„Lodowisko” Roberto Bolaño

Bombla_Lodowisko
 

„Czasami rano, kiedy jem śniadanie, wyobrażam sobie, że mógłbym zostać niezłym detektywem. Jestem świetnym obserwatorem, mam zdolności do dedukcji, poza tym jestem zaprzysięgłym fanem kryminałów. Jeśli to w czymś pomaga… Tak naprawdę nie pomaga w niczym… Zdaje mi się, że Hans Henny Jahnn napisał kiedyś o tym: kto raz znalazł ciało ofiary zabójstwa, niech się przygotuje na kolejne trupy…”

Zbrodnia fascynuje czytelników od lat. Może nie zbrodnia per se, ale wszystko to, co oscyluje wokół niej – morderstwa, zabójstwa, czy innego makabrycznego czynu dokonanego przez człowieka na drugim człowieku. Motywy, śledztwo i postać samego detektywa bądź detektywów, którzy prowadzą z mordercą grę w kotka i myszkę aż do wielkiego, zazwyczaj krwawego finału, gdy wszystko się wyjaśnia, a sprawca zostaje złapany. Albo ucieka, by była szansa na kontynuację i traumatyczną przeszłość bohaterów. Wiele wątków powiela się, fabuły mieszają między sobą przez lata, fale przemocy narastają, a czytelnicy wciąż z zapartym tchem śledzą wszelkie możliwe wypadki, na każdym możliwym tle. Dzisiaj nawet bardziej niż chociażby dekadę temu. Niemniej, powieść kryminalna towarzyszy literaturze od zawsze. Jej napisania podejmują się mistrzowie gatunku, bądź, zupełnie eksperymentalnie, zatapiają w niej swe pióra twórcy znani z zupełnie innych historii.  Zbrodnia przyciąga i wciąga. Jednak bardzo rzadko znajduje się ktoś, kto potraktuje temat inaczej. Ugryzie opowieść z całkiem innej strony, a przysłowiowego i dosłownego trupa zostawi na boku, bo ten posłuży mu do opowiedzenia całkiem ciekawszej historii.

Kryminał, w którym zbrodnia to jedynie pretekst do zbudowania narracji stworzył chilijski autor Roberto Bolaño, w powieści zatytułowanej „Lodowisko”. Znajdziemy tu wszystkie typowe elementy gatunku, jednak poobracane i wykorzystane w taki sposób, by stworzyć coś zupełnie innego. Na bok idą śledztwo, motyw, kara. Na pierwszy plan natomiast wysuwają się ludzie – trzech wyjątkowych narratorów i otaczające ich postacie poboczne, z których każda może być domniemanym mordercą. Jedno jest pewne – dokonano zbrodni. Na tajemniczym lodowisku znaleziono ciało. Fabuła cofa się w czasie, by powiązać wszystko idealnie, wykreować misterne zależności, które powstały w międzyczasie. Wszystko się łączy i zazębia. Celem niby wciąż pozostaje rozwikłanie zagadki morderstwa, jednak jest to cel dla samego czytelnika, na którym skupiamy myśli, by lepiej ogarnąć znaczenie całości. Jest zagadka, na dokładkę padają pytania i dostajemy rozwiązanie. Daniem głównym są zależności i uczucia, które oplatają szczelnie fabułę. A deserem prześwietny język, jakim posługuje się Bolaño, dzięki któremu nawet najzwyklejsze konwersacje nabierają wyjątkowego znaczenia.

W nadmorskim miasteczku Z, gdzieś na wybrzeżu Costa Brava, właśnie rozpoczyna się letni sezon. Mieszkańcy zbierają swoje siły i przygotowują do dwóch najcięższych miesięcy w roku. Okolica wydaje się drżeć w oczekiwaniu, upał narasta z każdym kolejnym dniem, a turyści i sezonowi pracownicy przybywają z okolic Hiszpanii i całego świata. Pierwszym narratorem jest Remo Morán – dawniej pisarz, a dzisiaj właściciel campingu, baru i sieci sklepików z biżuterią. Jako nocnego stróża zatrudnia swojego dawnego znajomego – zagubionego meksykańskiego poetę Gaspara Heredię, którego historia zaczyna się po przyjeździe do Z. Trzecim narratorem jest Enric Rosquelles, do bólu ambitny radny miasteczka, prawa ręka pani burmistrz. Każdy z nich po swojemu wprowadza nas w swoje życie, powoli odkrywając kolejne karty i tłumacząc dokonane po drodze wybory.

Trzy różne głosy. Trzy zupełnie różne charaktery. Tak naprawdę nie łączy ich nic, albo nic nie powinno ich łączyć. Ot, ręka przeznaczenia. Jedno lato. Jeden sezon. I jedna dziewczyna – Nuria Martí – sławna młoda łyżwiarka, której odebrane zostaje stypendium olimpijskie, a marzenia o podróżach i międzynarodowej karierze lgną w gruzach. To ona niejako rozpoczyna ciąg kolejnych wydarzeń i ona stwarza powód do snucia opowieści. Względem Nurii obsesyjnym uczuciem pała Enric, dla którego miłość to seria jednostronnych poświęceń i szalonych działań, łącznie z nielegalnym wybudowaniem tytułowego lodowiska w starym, opuszczonym pałacu zwanym Pałacem Benvinguta, z miejskich funduszy, byle ukochana miała miejsce na treningi. W Pałacu, który jest zaniedbanym opuszczonym miejscem swoją kryjówkę odnalazły dwie znękane kobiety – Caridad i Carmen, powiązane ze sobą smutnym losem odrzuconych od świata. Obce tutaj. Obce wszędzie indziej. Za dnia błąkają się po miasteczku, w tym pomieszkują również na kampingu, na którym pracuje Gaspar. A Remo torturowany jest biurokratycznymi maniami Enrica i  w dodatku, zupełnie przypadkiem, zostaje kochankiem Nurii.

Pałacowy labirynt korytarzy i lodowisko w samym jego sercu przyciągają wszystkie te postacie i niczym wirująca po środku Nuria w skomplikowanych układach, tak oni wirują wokół niej. Dzieją się rzeczy niedopowiedziane, nieprzemyślane, zaskakujące, a wszystko w imię miłości i namiętności, które rodzą się pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Lodowisko w letnim kurorcie nadmorskim jest tak nietypowe, tak zaskakujące, jak jakiś sen szaleńca. Widać w tym od razu poryw serca, który zmusił niejako Enrica do przekroczenia granicy i rzucenia się w wir miłosnych, jednak wciąż wyłącznie jednostronnych uniesień. Miasteczko natomiast rozpędza się, ruch narasta, a upalne dni zdają się doprowadzać do halucynacji, zawieszając postacie pomiędzy tym co realne a jedynie upragnione. Gęstnieje powietrze i gęstnieją emocje. Tylko na odrealnionym lodowisku unosi się para chłodu, który przenika do bohaterów i przypomina im o nieuchronnym końcu lata. O tym, że nic nie trwa wiecznie, a sezon musi się zakończyć. Tym razem wyczekiwaną tragedią. Gdyż w tej historii na tragedię się czeka. Ona wisi nad całą opowieścią, a gdy spada jest jak krótkie trzęsienie ziemi – kulminacją wszelkich emocji. Punktem zwrotnym, od którego coś się skończy, ale również zacznie od nowa. Już w innym tempie. W innej rzeczywistości.

Od „Lodowiska” Roberta Bolaño trudno się oderwać. Perfekcyjnie zbudowane napięcie trzyma czytelnika aż do końca, chociaż zdajemy sobie sprawę, że to gra pisarza z nami. Jakiś taki podstęp. Bo napięcie wynika ze zbrodni, potrzeby rozwiązania zagadki, a przecież nie miała to wcale być powieść detektywistyczna. Nie miał to być kryminał. A jednak podstawa gatunku pozostała. Pozwoliło to niecnie wciągnąć czytelnika w wykreowany świat miasteczka z Costa Brava i otworzyć drzwi do świata intryg jego zagubionych, osamotnionych mieszkańców. Każdy z nich czegoś szuka. Pragnie odnaleźć siebie w innych. Jest w tym przemoc. Jest szaleństwo. Jest pasja. A na dokładkę tajemnica, której nie można się oprzeć. Po raz kolejny powieść Roberta Bolaño pozostawiła mnie w zachwycie. Krótka, piękna w swoim wyrafinowaniu, hipnotyzująca genialnym stylem. Małe arcydzieło.

O.

*Za tą doskonałą powieść dziękuję panu Tadeuszowi Nagalskiemu z wydawnictwa Muza.

BEZSENNE ŚRODY: „The Monkey’s Paw” W.W. Jacobs

Bombla_BezsenneMonkey'sPaw

 

„’I don’t know what to wish for, and that’s a fact,’ he said, slowly. ‘It seems to me I’ve got all I want’.”

Z pewnością znacie to powiedzenie “Uważaj czego pragniesz, bo jeszcze może się spełnić”. Coś w tym zdecydowanie jest, że kiedy przychodzi pora spełniana marzeń, ziszczania snów i najskrytszych pragnień, to wraz z radością przychodzi gorzki posmak nieokreślonej straty. Marzenia, gdy pozostają w sferze marzeń, potrafią mieć magiczną moc oddziaływania na człowieka. Motywują do działania. Jednak bywa tak, że gdy w końcu stają się rzeczywistością przychodzi za nie płacić wysoką cenę. Coś się kończy, coś się zaczyna. Niemniej, ziszczanie pragnień to jeden z podstawowych elementów legend i baśni. Trzy życzenia. Wypowiedziane na głos. Prosto z serca. Ich spełnianiem zajmują się istoty, których domeną jest uszczęśliwiać. Albo tylko pozornie to szczęście dawać, bo gdy przychodzi czas zapłaty – radość obraca się w rozpacz. To istoty spoza czasu i miejsca – realne i nierealne zarazem, w które chcemy wierzyć, że gdzieś tam są i czekają właśnie na nas. Wróżki, dobre dżiny, złote rybki, magiczne kucyki. W naszych umysłach rysują się przyjemne obrazki i raczej nie myślimy wtedy o demonach, złowieszczych ifritach, czy potworach, których celem jest niszczyć to, co naprawdę dobre. Opowieść o talizmanie, który odbiera zamiast dawać snuje W.W. Jacobs w klasycznym opowiadaniu ku przestrodze zatytułowanym „The Monkey’s Paw” („Małpia łapka”).

Rodzina White’ów spędza uroczy wieczór w swoim przytulnym domu. Mają wszystko to, co sprawia im radość. Ojciec z synem grają w szachy, a matka robi na drutach w fotelu przy kominku. Prawdziwa sielanka. Są szczęśliwi w swojej doskonałej kryjówce. A za oknem zawierucha i śnieg. Wkrótce do ich domu przybywa ich wieloletni przyjaciel – starszy sierżant Morris, by przy szklaneczce whisky opowiedzieć o swoim pobycie w Indiach. Nie przywiózł ze sobą dobrych wspomnień. Ale przywiózł wyjątkowy talizman – zasuszoną małpią łapkę, na którą czar rzucił hinduski mistyk. Według niego łapka mogła spełnić po trzy życzenia trzech różnych osób. Morris otrzymał ją po ostatnim właścicielu, którego ostatnim życzeniem była… śmierć. Jednak pan White chce się przekonać o magicznym działaniu łapki, pomimo ostrzeżeń przyjaciela. Przed snem zastanawia się nad pierwszym z pragnień i sam nie wie o co prosić, bo uświadamia sobie, że ma wszystko czego zawsze chciał. Syn podpowiada mu kwotę dwustu funtów, za którą będą mogli wykupić dom. Pan White wypowiada życzenie, małpia łapka porusza się znienacka, a wraz ze słowami rusza machina przeznaczenia. Nic już jej nie zatrzyma.

„The Monkey’s Paw” to najbardziej klasyczna z opowieści gatunku horroru „ku przestrodze”, gdzie wypełniona dobrem myśl przeradza się w koszmar nie do odwrócenia, a w którym strata nieuchronnie prowadzi do szaleństwa. Konsekwencje wypowiadanych życzeń zdają się być oczywiste, w końcu padło ostrzeżenie. Nawet nie jedno, a pięć. Najważniejszym z nich jest to poczucie bohatera, że ma przecież wszystko, czego pragnie. Głos zdrowego rozsądku i intuicja w jednym. Tym samym wypowiedzenie życzenia jest niejako oznaką chciwości, a na chciwość złe duchy reagują wręcz z podwójną zawiścią. Małpia łapka mogła przecież poczekać. Zostać talizmanem na gorsze chwile. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? A tak, idylliczny obrazek zostaje zburzony w ciągu niecałej doby. Świat przekręca się i obraca, życie zamienia się w śmierć, a złowieszcza moc talizmanu osiąga swoje apogeum i niszczy to, co było tak piękne. Jednak trudno mu się oprzeć. Trudno nie myśleć o trzech życzeniach, gdy ich ziszczenie jest na wyciągnięcie ręki. Na wyciągnięcie małpiej łapki.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę wykrzywioną twarz w płonących popiołach.

O.

*Kogo zafascynowała opowieść W.W. Jacobsa i sam chciałby się przekonać do czego doprowadziła małpia łapka ten znajdzie pełne opowiadanie, całkiem za darmo i legalnie na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

**A w ramach ciekawostki muszę koniecznie nadmienić, że dokładnie ten motyw wykorzystał Stephen King w swojej doskonałej powieści „Cmętarz Zwieżąt”, o której możecie poczytać TUTAJ.

***Za polecenie opowiadania dziękuję pięknie Marcie z bloga Zaczytanie 🙂

Podsumowanie miesiąca: SIERPIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieSIERPIEŃ2014

Przeminął sierpień, skończyły szkolne wakacje, idzie jesień, a ja cieszę się niezmiernie, bo CO TO BYŁ ZA WSPANIAŁY BUKOWY MIESIĄC! Tyle pozytywnych wrażeń, tyle niespodzianek i prześwietnych wspomnień. I jak zwykle wcale a wcale nie zapowiadało się tak na początku miesiąca. Nawet czas tak sobie płynął lekko półśrednio i zupełnie nie za szybko, jak to miewa w zwyczaju. Zdecydowanie doby miesiąc. Godny sierpień. I mam moc rzeczy do opowiedzenia 😀

W sierpniu opublikowałam aż 14 tekstów, a w tym 4 Bezsenne Środy, tekst-wspomnienie, czyli Dawno, dawno temu #1 i zapowiedź najnowszego cyklu na Wielkim Buku, czyli Przygodowych Piątków. Teraz będę Was systematycznie co tydzień straszyć, a mniej więcej raz w miesiącu zabierać w pełną wrażeń podróż 😉 Przeczytałam 9 książek, w tym jeden poradnik (co bardzo rzadko się zdarza) i dwa opowiadania. Pięć tekstów było w języku angielskim i sześć po polsku, więc pięknie się wyrównuje, co mnie niezwykle cieszy. Ebooki mieszały się z tradycyjnymi formami, niestety nie było żadnego audiobooka.

W tym miesiącu przeczytane powieści:

  • „Londyn NW” Zadie Smith („NW”)– najnowsza powieść Smith i najmocniejsza do tej pory. Do poczytania TUTAJ.
  • “Seed” Ania Ahlborn – straszna straszność w bardzo godnym wydaniu. Do poczytania TUTAJ.
  • “Święta Noc” Tahar Ben Jelloun (“La nuit sacrée”) – kontynuacja „Dziecka Piasku”. Do poczytania TUTAJ.
  • “We Were Liars” E. Lockhart – do pożarcia na jeden chaps idealna opowieść na koniec lata. Do poczytania TUTAJ.
  • “Sztuka prostoty” Dominique Loreau – co zrobić, by osiągnąć poziom ZEN.
  • “Dostatek” Michael Crummey (“Galore”) – kolejny DUŻY BUK do kolekcji. Do poczytania TUTAJ.
  • „Wspomnienia Bitniczki” Diane di Prima („Memoirs of a Beatnik”) – kontrowersyjnie i nie do końca udanie. Do poczytania TUTAJ.
  • „The Lost World” Arthur Conan Doyle – pierwsza powieść z cyklu PRZYGODOWE PIĄTKI. Do poczytania TUTAJ.
  • “Feed” Mira Grant – z cyklu Przeglądu Końca Świata, jak na razie mieszane uczucia. Niebawem na Wielkim Buku.

Przeczytane opowiadania:

  • “The Book of Blood” Clive Barker – o zmarłych, którzy chodzą swoimi drogami. Do poczytania TUTAJ.
  • “The Glamour of The Snow” Algernon Blackwood – totalna magia wynaleziona przez Martę (dziękuję!). Do poczytania TUTAJ.

Sierpień był dla mnie zupełnie wyjątkowy pod względem blogowych i okołobukowych wrażeń.

Wydarzenie miesiąca: spotkanie z Martą z bloga LolantaCzyta! Zupełnie na żywo i pozaekranowo, w sopockiej kawiarnio-księgarni Bookarnia 😀 Były pogaduchy na wszelkie możliwe kulturowo-życiowe tematy z kawą (Marta) i herbatą (dla mnie), a wokół tłum książek na półkach – potrzeba siły woli Jedi, żeby się nie przylepić i nie spędzić godzin przy półce – i książki, które przyniosłyśmy sobie nawzajem. Nie muszę pewnie dodawać, że Marta jest wspaniałą osobą – dziękuję Kochana za spotkanie i do następnego! :*:* :*

P.S. Nie zrobiłyśmy sobie zdjęcia i jest to oburzające, ale następnym razem musimy to nadrobić 😀

A oto jakie cuda dostałam od Marty:

Sierpień2014MARTA

  • „The Lake Of Dead Languages” Carol Goodman – sekrety z przeszłości, łacina, odizolowana szkoła – to będzie uczta.
  • “Złodziejka Książek” Marcus Zusak (“The Book Thief”) – tej jesieni nareszcie przekonam się skąd taki szał na tę powieść.
  • “Rosetta” Barbara Ewing – Egipt, kamień z Rosetty i Rewolucja Francuska w tle – zdecydowanie coś dla mnie.

Wielką, wspaniałą niespodziankę zrobiła mi Anka z bloga WstawTytuł, wysyłając mi paczkę-gigant, w której ukryła cały tłum wspaniałych książek i cudną kartkę 😀 Teraz obie cieszymy się i zaczytujemy radośnie.

Oto jej zawartość:

Sierpień2014ANIA

  • „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” Dominique Loreau – kontynuacja i rozwinięcie „Sztuki prostoty” – więcej ZEN i więcej MU.
  • Seria PRZEGLĄD KOŃCA ŚWIATA – czyta się, a ja się zastanawiam nad jej fenomenem i niebawem podzielę się moimi wrażeniami.
  • „Zatrute ciasteczko” Alan Bradley („The Sweetness at the Bottom of the Pie”) – pierwszy tom serii o Flavii de Luce.
  • “Zaklinacz słów” Shirin Kader – jak jest bajarz i opowieści jak od Szeherezady to muszę przeczytać.

Jedną z książek od Ani była „Sztuka Prostoty” Dominique Loreau. Coś zupełnie nietypowego, bo to… poradnik. Rzadko po poradniki sięgam, ale ten jest prześwietny i daje sporo do myślenia. Co prawda nie będzie typowego tekstu na blogu, ale na Facebookowym fanpage’u opublikowałam krótki tekścik podsumowujący TUTAJ.

SztukaProstoty

Kolejną wielką niespodzianką, która do mnie przyfrunęła znienacka jest piękna torba zaprojektowana przez Anitkę z vloga BookReviews – dziękuję! :* Zobaczcie sami. Tak – ten Obelt. Z tej serii Remigiusza Mroza. A torba jest TAK gigantyczna, że zmieściła całą bagietkę 😀

Sierpień2014ANITKA

Nadszedł czas na bukowe zdobycze i tym razem również uzbierał się piękny zestaw, którym nic, tylko się chwalić 🙂

Sierpień2014ZESTAW

Zestaw sierpniowy (od góry):

  • „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale („English Passengers”) – przedpremierowe cudo od niezastąpionego Wiatru od Morza – tekst pojawi się 20 września J
  • „Ostatni taki Amerykanin” Elizabeth Gilbert („The Last American Man”) – prezent dla samej siebie, bo wiecie jak uwielbiam panią Gilbert <3
  • „Jalo” Iljas Churi – najnowsza powieść od wydawnictwa Karakter – już niebawem na Buku.
  • „Wspomnienia Bitniczki” Diane di Prima („Memoirs of the Beatnik”) – nie do końca udana, kontrowersyjna powieść od zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Dostatek” – CUDO! Tak, tak, to znowu Wiatr od Morza 🙂
  • „Lodowisko” Roberto Bolaño – do zachwycania się od wydawnictwa Muza.
  • „Dzicy Detektywi” Roberto Bolaño – grubaśność również od wydawnictwa Muza.

Co do ebooków, to BookBub, o którym wspominałam Wam w zeszłym miesiącu podbił moje serce – prawie codziennie znajduję coś nowego 😀 A tu kilka (z kilkunastu) ostatnich zdobyczy:

EbookiSierpień2014

  • „Palo Alto” James Franco – no bo to James, a ja z Jamesem mam dość skomplikowaną relację oscylującą na granicy obrzydzenia i podziwu 😉
  • „Manroot” Anne Steinberg – przekonały mnie bagna i element paranormalny.
  • „Daughter of Bathory” A.R. Wise – krwawo, brutalnie i mrocznie, czyli brzmi jak coś dla mnie.
  • „The Devil’s Grin” A. Wendeberg – mocny thriller w XIX-wiecznym Londynie. TAK!
  • “Hallowed” Bryant Delafosse – o Halloween w stylu Raya Bradbury’ego.

A na dokładkę prezent urodzinowy dla jednej z Mam – „Lawendowy pokój”, który niebawem trafi do nowej właścicielki.

Sierpień2014JOLANTA

Ufff… Sporo tego wszystkiego w tym miesiącu. A co dalej? Kończy się lato, nadchodzi moja ukochana pora roku, czyli cudna jesień, a wraz z nią lista moich perfekcyjnych jesiennych lektur. Pojawi się też kolejny konkurs i już całkiem niebawem przedpremierowa recenzja pewnej powieści z Tasmanią w tle 😉 Idę się zaczytywać, bo obłęd ilościowy zaszedł, a moja maszyna do przedłużania doby wciąż nie działa. I Wy też czytajcie!

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „The Lost World” Sir Arthur Conan Doyle

 Bombla_PrzygodoweLostWorld
 

„’What is there?’ he would cry, pointing to the north. ‘Wood and marsh and unpenetrated jungle. Who knows what it may shelter? Ant there to the south? A wilderness of swampy forest, where no white man has ever be. The unknown is up against us on every side. Outside the narrow lines of the rivers what does anyone know? Who will say what is possible in such a country?”

Kiedy słyszymy nazwisko sir Arthur Conan Doyle’a zupełnie automatycznie nasuwa nam się na myśl legendarna już postać Sherlocka Holmesa, a w głowie wyświetla nieomal wizytówka z napisem „opowieść detektywistyczna”. Fakt faktem, pełnić rolę literackiej ikony, będąc ojcem Sherlocka,  którego do dziś wielbi cały świat, to musiało być nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że z biegiem lat Geniusz Dedukcji nieco przyćmił inne książkowe dokonania tego szkockiego pisarza i pozostałe wyjątkowe wykreowane przez niego postacie, jak na przykład wspaniałego, niezastąpionego i niezwykle kontrowersyjnego badacza jakim był profesor George Challenger. Przygody profesora, których powstało aż pięć, były niejednokrotnie przeniesione na duży ekran i podbiły serca miłośników awanturniczych historii. Sir Arthur Conan Doyle stworzył kolejnego wartego poznania i zapamiętania bohatera, który zaraża swoim entuzjazmem i aż prosi się, by wyruszyć z nim w podróż. Co więcej, co krok zaskakuje swoim uporem, niedźwiedzią siłą i niezwykłą pewnością siebie. A przede wszystkim humorem, który aż skrzy się na kartach pierwszej powieści cyklu zatytułowanej „The Lost World” („Zaginiony Świat”), wydanej po raz pierwszy w 1912 roku.

Podczas jednej ze swoich samotnych wypraw do Ameryki Południowej profesor George Challenger natknął się na informacje o niezwykłym płaskowyżu – miejscu, w którym według niego zatrzymał się czas. W dwa lata po powrocie wciąż nikt mu nie wierzy, a jego niepojęte historie traktowane są jak brednie szaleńca. Zupełnie nie pomaga w przekonaniu kogokolwiek fakt iż, poza fragmentem odizolowanej kości, wszystkie pozostałe zdobycze zaginęły w ferworze akcji. Pozostał szkicownik znaleziony wśród pozostałości po innym odkrywcy, a w nim rysunki dinozaurów, ich dawno zapomnianych gatunków, które wyginęły setki tysięcy lat temu. Ten właśnie szkicownik, jak i szczera opowieść profesora Challengera (poprzedzona bójką) przekonują niejakiego Edwarda Malone – młodego reportera Daily Gazette – który podejmuje się spisania relacji z kolejnej, nadchodzącej wyprawy profesora. O tak, Challenger wraca na płaskowyż, a w tej niebezpiecznej misji towarzyszyć mu będą jego odwieczny rywal profesor Summerlee i znany podróżnik Lord John Roxton, który przemierzał okolice Amazonki i wierzy w opowieści profesora. Wkrótce ta niesamowita czwórka wyrusza, by odkryć na nowo Zaginiony Świat i niewiarygodne sekrety amazońskiej dżungli. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy płaskowyż, który oparł się już tak wielu wypuści ich ze swoich krwiożerczych szponów?

„The Lost World” to przygoda na najwyższym poziomie. Arthur Conan Doyle zawarł w powieści wszystko to, co sprawia, że dopingujemy bohaterów, zagryzamy palce, gdy tylko znajdują się w obowiązkowych dla gatunku opałach i zaśmiewamy się do rozpuku z niedorzecznych przypadków, jakie im się przytrafiają. Fabuła jest nieskomplikowana, ale przez to idealna w swojej prostocie, bo nie brak jej niczego. Genialna wisienka na torcie powieści to sam profesor Challenger, który jest postacią tak nietuzinkową, tak fantastycznie skonstruowaną, że dosłownie każdy jeden tekst wypowiedziany w kierunku innej postaci – a trzeba nadmienić, że są to zazwyczaj przezabawne przytyki – zdaje się być dialogową perełką. Najbardziej zachwyca jednak to, że historia opowiedziana jest w taki sposób, by czytelnik uwierzył, że wszystko jest możliwe, a świat – pomimo iż wszystkie białe plamy na mapach świata już dawno zniknęły – wciąż kryje w sobie tajemnice, które warto odkryć. Aż chce się zapakować plecak i wyruszyć już zaraz w poszukiwaniu nieznanego ukrytego gdzieś w nieprzemierzonych zaroślach amazońskiej dżungli.

AHOJ PRZYGODO dla: dinozaurów, koncepcji unikalnego świata skrytego przed czujnym okiem cywilizacji i dla niezapomnianej postaci profesora Challengera (te dialogi!).

O.

*Kogo zafascynowały przygody profesora Challengera i sam chciałby zmierzyć się z jego postacią, przeżywając niezwykłe przygody u jego boku w sercu amazońskiej dżungli, ten znajdzie „The Lost World”, w całości, zupełnie legalnie, na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

NIESPODZIANKA: Nowy cykl na Wielkim Buku

 

Bombla_Podstawa_PrzygodowePiątkiMoi Drodzy,

A dzisiaj mam dla Was  niespodziankę 😀

Jakiś czas temu pisałam Wam, że obmyślam nowy cykl na Wielkim Buku. Bezsenne Środy wciąż się Wam podobają, co ogromnie mnie cieszy, bo sami wiecie, jak uwielbiam Was straszyć. A przy okazji, rykoszetem, siebie też. Ale wracając do tematu – rozmyślałam nad nowym cyklem. Czymś, o czym mogłabym pisać od czasu do czasu, może już nie co tydzień, ale na tyle często, żeby coś te wszystkie teksty łączyło.

I tak sobie pomyślałam, że poza horrorem, grozą, w której zaczytuję się systematycznie, mam jeszcze jedną słabość – opowieści przygodowe. Uwielbiam je w każdej możliwej formie. Potrafię pożerać oczami filmy, zagrywać się do krwawych gał w gry i zaczytywać się z wypiekami na twarzy, marząc o wielkich wyprawach w to co nieznane i tajemnicze. Ach, jak ja bym chciała:

  • przeżywać przygody jak Indiana Jones;
  • przeżywać przygody jak Lara Croft;
  • być łowcą przygód, a jednocześnie doskonałym archeologiem/paleontologiem/znawcą starożytnym kultur;
  • zostać nieustraszonym odkrywcą nieznanych lądów;
  • odwiedzić Park Jurajski (proszę mnie nie oceniać – kocham dinozaury).

Sami widzicie, że większość powyższych podpunktów jest albo nierealna, albo zupełnie oderwana od rzeczywistości, no ale czego oczekujecie od kogoś, kto od dzieciństwa dokarmiał się legendami, mitami i wszelkimi historiami, w których dominowały takie oto priorytety? 🙂 Dlatego pozostały mi właśnie fikcyjne, wypełnione po brzegi przygodami opowieści, których jeszcze tłum przede mną został do poznania, a którymi bardzo chciałabym się z Wami podzielić.

W ten sposób wpadłam na pomysł PRZYGODOWYCH PIĄTKÓW!

Co to będzie? Przygoda w najlepszej postaci. Od klasyków, historii z pogranicza przygody, aż po książki współczesnych autorów. Będą starożytne cywilizacje, zagubione ruiny, bezdenne głębiny, nieodkryte lądy i moc sekretów, ukrytych przed wzrokiem ciekawskich.

Kiedy? W piątki. Jednak nie systematycznie, nie co tydzień, ale co jakiś czas, gdy najdzie mnie ochota na przygodę przez duże P.

Kogo spotkacie? Nie obejdzie się bez Juliusza Verne’a, Jacka Londona, Jamesa Fenimore Coopera, Roberta Luisa Stevensona, Waltera Scotta, H. Ridera Haggarda, H.G. Wellsa, sir Artura Conan Doyle’a, Rudyarda Kiplinga, Michaela Crichtona, czy Dana Browna. Oczywiście piszcie do mnie koniecznie, gdy wynajdziecie jakiś świetny tytuł, o którym chcielibyście przeczytać lub mi polecić!

I właśnie tak będą wyglądały PRZYGODOWE PIĄTKI 😀 Mam nadzieję, że Wam się spodobają, zarażę Was bakcylem odkrywcy i razem wyruszymy naprzeciw przygodzie!

Zaczynamy już jutro! Będzie coś prześwietnego do czytania z linkiem dla Was 🙂

Bo warto czytać.

O.

I nie obyłoby się bez CUDNEGO motywu głównego Indiany Jones’a <3

BEZSENNE ŚRODY: „Niedziele” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneNiedziele

 

„Charlie był jednak zawzięty. Było tak, jakby ojciec był jedynym, na którego naprawdę chiał się wspiąć, a reszta z nas stanowiła jedynie rozrywkę. Chodzące drabinki. W końcu dotarło do niego, że był niechciany, ale czasami przyłapywałem go, jak obserwował ojca tym nerwowym, ukośnym spojrzeniem, kłapiąc zębami, pociągając nosem i można było być pewnym, że któregoś dnia spróbuje ponownie.”

W „Małym Księciu” było takie zdanie, które zawsze powtarzam wszystkim tym, którzy przygarniają zwierzęta pod swój dach i planują sprawować opiekę nad nimi: „Musisz być odpowiedzialny za to co oswoiłeś”. Niby takie proste, prawda? Przecież wiadomo, że zwierzak, którego decydujemy się przyłączyć do naszego rodzinnego stada potrzebuje dużo ciepła, miłości i przede wszystkim pełnej kontroli nas, ludzi, jako swoich opiekunów. Powinniśmy odpowiadać nie tylko za niego i za to, co taki zwierzak robi, ale i my mamy wobec niego obowiązek starannej opieki i otoczenia go tym, czego potrzebuje. Przynajmniej tak powinno być. Tak to działa z założenia. Jednak bywa, że zwierzak pojawia się przypadkiem i nikt na pełną odpowiedzialność nie jest do końca przygotowany. I wtedy, również zupełnie przypadkiem, może wydarzyć się coś nieodwracalnego, coś co komuś złamie serce i zmieni wszystko na zawsze. Przerażająco prawdziwą i smutną historię oswojenia ukazuje pisarz, który z człowieka potrafi zrobić największego potwora, czyli Jack Ketchum w swoim opowiadaniu „Niedziele” z tomu „Królestwo Spokoju”.

Narrator opowieści zdradził żonę. Już wie, że nadchodzi nieodwracalne. Już niebawem utraci ją na zawsze. I wtedy, w desperacji, wraca myślami do swojego dzieciństwa, gdy jego ojciec, Bradford Collier, polował na wiewiórki, biegające wśród okolicznych drzew. Polował raz na jakiś czas. Jego strzały były celne. Zabijał dla mięsa i dlatego, że uważał wiewiórki za szkodniki. Pewnego dnia znalazł zwierzaka z przetrąconymi łapkami i nie mając serca go dobijać wziął wiewiórkę do domu. Ku uciesze dzieciaków i żony wyleczył, dokarmił, nadał mu imię – Charlie. Wiewiórka stała się przyjacielem wszystkich, wspinała się, gryzła, bałaganiła po wiewiórczemu. Bradford jednak zawsze trzymał ją na dystans. Niemniej lubił Charliego. Ale nie zaprzestał polowań na wiewiórki. Kiedy nadeszła zmiana pór roku, Charlie poczuł zew i rozpoczął leśne wędrówki. Może chciał wrócić do stada? I pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, wydarzyła się tragedia, która zmieniła Bradforda i życie jego rodziny.

Na dziesięciu stronach „Niedziel” Jackowi Ketchumowi udało się zbudować wielowarstwową opowieść o przywiązaniu, stracie i wielkim bólu jaki ta strata za sobą niesie. O tym, jak wydarzenia z dzieciństwa potrafią wpływać na naszą dorosłość, gdy wydaje się, że wszelkich wyborów dokonujemy całkiem świadomie. Pokazuje skomplikowany mechanizm, jakim jest ludzka psychika, która próbuje poradzić sobie z cierpieniem, jednak wciąż popycha do popełniania tych samych błędów. Są tu wyrzuty sumienia, których nie ukoi nic, nawet tysiące wypraw do kościoła w poszukiwaniu przebaczenia. Bo jak można zapomnieć, gdy samemu sobie nie da się wybaczyć wyrządzonej krzywdy? Kiedy jest po wszystkim i wiemy już, że na zawsze zostanie w nas ta skaza? Niezmywalna rysa, która naznaczy dalsze życie, aż do końca dni? „Niedziele” nie są typowym horrorem. To groza wypływająca z samej istoty człowieczeństwa, z poczucia, że zawsze może przytrafić się coś, co odwróci bieg losu, nawet jeśli tego bardzo mocno nie chcieliśmy. Wtedy, nawet w obliczu największej skruchy, i tak wszystko obróci się przeciw nam, a przede wszystkim my sami.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo smutno mi po prostu.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Królestwo spokoju” i niestety nie wynalazłam nigdzie za darmo, ale jeśli natkniecie się na tom w bibliotece bądź zechcecie zakupić świetny zestaw doskonałych tekstów szeroko pojętej grozy – naprawdę warto poznać. 🙂

Dawno, dawno temu #1

Bombla_Podstawa_DawnoTemu#1

Po wczorajszym wpisie, w którym wyraziłam moje oburzenie jeśli chodzi o „Wspomnienia bitniczki” Diane di Primy, kilkoro z Was napisało, że spodobał Wam się mój totalnie zbulwersowany ton i chcielibyście więcej takich przenikliwych, gryzących tekstów 🙂 Nie wiem, czy mogę Wam to obiecać, bo ze względu na ilość naprawdę świetnych książek do przeczytania, które dzielnie wyczekują w kolejce, szkoda mi jest poświęcać mój czytelniczy czas i miejsce na Wielkim Buku dla czegoś, co z założenia nie spodoba mi się za bardzo. Ale nigdy nic nie wiadomo, bo czasami takie teksty pojawiają się zupełnie przypadkiem (nieszczęsna bitniczka właśnie) i wtedy na pewno będę się nimi dzielić. Ferrinu jednak nie mam zamiaru gryźć w najbliższej przyszłości (przykro mi Aniu :*), ale nie mówię, że kiedyś nie poświęcę się dla sprawy 😀

Niemniej, przypomniałam sobie, że przecież recenzja „Wspomnień bitniczki” nie jest pierwszym moim tego typu tekstem, co więcej, w blogowej przeszłości spod mojej klawiatury wyskoczyły już trzy o wiele ostrzejsze teksty, których podnazwa „PADLINA” powinna Wam mówić sama za siebie. Wtedy jeszcze Wielki Buk raczkował sobie pomalutku i rozkręcał się dopiero, więc pewnie wielu z Was nie miało ich szansy przeczytać.

Tak oto dzisiaj, dla Waszej dobrej zabawy, w ramach przypomnienia o czym to się drzewiej na Wielkim Buku pisało mam dla Was trzy książki, które zawiodły mnie z każdej możliwej strony. Specjalnie dla Was:

Padlina nr 1: „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James – byłam świeżo po lekturze (ok.60 stron) i nie mogłam w ogóle uwierzyć jakim cudem ta książka (trylogia w sumie) trafiła na listę bestsellerów;

Padlina nr 2: „Zmierzch” Stephenie Meyer – doznałam olśnienia i napisałam o odkryciu wehikułu czasu przez Stefę;

Padlina nr 3:  „Panika” Grahama Mastertona – czyli moja mastertonowa trauma na wieki;

Czytajcie i śmiejcie się ze mną 🙂

Bo warto czytać (chociaż niekoniecznie padlinkę właśnie).

O.

„Wspomnienia bitniczki” Diane di Prima

Bombla_WspomnieniaBitniczki

 

„Jak u Henry’ego Jamesa, pomyślałam. Wydaje im się, że żyją jak postaci z Fitzgeralda, ale są bohaterkami Henry’ego Jamesa…”

Kiedy mówimy o ruchu bitników, wspominamy bunty młodych intelektualistów lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to przede wszystkim wymieniamy jednym tchem nazwiska słynnych pisarzy tamtego okresu jak chociażby Allena Ginsberga, Jacka Kerouaca, Gary’ego Snydera czy Williama Burroughsa. Raczej nigdy w tym zestawieniu nie pojawia się żadna kobieta. Czytamy o wpływach religii Dalekiego Wschodu, o filozofiach europejskich, które inspirowały ich twórczość, o przerysowanym heteroseksualizmie bądź, zupełnie na odwrót, o eksponowaniu męskości homoseksualnej, to jednak ich świat wydawał się kręcić według kulturowo ustalonych reguł amerykańskiego społeczeństwa tamtej epoki. Męska rzeczywistość była po brzegi wypełniona tułaniem się po kraju, nadmiernym piciem, narkotykowymi eksperymentami i wolną miłością, w której kobieta była naczyniem, narzędziem do otumanienia, porzucenia, bądź „przytulenia się” na pewien czas, by wykorzystać jej stabilność, umocnić kotwicę, omamić pozorną wizją szczęścia i uciec szybko, ku wielkim przygodom, gdzieś gdzie czuć powiew wolności.

Niemniej, w tym zmaskulinizowanym środowisku bywały wyjątki. Kobiety, które wciąż będąc wpisane w męskie tryby społeczeństwa, potrafiły odnaleźć swój własny głos i wybić się ponad kolegów z ówczesnej intelektualnej śmietanki. Jedną z nich, być może najważniejszą, była poetka i pisarka, Diane di Prima, która swoje pierwsze kroki wśród bitnikowskiej bohemy opisała w tylko częściowo prawdziwych „Wspomnieniach bitniczki” (org. „Memoirs of a beatnik”).  To jedna z tych pozycji, których kluczem do przekazania treści jest intensywna erotyka. Seks, w formach różnorakich, w zestawieniach tak homo-, jak i heteroseksualnych, zbiorowych i samotnych, prowadzi każdy rozdział i w zasadzie jest go tak dużo, że przyćmiewa konkret treści, przyćmiewa ducha epoki i w takim natężeniu powoduje, że zanika to, na czym prawdopodobnie di Primie zależało. Jest w tym wszystkim bardzo szczera. Otwarta. Opisy są dosłowne, seks czarno na białym, wraz z jego wszelkimi przyległościami. Autorka wykorzystuje cielesność w jej pełnej krasie, nieskrępowanie opisując seksualne przygody swojego alter-ego z przeszłości.

Bohaterkę „Wspomnień bitniczki” poznajemy w łóżku niejakiego Ivana, w jego mieszkaniu w popularnej West Village. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Dopiero co rzuciła college, porzuciła studia i szansę na porządną edukację, na rzecz wolności na przekór rodzicom i społecznemu establishmentowi lat pięćdziesiątych. Nastolatka wędruje tak, od sypialni do sypialni, dając czytelnikowi całkiem niezłe ćwiczenie z voyeuryzmu. Podglądamy inne dziewczęta i chłopców, w przeróżnych konfiguracjach, z drastycznie różnych środowisk. Gdy pojawia się dorosły, to raczej po to, by ochronić, bądź zarobić lub niecnie wykorzystać, nie dając zbyt wiele w zamian. Kalejdoskop gładkoskórych chłopaków i miękkich dziewczyn, ich zróżnicowanych organów płciowych, zapachów wydzielin i doznań, jakimi dokarmiają narratorkę, a na dodatek orgazm za orgazmem, nieważne czy z przemocy, czy z uczucia. Pełen przekrój ówczesnego społeczeństwa, od mieszczuchów, po artystów i biznesmenów. Dziewczęca wolność, jakaś taka jeszcze dziecięca w treści i pojmowaniu. Najważniejsze, że nie ma tam rodziców i nie trzeba się z niczego tłumaczyć. Nie trzeba się myć, ani dbać o konsekwencje. Jest alkohol, narkotyki, seks bez zabezpieczeń (zaskakuje agresywna perora przeciw środkom antykoncepcyjnym).

A z perspektywy? Wygląda to trochę tak, jakby dziewczyny wciąż niedojrzałe emocjonalnie, zagubione, nierozumiejące niuansów życia, odpowiedzialności i więzów społecznych rzucały studia dla pornografii, prowadzonych przez mafię klubów i „ulicznej szkoły życia”. Bohaterka wcale nie jest seksualnie wyzwolona, bo tak naprawdę jest wykorzystywana na każdym możliwym kroku, jak przedmiot do zabawy. A w niej wciąż buzują hormony, przez niedożywione ciało przepływają substancje odurzające i siłą rzeczy instynkt samozachowawczy dość mocno szwankuje. Gwałt przestaje być gwałtem, gdy tylko pod naporem ciała odpuszczamy i wypinamy tyłek, a ciąża to kwestia osobistej magii, „czaru” i nigdy nie przychodzi niechciana. Nie ma tu nic z libertynizmu, bo libertynizm polega na wykorzystywaniu dla własnej przyjemności, a tu wykorzystywana jest sama dziewczyna. Z niezrozumiałych względów czuje radość istnienia bez jakiegokolwiek zamysłu, która rodzi w niej sztuczne nadęcie, poczucie wyższości. Pisze na przykład o „pełnych dobrych chęci dziewczynkach z New Jersey”, kiedy sama jest taką właśnie tułającą się bez celu, sypiającą po parkach dziewczynką, której wydaje się, że należy do bohemy, a wychodzi z niej prostytuująca się nastolatka. Mówi o „jasnych i ustalonych celach”, a tym celem jest jedynie przeżycie za wszelką cenę, bo wiedzę czerpie z powietrza. Tylko zapomina, że w powietrzu nie ma nic poza kilkoma pierwiastkami, które pozwalają oddychać i egzystować na najniższych potrzebach.

Lektura „Wspomnień bitniczki” zawodzi, ale nie jako opowieść sama w sobie, tylko jako wspomnienie kobiety uznawanej za swoistą ikonę wczesnofeministycznych ruchów lat pięćdziesiątych. Po jednej z czołowych poetek swojego pokolenia, która miała szansę przeżyć i opisać ducha tamtej zapomnianej już epoki wraz z początkami narodzin kontrkultury, spodziewać można się o wiele więcej niż pornografizującej, erotycznej powiastki, w której nawet seks jest w większości zmyślony. Można zrozumieć, czemu to wszystko służy. Czuje się ten anarchizm, czuje się sprzeciw, czuje się, że to pewnego rodzaju studium własnej tożsamości, gdzie nawet zmyślone relacje seksualne służą autoanalizie i podsumowaniom. Jednak przede wszystkim czuć w tej historii pewien brak. Pustkę w miejscu, gdzie można było uzupełnić ją o tyle intrygujących zagadnień!

Bazując na reputacji autorki oczekiwałoby się więcej kiełkującej myśli rewolucyjnej, okraszonej porządnym feministycznym peanem na cześć kobiecej wolności, a w zamian dostajemy zagubioną dziewczynę, omamioną buntem nastolatkę, której jedynym, a jakże równie pozornym wyborem, okazuje się „zezwolenie ciału” na zapłodnienie. Ostatecznie to nie w pisaniu, nie dokształcaniu się, czy w propagowaniu kobiecej literatury odnajduje się narratorka, ale znowu w najbardziej cielesnej formie wyznaczania granic swojej płci. Wychodzi na to, że to co w „Nouvelle Justine” Sade’a, czy „Candy” Terry’ego Southerna i Masona Hoffenberga służyło jedynie za narzędzie satyryczne, tym samym wybijając status kobiety ponad jego ówczesny stan, tutaj, potraktowane zupełnie na poważnie, odbiera jej feministyczny zamysł i na powrót wtłacza w społeczne schematy lat pięćdziesiątych.

W odróżnieniu od poezji Diane di Primy, ta książka nie pozostawia żadnych większych emocji. W czytelniku natomiast pozostaje pytanie nie tyle o sens tych zmyślonych wynurzeń, ile o same wartości jakie odbieramy po lekturze. Może di Prima zbyt wcześnie podjęła się podsumowania tamtego okresu? Może powinna była odczekać jeszcze kilka lat na publikację, gdy opadłyby emocje, a wynurzyły inspirujące wnioski?   Pod koniec okazuje się, że „Wspomnienia bitniczki” to desperacka próba odzyskania wspomnień, chociażby  nieprawdziwych, chyba tylko po to, by niczym bohater „Waldena” Henry Davida Thoreau, u kresu wszystkiego, „w godzinę śmierci nie odkryć, że nie umiał żyć”.

O.

Posłowie: Jak to już ze mną często bywa rozejrzałam się to tu, to tam, i zauważyłam, że odbiór książki di Primy w wielu przypadkach bywa jednoznaczny – pisarka traktowana jest jako ikona kobiecej strony bitnikowskiej bohemy, wyemancypowana feministka torująca drogę innym kobietom w tym męskim, zaciętym środowisku. Jednak ja chyba tutaj czegoś nie rozumiem, bo nigdy nie zidentyfikowałabym „Wspomnień bitniczki” z kanonem feminizmu. Co więcej, nie wspominałabym w ogóle o jakimkolwiek feminizmie w tym przypadku. Nie można rozumieć feministycznej idei, jako wyłącznie otwartości seksualnej. Biseksualność, zgoda na gwałt, walka z antykoncepcją i pozowanie do pornograficznych zdjęć nie oznaczają wcale wyzwolenia kobiecości!

Idąc za myślą Piotra Bratkowskiego, który na łamach Newsweeka recenzował nomen omen genialną książkę Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (pamiętacie Papsa?) śmiem twierdzić, że książka Diane di Primy nie przetrwała próby czasu  przez to, że skonstruowana została właśnie ze śmiertelną powagą, a jej lektura stała się taką desperacką przygodą o jakiej wspomina pan Bratkowski.

*Za książkę pięknie dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

 

„Dostatek” Michael Crummey

Bombla_Dostatek

 

„Kraj, który Newman opisywał w Connecticut, Bostonie czy Nowym Jorku, nawet jemu zdawał się nieprawdopodobnie odległy. Nowa Fundlandia wydawała się zbyt sroga i groźna, zbyt prowokacyjna, zbyt ekstrawagancka, dziwaczna i przerażająca, by mogła być prawdziwa. Nieraz zaczynał podejrzewać, że już nigdy nie zobaczy tego miejsca, że istnieje ono tylko i wyłącznie w opowieściach, które nosił w głowie.”

Wyobraźcie sobie smaganą dzikimi wiatrami surową, skalistą krainę. Ziemia tam nie przyjmuje wcale plonów. Wszystko rodzi się z wielkim bólem, w męczarniach i pocie czoła. Korzenie sięgają surowego kamienia tuż pod powierzchnią luźnej, czarnej gleby. Pory roku nie istnieją tam raczej, tylko namiastka czasu wielkich lodów, głodu, oczekiwania na słońce, na zmianę z miesiącami ciepła, które na powrót pozwalają ożyć temu, co zasnęło przez zimę. Zawsze dmą pełne wilgotnej bryzy wiatry, niosące w swych morskich szponach szaleństwo i wrodzoną podatność na dziwność. Tajemnicę. Magię. Wokół kapryśny, bezkresny ocean, który daje i odbiera. Karmi i głodzi, jak mu się podoba. Przynosi radość, by w chwilę później sprowadzić wielkie nieszczęście. To kraina rybaków z dziada pradziada. Ludzi morza, dla których woda to ich życie i śmierć. Kraina wielorybów, które czasami samotnie wypływają na brzeg. Miejsce, które czasami wydawać się może zapomniane przez Boga, chociaż bogów miewała tam aż trzech. Pełna sprzeczności i sekretów głębin, niezwykła i nieodgadniona. Nowa Fundlandia.

Sagę o mieszkańcach tej wspaniałej, niemal mitycznej morskiej krainy snuje Michael Crummey w swojej wielokrotnie nagradzanej powieści zatytułowanej „Dostatek” (org. „Galore”). Mówi się, że jest w niej coś z latynoamerykańskiej wizji Marqueza. Podobno trochę tam również przepastnej narracji Faulknera. Nie warto jednak konfrontować tej książki z żadną inną, bo „Dostatek” to piękna historia sama w sobie. Wyjątkowa. Nie znajdziecie drugiej takiej, choćbyście przekopywali się przez dziesiątki tekstów. Nie potrzebuje nic nieznaczących porównań. Nie warto doszukiwać się analogii. Lepiej pozwolić wciągnąć się na głębokie wody przypowieści Crummeya. Dać mu szansę rozwinąć na naszych oczach dzieje ludzi zimnego morza, które przeniosą nas do rzeczywistości tak odmiennej od tej, którą znamy, że z trudem złapiemy oddech, gdy wyłonimy się na powrót spod jej powierzchni. Jest tu magia i tajemnica, okraszona religijną przypowieścią. Kotłuje się jawa ze snem. Obrazy realne, te jak najbardziej rzeczywiste, z tymi co są jedynie wyobrażone, nieprzynależące do świata spoza wyspy. Gdzie jest w tym prawda, a gdzie wyobraźnia okryta lodowym podmuchem?

Koniec kwietnia. Koniec nowofundlandzkiej zimy. Skute lodem wody zatoki pękają i otwierają nowy, lepszy sezon dla wymęczonych chłodem mieszkańców wybrzeży wokół Paradise Deep. Wygłodniali szykują się na wielką ucztę, gdyż dobry los wyrzucił im na brzeg sporej wielkości wieloryba. Na oczach dziesiątek gapiów zwierzę dokonało, a pierwsze nacięcie brzucha wyłoniło jego niezwykłą zawartość – mężczyznę. Nagiego. Bielusieńskiego. Niemal martwego. Człowiek ten, niemy, ledwie żywy, nazwany zostaje, w związku z nieznajomością szczegółów biblijnych przypowieści, Judą na cześć Jonasza, którego połknął wieloryb. I tak jak biblijny Jonasz, tak Juda okazuje się być wyjątkowym człowiekiem i to on zaczyna i kończy tę historię. Wraz z Judą nadciągają lata tytułowego dostatku, gdzie ryby same wciskają się na przepełnione już łodzie, a mieszkańcy po raz pierwszy od lat czują nadmiar i sytość, zamiast wycieńczenia i głodu. Juda, przynajmniej na pewien czas, staje się talizmanem Paradise Deep. Cudownym dziwadłem, które pomimo swoich upośledzeń, wzbudza radość i dziękczynność tam, gdzie się pojawi.

Jednak jak to z przypowieściami bywa, po latach dostatku muszą nadejść znowu lata niepowodzeń. Bo jak wszyscy wiemy dobrze – historia lubi się powtarzać, zataczać kręgi, by w końcu i tak powrócić do źródła. Postać Judy, który zaczyna i kończy „Dostatek”, tak naprawdę służy autorowi do opowiedzenia rodzinnej sagi dwóch rodów z Paradise Deep – rodzin Devine’ów i Sellersów. Na ich czele stoi skuta wieloletnią nienawiścią para seniorów: Wdowa po Devinie i Królówka Sellers. Co prawda nie od zawsze była między nimi nienawiść, ale to jedna z tych ukrytych w „Dostatku” smakowitych opowiastek, które trzeba odkryć samemu. Członkowie obydwu rodów mieszają się między sobą, zakochują, podkochują, rzucają klątwy i czary, zawierają pakty i zrywają je widowiskowo. Skrywają sekrety, małe tajemnice, świństewka, miłostki – wszystko się tutaj przydarza. O wszystkim usłyszymy w swoim czasie. A niemym i bezsilnym świadkiem tych dramatycznych i mniej dramatycznych wydarzeń na przestrzeni dziesięcioleci pozostaje Jonasz-Juda, który jest nawet wtedy, gdy go już nie ma.

Poznając te rodzinne historie dostajemy Nową Fundlandię XIX i XX wieku niczym z legend. Jawi się jako kraina zabobonu, najdziwniejszych wierzeń i morskiej magii, a jednocześnie miejsce, w którym stykają się ze sobą trzy religijne odłamy. Religia, która daje nadzieję i łączy wyspę ze światem zewnętrznym, również niesie za sobą to co nadprzyrodzone – duchy, boskie interwencje, czy cuda – a co tak idealnie wpasowuje się w świat mieszkańców wybrzeża. Są tu katolicy, metodyści i nawet protestanci, ale mieszają się między sobą, wymieniają religią i przyjmują inne, na zmianę, dla sprawdzenia, jak zawyje wiatr, czy jakie korzyści z tego wypłyną. To kraina silnych kobiet, które potrafią rozkochiwać do nieprzytomności, by potem latami czaić się i wyczekiwać dobrego momentu do upolowania ukochanego. Kobiet, które trzymają w cugach swoje rodziny, stąpając twardo po nieprzystępnej ziemi. To miejsce pełne niezłomnych mężczyzn, których od ciężkiej pracy nie odciągnie nic, nawet największa słabość. Zmiany przychodzą tu z opóźnieniem, bo nikt ich raczej nie oczekuje. Rytm życia to rytm oceanu, a ocean jest życiem i śmiercią.

„Dostatek” Michaela Crummeya to jedna z tych powieści, o których naprawdę trudno jest opowiedzieć w kilku akapitach. Nie można streścić jej w dwóch, trzech zdaniach. Niełatwo ją ogarnąć i ubrać w spójny szereg tekstu. Historia ciągle wymyka się, przypływa bądź odpływa, niesiona własną narracją, zaciągając czytelnika na coraz głębsze wody, w kierunku prądów, którym pozostaje jedynie się poddać. Paradise Deep jawi się jako miejsce, które jest, a jednocześnie go wcale nie ma. Pojawia się i znika na horyzoncie, jego mieszkańcy niezmienni, nieśmiertelni wyczekują na brzegu, spoglądają w bezkresny ocean, który raz przyniesie szczęście, innym razem śmierć. Zawieszona w czasie, zapętlona w wydarzeniach, powiela się i powtarza, jednak zawsze w innych kombinacjach, odmiennych układach. Takie miejsca, jak wioski wybrzeża z „Dostatku”, można znaleźć jeszcze gdzieś, uśpione na świecie, w krainach spoza czasu, takich jak magiczna, tajemnicza Nowa Funlandia z opowieści Cummeya. Być może wciąż skrywa w sobie wielkie sekrety. Być może wciąż kusi swoim nieodpartym, surowym urokiem. Być może spieniony ocean znów kiedyś na jej brzeg wyrzuci Wielkiego Białego. Historia zatoczy koło. Obróci się na przekór wszystkiemu. Być może. Pewnego dnia. Now the once.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Dom Sędziego” Bram Stoker

Bombla_BEZSENNEDomSędziego

 

„As to what there was against the house itself she could not tell. She had often asked, bu no one could inform her; but there was a general feeling that there was something (…).”

O nawiedzonych domach można by pisać całe eseje. Zapełnić grubaśne tomiszcza w dziesiątkach tysięcy, dokładając do tego ryciny, zdjęcia i nagrane filmy. Analizować to wszystko krok po kroku, by na własnej skórze pewnego dnia przekonać się, czy to co nierealne naprawdę nierealnym jest, a może wręcz odwrotnie? Jedno jest pewne – nawiedzone domy niezmiennie działają na wyobraźnię, a opowieści o nich z biegiem lat jedynie zyskują i na kolejnych pokoleniach pozostawiają niezatarte wrażenie. Co więcej, takich opowieści nigdy nie jest zbyt wiele, bo lubimy się bać i musimy mieć o czym opowiadać przy ogniskach. A takie historie o miejscach obleczonych w klątwy i duchy wydają się idealnie wpasowywać w nasze gusta. Jedną z takich opowieści, które krążą od wieków, od miasta do miasta i wszędzie tam, gdzie stoją puste, samotne domy o smutnej, tajemniczej historii jest właśnie tytułowy „Dom Sędziego” z opowiadania Brama Stokera z tomu „Gość Draculi”.

Młody naukowiec Malcolm Malcolmson szuka cichego, spokojnego miejsca, w którym będzie mógł dokończyć swoje badania. Z tą myślą przyjeżdża do miejscowości Benchurch, by wynająć przytulny dom, doskonały do jego pracy. Zauważa opuszczony budynek, zwany przez miejscowych Domem Sędziego. Wydaje mu się, że to idealne miejsce dla kogoś takiego jak on i postanawia zamieszkać w nim, pomimo ostrzeżeń gosposi i napomknień o przypadkach nawiedzeń w tym miejscu. Nikt nie chce tam mieszkać. Mówią, że w domu straszy duch okrutnego sędziego, który uwielbiał torturować ludzi, ale nawet jeśli tak było, to Malcolmson nie wierzy w nonsensy o duchach i uważa takie wierzenia za stek bzdur. Wprowadza się, by już pierwszej nocy przekonać się, że coś jest mocno nie tak. Szczury harcują pośród ścian, piszczą i drapią, nie dając mu ani spać spokojnie, ani pracować. Ale przyzwyczaja się. Mniej więcej. Jest w stanie znieść najbardziej natarczywe hałasy, ignorować dziwne odgłosy wokół, przynajmniej do czasu, gdy po sznurze dzwona przychodzi coś, czego nigdy by się nie spodziewał zobaczyć.

„Dom Sędziego” jest modelowym opowiadaniem o nawiedzonym domu, nad którym zawisła jakaś nieszczęsna klątwa. Jest na tyle doskonałe, że nawet jeśli czytelnik dokładnie potrafi przewidzieć, co wydarzy się za chwilę, to wciąż czuje niepokój, a jego żołądek zwija się w kłębek na myśl o kolejnej nocy Malcolma. Podczas lektury rodzi się prawdziwa groza i wielkie współczucie dla bohatera, który w tej krótkiej opowieści zyskał więcej w naszych oczach, niż niejeden bohater opasłych powieści. Szkoda jego naiwności. Szkoda tej ślepej wiary w naukę i niepodważalne prawa natury, które ewidentnie zostają złamane w Domu Sędziego.  Szkoda tego młodego umysłu zniszczonego przez nienazwane. Los Malcolma zdaje się być przypieczętowany od pierwszych zdań, jednak my wciąż chcemy towarzyszyć mu w jego powolnej zagładzie. Patrzeć jak przenika go strach. Przez rozczapierzone palce podziwiać, jak nachodzi go ostateczne szaleństwo.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę chrobotanie zza ścian.

O.

*Kto jeszcze jest zaintrygowany opowieściami Brama Stokera, może zajrzeć TUTAJ i przeczytać o „Indiance”, a pełny tom „Gość Draculi” znajdziecie w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.