku możliwych wariantach. Jest w tym wyrachowanie i swoista magia znana jeszcze sprzed ery totalnej cyfryzacji wszystkiego. Kiedy nie było zdobyczy najnowszej techniki, a życie toczyło się spokojniej, szczególnie w środowisku artystów, marszandów i antykwariuszy. W końcu partię szachów najlepiej rozgrywa się z realnym przeciwnikiem, któremu można, gdy skonfrontowany, bez przeszkód spojrzeć w oczy. Przeciwnikiem namacalnym, który, nawet jeśli niewidoczny, ukryty w cieniu, to wciąż tam jest, a jego ruchy wypływają z emocji i pożądania zwycięstwa. Z pragnienia śmierci przeciwnika. To wszystko nadaje fabule thrillera Reverte niezwykłej tajemniczości. Również lekkiego sznytu retro, chociaż minęło dopiero niecałe ćwierćwiecze odkąd „Szachownica flamandzka” powstała.

Kluczem do rozwikłania całości jest oczywiście tytułowa szachownica. Kto nie zna reguł szachowych z pewnością z początku zgubi się w zagadce, dlatego też warto sobie odświeżyć zasady i przynajmniej zapoznać się z podstawowymi ruchami, jakie mogą wykonywać poszczególne bierki szachowe, tym bardziej, że ich realne odzwierciedlenie znajdujemy w bohaterach powieści. Jest Czarna Królowa i Biała Królowa, są rycerze, koniki i wieże. Nawet piony się tam gdzieś kręcą, tak by wypełnić miejsca pomiędzy głównymi graczami. W partii rozgrywanej na obrazie van Huysa, tak jak w sumie każdej partii szachów, odczuć można przemoc. Potrzebę zadania bólu, osaczania przeciwnika, tak by w najmniej sprzyjającej dla niego chwili – zadać ten ostateczny cios.

„Szachownica flamandzka” Arturo Pérez-Reverte  to thriller inteligentny i dopracowany do perfekcji. Jest coś takiego w atmosferze tej powieści, co stwarza pozory jakoby to właśnie my, czytelnicy, bierzemy udział w partii rozgrywanej między bohaterami. Wrażenie to podkreśla też sam obraz mistrza van Huysa, który wciąga bez reszty i działa na wyobraźnię, chociaż nigdy nie widzimy całości, jedynie rozrysowane przez Muñoza schematy kolejnych ruchów szachownicy. Czujemy się częścią całej tej intrygi, główkujemy i próbujemy przewidywać co za chwilę się wydarzy, której bierce przyjdzie zniknąć z planszy. Rozwiązanie akcji jest zaskakujące i świetnie wytłumaczone, chociaż nie polega wcale na pościgu, pogoni, czy jakiejkolwiek gonitwie za mordercą, ale kontynuuje styl całości powieści i nagle wychodzi poza ramy obrazu, poza ramy fabularne, odpowiadając na kolejne pytania. Na zakończenie możemy mieć poczucie wygania z tego pięknego, pełnego sekretów świata sztuki, gdzie nic nie jest oczywiste, wszystko i wszyscy mają dwie twarze, nie ma jedynie czerni i bieli, jak na szachownicy, ale wiele odcieni szarości. Tak jak w prawdziwym życiu.

O.

Podsumowanie miesiąca: WRZESIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieWRZESIEŃ2014

Ja tu lu lu lu, piszę sobie i czytam i nawet nie zdążyłam się do końca zorientować, że przecież minął już wrzesień i nadszedł czas na podsumowanie miesiąca! Takie szaleństwo zagubienia się w czasie 🙂 Ale jestem. Trochę spóźniona,  jednak pozwolę sobie to zrzucić na opóźnienia chorobowe jakie zaszły w ostatnich dniach. Wrzesień był wyjątkowo zaczytany! Aż się zdziwiłam jak bardzo, biorąc pod uwagę nawał pracy i innych obowiązków. A to cieszy i raduje bardzo.

Opublikowałam na Buku aż 16 tekstów! W tym 5 Bezsennych Śród (uwielbiam Was straszyć i wychodzi, że wciąż lubicie być straszeni), kolejny Przygodowy Piątek, który również bardzo Was się spodobał (jaka radość!) oraz odsłonę blogowej zabawy 10 Książek Mojego Życia. Na dokładkę zaczęła się Bukowa Jesień, więc poleciłam Wam kilka idealnych lektur na chłodne wieczory i… przeżyłam kwarantannę na blogu.

Przeczytałam 9 powieści i 3 opowiadania, co dało mi wyjątkowo godny wynik. Zaskakujące, że tym razem jedynie te trzy opowiadania były w języku angielskim, a pozostałe teksty po polsku – intrygująca nowość. I znowu żadnego audiobooka, niestety. Co więcej, tylko cztery teksty były ebookami, a rządziła u mnie w tym miesiącu tradycyjna książka – również bardzo ciekawe odejście od normy, ale chyba w końcu zaczynam nadrabiać te wszystkie lektury, które wyczekują na mnie na półce 🙂

Powieści przeczytane w tym miesiącu:

  • „Lodowisko” Roberto Bolaño – małe arcydzieło chilijskiego pisarza; do poczytania TUTAJ.
  • Przegląd Końca Świata: „Deadline” i „Blackout” Miry Grant – uczucia mieszane, a o całej serii do poczytania TUTAJ.
  • „Jalo” Iljas Churi – wspaniała powieść o demonach wojny, która rodzi wielkie oburzenie na głównego bohatera; do poczytania TUTAJ.
  • „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale („English Passengers”) – mocna i zaskakująca inicjatywa wydawnictwa Wiatr od Morza; do poczytania TUTAJ.
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiut, o którym zrobiło się ostatnio głośno; do poczytania TUTAJ.
  • „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne („20 000 Leagues Under the Sea”) – podwodna przygoda z Kapitanem Nemo; do poczytania TUTAJ.
  • „Emma” Jane Austen – absolutny klasyk boskiej Jane; do poczytania TUTAJ.
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – przestworza i szpieg w kolejnej wojennej przygodzie autora; do poczytania TUTAJ.
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – na wykończeniu i niebawem na Buku!

Przeczytane opowiadania:

  • „Monkey’s Paw” W.W. Jacobs – czyli o życzeniach, które mogą się spełnić; do poczytania TUTAJ.
  • „Nocny Pociąg z Mięsem” Clive Barker („Midnight Meat Train”) – czyli o tajemnicach wielkiego miasta; do poczytania TUTAJ.
  • „Secret Worship” Algernon Blackwood – czyli wspomnień czar; do poczytania TUTAJ.

We wrześniu zdobyłam cały szalony tłum buków! Mogę tylko Wam napisać, że jak rodzice najeżdżają na antykwariat, a przy okazji zahaczają o mój dom, to kończy się to całym zestawem książek 😀

ZESTAW 1 (od góry):

Wrzesień2014ZESTAW1

  • „Lunatyczna Kraina” Mia Couto – cudność zdobyta na bukowej wyprzedaży u Luki Rhei;
  • „Podmorska wyspa” Isabel Allende – weszłam na wyprzedaż do Muzy i wyszłam z takim kąskiem;
  • „Sieroce pociągi” Christina Baker Kline – niespodzianka wygrana od Agnieszki z Książkowo;
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – kolejna wspaniała wojenna przygoda od samego Mroza – dziękuję!;
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiutancka powieść od wydawnictwa AL. REVES;
  • [buzz] i [bubble] Anders de la Motte – czyli kontynuacja prześwietnego [geim], przywiezione przez rodziców (możecie pamiętać z sesji z prezentami);

ZESTAW 2 (od góry):  

Wrzesień2014ZESTAW2

  • „Klub Dumas” Arturo Pérez-Reverte – kolejna zdobycz z wyprzedaży w Muzie; totalny szał!;
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – jak wyżej, już czytam i zachwycam się;
  • „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill A Mockinbird”) – absolutny amerykański klasyk z domowej półki;
  • „Królowa Południa” Arturo Pérez-Reverte – antykwaryczna zdobycz od Mamy i Taty;
  • „Tajemnica Zamku Karpaty” Juliusz Verne – yup, rodzice zaszaleli i wygrzebali specjalnie dla mnie;
  • „Głosy Pamano” Jame Cabré – wspaniałość bukowa od wydawnictwa Marginesy;

Na dokładkę pojawiło się sporo nowych ebooków na czytniku (ach, ten BookBub), spośród których wybrałam pięć (od lewej):

EbookiWrzesień2014

  • „Kaiken” Jean-Christophe Grangé – trochę polecany przez Tommy’ego i bardzo polecany przez Sylwię, więc koniec końców nie mogłam się powstrzymać;
  • „The Shuddering” Ania Ahblorn – kolejna powieść grozy od tej wyjątkowej autorki, polecana szczególnie przez moją kochaną Goshię;
  • „Deep Black Sea” David M. Salkin – no tak: głębiny, horror, tajemnica; chyba nie muszę pisać nic więcej 🙂
  • „Fell’s Hollow” A.J. Abbiati – bo nawiedzone miasteczka nie nudzą się nigdy;
  • „Preta’s Realm” J. Thorn – skusiłam się, bo straszna straszność się zapowiada;

Wydarzenie miesiąca: eBuka2014

Ebuka2014

Do konkursu zgłosiła mnie Monika z Wyrażone Słowami – jeszcze raz dziękuję, Kochana :* Zaczęło się głosowanie na Nagrodę Czytelników i TUTAJ możecie kliknąć, żeby dowiedzieć się szczegółów.
A ja chciałabym przy okazji eBuki i zbliżających się drugich urodzin Buka (szaleństwo, bo to już za miesiąc!), tak przedwcześnie, PODZIĘKOWAĆ WAM OGROMNIE KOCHANI– za czytanie, zaglądanie i komentowanie! Jesteście niezastąpieni i pisanie z myślą, że tam gdzieś jesteście to podwójna, a nawet potrójna frajda! <3

A co szykuje się w październiku? Przede wszystkim… Halloween! Święto Duchów! Zaduszki! Z moim uwielbieniem do grozy wszelakiej, to nie ma się co dziwić, że tak lubię 😀 Tak sobie myślę, że może nawet coś specjalnego z tej okazji wyczaruję dla Was. No a ponadto już mam całą listę lektur do końca miesiąca – klasycznie. A chciałoby się wykroić JESZCZE więcej czasu na JESZCZE więcej buków! Tego Wam życzę 🙂

Bo warto czytać.

O.

„Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz

Bombla_TurkusoweSzale

 

„Ktoś musi spać, więc my czuwamy,
I przyczajeni pośród chmur,
Na obcym niebie załatwiamy.
Prastary nasz rasowy spór.

A kiedy Niemiec się zapali,
Aby rozjaśnić sobą mgły,
Ryby radują się w Kanale,
Bo martwy Niemiec nie jest zły.

Uhu… Uhu.. Uhu… wołają tak,
Po nocach Lwowskie Puchacze,
Uhu… Uhu… Uhu… lecą na szlak.”

Od jakiegoś już czasu Remigiusz Mróz daje polskim czytelnikom porządne lekcje polskiej historii ubrane w słowa tak, że nie pozostaje nam nic innego, jak zaczytywać się, pokrzykiwać w trakcie, a na końcu prosić, bądź błagać, o więcej. Spod pióra tego autora wychodzi wojenna przygoda w najczystszej postaci, jednak okraszona odpowiednią ilością faktów historycznych w taki sposób, że czytelnik jest w stanie po prostu uwierzyć w prawdziwość przedstawianych wydarzeń, nawet jeśli kolejne perypetie to wyłącznie literacka fikcja, oparta na rozdrobnionych faktach. Zachwyca uniwersalność snutych opowieści, w których odnajdują się nie tylko wielbiciele epoki, nie tylko znawcy historii, ale czytelnicy starsi i młodsi, tak jak na porządną przygodę przystało.

W swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Turkusowe szale”, z rozszarpanych i okupowanych ziem polskich, tym razem Remigiusz Mróz przenosi nas w brytyjsko-kontynentalne przestworza. Trafiamy do bazy RAF-u, czyli brytyjskich sił powietrznych, w 1940 roku, w której stacjonują również pododdziały polskiego lotnictwa. Nie ma sensu wspominać Dywizjonu 303, bo to nie o nim jest ta opowieść. W zamian dostajemy historię mniej znanej grupy lotników, a mianowicie 307 Nocnego Myśliwskiego Dywizjonu zwanego również dywizjonem Lwowskich Puchaczy, niemniej równie fascynującą, bo taką, w której oprócz polskiej eskadry i brytyjskich asów przestworzy dostajemy na dokładkę… szpiega. Remigiusz Mróz znowu sięga do źródeł. Czerpie garściami z pamiętników, inspiruje się zapiskami, dziennikami i fotografiami. Fikcja literacka miesza się z wydarzeniami rzeczywistymi, prawdziwe miejsca zyskują nowe, wymyślone znaczenia, a nierozwikłane tajemnice dostają kolejne możliwe rozwiązania. Jest walka, jest zdrada i kawał porządnej akcji.

W brytyjskiej bazie RAF-u przebywa jedna z ostatnich grup polskich lotników. Dywizjon 303 szaleje na niebie tworząc legendę, a oni, Dywizjon 307, bezczynnie spędzają czas w bazie na nieskończonych szkoleniach, odwołanych lotach i przesiadując w pobliskich pubach. Chcą się bić, ale nikt ich do walki nie chce na razie przyłączyć. Polacy są buńczuczni i nieokrzesani. Nie rozumieją, że ich postawa nie ułatwia nikomu życia w bazie. Nie ma dla nich maszyn, poza przestarzałymi i znienawidzonymi defiantami, które nie bez przyczyny nazywa się „latającymi trumnami”. Kolejni dowódcy odchodzą, wymieniani przez następnych. Rosną konflikty między Polakami i Brytyjczykami. Rośnie wzajemna niechęć. Jednak w końcu zaczyna się czas, w którym piloci będą mieli szansę się wykazać. Rzesza naciera i znienawidzony wróg zbliża się do bram. A tak naprawdę wróg jest bliżej niż im się zdaje, bo ktoś sabotuje działania Dywizjonu od wewnątrz, narażając życie kolejnych lotników.

O ile w Parabellum sympatia do bohaterów rodzi się natychmiastowo, a każdy z nich zbudowany jest tak, że w pełni rozumiemy motywacje i po części nawet możemy się z nimi utożsamiać, to w „Turkusowych szalach” nie jest łatwo znaleźć sobie kogoś do podziwiania. Ignorancja, olewactwo, niby-zuchwałość objawiająca się ryzykownymi figurami w powietrzu, jak chociażby przelatywanie nisko samolotem nad dziewczynami… Skąd my to znamy? Może Miramar? Może elitarne Top Gun? Tylko zamiast elity i mavericków, których brawurę uzupełnia powietrzny geniusz i szacunek do przestworzy, dostajemy rozwydrzonych chłopaków, których tłumaczy jedynie trauma wojny i potrzeba dokopania niemieckiemu wrogowi. Zamiast sympatii, to niczym ci biedni Brytyjczycy, nie pozostaje nic innego jak patrzeć z dystansu i zastanawiać się, czego te polskie chłopaki szukają w ich bazie. Brak szacunku do kogokolwiek i czegokolwiek, ignorowanie rozkazów i przełożonych, grubiaństwo i pijaństwo – cały zbiór stereotypów zebrany w jednej jednostce, w dywizjonie 307. Ze świecą szukać tu dżentelmenów, rozsądku, czy dobrego wychowania. Mistrzów lotnictwa również brak. Średnie kwalifikacje, niechęć do nauki i prostactwo w stosunku do innych narodów zamiast tej oczekiwanej sympatii wywołały we mnie jedynie zażenowanie. Chłopaki z kompanii Obelta w Parabellum odznaczali się gigantyczną odwagą podpiętą umiejętnościami, tutaj pozostaje jedynie wyolbrzymiony patriotyzm i nadwątlony honor, bo ile można wyzywać Brytyjczyków od „herbaciarzy”, ile ignorować rozkazy, ile podrywać pracujące w bazie kobiety na średnio smaczne teksty? Lwowskie Puchacze musiały się nieźle nagimnastykować, by w końcu zapracować sobie na szacunek czytelnika, mój szacunek, i zdradzę Wam, że udało im się tego dokonać z nawiązką.

„Turkusowe szale” to kolejna doskonała wojenna przygoda serwowana przez mistrza tego gatunku, jakim w ostatnim czasie stał się Remigiusz Mróz. Znowu moc emocji, znowu pęd naprzód i świergot kartek pod palcami, a wokół wiatr, bo tak szybko przelatują. Pomimo mojej zupełnie subiektywnej, może nie niechęci, bo to zbyt mocne słowo, ale dystansu, jaki zachowałam wobec postaci, to jednak trzymałam za nich kciuki, chciałam, żeby im się powiodło i bywały chwile dumy i radości. Druga Wojna Światowa spod pióra Mroza znowu nabrała rumieńców. Zrodziła kolejnych godnych zapamiętania bohaterów. Akcja, sensacja i dramat. Tym razem w przestworzach i na obcej ziemi, jednak w imię tego, co tak nagle odebrane i zamordowane. Wolność w powietrzu daje szansę na wolność na ziemi. Pozwala na rewanż i na zemstę, chociaż nigdy ta zemsta nie będzie wystarczająca. „Turkusowe szale” przypomniały o tym wszystkim na nowo. I napiszę Wam wprost – ta część historii dawno nie była tak fascynująca.

O.

*Za lot w przestworza, gdy choróbsko trzymało mnie przykutą do poduchy dziękuję samemu Remigiuszowi Mrozowi 🙂

**A Wam moi Drodzy tylko przypominam, że #IdzieMróz i w dodatku już niebawem wraca PARABELLUM!

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

UWAGA: KWARANTANNA na Wielkim Buku

kWARANTANNA

Moi Drodzy,

Rozpacz i dramat! Po kilku latach spokoju dorwało mnie paskudne choróbsko 🙁 Niestety, do odwołania, czyli najprawdopodobniej do środy, na Wielkim Buku ogłaszam KWARANTANNĘ – teren skażony.

Idę leżeć i smarkać. I czytać.

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne

Bombla_Przygodowe20000MilPodmorskiejŻeglugi

 

„Wielkie głębie Oceanu są nam całkowicie nieznane. Co się dzieje w tych przepaściach bezdennych? Jakie istoty mieszkają i mogą mieszkać na głębokości dwunastu czy piętnastu mil pod powierzchnią wód! Jaki jest organizm tych zwierząt? Zaledwie domyślać się można!”

Wśród milionów milionów książek i tysięcy tysięcy istniejących opowieści wydawać się może przesadą pisanie o absolutnych klasykach, czy historiach niezapomnianych. A jednak, gdy sięgniemy po takie niezwykłe dzieła sztuki literackiej, to od razu czujemy z czym mamy do czynienia. Kolejne strony pozostawiają po sobie absolutny zachwyt, rozdziały – rozdziawione w oczarowaniu twarze, a gdy jest już po wszystkim, łzy stają w oczach, że było się świadkiem tak cudownie wykreowanej przygody. Moim osobistym kryterium wspaniałości jest to uczucie, które pojawia się tuż po ostatniej stronie, gdy czytnik gaśnie lub pod palcami czuć tylko tył okładki. Gdy rodzi się gdzieś w głębi umysłu potrzeba i chęć wielka, by szybko spakować się, rzucić wszystko i wyruszyć gdzieś tam, hen hen, byle dalej od cywilizacji, za bohaterami przeczytanej książki.

Taką właśnie idealną powieścią przygodową, która wciąga bez reszty i nie pozwala o sobie zapomnieć jest powieść Juliusza Verne’a „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Nie przez przypadek ten francuski pisarz, w ponad sto lat po swojej śmierci, wciąż należy do jednych z najpoczytniejszych na świecie i stawiany jest tuż obok Charlesa Dickensa, Jane Austen i Victora Hugo, a liczba sprzedanych egzemplarzy jego powieści liczy się niemal w setce milionów! To ewenement na skalę światową i marzenie każdego twórcy. W wieku szalejącej nowoczesności, gdy wynalazki prześcigają się w kolejce o patent, a świat wokół nas staje się coraz bardziej przezroczysty, jego twory wciąż dowodzą potęgi wyobraźni i oddziałują na czytelnika, jak mało co.

W roku 1866 na morzach i oceanach świata statki, okręty i łodzie zaczęły napotykać olbrzymią, nieznaną istotę. Nawiedzający wody potwór wynurzał się znienacka, wyrzucał z siebie spienioną wodę, i w końcu uciekał szybciej niż jakiekolwiek znane zwierzę. Szybko rozniosły się plotki o legendarnych Moby Dickach, krakenach i innych niestworzonych mitycznych stworzeniach. Rząd Stanów Zjednoczonych zorganizował ekspedycję mającą na celu wyśledzenie i zniszczenie owego potwora, do której dołączyli m.in. profesor Arronax, jego lokaj Conseil i harpunnik kanadyjski – Ned Land. Jakim zaskoczeniem dla nich okazało się odkrycie owego postrachu mórz! Była to niespotykanego projektu łódź podwodna – olbrzym kryształowo-metalowy, który mógł zanurzać się na niedostępne do tej pory nikomu głębokości. Łódź zwie się Nautilus, a jej kapitanem jest Nemo – tajemniczy, niezwyciężony idealista, który odwrócił się od świata, by przemierzać morskie otchłanie i nigdy więcej nie postawić stopy na suchym lądzie. Trójka bohaterów trafia na pokład Nautilusa, by po części z przymusu, po części z własnej woli dołączyć do załogi Kapitana Nemo i odkryć tajemnice ziemskich wód. Co spotkają w nieprzebytych ciemnościach głębin? Kim jest kapitan i jego załoga? Czy uda im się kiedykolwiek powrócić do domu?

 „20 000 mil podmorskiej żeglugi” to wspaniała literacka uczta dla każdego wygłodniałego poszukiwacza powieściowych przygód, każdego miłośnika podmorskiej przyrody i każdego wielbiciela doskonale skonstruowanej fabuły. Od pierwszej strony Juliusz Verne stopniowo zanurza nas w swój świat widziany oczami dziewiętnastowiecznego badacza i odkrywcy. Poprzez słowa, kolejne niezapomniane dialogi, autor pozwala nam poczuć doznania bohaterów i ich potrzebę kontynuowania wyprawy na Nautilusie. Nie można nie wspomnieć o Kapitanie Nemo, który jest postacią tak niezwykłą, tak nietuzinkową, że nawet jego tajemniczość i swoisty despotyzm nie drażnią, tylko wywołują jeszcze większą fascynację. Tak jak bohaterowie uwięzieni na pokładzie Nautilusa chcemy dać się prowadzić za rękę, byle móc zobaczyć co kryje się za kolejną rafą, skałą, czy podwodnym wrakiem. Pod koniec sami z siebie jesteśmy gotowi  wpaść prosto w macki potwora, byle zobaczyć i móc przeżyć to na własnej skórze. Aż by się chciało rzucić wszystko, wejść na pokład podwodnego okrętu, niczym James Cameron w swojej pionierskiej wyprawie na dno Rowu Mariańskiego, by móc wykrzykiwać za Kapitanem:

„Tak, kocham morze! Morze jest wszystkim! Pokrywa ono siedem dziesiątych powierzchni naszego globu. Jego tchnienie jest czyste i zdrowe. Jest to niezmierzona pustynia, gdzie jednak człowiek nie jest nigdy sam, bo wszędzie czuje wokoło siebie życie drgające. Morze, dźwignia potężnego i cudownego istnienia, całe jest ruchem i miłością. Jest to żyjąca nieskończoność.”

AHOJ PRZYGODO dla: niepoznanych podwodnych otchłani, dla jedynych w swoim rodzaju opisów jedzenia i planowanej wyżerki (dla wszystkich ciekawskich żarłoków)i oczywiście dla genialnego Kapitana Nemo wraz z jego cudownym Nautilusem. Dodatkowy okrzyk radości dla tajemnic skrywających się w wodach oceanów.

O.

*Kto pragnie zanurzyć się morską toń i na pokładzie Nautilusa wraz u boku Kapitana Nemo przeżyć „20 000 mil podmorskiej żeglugi” ten znajdzie pełny tekst powieści, po polsku, zupełnie za darmo na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.