BEZSENNE ŚRODY: „The Old Nurse’s Story” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneOldNursesStory

 

“Hester! keep her from that child! It will lure her to her death! That evil child! Tell her it is a wicked, naughty child’ Then, Mrs Stark hurried me out of the room; where, indeed, I was glad enough to go; but Miss Furnivall kept shrieking out, 'Oh! have mercy! Wilt Thou never forgive! It is many a long year ago…”

Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, a zakazy istnieją właśnie po to, żeby je łamać. Być może coś w tym jest. Jakaś wrodzona ciekawość, pragnienie przeżycia niezwykłej przygody potrafią skusić człowieka tak bardzo, że traci zdrowy rozsądek i robi coś na przekór logice. Niektóre zakazy są jedynie umowne. Jakieś kulturowe tabu. Fizyczna przeszkoda. Coś, co niejeden śmiałek może pokonać, a potem chwalić się już nie głupotą, ale odwagą.  Jednak istnieją zakazy, których złamanie niesie za sobą prawdziwe zagrożenie, a śmierć jest jedynie wypadkową innych wydarzeń. Bo powiedzmy sobie szczerze – są takie miejsca, których lepiej nie odwiedzać. Korytarze, do których lepiej nie wchodzić. Ogrody, po których ścieżkach lepiej nie spacerować. W takim miejscach załamała się czasoprzestrzeń. Pojawiła wyrwa, która istnieje wbrew wszelkim prawom fizyki. W niej zamknięte są ostatnie chwile tych, których emocje nie zdołały zniknąć w chwili śmierci. Ostatni krzyk, groźba zemsty, szept, który sprowadza na manowce…  Opowieść o nieukojonym bólu, który nawiedza ziemie pewnej posiadłości opowiada Elizabeth Gaskell w jednym ze swoich najpopularniejszych gotyckich opowiadań zatytułowanym „The Old Nurse’s Story” (dosł. Opowieść Starej Niani).

Stara Niania snuje opowieść o latach młodości, gdy podjęła się opieki na osieroconą córką swoich państwa, teraz dorosłą kobietą i matką dzieci, które słuchają tej historii. Panna Rosamond była cudowną, przemiłą dziewczynką. Jedynaczką, więc po śmierci rodziców, aby zapewnić panience dobre wychowanie, wraz z nianią przenoszą się do posiadłości starej ciotki – panny Furnivall w Manor House. Mała Rosamond staje się oczkiem w głowie domowników, a jej wesołe szczebiotanie rozwesela pogrążony w mroku dom. To wielka i stara posiadłość,  w swoich zakamarkach kryjąca rodzinne sekrety i tragedie z przeszłości. Znajdziecie tam portrety odwrócone tyłem do ściany, zamknięte skrzydło korytarza, do którego nie można zaglądać, a nocą usłyszycie smutne tony organów, które pomimo, iż zepsute, rozbrzmiewają melodią wśród ciemności. Niania stara się nie spuszczać z oczu małej Rosamond, jednak pewnego dnia, po wizycie w kościele, dziewczynki nie ma tam, gdzie ją zostawiła. Po godzinach poszukiwań znajdują dziecko przemarznięte do szpiku kości, które po przebudzeniu opowiada o innej małej dziewczynce, której tropem podążyła w śnieg i kobiecie, do której ta ją zaprowadziła. A mieszkańcy domu milczą.

Czytając „Opowieść Starej Niani” Elizabeth Gaskell z pewnością odczujecie wrażenie, że to wszystko już znacie, temat jest tak popularny, a każdy jej element już gdzieś się pojawił na Waszej czytelniczej drodze. W klasyce grozy jest właśnie coś takiego, że wykorzystywana na setki możliwych sposobów, sama w sobie staje się… przestarzała i taka zwyczajna. Jednak groza serwowana przez autorkę, to prawdziwy gotycki łakomy kąsek dla każdego miłośnika dobrego straszenia. Pomimo, iż motywy są już ograne, to tajemnica Manor House wciąż potrafi zmrozić krew w żyłach. Elementy paranormalne idealnie łączą się ze światem rzeczywistym, a magiczna zimowa atmosfera staje się niemal lodowo-potworna, gdy w grę wchodzi życie małej dziewczynki. Horror, w którym duchy odgrywają główną rolę, a sekrety posiadłości ożywają z chwili na chwilę, z czasem przeradza się w uniwersalną opowieść o bezduszności i okrucieństwie, których nie naprawi już nic, nawet mijający czas.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę grę organów wśród hulającego wiatru.

O.

*Komu spodobał się przedsmak gotyckiej opowieści Elizabeth Gaskell, ten znajdzie ”The Old Nurse’s Story” do przeczytania i postraszenia się całkiem za darmo znajdziecie TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Dobrane Małżeństwo” Stephen King

Bombla_BEZSENNEDobraneMałżeństwo

 

„Zgadzali się. Kiedy się nie zgadzali, szli na kompromis. Ale najczęściej jednak się zgadzali. Podobnie myśleli.
‘Jak ci się układa w małżeństwie?’
To było udane małżeństwo. Dobre.”

Czy można poznać totalnie, na wylot drugiego człowieka? Czy możemy być w stu procentach pewni jego myśli, marzeń, pragnień? Czy nawet przebywając z kimś przez dwadzieścia, pięćdziesiąt lat jesteśmy w stanie powiedzieć kim tak naprawdę była ta żyjąca tuż obok istota? Wychodząc z założenia tak często wspominanego Sartre’a, że piekło to drugi człowiek, odpowiedź nasuwa się sama. Mogą minąć wieki, a umysł osoby tuż obok nas w większości pozostanie tajemnicą. Bo przecież niemal każdy z nas ma swoje sekrety. Czasami są to jedynie marzenia, jakieś poplątane myśli, plany, o których nikt nie ma pojęcia. Czasami te sekrety są tak straszne, tak mroczne, że na zawsze muszą pozostać w cieniu. A gdy ktoś by się o nich dowiedział, moglibyśmy mieć prawdziwe kłopoty. Wtedy lepiej nie odkrywać wszystkich kart. Lepiej się przyczaić. Może nigdy nie będziemy musieli zrywać maski? O nieświadomym życiu w cieniu wielkich zbrodni opowiada oparta o prawdziwe wydarzenia historia spisana przez Stephena Kinga zatytułowana „Dobrane Małżeństwo”.

Bob i Darcy. Dwadzieścia siedem lat razem. Dwadzieścia siedem lat udanego małżeństwa. Partnerstwa. Rodziny. Dwadzieścia siedem lat miłości. Smutków i radości. Dwadzieścia siedem lat wspólnych rytuałów. Codzienności. Tych lepszych i gorszych chwil we dwoje. Zwyczajnych i wyjątkowych. Dni pracy i świąt. Idealne małżeństwo. Dobrane. I godne pozazdroszczenia. Aż do tego złowieszczego dnia, gdy Darcy, zupełnie przypadkiem, w garażu odkrywa magazyn sado-maso „Związane dziwki”. Ale to nie sprośne pisemko mrozi krew w jej żyłach. Bo przekopując się dalej przez rzeczy męża, idąc za tropem, znajduje szkatułkę, a w niej dokumenty Marjorie Duvall. Problem polega na tym, że Marjorie Duvall jest jedną z kolejnych ofiar seryjnego mordercy zwanego Beką. Jedną z wielu ofiar brutalnych zabójstw, jakich dokonał w ostatnich latach. Darcy sprawdza daty i miejsca kolejnych zbrodni, które idealnie pokrywają się z wyjazdami jej męża. Sekretne życie. Mordercze alter ego, uśpione w ich „idealnym” domu. A Bob już niebawem ma wrócić z podróży. Tym razem szybciej niż zwykle, bo w głosie Darcy wyczuł, że coś jest nie tak. Odkryła jego drugą tożsamość i teraz będzie musiała za to zapłacić.

Stephen King w posłowiu do tej opowieści przypomniał, że wydarzyła się naprawdę. Prawdziwym mordercą był niejako Dennis Rader, który w niecałe szesnaście lat skatował dziesięć osób, same kobiety i dzieci. Jego żona, która żyła u jego boku przez ponad trzydzieści lat, nie miała pojęcia o drugiej, potwornej naturze swojego męża. Wielu oskarżało ją i nie mogło dać wiary, że nie wiedziała. Ale Stephen King uwierzył jej. I w ten sposób poprowadził swoją opowieść, byśmy i my byli skłonni uwierzyć. Czasami maski są zbyt dobre. Kamuflaż za doskonały. Wyuczone gesty, powielane czynności aż za dobrze odgrywane. Nawet udawanie miłości może stać się sztuką i celem czyjegoś życia. Historia „Dobranego Małżeństwa” przeraża i gra na naszych najniższych instynktach. Bo przecież chcemy ufać. Chcemy zawierzyć, że ta najbliższa nam osoba to dobry człowiek. Że nie ma nic do ukrycia. Stephen King wprowadza niepewność. Prowokuje do zadawania niewygodnych pytań. I na końcu także i my wychodzimy z założenia, że nie jest możliwe, by poznać drugiego człowieka tak naprawdę. Nawet tego, kogo kochamy najbardziej na świecie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek…

O.

*Opowiadanie pochodzi z jednego z moich ulubionych kingowych tomów „Czarna Bezgwiezdna Noc”, który polecam Wam bardzo bardzo – znajdziecie w nim cztery opowiadania, cztery nowele tak naprawdę, każda przerażająca. Każda niesamowita.

**A kiedy już przeczytacie „Dobrane Małżeństwo” to pamiętajcie, że w tym roku wchodzi do kin film na jego podstawie, zatytułowany „Dobre Małżeństwo” i już widzę, że wyszło im to PERFEKCYJNIE 😀 Do pooglądania zwiastun TUTAJ i poniżej:

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Love Letters from the Rain Forest” Edward Lee & Jack Ketchum

Bombla_BEZSENNELoveLetters

 

„He’d already discovered several dozen unindexed thallophytesbodied fungus. Zoned polyphores, clitopili, tricholomas, rough-stemmed paneoli. The grid-by-grid burning of the forests was making passage to areas virtually unexplored. The collection teams were all going nuts – new insects, new reptiles, new birds, new plants. Everywhere. And lots of new fungi.”

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale odkąd pamiętam fascynowały mnie tematy przyrodnicze. Od dzieciństwa wgapiałam się w ekran, chłonąc każde słowo sir Davida Attenborough, który w „Na ścieżkach życia” krył się w krzakach, czy za skałami i przybliżał świat natury, do którego nie miałam dostępu. Mikro i makrokosmosy, w których kryły się miriady nieodgadnionych tajemnic. Sekretów do tej pory niezbadanych jeszcze przez ludzkie oko. Czułam, że tak naprawdę wszystko może wciąż ukrywać się przed ludzkim okiem – nowe gatunki, niepoznane brakujące ogniwa, a może nawet dinozaury gdzieś tam, w tropikalnym lesie? Ta potrzeba zbadania najbardziej intrygujących tajemnic natury zwróciła się w stronę miłości do wszystkiego co pochodzi z oceanicznych głębin, do marzeń o Cthulhu i innych cudach podwodnego świata.

Z drugiej zaś strony, od zawsze widziałam siebie na wyprawie w głąb Amazonii, by niczym jakiś Indiana Jones historii naturalnej i biologii, odkrywać dziewicze tereny, przedzierać się przez dżunglę, znajdując odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Niefortunnym byłoby jednak odkryć coś, co wcale nie powinno było być nigdy odkryte. Powiedzmy, że na przykład byłby to wyjątkowo drapieżny, zaraźliwy i żarłoczny gatunek pewnego grzyba… Tak jak to przytrafiło się bohaterowi doskonałego opowiadania Edwarda Lee i Jacka Ketchuma zatytułowanego „Love Letters from the Rain Forest”.

Howard Moley jest specjalistą od grzybów. Wybitny w swojej dziedzinie, prawdziwy pasjonat, a w dodatku tak się złożyło, że udało mu się zdobyć stypendium i ruszyć wraz z pokaźną uniwersytecką drużyną badaczy w głąb amazońskiej dżungli. Na kampusie, w Stanach, zostawił swoją „dziewczynę”, niejaką Clarę Holmes, która według wszystkich i jej samej sądzi, że Howardowi jak tej przysłowiowej ślepej kurze trafiło się ziarno. Howard, nudziarz i obsesyjny nerd, naprawdę się w niej zakochał, a Clara, korzystając z wolności, chodzi do łóżka z kim popadnie, nie odpisując na kolejne listy Howarda. A Howard ma o czym opowiadać – otóż, pewnego dnia, podczas spaceru po dżungli odkrył truchło oposa, a na nim wyjątkowy, piękny i unikatowy nieznany gatunek czerwonego grzyba. Grzyb okazuje się być wyjątkowo agresywny, szybko się rozprzestrzenia, a kolejni członkowie ekipy Howarda umierają w męczarniach. Natomiast Clara ma dość Howarda i postanawia raz na zawsze zakończyć ten „związek”, wysyłając mu swój ostatni i jedyny list, na który wkrótce doczeka się odpowiedzi, już po jego śmierci.

Edward Lee i Jack Ketchum połączyli pisarskie siły, tworząc opowiadanie doskonale łączące seksualny mrok znany z historii Lee wraz z tajemnicą i zemstą znaną z książek Ketchuma. A wokół tego wszystkiego sekret amazońskiej dżungli – nie da się przejść obok tej historii obojętnie. Zarówno Lee, jak i Ketchum to mistrzowie grozy, w której tak naprawdę główną rolę odgrywa człowiek. Człowiek jako potwór, człowiek jako nieszczęście dla drugiego człowieka. I tutaj jest podobnie, chociaż dodatkowym elementem, podkreślającym Inność pozostaje wciąż nieznany gatunek grzyba odkryty przez Howarda. I zemsta, której ten grzyb się posłuży, w czym ja widzę akurat zemstę podwójną, bo skierowaną tak w kierunku Clary, jak i tych, którzy zdecydowali się spenetrować dolinę Amazonki, nieodwracalnie ją niszcząc. I kolejny raz, na kilku stronach otrzymujemy prosty, mroczny i smutny komunikat dla gatunku ludzkiego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo rozmyślam o tajemnicach, jakie wciąż skrywa natura.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Sleep Disorder” autorstwa Edwarda Lee i Jacka Ketchuma – duet doskonały 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Rękopis znaleziony w butli” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneRękopis

 

„Było to oczywistością, że mkniemy na oślep ku jakiemuś porywającemu odkryciu – ku jakiejś niewysłowionej tajemnicy, której świadomość jest brzemienna śmiercią.”

Wyobraźcie sobie świat, który wciąż jest jeszcze pełny nieodkrytych tajemnic. Świat, którego częściowe, wyrywkowe mapy mają puste, białe miejsca, a na ich granicach widnieją kreatury z legend. Pomyślcie o podróżnikach, o marynarzach, którzy zerkali na horyzont w oczekiwaniu i przerażeniu zarazem, czy tuż za kolejnymi wzburzonymi bałwanami, za kolejnym wirem nie pojawią się przysłowiowe smoki. Wyobraźcie sobie pierwsze dalekie wyprawy, gdy oceany kryły niezbadane sekrety, a każdy kolejny sztorm mógł być tym ostatnim. Pomyślcie o tych, którzy tracili na falach życie, popadali w obłęd, wracali pełni strachu i niewysłowionego lęku. Pomyślcie o okrętach, które nigdy nie powracały z rejsów. Pomyślcie o tych, których marzenie o jeszcze jednej spienionej fali poniosło zbyt daleko. Tak jak niegdyś morze skusiło legendarnego kapitana ze strasznej legendy o Latającym Holendrze. Podobno ten spowity czernią galeon wciąż można zobaczyć na afrykańskich wodach. I podobno wciąż jego widmo niesie za sobą śmierć. O mrocznym spotkaniu, które było tym ostatnim napisał zainspirowany marynarskimi opowieściami Edgar Allan Poe w swoim opowiadaniu „Rękopis znaleziony w butli”.

W bliźniaczy rejs Latającego Holendra, do jawajskiego portu Batawia w Indonezji, płynie narrator, którego rękopis po latach trafił w nasze ręce. Samotny, z dala od bliskich i rodzinnego kraju, szuka przeznaczenia na obcych kontynentach. Jednak ten rejs nie będzie dla niego szczęśliwym. Znienacka, po kilku dniach od rozpoczęcia podróży, w statek uderza gigantyczna fala, która zmiata z pokładu wszystkich… poza samym narratorem i pewnym starym Szwedem, którzy cudem ocaleli z katastrofy. Okręt, niesiony obłąkanymi wiatrami tajfunu, porywa ich i pędzi na spotkanie niedoścignionego horyzontu, gdy nagle wpada prosto na gigantyczny galeon i rozbija się w proch. Tylko jeden rozbitek przetrwał i cudem wdrapał się na jego pokład, by spotkać milczącą załogę, która za nic ma sobie jego obecność. Nikt go nie zauważa. Nikt się o nic nie pyta. Galeon na pełnych żaglach przecina potężne fale i pędzie ku narastającej czerni. Nadchodzi czas na spisanie opowieści.

„Rękopis znaleziony w butli” jest jedynym z tych opowiadań Poe, które najbardziej działają na wyobraźnię. Morska otchłań, która do dzisiaj pozostaje w jakiś sposób nieodgadniona, wtedy, w rozkwicie kolonizacyjno-odkrywczej ery, gdy ostatnie puste kropki znikały z map świata, była doskonałym tematem do snucia opowieści. Świat mitów powoli zanikał, jednak Poe w jedynie znany sobie mistrzowski sposób ożywił legendę i wtłoczył w rzeczywistość owładniętą manią „szkiełka i oka”. Latający Holender mógł być prawdziwy, a mógł być jedynie przedśmiertnym mirażem. Mógł wynurzyć się z tytanicznych otchłani biegunów i płynąć ku przeznaczeniu. Ale mógł być też jedynie widziadłem owładniętego przerażeniem umysłu. A czy rękopis był prawdziwy? Czy można przeczyć wyłowionej opowieści? A co jeśli naprawdę, na krańcach, gdy wszystko zmierza już ku ostatecznej czeluści, pozostaje jedynie czekać na nieuniknione? Na uderzenie pierwszej lodowatej fali?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę skrzypienie okrętowych lin.

O.

* Kto ma ochotę na morską wyprawę na nieznane wody i spotkanie Latającego Holendra ten znajdzie „Rękopis znaleziony w butli” w cudownym tłumaczeniu Bolesława Leśmiana na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Nocny pociąg z mięsem” Clive Barker

Bombla_BezsenneNocnyPociągZMiesem

 

„There were so many felicities he could pass on. The tricks of his extraordinary trade. The best way to stalk, to cut, to strip, to bleed. The best meat for the purpose. The simplest way to dispose of the remains. So much detail, so much accumulated expertise.”

Miasta mają swoje głęboko skrywane tajemnice. W swoich trzewiach potrafią pielęgnować sekrety, o których nigdy nikt o zdrowym umyśle nie pomyślałby naprawdę. Miejskie legendy, zagubione w czasie, w zaułkach i bocznych uliczkach, których nazwy znane są jedynie nielicznym. Pojawiające się znienacka dzielnice, zagubione ścieżki ludzi, których nie powinno wcale być. Korytarze prowadzące donikąd. Drzwi w murach, za którymi jest jedynie ciemność. Tunele w głąb ziemi, a w nich kolejne miasta przenikające te na powierzchni. Miejsca zbrodni. Rytualne kazamaty. Grobowce i pieczary. Labirynty, które pochłaniają przypadkowych przybyszy na zawsze i pożerają nie zostawiając po nich nic.

Miasto jak człowiek, który nie do końca świadomy jest tego, co skrywa wewnątrz, który nie pojmuje sekretów starszych niż jego mury. Miasto, które odwraca głowę i godzi się na poświęcenie. Nie chce widzieć, nie chce słyszeć, nie chce przemówić w czyjejkolwiek obronie. A w niesamowitym opowiadaniu Clive’a Barkera zatytułowanym „Nocny Pociąg z Mięsem” („The Midnight Meat Train”), miasto, w tym wypadku Nowy Jork jest jak olbrzymka, gargantuiczna dziwka, które co rano oczyszcza się z brudu, pozbywa ciał, krwi, wydzielin nocnych przeżyć miasta. A jej cykl ekstazy i śmierci powtarza się co noc.

Dla Leona Kaufmana Nowy Jork miał być spełnieniem marzeń. Odpowiedzią na lata wyczekiwania, na sny i pragnienie stania się częścią tego miasta, „które nigdy nie śpi”. Marzenie jednak napotkało rzeczywistość i chociaż Kaufman wciąż wielbił to miejsce, to jednak również bał się go. Niosło za sobą śmierć. Mrok i przemoc. Dowodem na to jest nowa fala morderstw, których dokonuje osobnik o przezwisku medialnym Rzeźnik. Ciała, znajdowane w metrze, wiszą na rzeźnickich hakach, ogolone, oporządzone, spływające krwią – po prostu profesjonalnie przygotowane do transportu. Młode, dojrzałe, gładkie… doskonałe mięsne okazy. Kaufmana fascynują te morderstwa. Są inne. Mają jakiś złowieszczy cel. Są perfekcyjnie dopracowane. Czuć w nich rękę mistrza. Kaufman nie ma nawet pojęcia, że pewnej nocy, gdy miasto na nowo będzie przywdziewać halucynogenne, nocne łaszki, w ostatniej linii metra, w drodze do domu, stanie oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Tunelem, prosto w nieznane, wybierze się na przejażdżkę swojego życia.

„Nocny pociąg z mięsem” to niepokojące, dziwne opowiadanie – bardzo mroczne i niezwykle pierwotne w swoim przekazie. Myśl o kanibalizmie, o pożeraniu ludzi zdaje się być niczym powrót do pradawnych dziejów spoza ery cywilizacji. Barker po mistrzowsku operuje symbolami. Człowiek jako ciało. Jako mięso. Tkanka. Mięśnie, ścięgna i krew. Bez twarzy. Bez nazwisk, czy imion. To człowiek uprzedmiotowiony, pozbawiony tego co najbardziej ludzkie. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna mięso? Jest w tej historii jakiś urwany element eugeniki. Poszukiwania perfekcji, ideału, niedościgłej doskonałości – te wysportowane ciała bez skazy. Element nazistowskiej zagłady totalnej – pociąg, ludzie jak zwierzęta, nieznany cel. Wypaczony. Odwrócony. Odizolowany. Makabryczny, bo zupełnie niezrozumiały.

Tak jak wzrasta prędkość pociągu z każdą mijaną po drodze stacją, tak rośnie fascynacja czytelnika. Co znajduje się na końcu podziemnego tunelu? Dokąd doprowadzi Nocny Pociąg z Mięsem? I przede wszystkim – co czai się w bezdennej czeluści nowojorskiej ziemi?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo intryguje mnie ciemność podziemnych tuneli.

O.

* Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i jego dłuższy fragment (na zasmakowanie) możecie przeczytać i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie fragment 🙂

**Na dokładkę polecam Wam ekranizację, która może nie była dziełem sztuki, ale dzięki temu, że to sam Clive Barker opracował projekt, to ma wszystko to, co powinna mieć i świetnie oddaje klimat opowiadania – „Nocny pociąg z mięsem”, a w rolach głównych Bradley Cooper i Vinnie Jones.

BEZSENNE ŚRODY: „The Monkey’s Paw” W.W. Jacobs

Bombla_BezsenneMonkey'sPaw

 

„’I don’t know what to wish for, and that’s a fact,’ he said, slowly. ‘It seems to me I’ve got all I want’.”

Z pewnością znacie to powiedzenie “Uważaj czego pragniesz, bo jeszcze może się spełnić”. Coś w tym zdecydowanie jest, że kiedy przychodzi pora spełniana marzeń, ziszczania snów i najskrytszych pragnień, to wraz z radością przychodzi gorzki posmak nieokreślonej straty. Marzenia, gdy pozostają w sferze marzeń, potrafią mieć magiczną moc oddziaływania na człowieka. Motywują do działania. Jednak bywa tak, że gdy w końcu stają się rzeczywistością przychodzi za nie płacić wysoką cenę. Coś się kończy, coś się zaczyna. Niemniej, ziszczanie pragnień to jeden z podstawowych elementów legend i baśni. Trzy życzenia. Wypowiedziane na głos. Prosto z serca. Ich spełnianiem zajmują się istoty, których domeną jest uszczęśliwiać. Albo tylko pozornie to szczęście dawać, bo gdy przychodzi czas zapłaty – radość obraca się w rozpacz. To istoty spoza czasu i miejsca – realne i nierealne zarazem, w które chcemy wierzyć, że gdzieś tam są i czekają właśnie na nas. Wróżki, dobre dżiny, złote rybki, magiczne kucyki. W naszych umysłach rysują się przyjemne obrazki i raczej nie myślimy wtedy o demonach, złowieszczych ifritach, czy potworach, których celem jest niszczyć to, co naprawdę dobre. Opowieść o talizmanie, który odbiera zamiast dawać snuje W.W. Jacobs w klasycznym opowiadaniu ku przestrodze zatytułowanym „The Monkey’s Paw” („Małpia łapka”).

Rodzina White’ów spędza uroczy wieczór w swoim przytulnym domu. Mają wszystko to, co sprawia im radość. Ojciec z synem grają w szachy, a matka robi na drutach w fotelu przy kominku. Prawdziwa sielanka. Są szczęśliwi w swojej doskonałej kryjówce. A za oknem zawierucha i śnieg. Wkrótce do ich domu przybywa ich wieloletni przyjaciel – starszy sierżant Morris, by przy szklaneczce whisky opowiedzieć o swoim pobycie w Indiach. Nie przywiózł ze sobą dobrych wspomnień. Ale przywiózł wyjątkowy talizman – zasuszoną małpią łapkę, na którą czar rzucił hinduski mistyk. Według niego łapka mogła spełnić po trzy życzenia trzech różnych osób. Morris otrzymał ją po ostatnim właścicielu, którego ostatnim życzeniem była… śmierć. Jednak pan White chce się przekonać o magicznym działaniu łapki, pomimo ostrzeżeń przyjaciela. Przed snem zastanawia się nad pierwszym z pragnień i sam nie wie o co prosić, bo uświadamia sobie, że ma wszystko czego zawsze chciał. Syn podpowiada mu kwotę dwustu funtów, za którą będą mogli wykupić dom. Pan White wypowiada życzenie, małpia łapka porusza się znienacka, a wraz ze słowami rusza machina przeznaczenia. Nic już jej nie zatrzyma.

„The Monkey’s Paw” to najbardziej klasyczna z opowieści gatunku horroru „ku przestrodze”, gdzie wypełniona dobrem myśl przeradza się w koszmar nie do odwrócenia, a w którym strata nieuchronnie prowadzi do szaleństwa. Konsekwencje wypowiadanych życzeń zdają się być oczywiste, w końcu padło ostrzeżenie. Nawet nie jedno, a pięć. Najważniejszym z nich jest to poczucie bohatera, że ma przecież wszystko, czego pragnie. Głos zdrowego rozsądku i intuicja w jednym. Tym samym wypowiedzenie życzenia jest niejako oznaką chciwości, a na chciwość złe duchy reagują wręcz z podwójną zawiścią. Małpia łapka mogła przecież poczekać. Zostać talizmanem na gorsze chwile. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? A tak, idylliczny obrazek zostaje zburzony w ciągu niecałej doby. Świat przekręca się i obraca, życie zamienia się w śmierć, a złowieszcza moc talizmanu osiąga swoje apogeum i niszczy to, co było tak piękne. Jednak trudno mu się oprzeć. Trudno nie myśleć o trzech życzeniach, gdy ich ziszczenie jest na wyciągnięcie ręki. Na wyciągnięcie małpiej łapki.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę wykrzywioną twarz w płonących popiołach.

O.

*Kogo zafascynowała opowieść W.W. Jacobsa i sam chciałby się przekonać do czego doprowadziła małpia łapka ten znajdzie pełne opowiadanie, całkiem za darmo i legalnie na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

**A w ramach ciekawostki muszę koniecznie nadmienić, że dokładnie ten motyw wykorzystał Stephen King w swojej doskonałej powieści „Cmętarz Zwieżąt”, o której możecie poczytać TUTAJ.

***Za polecenie opowiadania dziękuję pięknie Marcie z bloga Zaczytanie 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Niedziele” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneNiedziele

 

„Charlie był jednak zawzięty. Było tak, jakby ojciec był jedynym, na którego naprawdę chiał się wspiąć, a reszta z nas stanowiła jedynie rozrywkę. Chodzące drabinki. W końcu dotarło do niego, że był niechciany, ale czasami przyłapywałem go, jak obserwował ojca tym nerwowym, ukośnym spojrzeniem, kłapiąc zębami, pociągając nosem i można było być pewnym, że któregoś dnia spróbuje ponownie.”

W „Małym Księciu” było takie zdanie, które zawsze powtarzam wszystkim tym, którzy przygarniają zwierzęta pod swój dach i planują sprawować opiekę nad nimi: „Musisz być odpowiedzialny za to co oswoiłeś”. Niby takie proste, prawda? Przecież wiadomo, że zwierzak, którego decydujemy się przyłączyć do naszego rodzinnego stada potrzebuje dużo ciepła, miłości i przede wszystkim pełnej kontroli nas, ludzi, jako swoich opiekunów. Powinniśmy odpowiadać nie tylko za niego i za to, co taki zwierzak robi, ale i my mamy wobec niego obowiązek starannej opieki i otoczenia go tym, czego potrzebuje. Przynajmniej tak powinno być. Tak to działa z założenia. Jednak bywa, że zwierzak pojawia się przypadkiem i nikt na pełną odpowiedzialność nie jest do końca przygotowany. I wtedy, również zupełnie przypadkiem, może wydarzyć się coś nieodwracalnego, coś co komuś złamie serce i zmieni wszystko na zawsze. Przerażająco prawdziwą i smutną historię oswojenia ukazuje pisarz, który z człowieka potrafi zrobić największego potwora, czyli Jack Ketchum w swoim opowiadaniu „Niedziele” z tomu „Królestwo Spokoju”.

Narrator opowieści zdradził żonę. Już wie, że nadchodzi nieodwracalne. Już niebawem utraci ją na zawsze. I wtedy, w desperacji, wraca myślami do swojego dzieciństwa, gdy jego ojciec, Bradford Collier, polował na wiewiórki, biegające wśród okolicznych drzew. Polował raz na jakiś czas. Jego strzały były celne. Zabijał dla mięsa i dlatego, że uważał wiewiórki za szkodniki. Pewnego dnia znalazł zwierzaka z przetrąconymi łapkami i nie mając serca go dobijać wziął wiewiórkę do domu. Ku uciesze dzieciaków i żony wyleczył, dokarmił, nadał mu imię – Charlie. Wiewiórka stała się przyjacielem wszystkich, wspinała się, gryzła, bałaganiła po wiewiórczemu. Bradford jednak zawsze trzymał ją na dystans. Niemniej lubił Charliego. Ale nie zaprzestał polowań na wiewiórki. Kiedy nadeszła zmiana pór roku, Charlie poczuł zew i rozpoczął leśne wędrówki. Może chciał wrócić do stada? I pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, wydarzyła się tragedia, która zmieniła Bradforda i życie jego rodziny.

Na dziesięciu stronach „Niedziel” Jackowi Ketchumowi udało się zbudować wielowarstwową opowieść o przywiązaniu, stracie i wielkim bólu jaki ta strata za sobą niesie. O tym, jak wydarzenia z dzieciństwa potrafią wpływać na naszą dorosłość, gdy wydaje się, że wszelkich wyborów dokonujemy całkiem świadomie. Pokazuje skomplikowany mechanizm, jakim jest ludzka psychika, która próbuje poradzić sobie z cierpieniem, jednak wciąż popycha do popełniania tych samych błędów. Są tu wyrzuty sumienia, których nie ukoi nic, nawet tysiące wypraw do kościoła w poszukiwaniu przebaczenia. Bo jak można zapomnieć, gdy samemu sobie nie da się wybaczyć wyrządzonej krzywdy? Kiedy jest po wszystkim i wiemy już, że na zawsze zostanie w nas ta skaza? Niezmywalna rysa, która naznaczy dalsze życie, aż do końca dni? „Niedziele” nie są typowym horrorem. To groza wypływająca z samej istoty człowieczeństwa, z poczucia, że zawsze może przytrafić się coś, co odwróci bieg losu, nawet jeśli tego bardzo mocno nie chcieliśmy. Wtedy, nawet w obliczu największej skruchy, i tak wszystko obróci się przeciw nam, a przede wszystkim my sami.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo smutno mi po prostu.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Królestwo spokoju” i niestety nie wynalazłam nigdzie za darmo, ale jeśli natkniecie się na tom w bibliotece bądź zechcecie zakupić świetny zestaw doskonałych tekstów szeroko pojętej grozy – naprawdę warto poznać. 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Dom Sędziego” Bram Stoker

Bombla_BEZSENNEDomSędziego

 

„As to what there was against the house itself she could not tell. She had often asked, bu no one could inform her; but there was a general feeling that there was something (…).”

O nawiedzonych domach można by pisać całe eseje. Zapełnić grubaśne tomiszcza w dziesiątkach tysięcy, dokładając do tego ryciny, zdjęcia i nagrane filmy. Analizować to wszystko krok po kroku, by na własnej skórze pewnego dnia przekonać się, czy to co nierealne naprawdę nierealnym jest, a może wręcz odwrotnie? Jedno jest pewne – nawiedzone domy niezmiennie działają na wyobraźnię, a opowieści o nich z biegiem lat jedynie zyskują i na kolejnych pokoleniach pozostawiają niezatarte wrażenie. Co więcej, takich opowieści nigdy nie jest zbyt wiele, bo lubimy się bać i musimy mieć o czym opowiadać przy ogniskach. A takie historie o miejscach obleczonych w klątwy i duchy wydają się idealnie wpasowywać w nasze gusta. Jedną z takich opowieści, które krążą od wieków, od miasta do miasta i wszędzie tam, gdzie stoją puste, samotne domy o smutnej, tajemniczej historii jest właśnie tytułowy „Dom Sędziego” z opowiadania Brama Stokera z tomu „Gość Draculi”.

Młody naukowiec Malcolm Malcolmson szuka cichego, spokojnego miejsca, w którym będzie mógł dokończyć swoje badania. Z tą myślą przyjeżdża do miejscowości Benchurch, by wynająć przytulny dom, doskonały do jego pracy. Zauważa opuszczony budynek, zwany przez miejscowych Domem Sędziego. Wydaje mu się, że to idealne miejsce dla kogoś takiego jak on i postanawia zamieszkać w nim, pomimo ostrzeżeń gosposi i napomknień o przypadkach nawiedzeń w tym miejscu. Nikt nie chce tam mieszkać. Mówią, że w domu straszy duch okrutnego sędziego, który uwielbiał torturować ludzi, ale nawet jeśli tak było, to Malcolmson nie wierzy w nonsensy o duchach i uważa takie wierzenia za stek bzdur. Wprowadza się, by już pierwszej nocy przekonać się, że coś jest mocno nie tak. Szczury harcują pośród ścian, piszczą i drapią, nie dając mu ani spać spokojnie, ani pracować. Ale przyzwyczaja się. Mniej więcej. Jest w stanie znieść najbardziej natarczywe hałasy, ignorować dziwne odgłosy wokół, przynajmniej do czasu, gdy po sznurze dzwona przychodzi coś, czego nigdy by się nie spodziewał zobaczyć.

„Dom Sędziego” jest modelowym opowiadaniem o nawiedzonym domu, nad którym zawisła jakaś nieszczęsna klątwa. Jest na tyle doskonałe, że nawet jeśli czytelnik dokładnie potrafi przewidzieć, co wydarzy się za chwilę, to wciąż czuje niepokój, a jego żołądek zwija się w kłębek na myśl o kolejnej nocy Malcolma. Podczas lektury rodzi się prawdziwa groza i wielkie współczucie dla bohatera, który w tej krótkiej opowieści zyskał więcej w naszych oczach, niż niejeden bohater opasłych powieści. Szkoda jego naiwności. Szkoda tej ślepej wiary w naukę i niepodważalne prawa natury, które ewidentnie zostają złamane w Domu Sędziego.  Szkoda tego młodego umysłu zniszczonego przez nienazwane. Los Malcolma zdaje się być przypieczętowany od pierwszych zdań, jednak my wciąż chcemy towarzyszyć mu w jego powolnej zagładzie. Patrzeć jak przenika go strach. Przez rozczapierzone palce podziwiać, jak nachodzi go ostateczne szaleństwo.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę chrobotanie zza ścian.

O.

*Kto jeszcze jest zaintrygowany opowieściami Brama Stokera, może zajrzeć TUTAJ i przeczytać o „Indiance”, a pełny tom „Gość Draculi” znajdziecie w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „The Glamour of the Snow” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneGlamourOfTheSnow

 

„A delicious happiness was in his blood. Over the edge of the hills across the valley rose the moon. He saw her silver sheet the world of snow. Snow covered all. It smothered sound and distance. It smothered houses, streets, and human beings. It smothered–life.”

Człowiek od zawsze próbuje ujarzmić Naturę. Poskromić zwierzęce instynkty, nadać wszystkiemu sens i rozłożyć na czynniki pierwsze. Podzielić, podbić i stanąć na szczycie zwycięskiego stosu z ciał pokonanych. Ach, jak doskonale byłoby przeczesać wszystkie głębiny, przelecieć kosmos wzdłuż i wszerz, ukształtować drzewa pod nasze widzimisię, ujarzmić całą faunę i florę. Sklasyfikować wszystko po kolei, sfotografować i poukładać w ładne równe kolumny w niekończących się tabelkach lub bliźniaczo podobnych do siebie rzędach folderów i segregatorów. Nie byłoby żadnych pytań. Nie byłoby dociekań. Nie byłoby wyobraźni. Nie byłoby baśni. Nie byłoby wierzeń. Opowieści robotów, mechanicznie dążących do samozagłady.

Na szczęście ta smutna wizja jeszcze nam nie grozi. Bo Natura wciąż ma kilka asów w rękawie. Potrafi nas mamić i bawić się naszą naiwną wiarą w nieskończone możliwości. Jednym tchnieniem potrafi przywrócić pierwotny porządek rzeczy. Pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce. O takiej wszechwładnej mocy płynącej z majestatycznych gór, okrytych zimowymi połaciami śniegu opowiada Algernon Blackwood w pięknym, mroźnym opowiadaniu „The Glamour of The Snow”, tak na przekór słońcu i na przekór wakacyjnej porze.

W środku zimowego sezonu narciarskiego, w alpejskim miasteczku pełnym turystów, wolne chwile w jednym z hoteli spędza Hibbert – pisarz, marzyciel, samotnik, który swój czas dzieli pomiędzy zapiskami, podziwianiem górskich widoków i korzystaniem z miejscowych rozrywek. Hibbert ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich innych ludzi wokół, a przynajmniej tak jemu samemu się wydaje – łączy go głęboka więź z Naturą, bezkresną siłą, przed którą nie można uciec. Pewnej nocy Hibbert znudzony tańcami, odczuwa olbrzymią potrzebę pojeżdżenia na łyżwach. Wkrótce do przepełnionego dziecięcą radością mężczyzny dołącza na tafli tajemnicza dziewczyna o lodowatych dłoniach i nieuchwytnym spojrzeniu, która szepce mu obietnice, nęci i mami, kreśląc wspólnie figury na lodzie. Zafascynowany Hibbert próbuje dowiedzieć się kim jest, skąd przybywa, gdzie mieszka, ale zanim cokolwiek mogłoby się wyjaśnić, dziewczyna znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Na nic zdają się poszukiwania. Na nic rozpytywanie i rozglądanie się wśród hotelowych gości. Ale już niebawem dziewczyna znów pojawi się wieczorną porą i Hibbert wyruszy za nią w ciemną, śnieżną noc, by przekonać się jaką tajemnicę skrywa nieznajoma.

Nie przypadkiem Natura zarówno u mnie w tekście, jak i w samym opowiadaniu Blackwooda pisana jest z wielkiej litery. Ma wzbudzić respekt. Przerażenie. Dać do zrozumienia czytelnikowi, że tutaj nie będzie żartów. Natura to bezwzględna siła, której mocy nigdy nie będzie można okiełznać. Ba, zrozumieć nawet w pełni. Wysoko w górach, gdy zawodzą zmysły, a wokół leży jedynie śnieg, który szaleńczo wiruje wokół odbierając czujność, Natura ma swoje królestwo i w pełni może ukazać moc jaką operuje. To dzicz i niebezpieczeństwo w najczystszej postaci, które otępiają i strącają człowieka w otchłań szaleństwa. Algernon Blackwood w „The Glamour of The Snow” odtworzył niejako baśniową Królową Śniegu, która kusi zdradzieckimi uśmiechami, by w końcu porwać i odebrać wszystkie siły. Hibbert jak dawniej u Andersena chłopczyk Kaj, zostaje wciągnięty w lodowy żywioł, ubezwłasnowolniony przez wspomnienie, przez obietnicę szczęścia. Jest w tej opowieści ostrzeżenie. Jest coś, co przypomina nam, że przysłowiowe „szkiełko i oko” nie uratują nas, gdy przyjdzie stawić czoła bezwzględnym siłom Natury.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo lodowe palce zaciskają się na mojej dłoni.

O.

*Kto poszukuje zimy w środku lata lub tak jak ja tęskni już za lodowym podmuchem, bądź zauroczony pragnie zanurzyć się w śnieżną otchłań, ten odnajdzie „The Glamour of The Snow” w pełnej, oryginalnej wersji TUTAJ.

**Opowiadanie znalezione i polecone przez niezastąpioną Martę z LolantaCzyta – dziękuje Kochana :*