BEZSENNE ŚRODY: „Casting the Runes” M.R. James

Bombla_BezsenneCastingTheRunes
 

“’walks on,
And turns no more his head
Because he knows a frightful fiend
Doth close behind him tread.’”

Świat naukowców, mędrców, literatów… Szkiełko i oko w najczystszej postaci, gdzie wszystko to, co tajemnicze musi zostać z tej tajemnicy obdarte. Wiwisekcja myśli, teorii i pomysłów. Świat bez sekretów, przejrzysty i zrozumiały. Rzadko kiedy opowieści o duchach odnoszą się do naukowej rzeczywistości – ich gotycka, z zasady romantyczna forma nie pasuje do surowych murów uczelni, drewnianych obić bibliotek, czy miejskich, nowoczesnych przestrzeni. Ale czy aby na pewno?

Jednym z autorów, którzy zapoczątkowali współczesną formę opowieści grozy, schodząc z utartych szlaków historii gotyckich był brytyjski pisarz M.R. James. Przeniósł fabuły z cmentarzy, opuszczonych zamków, średniowiecznych komnat, czy tajemniczych ogrodów i wpuścił to, co nadnaturalne i niewyjaśnione do wypełnionymi formułkami, regułami i ustalonymi zasadami świata naukowców, antykwariuszy i bibliotekarzy. W jego opowieściach rozum musi stawić czoła zabobonowi, a dobro stanąć naprzeciw złu. Formuła, którą obrał autor sprawia, że czytelnik zaczyna nerwowo rozglądać się wokół siebie i wyszukiwać znaków nie z tego świata. Bo przecież nigdy nic nie wiadomo. Tak, jak w jednym z jego bardziej znanych opowiadań zatytułowanych „Casting the Runes” (dosł. „Rzucając runy”).

Ktoś natarczywy na okrągło przesyła do stowarzyszenia naukowego referat dotyczący alchemii. Referat jest systematycznie odrzucany przez recenzentów jako całkowicie niedorzeczny, a jego twórca, niejako Pan Karswell, zyskuje miano szalonej jednostki, skoro postrzega siebie jako alchemika. I coś musi w tym być niepokojącego, bo wraz z odrzuceniem materiału wokół recenzentów zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Krytyk poprzedniej jego książki dotyczącej czarów zginął w tajemniczych okolicznościach i teraz, tymi samymi krokami podąża Pan Dunning, który wyczuwa jakąś mroczną obecność przyczajoną tuż za nim. Prawdy wychodzą na jaw, strach pada na koło naukowe i nikt już nie jest do końca pewny, czy to zbiorowa halucynacja, czy naprawdę Pan Karwell potrafi przyzywać tajemne moce. Czas płynie, Pan Dunning czuje oddech na plecach i zbliża się czas ostatecznego rozwiązania.

W „Casting the Runes” M.R. James konfrontuje ze sobą świat nauki, ze światem magicznym, tym niedopowiedzianym i niewyjaśnionym, jednak z założenia złośliwym i złym. Automatycznie rozum zamyka się, gdy napotyka coś, czego nie można racjonalnie wyjaśnić. Gdzie upada logika, tam upada naukowe spojrzenie, a jego miejsce zajmuje zabobon i strach przed Nieznanym. To taka historia przypadku, gdy brytyjscy dżentelmeni muszą stawić czoła czemuś, co ni stąd ni zowąd rozjuszyli swoim sceptycznym podejściem. Wychodzi z tego jakiś rodzaj miejskiej legendy dla naukowców – coś się zgadza, coś innego już niekoniecznie. Ktoś coś przeżył i opowiedział, a inny zginął w niewyjaśnionych okolicznościach i zabrał tajemnice do grobu. W opowiadaniu fascynuje to podejście załamania codziennej naukowej rzeczywistości czasów wiktoriańskich i jej całkowite obezwładnienie przez to, co paranormalne i niewyjaśnione, gdy rozumowi nie pozostaje nic innego, jak wycofać się do strefy cienia.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo czuję, że coś czai się w mroku za moimi plecami.

O.

*Kto pragnie poczuć mroczną obecność, sunącą krok w krok, ten odnajdzie ją w opowiadaniu M.R. Jamesa dostępnym całkowicie za darmo TUTAJ.

**M.R. James to moje nowe literackie odkrycie 🙂 Nowa groza, nowy terror, nowe weird fiction. Spodziewajcie się więcej i częściej, bo to dopiero początek naszej przygody!

Bezsenne Środy: „Gość Draculi” Bram Stoker

Bombla_BezsenneGośćDraculi

 

„The dead travel fast.”

Czy wiecie, która noc, poza Wigilią Wszystkich Świętych, jest kolejną przeklętą nocą w roku? Kiedy z ciemności wychylają się duchy, wiedźmy i upiory, by odprawiać swe czary? Kiedy bariera pomiędzy światem żywych a umarłych znów staje się nieomal przezroczysta? Jest, moi Drodzy, taka noc. Noc jeszcze nie ciepła, lecz już nie lodowata, zapowiadająca nową porę roku, sezon rozkwitu. Noc, której obchody, już od wieków nieprzerwanie trwają od zachodu słońca, ostatniego dnia kwietnia, aż do świtu. Noc germańska. Noc sabatów. Noc Walpurgii. W tę właśnie noc czarownice podobno mają się zbierać na szczycie Brocken, a przewodzić ma im władczyni krainy zmarłych zwana Hel – córka Lokiego, siostra Fenrira, personifikacja śmierci. W taką noc jak Noc Walpurgii lepiej nie wybierać się samemu na górskie ścieżki. Lepiej nie podróżować samotnie po nieznanych szlakach. Lepiej omijać cmentarzyska i pradawne miejsca kultu. Bo nigdy nie wiadomo, co napotkamy w ciemności po zachodzie słońce, gdy zmierzch otuli wszystko wokół nas nierealną poświatą.

Istnieją jednak śmiałkowie, którzy na własnej skórze, z własnej naiwności, przekonali się, że w Noc Walpurgii lepiej nie kręcić się po nieznanych drogach. Jednym z nich był niby nienazwany, a jednak znany bardzo  Jonathan Harker z opowiadania Brama Stokera zatytułowanego „Gość Draculi”. Zanim przybliżę Wam jego treść, to tylko w ramach ciekawostki napiszę, że opowiadanie to stanowi tak naprawdę wycięty rozdział z samego „Draculi”, który wydała już pośmiertnie, z wyjaśnieniem, żona pisarza. Dla potrzeb tomu, opowiadanie zostało przeredagowane, nazwisko Harkera wykreślone, lecz reszta pozostała niezmieniona.

Brytyjski dżentelmen (Jonathan Harker tak naprawdę) podróżuje do Transylwanii. W drodze, gdzieś w okolicach Monachium, pomimo ostrzeżeń hotelarza i przypadkowych osób jakie spotyka przed wyprawą, postanawia wyruszyć właśnie tego wieczoru, tuż przed zachodem słońca, w Noc Walpurgii. Woźnica, pełen złych przeczuć i zabobonnie przerażony, pędzi na złamanie karku, lecz powóz zatrzymuje się nagle, by z impetem ruszyć po chwili, gdy konie płoszy dziwna, wychudzona sylwetka na pobliskim wzgórzu. Harker zostaje sam, na górsko-leśnych ostępach. Zapada zmrok. W Harkerze narasta niepewność. Jednak jak na brytyjskiego dżentelmena przystało, rusza przed siebie, by zupełnie przypadkiem (chociaż my już wiemy, że Dracula czuwa od początku do końca tej opowieści) trafić do „przeklętej” wioski, opuszczonej przed laty i na przyległy cmentarz. Tam przyjdzie Harkerowi spędzić tę Noc. Jedną z pierwszych nocy, które naznaczą jego życie na zawsze.

Kto czytał już kultową wampirzą powieść Brama Stokera, ten „Gościa Draculi” potraktuje jak cudowny, literacki kąsek, jak ciekawostkę i brakujący element tej historii. Dodam jedynie, że Francis Ford Coppola wykorzystał jego fragmenty w swojej doskonałej ekranizacji. Kto jednak „Draculi” nie zna, ten w idealny sposób będzie miał szansę zaznajomić się z genialnym stylem Stokera, a także formą samej książki. Jakkolwiek by nie było, czytelnik ma szansę pysznie się wystraszyć, jednocześnie bawiąc się wychwytywaniem drobnych szczegółów, które nie tylko wprowadzają nas w draculiczną rzeczywistość, lecz także budują całą atmosferę tej krótkiej historii.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo wilk-nie wilk spogląda na mnie spośród drzew.

*Jeśli chcecie się zaczytać, porwać i omamić przez cmentarne zjawy i hrabiego Draculę, to opowiadanie, zupełnie legalnie, w oryginale znajdziecie do poczytania TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Snow, Glass, Apples” Neil Gaiman

Bombla_BezsenneSnow, Glass,Apples
 

“If it were today, I would have her heart cut out, true. But then I would have her head and arms and legs cut off. I would have them disembowel her. And then I would watch, in the town square, as the hangman heated the fire to white-heat with bellows, watch unblinking as he consigned each part of her to the fire. I would have archers around the square, who would shoot any bird or animal who came close to the flames, any raven or dog or hawk or rat. And I would not close my eyes until the princess was ash, and a gentle wind could scatter her like snow.

I did not do this thing, and we pay for our mistakes.”

Któż z nas, obsesyjnych czytelników, nie zna baśni o Królewnie Śnieżce i Siedmiu Krasnoludkach? Któż z nas nie pamięta jej ust w kolorze krwi, włosów czarnych niczym heban i skóry, białej jak śnieg? Któż z nas nie wspomina jej dobroci, jej ciepła i szczerości wypływających prosto z serca? Leśny ludek śpiewał wraz z nią piosenki, a sumienie groźnego myśliwego rozdarło się na myśl o jej śmierci. I jeszcze ta macocha okrutna, zwierciadło szepczące o „najpiękniejszych na świecie” i jabłuszka urocze, pyszne, że aż ślinka ciekła. I wstążki kolorowe i kamienie drogie. A na koniec kryształowa trumna i jeden pocałunek prawdziwej miłości…

Wieki przemijają, lata płyną, pokolenie za pokoleniem znika, a baśnie są, po prostu. Inspirują, zachęcają do literackich eksperymentów, a dzięki swej niezwykłej uniwersalności ich wymowa, głębsze znaczenie, czy sens nigdy się nie zmieniają. Z baśni można czerpać garściami, tak jak czerpie z nich popkultura od lat. Elementy, główne fabularne wątki, założenia, bohaterowie – to wszystko i o wiele więcej odnaleźć można w serialach, filmach, powieściach i opowiadaniach. Tak jak na przykład w niesamowitej, bardzo mrocznej opowieści autorstwa uwielbianego Neila Gaimana zatytułowanej „Snow, Glass, Apples”.

Odwrócone role. Wróg narratorem. Ostatnie wspomnienie. Władczyni krainy, za dawnych czasów zwana Złą Królową, Macochą i Czarownicą, opowiada historię swojej pasierbicy – Śnieżki, która terroryzuje od lat królestwo, zabija podróżnych, nawiedza otaczający królewskie ziemie las. Ta Śnieżka też ma usta czerwone jak krew, ma włosy czarne jak heban i skórę białą jak śnieg. Zimną jak lód. Ma też zęby, zaostrzone, by lepiej móc spijać posokę swoich ofiar. Tak moi Drodzy, ta Śnieżka to wampiryczna istota. Dziewczynka-demon, która niszczy wszystko i wszystkich, nie zważając na nic. Królowa rozkazuje ją zabić, ale wyrwane serce wciąż bije, a Śnieżka, już pusta w środku, martwa-niemartwa poluje pośród drzew. Mijają lata, sytuacja staje się naprawdę dramatyczna, a Królowa wie, że już czas wziąć sprawy w swoje ręce, zanim będzie za późno, zanim stanie się nieodwracalne.

 „Snow, Glass, Apples” Neila Gaimana to opowiadanie tak niepokojące, tak intensywne i brutalne, że aż trudno się od niego oderwać. Królewna Śnieżka w jego wykonaniu to dziewczynka-wampir, która terroryzuje krainę i triumfuje swoją krwiopijnością. Jej historia wypełniona po brzegi lodem i krwawym mrokiem, jak wszystkie dobre baśnie, tak naprawdę. Znajdziecie tu subtelnie wykorzystane wzmianki o pedofilii, nekrofilii, czy kazirodztwie. Nic na siłę, nic prosto w twarz – opowieść między słowami, która mrozi krew w czytelniku i wywołuje dreszcze swoistego obrzydzenia, ale też fascynuje i przyciąga, jak wszystko co nieznane i niezrozumiałe. Z jednej strony, aż by się chciało, by ta historia ujrzała tęczę, by zaświeciło wreszcie słońce i pękły lody. A z drugiej, aż korci, by zanurzyła się w mroczniejszy mrok, serce pulsowało pod stropem, a wampirza bladość spowiła królestwo. Baśń dla dorosłych, spragnionych jeszcze mocniejszych wrażeń, do zaczytywania się nocną porą.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo nie ustaje bicie jej krwiożerczego serca.

O.

*Kto pragnie zanurzyć się w śnieżną krainę opowieści Neila Gaimana ten znajdzie ją zupełnie za darmo, do poczytania TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Skeleton” Ray Bradbury

Bombla_BezsenneSKELETON
 

„A skeleton. One of those jointed, snowy, hard things, one of those foul. Dry, brittle, gouge-eyed, skull-faced, hake-fingered, rattling things that sway from neckchains in abandoned webbed closets, one of those things found on the desert all along and scattered like dice.”

Czy znacie to uczucie, gdy wszystko Was boli, nieomal czujecie każdą, nawet najmniejszą kostkę w Waszym ciele, a na dokładkę macie poczucie jakiegoś takiego wyobcowania? Jakby Wasze ciało wcale nie należało do Was, tylko żyło swoim własnym życiem, jak jakiś pasożyt, napierający na Wasz umysł? Czaszka ściskająca w kleszczach mózg, kręgosłup podtrzymujący postawę i wszystkie te pomniejsze elementy, dzięki którym nasza zewnętrzna powłoka porusza się i działa… Od czasu do czasu, szczególnie w chorobie, gdy majaki przychodzą znienacka, można doznać czegoś podobnego. Jednak, gdyby przyszło Wam przeżywać to poczucie bólu i wyobcowania codziennie? Gdyby Wasze ciało stało się nienaturalną obsesją, przyjacielem i wrogiem jednocześnie, które nie pozwala Wam normalnie funkcjonować? Gdyby wszystko wokół przestało mieć znaczenie i w równaniu pozostalibyście tylko Wy i Wasz szkielet, a gdzieś daleko w tle reszta świata? Dramat obsesji i cielesnego wyobcowania opisał Ray Bradbury w jednym ze swoich opowiadań zatytułowanym „Skeleton” (dosł. „Szkielet”).

Harris cierpi na niezwykle intensywne bóle wszystkich kości. Nie wiadomo, czy to wyłącznie bóle wyimaginowane, wymyślone w dziwnej obsesji, czy może prawdziwe. Trudno powiedzieć, bo pomimo regularnych, jak to u hipochondryka, wizyt u lekarza, ten ignoruje jego symptomy i odsyła co rusz do domu, polecając wypoczynek i oderwanie od „szkieletowych” myśli. Tylko jeden lekarz zdaje się odpowiadać na opętanie Harrisa, niejaki doktor M. Munigant, dziwny człowieczek, który przytakuje, poklepuje, a na dokładkę wręcza swojemu pacjentowi dokładny szkic szkieletu, by ten mógł napatrzeć się do woli. I zachęca go do ponownej wizyty. Jak pewnie się domyślacie odpowiedź na obsesję, wraz z wizualną reprezentacją problemu, jedynie wzmacnia zainteresowanie Harrisa. Rozmyśla ciągle o kościach, czuje je, maca, obserwuje i porównuje… Ból staje się nie do zniesienia, wzmaga obłęd. Szkielet jawi się niczym gotycki symbol śmierci, wewnątrz samego Harrisa, obcy i inny w stosunku do reszty ciała. Oskarża szkielet nawet o niepowodzenia w małżeństwie, czy w pracy. I gdy już nie może wytrzymać, gdy przerażenie i obrzydzenie biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, Harris wzywa do siebie doktora Muniganta, a ten od razu znajduje rozwiązanie. Ale z pewnością nie takie, jakby spodziewał się nasz bohater.

„Skeleton” Raya Bradbury to krótkie i mroczne studium cielesnej obsesji. Harris zaczepia się jednej, pojedynczej myśli i nie może się od niej oderwać, a sprytny doktor tylko jednym gestem podsyca ją i doprowadza do absurdu. Najlepsze jest jednak przedstawienie szkieletowych doznań, które opisane są tak, że emocje bohatera automatycznie przechodzą na czytelnika. To ten moment, gdy czytając na chwilę stajemy się Harrisem, czujemy to co on czuje i przez ułamek sekundy wydaje nam się, że i wewnątrz nas siedzi coś, co nie do końca do nas należy, a ma przecież nad nami władzę. Strach jest tutaj jak najbardziej naturalny, wynikający ze śmiertelności i świadomości ciała. I ten element tajemnicy dziwnego doktora Muniganta, który tylko się uśmiecha, przytakuje i podgryza chlebowego palucha.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo liczę wszystkie moje kości.

O.

*Opowiadanie ”Skeleton” pochodzi z tomu „October Country” Raya Bradbury i jego prześwietną komiksową formę znajdziecie TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „The Old Nurse’s Story” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneOldNursesStory

 

“Hester! keep her from that child! It will lure her to her death! That evil child! Tell her it is a wicked, naughty child’ Then, Mrs Stark hurried me out of the room; where, indeed, I was glad enough to go; but Miss Furnivall kept shrieking out, 'Oh! have mercy! Wilt Thou never forgive! It is many a long year ago…”

Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, a zakazy istnieją właśnie po to, żeby je łamać. Być może coś w tym jest. Jakaś wrodzona ciekawość, pragnienie przeżycia niezwykłej przygody potrafią skusić człowieka tak bardzo, że traci zdrowy rozsądek i robi coś na przekór logice. Niektóre zakazy są jedynie umowne. Jakieś kulturowe tabu. Fizyczna przeszkoda. Coś, co niejeden śmiałek może pokonać, a potem chwalić się już nie głupotą, ale odwagą.  Jednak istnieją zakazy, których złamanie niesie za sobą prawdziwe zagrożenie, a śmierć jest jedynie wypadkową innych wydarzeń. Bo powiedzmy sobie szczerze – są takie miejsca, których lepiej nie odwiedzać. Korytarze, do których lepiej nie wchodzić. Ogrody, po których ścieżkach lepiej nie spacerować. W takim miejscach załamała się czasoprzestrzeń. Pojawiła wyrwa, która istnieje wbrew wszelkim prawom fizyki. W niej zamknięte są ostatnie chwile tych, których emocje nie zdołały zniknąć w chwili śmierci. Ostatni krzyk, groźba zemsty, szept, który sprowadza na manowce…  Opowieść o nieukojonym bólu, który nawiedza ziemie pewnej posiadłości opowiada Elizabeth Gaskell w jednym ze swoich najpopularniejszych gotyckich opowiadań zatytułowanym „The Old Nurse’s Story” (dosł. Opowieść Starej Niani).

Stara Niania snuje opowieść o latach młodości, gdy podjęła się opieki na osieroconą córką swoich państwa, teraz dorosłą kobietą i matką dzieci, które słuchają tej historii. Panna Rosamond była cudowną, przemiłą dziewczynką. Jedynaczką, więc po śmierci rodziców, aby zapewnić panience dobre wychowanie, wraz z nianią przenoszą się do posiadłości starej ciotki – panny Furnivall w Manor House. Mała Rosamond staje się oczkiem w głowie domowników, a jej wesołe szczebiotanie rozwesela pogrążony w mroku dom. To wielka i stara posiadłość,  w swoich zakamarkach kryjąca rodzinne sekrety i tragedie z przeszłości. Znajdziecie tam portrety odwrócone tyłem do ściany, zamknięte skrzydło korytarza, do którego nie można zaglądać, a nocą usłyszycie smutne tony organów, które pomimo, iż zepsute, rozbrzmiewają melodią wśród ciemności. Niania stara się nie spuszczać z oczu małej Rosamond, jednak pewnego dnia, po wizycie w kościele, dziewczynki nie ma tam, gdzie ją zostawiła. Po godzinach poszukiwań znajdują dziecko przemarznięte do szpiku kości, które po przebudzeniu opowiada o innej małej dziewczynce, której tropem podążyła w śnieg i kobiecie, do której ta ją zaprowadziła. A mieszkańcy domu milczą.

Czytając „Opowieść Starej Niani” Elizabeth Gaskell z pewnością odczujecie wrażenie, że to wszystko już znacie, temat jest tak popularny, a każdy jej element już gdzieś się pojawił na Waszej czytelniczej drodze. W klasyce grozy jest właśnie coś takiego, że wykorzystywana na setki możliwych sposobów, sama w sobie staje się… przestarzała i taka zwyczajna. Jednak groza serwowana przez autorkę, to prawdziwy gotycki łakomy kąsek dla każdego miłośnika dobrego straszenia. Pomimo, iż motywy są już ograne, to tajemnica Manor House wciąż potrafi zmrozić krew w żyłach. Elementy paranormalne idealnie łączą się ze światem rzeczywistym, a magiczna zimowa atmosfera staje się niemal lodowo-potworna, gdy w grę wchodzi życie małej dziewczynki. Horror, w którym duchy odgrywają główną rolę, a sekrety posiadłości ożywają z chwili na chwilę, z czasem przeradza się w uniwersalną opowieść o bezduszności i okrucieństwie, których nie naprawi już nic, nawet mijający czas.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę grę organów wśród hulającego wiatru.

O.

*Komu spodobał się przedsmak gotyckiej opowieści Elizabeth Gaskell, ten znajdzie ”The Old Nurse’s Story” do przeczytania i postraszenia się całkiem za darmo znajdziecie TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Dobrane Małżeństwo” Stephen King

Bombla_BEZSENNEDobraneMałżeństwo

 

„Zgadzali się. Kiedy się nie zgadzali, szli na kompromis. Ale najczęściej jednak się zgadzali. Podobnie myśleli.
‘Jak ci się układa w małżeństwie?’
To było udane małżeństwo. Dobre.”

Czy można poznać totalnie, na wylot drugiego człowieka? Czy możemy być w stu procentach pewni jego myśli, marzeń, pragnień? Czy nawet przebywając z kimś przez dwadzieścia, pięćdziesiąt lat jesteśmy w stanie powiedzieć kim tak naprawdę była ta żyjąca tuż obok istota? Wychodząc z założenia tak często wspominanego Sartre’a, że piekło to drugi człowiek, odpowiedź nasuwa się sama. Mogą minąć wieki, a umysł osoby tuż obok nas w większości pozostanie tajemnicą. Bo przecież niemal każdy z nas ma swoje sekrety. Czasami są to jedynie marzenia, jakieś poplątane myśli, plany, o których nikt nie ma pojęcia. Czasami te sekrety są tak straszne, tak mroczne, że na zawsze muszą pozostać w cieniu. A gdy ktoś by się o nich dowiedział, moglibyśmy mieć prawdziwe kłopoty. Wtedy lepiej nie odkrywać wszystkich kart. Lepiej się przyczaić. Może nigdy nie będziemy musieli zrywać maski? O nieświadomym życiu w cieniu wielkich zbrodni opowiada oparta o prawdziwe wydarzenia historia spisana przez Stephena Kinga zatytułowana „Dobrane Małżeństwo”.

Bob i Darcy. Dwadzieścia siedem lat razem. Dwadzieścia siedem lat udanego małżeństwa. Partnerstwa. Rodziny. Dwadzieścia siedem lat miłości. Smutków i radości. Dwadzieścia siedem lat wspólnych rytuałów. Codzienności. Tych lepszych i gorszych chwil we dwoje. Zwyczajnych i wyjątkowych. Dni pracy i świąt. Idealne małżeństwo. Dobrane. I godne pozazdroszczenia. Aż do tego złowieszczego dnia, gdy Darcy, zupełnie przypadkiem, w garażu odkrywa magazyn sado-maso „Związane dziwki”. Ale to nie sprośne pisemko mrozi krew w jej żyłach. Bo przekopując się dalej przez rzeczy męża, idąc za tropem, znajduje szkatułkę, a w niej dokumenty Marjorie Duvall. Problem polega na tym, że Marjorie Duvall jest jedną z kolejnych ofiar seryjnego mordercy zwanego Beką. Jedną z wielu ofiar brutalnych zabójstw, jakich dokonał w ostatnich latach. Darcy sprawdza daty i miejsca kolejnych zbrodni, które idealnie pokrywają się z wyjazdami jej męża. Sekretne życie. Mordercze alter ego, uśpione w ich „idealnym” domu. A Bob już niebawem ma wrócić z podróży. Tym razem szybciej niż zwykle, bo w głosie Darcy wyczuł, że coś jest nie tak. Odkryła jego drugą tożsamość i teraz będzie musiała za to zapłacić.

Stephen King w posłowiu do tej opowieści przypomniał, że wydarzyła się naprawdę. Prawdziwym mordercą był niejako Dennis Rader, który w niecałe szesnaście lat skatował dziesięć osób, same kobiety i dzieci. Jego żona, która żyła u jego boku przez ponad trzydzieści lat, nie miała pojęcia o drugiej, potwornej naturze swojego męża. Wielu oskarżało ją i nie mogło dać wiary, że nie wiedziała. Ale Stephen King uwierzył jej. I w ten sposób poprowadził swoją opowieść, byśmy i my byli skłonni uwierzyć. Czasami maski są zbyt dobre. Kamuflaż za doskonały. Wyuczone gesty, powielane czynności aż za dobrze odgrywane. Nawet udawanie miłości może stać się sztuką i celem czyjegoś życia. Historia „Dobranego Małżeństwa” przeraża i gra na naszych najniższych instynktach. Bo przecież chcemy ufać. Chcemy zawierzyć, że ta najbliższa nam osoba to dobry człowiek. Że nie ma nic do ukrycia. Stephen King wprowadza niepewność. Prowokuje do zadawania niewygodnych pytań. I na końcu także i my wychodzimy z założenia, że nie jest możliwe, by poznać drugiego człowieka tak naprawdę. Nawet tego, kogo kochamy najbardziej na świecie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek…

O.

*Opowiadanie pochodzi z jednego z moich ulubionych kingowych tomów „Czarna Bezgwiezdna Noc”, który polecam Wam bardzo bardzo – znajdziecie w nim cztery opowiadania, cztery nowele tak naprawdę, każda przerażająca. Każda niesamowita.

**A kiedy już przeczytacie „Dobrane Małżeństwo” to pamiętajcie, że w tym roku wchodzi do kin film na jego podstawie, zatytułowany „Dobre Małżeństwo” i już widzę, że wyszło im to PERFEKCYJNIE 😀 Do pooglądania zwiastun TUTAJ i poniżej:

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Love Letters from the Rain Forest” Edward Lee & Jack Ketchum

Bombla_BEZSENNELoveLetters

 

„He’d already discovered several dozen unindexed thallophytesbodied fungus. Zoned polyphores, clitopili, tricholomas, rough-stemmed paneoli. The grid-by-grid burning of the forests was making passage to areas virtually unexplored. The collection teams were all going nuts – new insects, new reptiles, new birds, new plants. Everywhere. And lots of new fungi.”

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale odkąd pamiętam fascynowały mnie tematy przyrodnicze. Od dzieciństwa wgapiałam się w ekran, chłonąc każde słowo sir Davida Attenborough, który w „Na ścieżkach życia” krył się w krzakach, czy za skałami i przybliżał świat natury, do którego nie miałam dostępu. Mikro i makrokosmosy, w których kryły się miriady nieodgadnionych tajemnic. Sekretów do tej pory niezbadanych jeszcze przez ludzkie oko. Czułam, że tak naprawdę wszystko może wciąż ukrywać się przed ludzkim okiem – nowe gatunki, niepoznane brakujące ogniwa, a może nawet dinozaury gdzieś tam, w tropikalnym lesie? Ta potrzeba zbadania najbardziej intrygujących tajemnic natury zwróciła się w stronę miłości do wszystkiego co pochodzi z oceanicznych głębin, do marzeń o Cthulhu i innych cudach podwodnego świata.

Z drugiej zaś strony, od zawsze widziałam siebie na wyprawie w głąb Amazonii, by niczym jakiś Indiana Jones historii naturalnej i biologii, odkrywać dziewicze tereny, przedzierać się przez dżunglę, znajdując odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Niefortunnym byłoby jednak odkryć coś, co wcale nie powinno było być nigdy odkryte. Powiedzmy, że na przykład byłby to wyjątkowo drapieżny, zaraźliwy i żarłoczny gatunek pewnego grzyba… Tak jak to przytrafiło się bohaterowi doskonałego opowiadania Edwarda Lee i Jacka Ketchuma zatytułowanego „Love Letters from the Rain Forest”.

Howard Moley jest specjalistą od grzybów. Wybitny w swojej dziedzinie, prawdziwy pasjonat, a w dodatku tak się złożyło, że udało mu się zdobyć stypendium i ruszyć wraz z pokaźną uniwersytecką drużyną badaczy w głąb amazońskiej dżungli. Na kampusie, w Stanach, zostawił swoją „dziewczynę”, niejaką Clarę Holmes, która według wszystkich i jej samej sądzi, że Howardowi jak tej przysłowiowej ślepej kurze trafiło się ziarno. Howard, nudziarz i obsesyjny nerd, naprawdę się w niej zakochał, a Clara, korzystając z wolności, chodzi do łóżka z kim popadnie, nie odpisując na kolejne listy Howarda. A Howard ma o czym opowiadać – otóż, pewnego dnia, podczas spaceru po dżungli odkrył truchło oposa, a na nim wyjątkowy, piękny i unikatowy nieznany gatunek czerwonego grzyba. Grzyb okazuje się być wyjątkowo agresywny, szybko się rozprzestrzenia, a kolejni członkowie ekipy Howarda umierają w męczarniach. Natomiast Clara ma dość Howarda i postanawia raz na zawsze zakończyć ten „związek”, wysyłając mu swój ostatni i jedyny list, na który wkrótce doczeka się odpowiedzi, już po jego śmierci.

Edward Lee i Jack Ketchum połączyli pisarskie siły, tworząc opowiadanie doskonale łączące seksualny mrok znany z historii Lee wraz z tajemnicą i zemstą znaną z książek Ketchuma. A wokół tego wszystkiego sekret amazońskiej dżungli – nie da się przejść obok tej historii obojętnie. Zarówno Lee, jak i Ketchum to mistrzowie grozy, w której tak naprawdę główną rolę odgrywa człowiek. Człowiek jako potwór, człowiek jako nieszczęście dla drugiego człowieka. I tutaj jest podobnie, chociaż dodatkowym elementem, podkreślającym Inność pozostaje wciąż nieznany gatunek grzyba odkryty przez Howarda. I zemsta, której ten grzyb się posłuży, w czym ja widzę akurat zemstę podwójną, bo skierowaną tak w kierunku Clary, jak i tych, którzy zdecydowali się spenetrować dolinę Amazonki, nieodwracalnie ją niszcząc. I kolejny raz, na kilku stronach otrzymujemy prosty, mroczny i smutny komunikat dla gatunku ludzkiego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo rozmyślam o tajemnicach, jakie wciąż skrywa natura.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Sleep Disorder” autorstwa Edwarda Lee i Jacka Ketchuma – duet doskonały 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Rękopis znaleziony w butli” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneRękopis

 

„Było to oczywistością, że mkniemy na oślep ku jakiemuś porywającemu odkryciu – ku jakiejś niewysłowionej tajemnicy, której świadomość jest brzemienna śmiercią.”

Wyobraźcie sobie świat, który wciąż jest jeszcze pełny nieodkrytych tajemnic. Świat, którego częściowe, wyrywkowe mapy mają puste, białe miejsca, a na ich granicach widnieją kreatury z legend. Pomyślcie o podróżnikach, o marynarzach, którzy zerkali na horyzont w oczekiwaniu i przerażeniu zarazem, czy tuż za kolejnymi wzburzonymi bałwanami, za kolejnym wirem nie pojawią się przysłowiowe smoki. Wyobraźcie sobie pierwsze dalekie wyprawy, gdy oceany kryły niezbadane sekrety, a każdy kolejny sztorm mógł być tym ostatnim. Pomyślcie o tych, którzy tracili na falach życie, popadali w obłęd, wracali pełni strachu i niewysłowionego lęku. Pomyślcie o okrętach, które nigdy nie powracały z rejsów. Pomyślcie o tych, których marzenie o jeszcze jednej spienionej fali poniosło zbyt daleko. Tak jak niegdyś morze skusiło legendarnego kapitana ze strasznej legendy o Latającym Holendrze. Podobno ten spowity czernią galeon wciąż można zobaczyć na afrykańskich wodach. I podobno wciąż jego widmo niesie za sobą śmierć. O mrocznym spotkaniu, które było tym ostatnim napisał zainspirowany marynarskimi opowieściami Edgar Allan Poe w swoim opowiadaniu „Rękopis znaleziony w butli”.

W bliźniaczy rejs Latającego Holendra, do jawajskiego portu Batawia w Indonezji, płynie narrator, którego rękopis po latach trafił w nasze ręce. Samotny, z dala od bliskich i rodzinnego kraju, szuka przeznaczenia na obcych kontynentach. Jednak ten rejs nie będzie dla niego szczęśliwym. Znienacka, po kilku dniach od rozpoczęcia podróży, w statek uderza gigantyczna fala, która zmiata z pokładu wszystkich… poza samym narratorem i pewnym starym Szwedem, którzy cudem ocaleli z katastrofy. Okręt, niesiony obłąkanymi wiatrami tajfunu, porywa ich i pędzi na spotkanie niedoścignionego horyzontu, gdy nagle wpada prosto na gigantyczny galeon i rozbija się w proch. Tylko jeden rozbitek przetrwał i cudem wdrapał się na jego pokład, by spotkać milczącą załogę, która za nic ma sobie jego obecność. Nikt go nie zauważa. Nikt się o nic nie pyta. Galeon na pełnych żaglach przecina potężne fale i pędzie ku narastającej czerni. Nadchodzi czas na spisanie opowieści.

„Rękopis znaleziony w butli” jest jedynym z tych opowiadań Poe, które najbardziej działają na wyobraźnię. Morska otchłań, która do dzisiaj pozostaje w jakiś sposób nieodgadniona, wtedy, w rozkwicie kolonizacyjno-odkrywczej ery, gdy ostatnie puste kropki znikały z map świata, była doskonałym tematem do snucia opowieści. Świat mitów powoli zanikał, jednak Poe w jedynie znany sobie mistrzowski sposób ożywił legendę i wtłoczył w rzeczywistość owładniętą manią „szkiełka i oka”. Latający Holender mógł być prawdziwy, a mógł być jedynie przedśmiertnym mirażem. Mógł wynurzyć się z tytanicznych otchłani biegunów i płynąć ku przeznaczeniu. Ale mógł być też jedynie widziadłem owładniętego przerażeniem umysłu. A czy rękopis był prawdziwy? Czy można przeczyć wyłowionej opowieści? A co jeśli naprawdę, na krańcach, gdy wszystko zmierza już ku ostatecznej czeluści, pozostaje jedynie czekać na nieuniknione? Na uderzenie pierwszej lodowatej fali?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę skrzypienie okrętowych lin.

O.

* Kto ma ochotę na morską wyprawę na nieznane wody i spotkanie Latającego Holendra ten znajdzie „Rękopis znaleziony w butli” w cudownym tłumaczeniu Bolesława Leśmiana na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Nocny pociąg z mięsem” Clive Barker

Bombla_BezsenneNocnyPociągZMiesem

 

„There were so many felicities he could pass on. The tricks of his extraordinary trade. The best way to stalk, to cut, to strip, to bleed. The best meat for the purpose. The simplest way to dispose of the remains. So much detail, so much accumulated expertise.”

Miasta mają swoje głęboko skrywane tajemnice. W swoich trzewiach potrafią pielęgnować sekrety, o których nigdy nikt o zdrowym umyśle nie pomyślałby naprawdę. Miejskie legendy, zagubione w czasie, w zaułkach i bocznych uliczkach, których nazwy znane są jedynie nielicznym. Pojawiające się znienacka dzielnice, zagubione ścieżki ludzi, których nie powinno wcale być. Korytarze prowadzące donikąd. Drzwi w murach, za którymi jest jedynie ciemność. Tunele w głąb ziemi, a w nich kolejne miasta przenikające te na powierzchni. Miejsca zbrodni. Rytualne kazamaty. Grobowce i pieczary. Labirynty, które pochłaniają przypadkowych przybyszy na zawsze i pożerają nie zostawiając po nich nic.

Miasto jak człowiek, który nie do końca świadomy jest tego, co skrywa wewnątrz, który nie pojmuje sekretów starszych niż jego mury. Miasto, które odwraca głowę i godzi się na poświęcenie. Nie chce widzieć, nie chce słyszeć, nie chce przemówić w czyjejkolwiek obronie. A w niesamowitym opowiadaniu Clive’a Barkera zatytułowanym „Nocny Pociąg z Mięsem” („The Midnight Meat Train”), miasto, w tym wypadku Nowy Jork jest jak olbrzymka, gargantuiczna dziwka, które co rano oczyszcza się z brudu, pozbywa ciał, krwi, wydzielin nocnych przeżyć miasta. A jej cykl ekstazy i śmierci powtarza się co noc.

Dla Leona Kaufmana Nowy Jork miał być spełnieniem marzeń. Odpowiedzią na lata wyczekiwania, na sny i pragnienie stania się częścią tego miasta, „które nigdy nie śpi”. Marzenie jednak napotkało rzeczywistość i chociaż Kaufman wciąż wielbił to miejsce, to jednak również bał się go. Niosło za sobą śmierć. Mrok i przemoc. Dowodem na to jest nowa fala morderstw, których dokonuje osobnik o przezwisku medialnym Rzeźnik. Ciała, znajdowane w metrze, wiszą na rzeźnickich hakach, ogolone, oporządzone, spływające krwią – po prostu profesjonalnie przygotowane do transportu. Młode, dojrzałe, gładkie… doskonałe mięsne okazy. Kaufmana fascynują te morderstwa. Są inne. Mają jakiś złowieszczy cel. Są perfekcyjnie dopracowane. Czuć w nich rękę mistrza. Kaufman nie ma nawet pojęcia, że pewnej nocy, gdy miasto na nowo będzie przywdziewać halucynogenne, nocne łaszki, w ostatniej linii metra, w drodze do domu, stanie oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Tunelem, prosto w nieznane, wybierze się na przejażdżkę swojego życia.

„Nocny pociąg z mięsem” to niepokojące, dziwne opowiadanie – bardzo mroczne i niezwykle pierwotne w swoim przekazie. Myśl o kanibalizmie, o pożeraniu ludzi zdaje się być niczym powrót do pradawnych dziejów spoza ery cywilizacji. Barker po mistrzowsku operuje symbolami. Człowiek jako ciało. Jako mięso. Tkanka. Mięśnie, ścięgna i krew. Bez twarzy. Bez nazwisk, czy imion. To człowiek uprzedmiotowiony, pozbawiony tego co najbardziej ludzkie. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna mięso? Jest w tej historii jakiś urwany element eugeniki. Poszukiwania perfekcji, ideału, niedościgłej doskonałości – te wysportowane ciała bez skazy. Element nazistowskiej zagłady totalnej – pociąg, ludzie jak zwierzęta, nieznany cel. Wypaczony. Odwrócony. Odizolowany. Makabryczny, bo zupełnie niezrozumiały.

Tak jak wzrasta prędkość pociągu z każdą mijaną po drodze stacją, tak rośnie fascynacja czytelnika. Co znajduje się na końcu podziemnego tunelu? Dokąd doprowadzi Nocny Pociąg z Mięsem? I przede wszystkim – co czai się w bezdennej czeluści nowojorskiej ziemi?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo intryguje mnie ciemność podziemnych tuneli.

O.

* Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i jego dłuższy fragment (na zasmakowanie) możecie przeczytać i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie fragment 🙂

**Na dokładkę polecam Wam ekranizację, która może nie była dziełem sztuki, ale dzięki temu, że to sam Clive Barker opracował projekt, to ma wszystko to, co powinna mieć i świetnie oddaje klimat opowiadania – „Nocny pociąg z mięsem”, a w rolach głównych Bradley Cooper i Vinnie Jones.