Dawno, dawno temu #1

Bombla_Podstawa_DawnoTemu#1

Po wczorajszym wpisie, w którym wyraziłam moje oburzenie jeśli chodzi o „Wspomnienia bitniczki” Diane di Primy, kilkoro z Was napisało, że spodobał Wam się mój totalnie zbulwersowany ton i chcielibyście więcej takich przenikliwych, gryzących tekstów 🙂 Nie wiem, czy mogę Wam to obiecać, bo ze względu na ilość naprawdę świetnych książek do przeczytania, które dzielnie wyczekują w kolejce, szkoda mi jest poświęcać mój czytelniczy czas i miejsce na Wielkim Buku dla czegoś, co z założenia nie spodoba mi się za bardzo. Ale nigdy nic nie wiadomo, bo czasami takie teksty pojawiają się zupełnie przypadkiem (nieszczęsna bitniczka właśnie) i wtedy na pewno będę się nimi dzielić. Ferrinu jednak nie mam zamiaru gryźć w najbliższej przyszłości (przykro mi Aniu :*), ale nie mówię, że kiedyś nie poświęcę się dla sprawy 😀

Niemniej, przypomniałam sobie, że przecież recenzja „Wspomnień bitniczki” nie jest pierwszym moim tego typu tekstem, co więcej, w blogowej przeszłości spod mojej klawiatury wyskoczyły już trzy o wiele ostrzejsze teksty, których podnazwa „PADLINA” powinna Wam mówić sama za siebie. Wtedy jeszcze Wielki Buk raczkował sobie pomalutku i rozkręcał się dopiero, więc pewnie wielu z Was nie miało ich szansy przeczytać.

Tak oto dzisiaj, dla Waszej dobrej zabawy, w ramach przypomnienia o czym to się drzewiej na Wielkim Buku pisało mam dla Was trzy książki, które zawiodły mnie z każdej możliwej strony. Specjalnie dla Was:

Padlina nr 1: „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James – byłam świeżo po lekturze (ok.60 stron) i nie mogłam w ogóle uwierzyć jakim cudem ta książka (trylogia w sumie) trafiła na listę bestsellerów;

Padlina nr 2: „Zmierzch” Stephenie Meyer – doznałam olśnienia i napisałam o odkryciu wehikułu czasu przez Stefę;

Padlina nr 3:  „Panika” Grahama Mastertona – czyli moja mastertonowa trauma na wieki;

Czytajcie i śmiejcie się ze mną 🙂

Bo warto czytać (chociaż niekoniecznie padlinkę właśnie).

O.

„Wspomnienia bitniczki” Diane di Prima

Bombla_WspomnieniaBitniczki

 

„Jak u Henry’ego Jamesa, pomyślałam. Wydaje im się, że żyją jak postaci z Fitzgeralda, ale są bohaterkami Henry’ego Jamesa…”

Kiedy mówimy o ruchu bitników, wspominamy bunty młodych intelektualistów lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, to przede wszystkim wymieniamy jednym tchem nazwiska słynnych pisarzy tamtego okresu jak chociażby Allena Ginsberga, Jacka Kerouaca, Gary’ego Snydera czy Williama Burroughsa. Raczej nigdy w tym zestawieniu nie pojawia się żadna kobieta. Czytamy o wpływach religii Dalekiego Wschodu, o filozofiach europejskich, które inspirowały ich twórczość, o przerysowanym heteroseksualizmie bądź, zupełnie na odwrót, o eksponowaniu męskości homoseksualnej, to jednak ich świat wydawał się kręcić według kulturowo ustalonych reguł amerykańskiego społeczeństwa tamtej epoki. Męska rzeczywistość była po brzegi wypełniona tułaniem się po kraju, nadmiernym piciem, narkotykowymi eksperymentami i wolną miłością, w której kobieta była naczyniem, narzędziem do otumanienia, porzucenia, bądź „przytulenia się” na pewien czas, by wykorzystać jej stabilność, umocnić kotwicę, omamić pozorną wizją szczęścia i uciec szybko, ku wielkim przygodom, gdzieś gdzie czuć powiew wolności.

Niemniej, w tym zmaskulinizowanym środowisku bywały wyjątki. Kobiety, które wciąż będąc wpisane w męskie tryby społeczeństwa, potrafiły odnaleźć swój własny głos i wybić się ponad kolegów z ówczesnej intelektualnej śmietanki. Jedną z nich, być może najważniejszą, była poetka i pisarka, Diane di Prima, która swoje pierwsze kroki wśród bitnikowskiej bohemy opisała w tylko częściowo prawdziwych „Wspomnieniach bitniczki” (org. „Memoirs of a beatnik”).  To jedna z tych pozycji, których kluczem do przekazania treści jest intensywna erotyka. Seks, w formach różnorakich, w zestawieniach tak homo-, jak i heteroseksualnych, zbiorowych i samotnych, prowadzi każdy rozdział i w zasadzie jest go tak dużo, że przyćmiewa konkret treści, przyćmiewa ducha epoki i w takim natężeniu powoduje, że zanika to, na czym prawdopodobnie di Primie zależało. Jest w tym wszystkim bardzo szczera. Otwarta. Opisy są dosłowne, seks czarno na białym, wraz z jego wszelkimi przyległościami. Autorka wykorzystuje cielesność w jej pełnej krasie, nieskrępowanie opisując seksualne przygody swojego alter-ego z przeszłości.

Bohaterkę „Wspomnień bitniczki” poznajemy w łóżku niejakiego Ivana, w jego mieszkaniu w popularnej West Village. Dziewczyna ma siedemnaście lat. Dopiero co rzuciła college, porzuciła studia i szansę na porządną edukację, na rzecz wolności na przekór rodzicom i społecznemu establishmentowi lat pięćdziesiątych. Nastolatka wędruje tak, od sypialni do sypialni, dając czytelnikowi całkiem niezłe ćwiczenie z voyeuryzmu. Podglądamy inne dziewczęta i chłopców, w przeróżnych konfiguracjach, z drastycznie różnych środowisk. Gdy pojawia się dorosły, to raczej po to, by ochronić, bądź zarobić lub niecnie wykorzystać, nie dając zbyt wiele w zamian. Kalejdoskop gładkoskórych chłopaków i miękkich dziewczyn, ich zróżnicowanych organów płciowych, zapachów wydzielin i doznań, jakimi dokarmiają narratorkę, a na dodatek orgazm za orgazmem, nieważne czy z przemocy, czy z uczucia. Pełen przekrój ówczesnego społeczeństwa, od mieszczuchów, po artystów i biznesmenów. Dziewczęca wolność, jakaś taka jeszcze dziecięca w treści i pojmowaniu. Najważniejsze, że nie ma tam rodziców i nie trzeba się z niczego tłumaczyć. Nie trzeba się myć, ani dbać o konsekwencje. Jest alkohol, narkotyki, seks bez zabezpieczeń (zaskakuje agresywna perora przeciw środkom antykoncepcyjnym).

A z perspektywy? Wygląda to trochę tak, jakby dziewczyny wciąż niedojrzałe emocjonalnie, zagubione, nierozumiejące niuansów życia, odpowiedzialności i więzów społecznych rzucały studia dla pornografii, prowadzonych przez mafię klubów i „ulicznej szkoły życia”. Bohaterka wcale nie jest seksualnie wyzwolona, bo tak naprawdę jest wykorzystywana na każdym możliwym kroku, jak przedmiot do zabawy. A w niej wciąż buzują hormony, przez niedożywione ciało przepływają substancje odurzające i siłą rzeczy instynkt samozachowawczy dość mocno szwankuje. Gwałt przestaje być gwałtem, gdy tylko pod naporem ciała odpuszczamy i wypinamy tyłek, a ciąża to kwestia osobistej magii, „czaru” i nigdy nie przychodzi niechciana. Nie ma tu nic z libertynizmu, bo libertynizm polega na wykorzystywaniu dla własnej przyjemności, a tu wykorzystywana jest sama dziewczyna. Z niezrozumiałych względów czuje radość istnienia bez jakiegokolwiek zamysłu, która rodzi w niej sztuczne nadęcie, poczucie wyższości. Pisze na przykład o „pełnych dobrych chęci dziewczynkach z New Jersey”, kiedy sama jest taką właśnie tułającą się bez celu, sypiającą po parkach dziewczynką, której wydaje się, że należy do bohemy, a wychodzi z niej prostytuująca się nastolatka. Mówi o „jasnych i ustalonych celach”, a tym celem jest jedynie przeżycie za wszelką cenę, bo wiedzę czerpie z powietrza. Tylko zapomina, że w powietrzu nie ma nic poza kilkoma pierwiastkami, które pozwalają oddychać i egzystować na najniższych potrzebach.

Lektura „Wspomnień bitniczki” zawodzi, ale nie jako opowieść sama w sobie, tylko jako wspomnienie kobiety uznawanej za swoistą ikonę wczesnofeministycznych ruchów lat pięćdziesiątych. Po jednej z czołowych poetek swojego pokolenia, która miała szansę przeżyć i opisać ducha tamtej zapomnianej już epoki wraz z początkami narodzin kontrkultury, spodziewać można się o wiele więcej niż pornografizującej, erotycznej powiastki, w której nawet seks jest w większości zmyślony. Można zrozumieć, czemu to wszystko służy. Czuje się ten anarchizm, czuje się sprzeciw, czuje się, że to pewnego rodzaju studium własnej tożsamości, gdzie nawet zmyślone relacje seksualne służą autoanalizie i podsumowaniom. Jednak przede wszystkim czuć w tej historii pewien brak. Pustkę w miejscu, gdzie można było uzupełnić ją o tyle intrygujących zagadnień!

Bazując na reputacji autorki oczekiwałoby się więcej kiełkującej myśli rewolucyjnej, okraszonej porządnym feministycznym peanem na cześć kobiecej wolności, a w zamian dostajemy zagubioną dziewczynę, omamioną buntem nastolatkę, której jedynym, a jakże równie pozornym wyborem, okazuje się „zezwolenie ciału” na zapłodnienie. Ostatecznie to nie w pisaniu, nie dokształcaniu się, czy w propagowaniu kobiecej literatury odnajduje się narratorka, ale znowu w najbardziej cielesnej formie wyznaczania granic swojej płci. Wychodzi na to, że to co w „Nouvelle Justine” Sade’a, czy „Candy” Terry’ego Southerna i Masona Hoffenberga służyło jedynie za narzędzie satyryczne, tym samym wybijając status kobiety ponad jego ówczesny stan, tutaj, potraktowane zupełnie na poważnie, odbiera jej feministyczny zamysł i na powrót wtłacza w społeczne schematy lat pięćdziesiątych.

W odróżnieniu od poezji Diane di Primy, ta książka nie pozostawia żadnych większych emocji. W czytelniku natomiast pozostaje pytanie nie tyle o sens tych zmyślonych wynurzeń, ile o same wartości jakie odbieramy po lekturze. Może di Prima zbyt wcześnie podjęła się podsumowania tamtego okresu? Może powinna była odczekać jeszcze kilka lat na publikację, gdy opadłyby emocje, a wynurzyły inspirujące wnioski?   Pod koniec okazuje się, że „Wspomnienia bitniczki” to desperacka próba odzyskania wspomnień, chociażby  nieprawdziwych, chyba tylko po to, by niczym bohater „Waldena” Henry Davida Thoreau, u kresu wszystkiego, „w godzinę śmierci nie odkryć, że nie umiał żyć”.

O.

Posłowie: Jak to już ze mną często bywa rozejrzałam się to tu, to tam, i zauważyłam, że odbiór książki di Primy w wielu przypadkach bywa jednoznaczny – pisarka traktowana jest jako ikona kobiecej strony bitnikowskiej bohemy, wyemancypowana feministka torująca drogę innym kobietom w tym męskim, zaciętym środowisku. Jednak ja chyba tutaj czegoś nie rozumiem, bo nigdy nie zidentyfikowałabym „Wspomnień bitniczki” z kanonem feminizmu. Co więcej, nie wspominałabym w ogóle o jakimkolwiek feminizmie w tym przypadku. Nie można rozumieć feministycznej idei, jako wyłącznie otwartości seksualnej. Biseksualność, zgoda na gwałt, walka z antykoncepcją i pozowanie do pornograficznych zdjęć nie oznaczają wcale wyzwolenia kobiecości!

Idąc za myślą Piotra Bratkowskiego, który na łamach Newsweeka recenzował nomen omen genialną książkę Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (pamiętacie Papsa?) śmiem twierdzić, że książka Diane di Primy nie przetrwała próby czasu  przez to, że skonstruowana została właśnie ze śmiertelną powagą, a jej lektura stała się taką desperacką przygodą o jakiej wspomina pan Bratkowski.

*Za książkę pięknie dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

 

„Dostatek” Michael Crummey

Bombla_Dostatek

 

„Kraj, który Newman opisywał w Connecticut, Bostonie czy Nowym Jorku, nawet jemu zdawał się nieprawdopodobnie odległy. Nowa Fundlandia wydawała się zbyt sroga i groźna, zbyt prowokacyjna, zbyt ekstrawagancka, dziwaczna i przerażająca, by mogła być prawdziwa. Nieraz zaczynał podejrzewać, że już nigdy nie zobaczy tego miejsca, że istnieje ono tylko i wyłącznie w opowieściach, które nosił w głowie.”

Wyobraźcie sobie smaganą dzikimi wiatrami surową, skalistą krainę. Ziemia tam nie przyjmuje wcale plonów. Wszystko rodzi się z wielkim bólem, w męczarniach i pocie czoła. Korzenie sięgają surowego kamienia tuż pod powierzchnią luźnej, czarnej gleby. Pory roku nie istnieją tam raczej, tylko namiastka czasu wielkich lodów, głodu, oczekiwania na słońce, na zmianę z miesiącami ciepła, które na powrót pozwalają ożyć temu, co zasnęło przez zimę. Zawsze dmą pełne wilgotnej bryzy wiatry, niosące w swych morskich szponach szaleństwo i wrodzoną podatność na dziwność. Tajemnicę. Magię. Wokół kapryśny, bezkresny ocean, który daje i odbiera. Karmi i głodzi, jak mu się podoba. Przynosi radość, by w chwilę później sprowadzić wielkie nieszczęście. To kraina rybaków z dziada pradziada. Ludzi morza, dla których woda to ich życie i śmierć. Kraina wielorybów, które czasami samotnie wypływają na brzeg. Miejsce, które czasami wydawać się może zapomniane przez Boga, chociaż bogów miewała tam aż trzech. Pełna sprzeczności i sekretów głębin, niezwykła i nieodgadniona. Nowa Fundlandia.

Sagę o mieszkańcach tej wspaniałej, niemal mitycznej morskiej krainy snuje Michael Crummey w swojej wielokrotnie nagradzanej powieści zatytułowanej „Dostatek” (org. „Galore”). Mówi się, że jest w niej coś z latynoamerykańskiej wizji Marqueza. Podobno trochę tam również przepastnej narracji Faulknera. Nie warto jednak konfrontować tej książki z żadną inną, bo „Dostatek” to piękna historia sama w sobie. Wyjątkowa. Nie znajdziecie drugiej takiej, choćbyście przekopywali się przez dziesiątki tekstów. Nie potrzebuje nic nieznaczących porównań. Nie warto doszukiwać się analogii. Lepiej pozwolić wciągnąć się na głębokie wody przypowieści Crummeya. Dać mu szansę rozwinąć na naszych oczach dzieje ludzi zimnego morza, które przeniosą nas do rzeczywistości tak odmiennej od tej, którą znamy, że z trudem złapiemy oddech, gdy wyłonimy się na powrót spod jej powierzchni. Jest tu magia i tajemnica, okraszona religijną przypowieścią. Kotłuje się jawa ze snem. Obrazy realne, te jak najbardziej rzeczywiste, z tymi co są jedynie wyobrażone, nieprzynależące do świata spoza wyspy. Gdzie jest w tym prawda, a gdzie wyobraźnia okryta lodowym podmuchem?

Koniec kwietnia. Koniec nowofundlandzkiej zimy. Skute lodem wody zatoki pękają i otwierają nowy, lepszy sezon dla wymęczonych chłodem mieszkańców wybrzeży wokół Paradise Deep. Wygłodniali szykują się na wielką ucztę, gdyż dobry los wyrzucił im na brzeg sporej wielkości wieloryba. Na oczach dziesiątek gapiów zwierzę dokonało, a pierwsze nacięcie brzucha wyłoniło jego niezwykłą zawartość – mężczyznę. Nagiego. Bielusieńskiego. Niemal martwego. Człowiek ten, niemy, ledwie żywy, nazwany zostaje, w związku z nieznajomością szczegółów biblijnych przypowieści, Judą na cześć Jonasza, którego połknął wieloryb. I tak jak biblijny Jonasz, tak Juda okazuje się być wyjątkowym człowiekiem i to on zaczyna i kończy tę historię. Wraz z Judą nadciągają lata tytułowego dostatku, gdzie ryby same wciskają się na przepełnione już łodzie, a mieszkańcy po raz pierwszy od lat czują nadmiar i sytość, zamiast wycieńczenia i głodu. Juda, przynajmniej na pewien czas, staje się talizmanem Paradise Deep. Cudownym dziwadłem, które pomimo swoich upośledzeń, wzbudza radość i dziękczynność tam, gdzie się pojawi.

Jednak jak to z przypowieściami bywa, po latach dostatku muszą nadejść znowu lata niepowodzeń. Bo jak wszyscy wiemy dobrze – historia lubi się powtarzać, zataczać kręgi, by w końcu i tak powrócić do źródła. Postać Judy, który zaczyna i kończy „Dostatek”, tak naprawdę służy autorowi do opowiedzenia rodzinnej sagi dwóch rodów z Paradise Deep – rodzin Devine’ów i Sellersów. Na ich czele stoi skuta wieloletnią nienawiścią para seniorów: Wdowa po Devinie i Królówka Sellers. Co prawda nie od zawsze była między nimi nienawiść, ale to jedna z tych ukrytych w „Dostatku” smakowitych opowiastek, które trzeba odkryć samemu. Członkowie obydwu rodów mieszają się między sobą, zakochują, podkochują, rzucają klątwy i czary, zawierają pakty i zrywają je widowiskowo. Skrywają sekrety, małe tajemnice, świństewka, miłostki – wszystko się tutaj przydarza. O wszystkim usłyszymy w swoim czasie. A niemym i bezsilnym świadkiem tych dramatycznych i mniej dramatycznych wydarzeń na przestrzeni dziesięcioleci pozostaje Jonasz-Juda, który jest nawet wtedy, gdy go już nie ma.

Poznając te rodzinne historie dostajemy Nową Fundlandię XIX i XX wieku niczym z legend. Jawi się jako kraina zabobonu, najdziwniejszych wierzeń i morskiej magii, a jednocześnie miejsce, w którym stykają się ze sobą trzy religijne odłamy. Religia, która daje nadzieję i łączy wyspę ze światem zewnętrznym, również niesie za sobą to co nadprzyrodzone – duchy, boskie interwencje, czy cuda – a co tak idealnie wpasowuje się w świat mieszkańców wybrzeża. Są tu katolicy, metodyści i nawet protestanci, ale mieszają się między sobą, wymieniają religią i przyjmują inne, na zmianę, dla sprawdzenia, jak zawyje wiatr, czy jakie korzyści z tego wypłyną. To kraina silnych kobiet, które potrafią rozkochiwać do nieprzytomności, by potem latami czaić się i wyczekiwać dobrego momentu do upolowania ukochanego. Kobiet, które trzymają w cugach swoje rodziny, stąpając twardo po nieprzystępnej ziemi. To miejsce pełne niezłomnych mężczyzn, których od ciężkiej pracy nie odciągnie nic, nawet największa słabość. Zmiany przychodzą tu z opóźnieniem, bo nikt ich raczej nie oczekuje. Rytm życia to rytm oceanu, a ocean jest życiem i śmiercią.

„Dostatek” Michaela Crummeya to jedna z tych powieści, o których naprawdę trudno jest opowiedzieć w kilku akapitach. Nie można streścić jej w dwóch, trzech zdaniach. Niełatwo ją ogarnąć i ubrać w spójny szereg tekstu. Historia ciągle wymyka się, przypływa bądź odpływa, niesiona własną narracją, zaciągając czytelnika na coraz głębsze wody, w kierunku prądów, którym pozostaje jedynie się poddać. Paradise Deep jawi się jako miejsce, które jest, a jednocześnie go wcale nie ma. Pojawia się i znika na horyzoncie, jego mieszkańcy niezmienni, nieśmiertelni wyczekują na brzegu, spoglądają w bezkresny ocean, który raz przyniesie szczęście, innym razem śmierć. Zawieszona w czasie, zapętlona w wydarzeniach, powiela się i powtarza, jednak zawsze w innych kombinacjach, odmiennych układach. Takie miejsca, jak wioski wybrzeża z „Dostatku”, można znaleźć jeszcze gdzieś, uśpione na świecie, w krainach spoza czasu, takich jak magiczna, tajemnicza Nowa Funlandia z opowieści Cummeya. Być może wciąż skrywa w sobie wielkie sekrety. Być może wciąż kusi swoim nieodpartym, surowym urokiem. Być może spieniony ocean znów kiedyś na jej brzeg wyrzuci Wielkiego Białego. Historia zatoczy koło. Obróci się na przekór wszystkiemu. Być może. Pewnego dnia. Now the once.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Dom Sędziego” Bram Stoker

Bombla_BEZSENNEDomSędziego

 

„As to what there was against the house itself she could not tell. She had often asked, bu no one could inform her; but there was a general feeling that there was something (…).”

O nawiedzonych domach można by pisać całe eseje. Zapełnić grubaśne tomiszcza w dziesiątkach tysięcy, dokładając do tego ryciny, zdjęcia i nagrane filmy. Analizować to wszystko krok po kroku, by na własnej skórze pewnego dnia przekonać się, czy to co nierealne naprawdę nierealnym jest, a może wręcz odwrotnie? Jedno jest pewne – nawiedzone domy niezmiennie działają na wyobraźnię, a opowieści o nich z biegiem lat jedynie zyskują i na kolejnych pokoleniach pozostawiają niezatarte wrażenie. Co więcej, takich opowieści nigdy nie jest zbyt wiele, bo lubimy się bać i musimy mieć o czym opowiadać przy ogniskach. A takie historie o miejscach obleczonych w klątwy i duchy wydają się idealnie wpasowywać w nasze gusta. Jedną z takich opowieści, które krążą od wieków, od miasta do miasta i wszędzie tam, gdzie stoją puste, samotne domy o smutnej, tajemniczej historii jest właśnie tytułowy „Dom Sędziego” z opowiadania Brama Stokera z tomu „Gość Draculi”.

Młody naukowiec Malcolm Malcolmson szuka cichego, spokojnego miejsca, w którym będzie mógł dokończyć swoje badania. Z tą myślą przyjeżdża do miejscowości Benchurch, by wynająć przytulny dom, doskonały do jego pracy. Zauważa opuszczony budynek, zwany przez miejscowych Domem Sędziego. Wydaje mu się, że to idealne miejsce dla kogoś takiego jak on i postanawia zamieszkać w nim, pomimo ostrzeżeń gosposi i napomknień o przypadkach nawiedzeń w tym miejscu. Nikt nie chce tam mieszkać. Mówią, że w domu straszy duch okrutnego sędziego, który uwielbiał torturować ludzi, ale nawet jeśli tak było, to Malcolmson nie wierzy w nonsensy o duchach i uważa takie wierzenia za stek bzdur. Wprowadza się, by już pierwszej nocy przekonać się, że coś jest mocno nie tak. Szczury harcują pośród ścian, piszczą i drapią, nie dając mu ani spać spokojnie, ani pracować. Ale przyzwyczaja się. Mniej więcej. Jest w stanie znieść najbardziej natarczywe hałasy, ignorować dziwne odgłosy wokół, przynajmniej do czasu, gdy po sznurze dzwona przychodzi coś, czego nigdy by się nie spodziewał zobaczyć.

„Dom Sędziego” jest modelowym opowiadaniem o nawiedzonym domu, nad którym zawisła jakaś nieszczęsna klątwa. Jest na tyle doskonałe, że nawet jeśli czytelnik dokładnie potrafi przewidzieć, co wydarzy się za chwilę, to wciąż czuje niepokój, a jego żołądek zwija się w kłębek na myśl o kolejnej nocy Malcolma. Podczas lektury rodzi się prawdziwa groza i wielkie współczucie dla bohatera, który w tej krótkiej opowieści zyskał więcej w naszych oczach, niż niejeden bohater opasłych powieści. Szkoda jego naiwności. Szkoda tej ślepej wiary w naukę i niepodważalne prawa natury, które ewidentnie zostają złamane w Domu Sędziego.  Szkoda tego młodego umysłu zniszczonego przez nienazwane. Los Malcolma zdaje się być przypieczętowany od pierwszych zdań, jednak my wciąż chcemy towarzyszyć mu w jego powolnej zagładzie. Patrzeć jak przenika go strach. Przez rozczapierzone palce podziwiać, jak nachodzi go ostateczne szaleństwo.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę chrobotanie zza ścian.

O.

*Kto jeszcze jest zaintrygowany opowieściami Brama Stokera, może zajrzeć TUTAJ i przeczytać o „Indiance”, a pełny tom „Gość Draculi” znajdziecie w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„We Were Liars” E. Lockhart

Bombla_WeWereLiars

 

„Welcome to the beautiful Sinclair family. No one is a criminal. No one is an addict. No one is a failure. The Sinclais are athletic, tall and handsome. We are old-money Democrats. Our smiles are wide, our chins square, and our tennis serves aggressive.”

Pamiętacie te czasy, gdy zdawało się, że cały świat leżał u Waszych stóp? Te szalone lata młodości. Kiedy wszystko wydawało się takie piękne. Wszystko wydawało się takie realne. Pewne i na wyciągnięcie ręki. Wakacje trwały miesiącami, a życie było dopiero przed nami. Dorosłość zawieszona w czasie. Jeszcze niedostępna. Taka odległa. Życie bez planów na przyszłość. Bez konkretnych celów. Dziesiątki marzeń i wiara, że pewnego dnia chociaż część z nich będzie mogła się spełnić. Życie bez zobowiązań, u boku rodziny, odliczanie dni do początku lata. Upalne miesiące… To wtedy traciło się poczucie czasu. Znikało na całe dnie, szukając przygód. Pierwsze miłostki, skradzione pocałunki, wino dzielone na kilka osób, gdzieś w ukryciu. Plaża, kwiaty we włosach, piasek między palcami. Świetna zabawa. Doskonałe, tak ulotne chwile, do których powrót wydaje się prawie już nierealny. Magiczny jakiś. Dni wycięte z kalendarza, jak z zupełniej innej rzeczywistości. Z cudzego życia. Co było prawdą? Co było snem? Co stało się największym koszmarem?

Historię pewnego lata, które zmieniło życie jej bohaterów na zawsze, opowiada doskonała, pełna tajemnic, sekretów i twistów powieść E. Lockhart „We Were Liars”. To opowieść o upadku raju, gdy zrywane są maski, a prawda wychodzi na jaw. Opowieść o dojrzewaniu, pierwszej miłości i wyborach, które niekoniecznie muszą przynosić dobre zakończenie. O uzdrawiającej mocy wspomnień, które nawet jeśli niezwykle bolesne, przynoszą ukojenie. O samotności. O przyjaźni. Ale przede wszystkim o rodzinie. Rodzinie niezwykłej, niezbyt normalnej. O chorych relacjach zbudowanych na fałszywych pobudkach. To opowieść brutalna. I gorzka. Zapach rozgrzanego piasku, słonej wody i wodorostów zbyt szybko przekształca się tutaj w smród rozkładu i spalenizny. Niemniej warto wsiąść na prywatną łódź. Warto przemierzyć ocean i wraz z bohaterami powieści odwiedzić Beechwood Island, na której wszystko się zaczęło.

Poznajcie rodzinę Sinclair. Jak mówią już pierwsze zdania z książki, nikt w tej rodzinie nie jest przestępcą, nikt nie jest narkomanem i nikt z nich nie jest porażką. Na sam początek dostajemy trzy kłamstwa, bo to właśnie o Kłamczuchach jest opowieść. Ale z zewnątrz Sinclairowie są właśnie tacy – bez skazy, perfekcyjni, po prostu piękni. Nawet ich nazwisko jest niezwykle znaczące, bo dosłownie tłumaczyć jest można jako „pozbawieni grzechów”. Każdy chciałby nimi być. Nie wierzycie? Rodzina Sinclair jest niezwykle bogata. Mają najpiękniejsze domy, kończą najlepsze szkoły, a wakacyjne miesiące spędzają na swoje prywatnej wyspie, która staje się niemym świadkiem wszystkich wydarzeń. Historię opowiada Cadence Sinclair, osiemnastoletnia dziewczyna z wielką traumą. Całe jej życie było spełnionym snem, aż do pewnego lata, po piętnastych urodzinach, gdy wszystko się zmieniło i obróciło w koszmar. Nie pamięta tamtych wydarzeń. Nie potrafi powiedzieć, co przeżyła i dlaczego jej cała rodzina trzyma przeszłość przed nią w tajemnicy. Cady, jak sama o sobie mówi, coś straciła, zapadła się w sobie. Przytrafił jej się wypadek, jakaś potworna trauma, ale wspomnienia spowija mgła, która ściąga ją w dół i tłamsi migrenami. Tego lata członkowie rodziny pozwalają jej wrócić na wyspę. Spróbować zacząć wszystko od nowa, a być może dojść do prawdy i rozwikłać zagadkę samej siebie i tego, co przytrafiło się jej w tamte spowite niepamięcią wakacje.

Lockhart wybrała pewną grę z czytelnikiem. Wprowadziła narratorkę, której nie można ufać. I to nie tylko dlatego, że Cady sama sobie nie ufa, a karty, które po kolei odkrywa są wielkim zaskoczeniem także dla niej samej. Przede wszystkim dlatego, że rodzina Sinclair, i w tym także Cadence, są urodzonymi kłamcami. Nie są to kłamstwa wyrachowane. Nie są to kłamstwa wypowiadane z premedytacją, by kogoś skrzywdzić. To kłamstwa, które tworzą wokół nich ochronny płaszcz, bo prawda wydaje się im być potworniejsza od zwyczajnych iluzji. A tych iluzji stworzyli już mnóstwo. Wakacyjna wyspa zamieniła się w zaczarowaną krainę, gdzie nic nie jest do końca szczere, gdzie wydarzenia bywają złudne, a słowa mają podwójne, czy nawet potrójne znaczenie. Fabuła zbudowana jest na niespójnej pamięci Cady, a ta natomiast oparta jest na trójce jej najbliższych przyjaciół – Johnnym, Mirren i Gattcie. Johnny i Mirren to dwójka jej kuzynów, a Gat to syn przyjaciela rodziny. Razem spędzają każde lato, razem szaleją na Beechwood Island i razem zapracowali sobie wspólnie na ksywkę Liars, czyli Kłamczuchy. I tak przezywa ich cała rodzina. Rodzina, która sama ma wiele do ukrycia, a jej codzienne relacje zależą od wzajemnie opowiadanych sobie kłamstw i półprawd.

To właśnie na relacjach pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny a Cadence budowany jest główny wątek. Cady musi od nowa odtworzyć samą siebie, odbudować zaginione wydarzenia, żeby odzyskać równowagę, dojrzeć i móc wreszcie pójść naprzód ze swoim życiem. Jednak przede wszystkim, służy to prawdziwemu oderwaniu się od Sinclairów. Ich idealne życie, wyuczone zachowanie, powtarzane w nieskończoność formułki, za którymi kryje się jedynie pustka, maskują śmierć, rozwody, wypadki – wszystkie mniejsze i większe tragedie, z którymi mierzą się wszystkie rodziny na świecie, a które w przypadku Sinclairów wydają się być na tyle wstydliwe, że konieczne do ukrycia. Odzyskanie własnej tożsamości poprzez odzyskanie pamięci nie będzie łatwe w takim otoczeniu. Cadence jest pilnowana, karmiona półsłówkami, otaczana szczelną opieką w taki sposób, że wyspa w końcu wydaje się być pięknym więzieniem, ale tylko więzieniem, gdzie zatrzymał się czas i gdzie utknęła sama dziewczyna. Odurzona tabletkami, zamroczona gigantycznymi bólami głowy, przemierza szlaki, odbudowuje relacje z kuzynami, przenika rodzinne sekrety, by w końcu, w kulminacyjnym momencie, odzyskać siebie.

Powieści E. Lockhart nie można się oprzeć. „We Were Liars” napisana jest w taki sposób, że dosłownie nie można się oderwać. Co więcej, na okrągło zmuszeni jesteśmy chociaż na chwilę spoglądać na wszystko z dystansu, żeby nie wpaść do tej czarodziejskiej krainy, którą odrysowuje przed nami Cadence. Tylko w ten sposób czytelnik może sam odgadnąć już wcześniej, co tak naprawdę się wydarzyło i dopingować dziewczynę w dotarciu do celu. Fabularne zawijasy, ślepe uliczki, mgliste przesmyki – z początku nic nie jest pewne, a jednak brniemy dalej, by rozwiązać zagadkę wydarzeń sprzed lat. Wraz z bohaterką przebijamy się przez wypracowaną perfekcyjną fasadę rodziny Sinclairów i przenikamy do jej wnętrza, by przekonać się, że nie wszystko złoto co się świeci, a niektóre tajemnice powinny ujrzeć światło dzienne – nieważne jak mroczne, jak bardzo bolesne. Bo tylko to pozwoli pogodzić się traumą i zamknąć na zawsze drzwi do przeszłości.

O.

„Święta Noc” Tahar Ben Jelloun

Bombla_ŚwiętaNoc

 

„Najważniejsze, by dwadzieścia lat życia na niby przestało mi ciążyć, bym przestała spoglądać w wstecz i mogła dać kopniaka całej hordzie wspomnień, które mnie goniły, prześcigając się w tym, co głęboko skrywane, nieznośne i uwłaczające. Wiedziałam, że jeszcze przez jakiś czas będę musiała się zmagać z tymi zwojami zasupłanych lin. By się ich pozbyć, musiałam być nieobecna, wyjść, nim zapukają do drzwi mojego snu.”

Dawno, dawno temu, gdzieś w czasie spoza czasu, w marokańskim miasteczku wśród piasków pustyni, pewien mężczyzna zapragnął mieć syna. Nie było to pragnienie na wyrost – los poskąpił temu bogobojnemu człowiekowi męskiego potomka, obdarzając go w zamian siedmioma córkami, odbierając nadzieję przy każdych kolejnych narodzinach. Zawiedziony, pełen zwątpienia i poczucia narastającego nieszczęścia, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Obmyślił plan i złożył samemu sobie obietnicę, że kolejne dziecko będzie wymarzonym synem, cokolwiek się nie wydarzy. Wyczekiwana chwila porodu nadeszła, a dziewczynka, która pojawiła się na świecie, tuż po narodzinach stała się chłopcem. Zrodzona z marzeń, zrodzona z ojcowskich słów. Ahmed ukrywający pod ubrankami Zahrę. Ale przecież my już poznaliśmy tę historię. Szeptał ją pustynny wiatr, przekazywał z ust do ust bajarzy, kontynuowali ją słuchacze i czytelnicy. Zahra zyskała wiele głosów, wiele twarzy, ale dopiero teraz w świętą noc, dostała możliwość, by snuć własną opowieść. Przekazać prawdę i oczyścić duszę z odwiecznej tęsknoty.

„Święta Noc” Tahara Ben Jellouna podejmuje opowieść o Ahmedzie, który na powrót stał się Zahrą, bezpośrednio po zakończeniu historii zapoczątkowanej w „Dziecku piasku”. Tym razem jednak, autor odrzucił  konwencję polifonicznej baśni i oddał głos samej Zahrze, która wyszła z ukrycia i postanowiła przemówić po raz pierwszy, po latach milczenia. Gdzieś po drodze jej historia utraciła swoją mityczność, uniwersalność, którą próbowali zapożyczać poprzedni bajarze i wreszcie stała się jej własną opowieścią. Dziwną, miejscami przerażającą, ale należącą tylko do niej. Piaski pustyni o magicznych właściwościach zastąpiły ciasne ulice miasta. Czasami tak ciasne, że aż ciężko się przez nie przecisnąć. Zaułki, gdzie czuć na sobie nieprzychylny wzrok, gdzieś z wysoka, wyrażający ostateczne sądy. Zagubione place, na których starowinki szepczą swoje zaklęcia i klątwy. Duszne łaźnie, w których wraz z parą unoszą się niespokojne uczucia, tchnienia miłości. Zamiast wspaniałej oczekiwanej wolności, jakaś klaustrofobia przestrzeni. Przed Zahrą i jej słuchaczami daleka droga , by u kresu wspomnień ujrzeć nadzieję.

Prawdziwa historia Zahry zaczyna się w tytułową Świętą Noc – dwudziesty siódmy dzień ramadanu. W tę noc umiera jej ojciec i to w tę noc, zgodnie z wierzeniami, ważą się losy wszelkich istot całego świata. Układa się ostateczne przeznaczenie. I to właśnie tej nocy Zahra uzyskuje pozorną wolność. Pozorną, gdyż z Ahmeda, który jako mężczyzna mógł być każdym, przekształciła się ostatecznie w kobietę, z góry ograniczonym zestawem praw. W chwilę później, pozbawiona bezpiecznej otoczki własnej męskości, zostaje porwana przez tajemniczego jeźdźca, by wkrótce samotnie musieć przemierzać pustynny szlak i trafić do miasta, w którym rozegra się pojedynek o jej przeznaczenie. To tam pozna czym jest poświęcenie, oddanie i miłość. Wykorzeniona na własne życzenie, Zahra będzie musiała poddać się własnej słabości, wkroczyć do krainy cienia i ludzkich namiętności, które do tej pory stanowiły dla niej zagadkę.  Jej prawdziwa opowieść od czasu do czasu przeplatać będzie się z wizjami martwych opuszczonych krain, surrealistycznymi wizjami pełnych sennych widziadeł, majaków i marzeń. Jak rozbita baśń, w mrocznych, ciemnych kolorach, gdzie realne miesza się z tym co wyobrażone, gdzieś na skraju istnienia i to właśnie wyobrażona wizja daje bohaterce ukojenie.

Odzyskany głos Zahry to niezwykle subtelna, niemalże dziewczęca w wydźwięku spowiedź. Próba odtworzenia straconych dni poprzez pieczołowite snucie kolejnych wątków i dodawanie do nich kolejnych, odzyskanych poprzez opowieści dni. Zahra odrzuca kłamstwa i pozory. Zamyka za sobą rozdział Ahmeda, który tak naprawdę od zawsze należał do jej ojca. To zapowiedź buntu przeciw patriarchalnej strukturze społeczeństwa, przeciw nielogicznym prawom wbrew naturze, a przede wszystkim przeciw uciskowi kobiet. Z początku ten odzyskany głos Zahry jest cichy, niemal szepczący, tak jak stłumiona jest jej kobiecość i skrywany w piersiach krzyk. Życie w terrorze i upodleniu sprawia, że to, co przynależne jej płci jawi się jej jako potworne i nienaturalne. Jej zadaniem jest uciec przed strachem, otworzyć serce i z niespotykaną w tej kulturze szczerością, jak Szeherezada, której kobiecość również była wciąż zagrożona, kontynuować swoją opowieść. Brnąć naprzód, przeciw światu, ale naprzeciw życiu.

„Święta Noc” to relacja z przemilczanych wspomnień. Zahra musi mówić, musi wypowiadać się, by słowami stworzyć siebie od nowa, zbudować utraconą tożsamość, tak jak kiedyś, zupełnie na początku, stworzył ją jej ojciec. Słowo samo w sobie staje się obsesją – daje jej zarówno szczęście, jak i strąca w przepaść. Niemniej, kobieta wciąż mówi. Nawet gdy jest tłamszona, torturowana, wykorzystywana. Opowieść także i tutaj jest swoistym katharsis dla bohaterki, ale oczyszcza ją z samej siebie, z dawnego ja i jego wspomnień, by wreszcie odzyskać cielesną i psychiczną pełnię. By Zahra ostatecznie stała się Zahrą.

O ile „Dziecko piasku” puszczało wodze fantazji, tworzyło zwiewne fatamorgany i majaczyło na granicy snu i jawy, to „Święta Noc” zakorzeniła się w smutnej codzienności muzułmańskiej kobiety, która próbuje wyrwać się z narzuconych zasad i na nowo poznać siebie poprzez zmysły.  Słowa nie dają tylko komfortu. Nie przynoszą jedynie wyczekiwanej ulgi. To gorzka spowiedź, która zrywa w końcu wszystkie maski. Niszczy ostatecznie niedopowiedzenia.  Wyciąga na światło dzienne wspomnienia rodem z koszmarów, pełne bólu i niewyobrażalnego cierpienia. Przed śmiercią wszystko staje się jasne. Wszystko staje się namacalne. I prawdziwe. Jak okaleczone ciało i dusza, którą uwalniają słowa.

O.

**Za tę wyjątkową książkę dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

BEZSENNE ŚRODY: „The Glamour of the Snow” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneGlamourOfTheSnow

 

„A delicious happiness was in his blood. Over the edge of the hills across the valley rose the moon. He saw her silver sheet the world of snow. Snow covered all. It smothered sound and distance. It smothered houses, streets, and human beings. It smothered–life.”

Człowiek od zawsze próbuje ujarzmić Naturę. Poskromić zwierzęce instynkty, nadać wszystkiemu sens i rozłożyć na czynniki pierwsze. Podzielić, podbić i stanąć na szczycie zwycięskiego stosu z ciał pokonanych. Ach, jak doskonale byłoby przeczesać wszystkie głębiny, przelecieć kosmos wzdłuż i wszerz, ukształtować drzewa pod nasze widzimisię, ujarzmić całą faunę i florę. Sklasyfikować wszystko po kolei, sfotografować i poukładać w ładne równe kolumny w niekończących się tabelkach lub bliźniaczo podobnych do siebie rzędach folderów i segregatorów. Nie byłoby żadnych pytań. Nie byłoby dociekań. Nie byłoby wyobraźni. Nie byłoby baśni. Nie byłoby wierzeń. Opowieści robotów, mechanicznie dążących do samozagłady.

Na szczęście ta smutna wizja jeszcze nam nie grozi. Bo Natura wciąż ma kilka asów w rękawie. Potrafi nas mamić i bawić się naszą naiwną wiarą w nieskończone możliwości. Jednym tchnieniem potrafi przywrócić pierwotny porządek rzeczy. Pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce. O takiej wszechwładnej mocy płynącej z majestatycznych gór, okrytych zimowymi połaciami śniegu opowiada Algernon Blackwood w pięknym, mroźnym opowiadaniu „The Glamour of The Snow”, tak na przekór słońcu i na przekór wakacyjnej porze.

W środku zimowego sezonu narciarskiego, w alpejskim miasteczku pełnym turystów, wolne chwile w jednym z hoteli spędza Hibbert – pisarz, marzyciel, samotnik, który swój czas dzieli pomiędzy zapiskami, podziwianiem górskich widoków i korzystaniem z miejscowych rozrywek. Hibbert ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich innych ludzi wokół, a przynajmniej tak jemu samemu się wydaje – łączy go głęboka więź z Naturą, bezkresną siłą, przed którą nie można uciec. Pewnej nocy Hibbert znudzony tańcami, odczuwa olbrzymią potrzebę pojeżdżenia na łyżwach. Wkrótce do przepełnionego dziecięcą radością mężczyzny dołącza na tafli tajemnicza dziewczyna o lodowatych dłoniach i nieuchwytnym spojrzeniu, która szepce mu obietnice, nęci i mami, kreśląc wspólnie figury na lodzie. Zafascynowany Hibbert próbuje dowiedzieć się kim jest, skąd przybywa, gdzie mieszka, ale zanim cokolwiek mogłoby się wyjaśnić, dziewczyna znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Na nic zdają się poszukiwania. Na nic rozpytywanie i rozglądanie się wśród hotelowych gości. Ale już niebawem dziewczyna znów pojawi się wieczorną porą i Hibbert wyruszy za nią w ciemną, śnieżną noc, by przekonać się jaką tajemnicę skrywa nieznajoma.

Nie przypadkiem Natura zarówno u mnie w tekście, jak i w samym opowiadaniu Blackwooda pisana jest z wielkiej litery. Ma wzbudzić respekt. Przerażenie. Dać do zrozumienia czytelnikowi, że tutaj nie będzie żartów. Natura to bezwzględna siła, której mocy nigdy nie będzie można okiełznać. Ba, zrozumieć nawet w pełni. Wysoko w górach, gdy zawodzą zmysły, a wokół leży jedynie śnieg, który szaleńczo wiruje wokół odbierając czujność, Natura ma swoje królestwo i w pełni może ukazać moc jaką operuje. To dzicz i niebezpieczeństwo w najczystszej postaci, które otępiają i strącają człowieka w otchłań szaleństwa. Algernon Blackwood w „The Glamour of The Snow” odtworzył niejako baśniową Królową Śniegu, która kusi zdradzieckimi uśmiechami, by w końcu porwać i odebrać wszystkie siły. Hibbert jak dawniej u Andersena chłopczyk Kaj, zostaje wciągnięty w lodowy żywioł, ubezwłasnowolniony przez wspomnienie, przez obietnicę szczęścia. Jest w tej opowieści ostrzeżenie. Jest coś, co przypomina nam, że przysłowiowe „szkiełko i oko” nie uratują nas, gdy przyjdzie stawić czoła bezwzględnym siłom Natury.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo lodowe palce zaciskają się na mojej dłoni.

O.

*Kto poszukuje zimy w środku lata lub tak jak ja tęskni już za lodowym podmuchem, bądź zauroczony pragnie zanurzyć się w śnieżną otchłań, ten odnajdzie „The Glamour of The Snow” w pełnej, oryginalnej wersji TUTAJ.

**Opowiadanie znalezione i polecone przez niezastąpioną Martę z LolantaCzyta – dziękuje Kochana :*

„Seed” Ania Ahlborn

Bombla_Seed

 

„He knew, firsthand, that the devil was real; he’d seen it with his own two eyes. But he’d never seen God. He’d never felt God. He’d never been helped by God. For all he knew, wickedness was strong enough to exist in a world without good.”

Istnieje takie prostoduszne powiedzenie, że podobno „dzieci nigdy nie kłamią”.  Zawsze mówią prawdę, bo nie są zdolne do oszukiwania z rozmysłem. Z natury są naiwne i bezbronne. Biedne i podatne na negatywne wpływy z zewnątrz, na ponury świat dorosłych, który odbiera im tą założoną z góry niewinność, krzywdząc je tym samym bezpowrotnie. Chciałoby się wierzyć, że tak jest naprawdę, chociaż zdrowy rozsądek i własne wspomnienia negują takie poczciwe myślenie o dziecku. Jednak powiedzmy, idąc tym tokiem myślenia, że jeśli dziecko kłamie, jeśli z premedytacją krzywdzi i cieszy je cierpienie innych, to w takim razie jest z takim dzieckiem coś mocno nie tak. Jakaś dewiacja. Jakaś perwersja. Odchylenie od normy. Dzieje się z nim coś zdecydowanie niedobrego, czemu należy zaradzić od razu, z miejsca, nie ignorując zmian i szybko znajdując rozwiązanie problemu. A co jeśli problem nie jest wcale taki oczywisty? Jeśli wynika z uwarunkowań genetycznych? Jakiejś skazy, rodzinnego piętna, klątwy, która przechodzi z pokolenia na pokolenie?

O terrorze i przekształceniu się dziecka w potwora opowiada Ania Ahlborn w powieści zatytułowanej „Seed”. Jest coś przerażającego w dziecku, które z dnia na dzień staje się kimś innym. Kimś, kogo jego najbliżsi już nie potrafią rozpoznać. Ból, cierpienie, bezdenny strach rodzi  się tak nagle, że rodziny rozpadają się w oka mgnieniu, nie potrafiąc zrozumieć co się dzieje. Wypierają prawdę, nie mogąc pogodzić się ze smutną rzeczywistością. Czasami taka zmiana przychodzi z czasem, czai się w dziecku i wraz z nim rośnie, by w końcu wyjrzeć na światło dzienne. A czasami przydarza się coś tak silnie wpływającego na umysł dziecka, że przekształcenie zachodzi od razu, a organizm potrzebuje zaledwie chwili, by się przystosować. Takim wydarzeniem może być na przykład wypadek. W środku nocy. W sercu bagiennej Luizjany, gdzie ciemność jest ciemniejsza niż gdziekolwiek indziej, a wody w bayou bulgoczą cicho.

Rodzina Winterów, powraca do domu po uroczym urodzinowym dniu najmłodszej córeczki. Zapadła noc. Oprócz Jacka, który prowadzi bezpiecznie samochód przez mroczne ścieżki wzdłuż bagien, wszystkie trzy kobiety jego życia – żona Aimee, córka Abby i najmłodsza Charlie – smacznie śpią wokół niego. Nagle na drogę wybiega coś, nie-zwierzę, ale też nie-człowiek, co spogląda prosto w oczy Jacka i znika w ciemnościach. Niestety pojawienie się tego czegoś na drodze wymusza w kierowcy automatyczny obrót kierownicy i samochód koziołkuje wzdłuż drogi. Krzyk, płacz, histeria, ale nikomu nic się nie stało. Przynajmniej tak się wszystkim wydaje, bo Charlie również widziała oczy na drodze. I pustkę, którą w sobie kryły. Od tego dnia życie Winterów zamienia się w koszmar. Coś zaczyna się dziać z dziewczynką, a jej zachowanie niebezpiecznie zaczyna przypominać Jackowi jego własne wspomnienia z dzieciństwa, gdy jeszcze mieszkając w Georgii z rodzicami, odnalazł dziwne cmentarzysko wśród drzew, a pewnego dnia poczuł na sobie wzrok tego co czaiło się wśród nagrobków. Teraz to jego najukochańsze dziecko dotyka to, czego on nie potrafił pokonać w przeszłości.

Ania Ahlborn stworzyła opowieść, którą można odbierać na dwa różne sposoby i każdy z nich będzie w pełni uzasadniony.  Z jednej strony, „Seed” można wziąć całkiem dosłownie – dziewczynka została opętana przez demona, tak jak kiedyś opętany został jej ojciec i prawdopodobnie ta makabryczna kronika opętań ciągnie się wstecz, wzdłuż całego drzewa genealogicznego jego rodziny. Z drugiej zaś strony, cień, który krąży nad rodziną Jacka nie ma wcale zbyt wiele wspólnego z nadprzyrodzonym, ale jest po prostu uwarunkowaniem genetycznym, chorobą, która atakuje nagle, poprzedzona traumatycznym wydarzeniem. Losy bohaterów zarysowane są na tyle subtelnie, wszelkie wzmianki i wskazówki są tak dwuznaczne, że właściwie to od czytelnika zależy, którą wersję wydarzeń wybierze. Luizjana jawi się jako kraina, gdzie to co nierealne, nie z tego świata, przenika do rzeczywistości, a zjawiska paranormalne są codziennością jej mieszkańców. Znaleźć można tu voodoo, dziwne pogańskie wierzenia ludzi z bagien, a nad wszystkim czuwa jeden Bóg chrześcijan, którzy krzyżem i modlitwami co niedzielę próbują uchronić się od złego, mając nadzieję, że diabeł nie wyjdzie z otaczających ich drzew.

Całe założenie tej historii wychodzi jednak z jednego podstawowego pytania: „Czy Bój istnieje?” Bóg w tym pytaniu oznacza spersonifikowane dobro, siłę, która swoją mocą potrafi zniszczyć wszelką niegodziwość. Bóg nie przynależy tu do konkretnej religii, czy wierzeń – chodzi o symbol, o podstawę istnienia. Bohaterowie „Seed” zostają skonfrontowani ze złem w czystej postaci, które, na przekór ich logice, wyłania się z tego co najczystsze i pełne radości – z sześcioletniej dziewczynki. To jest jak koszmarna iluzja, jakaś sztuczka dla kochających rodziców, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziecko może przekształcić się w sadystę, a nawet w mordercę jeśli zechce. Bo przyznanie się do tej przemiany automatycznie neguje istnienia ostatecznego dobra. Łatwiej jest poszukiwać nadprzyrodzonego, tajemniczej choroby, czy miejscowej traumy. O wiele łatwiej przyjąć założenie, że to chwilowa zmiana i zwykła tabletka, czy szczery uśmiech mogą ją odwrócić. Wypierają psychiczną chorobę, której objawem jest bezkresne okrucieństwo. „Demon” dręczący Charlie jest tym samym „demonem”, który dręczy Jacka. W ich oczach przybiera konkretny kształt i ma konkretny głos. Ojciec i córka są opętani, a przez to ciężko chorzy i nikt nie jest w stanie im pomóc, dopóki oni sami nie zaczną nazywać rzeczy po imieniu.

„Seed” czyta się z zapartym tchem, przy ostro rozjarzonych światłach, tak, by żaden niespokojny, drgający cień nie pojawił się w żadnym kącie. Przemiana Charlie działa na wyobraźnię, włącza czerwone światełko, gdzieś w zakamarkach umysłu. Zmusza do zastanowienia się nad kwestią zła – czy jest wrodzone, czy może nabyte? Tak samo nad kwestią dobra, bo jeśli nie ma konkretnych dowodów, to czy można być dobra pewnym? Ania Ahlborn, której „The Bird Eater” równie przekonująco przeraża realnością wydarzeń, potrafi w jedynie sobie znany sposób wykreować grozę z pozornie niegroźnych sytuacji. Wtłoczyć diabła tam, gdzie wydawałoby się, że nie powinien wcale się pojawić. A po lekturze pozostaje uczucie, że trzeba od czasu zerknąć przez ramię, czy coś nie czai się wśród gałęzi, nie przebiega za drzewami, nie wyczekuje, by dorwać nas w swoje szpony i wciągnąć do królestwa ciemności.

O.

„Londyn NW” Zadie Smith

Bombla_LondynNW

 

„Jest pewien związek między nudą i pragnieniem chaosu. Pomimo tylu różnych masek i póz może nigdy nie przestała chcieć właśnie tego – chaosu.”

Każde większe miasto ma swoje lepsze i gorsze dzielnice. Każde miasto ma swoje blokowiska. Osiedla z wielkiej płyty. Specyficzne enklawy, które reprezentują sobą pełny przekrój miejskich cech. Betonowe krainy, pełne sekretnych miejsc, tajemniczych przejść, kryjówek i niebezpiecznych zaułków, w które lepiej nigdy nie zabłądzić. To takie zamknięte światy, w których odnajdują się tylko ci, którzy do nich przynależą. Ci, którzy tam się wychowywali i spędzili lata wchłaniając ich specyficzną atmosferę. Dzielnice, od których nigdy tak naprawdę nie można się w pełni wyzwolić. Ich charakter przenika do krwiobiegu mieszkańców – slang, kultura, zasady, których należy się trzymać. W takie blokowiska nie zapędzasz się bez potrzeby. Nie kręcisz się i nie rozglądasz. I nie oceniasz nigdy, bo z perspektywy każda opinia wydawać się może raczej niepochlebna. Przestępczość, wzmożona działalność gangów, brak perspektyw… Na pierwszy rzut oka tylko, bo tam gdzie tysiące ludzi żyje razem z dnia na dzień, tam tyle samo miesza się pragnień i marzeń, gdy zgasną światła i nadejdzie noc.

Słodko-gorzki obraz rodowitych mieszkańców jednej z londyńskich dzielnic i ich potrzebę wyzwolenia się z trybów codzienności pokazuje Zadie Smith w swojej najnowszej powieści „Londyn NW”. Londyn NW, czyli North-West London, północno-zachodnia część Londynu – dzielnica blokowisk, w tym fikcyjnego Caldwell, w którym wychowali się bohaterowie snutej przez Smith opowieści. Część miasta wraz z jego tętniącym pulsem, tożsamościowo-rasowym tyglem, w którym kotłują się dziesiątki różnych narodowości świata, podszyta klasyczną brytyjskością, tworzy niezwykłe tło dla opisywanego życia, dramatów i wyborów, jakich zmuszeni są podejmować mieszkający tam ludzie. Jak dawniej u Dickensa, tak dzisiaj u Zadie Smith, miasto i jego konkretny, niemalże autonomiczny kawałek, wraz z typowymi dla siebie problemami, staje się nie tylko tłem dla krzyżujących się ze sobą losów bohaterów powieści, ale czynną częścią miejscowej tożsamości.

Opowieść otwiera Leah Hanwell – rudowłosa młoda kobieta, w której płynie irlandzko-brytyjska krew. Ma trzydzieści pięć lat, wraz ze swoim mężem Michelem, pół-Algierczykiem, pół-Gwadelupczykiem, zajmuje jedno z mieszkań kompleksu NW i jest jedyną białą kobietą w miejscowej fundacji dobroczynnej. Jej życie, po latach szaleństw młodości, eksperymentach seksualno-narkotykowo-politycznych, sunie już spokojnym torem. Zarówno jej mąż, jak i matka wraz z okolicznymi znajomymi wyczekują od Leah, by wkrótce zaszła w ciążę i tym samym tradycyjnie spełniła swoją powinność jako żony i kobiety w ogóle, a także, by mogła już pójść naprzód i swoją pozycją matki dopełnić przeznaczenia. Tylko że Leah wcale matką zostać nie chce. Udając, że „stara” się o dziecko, w sekrecie przed Michelem i wszystkimi wokół, łyka tabletki antykoncepcyjne, a gdy przypadkiem zachodzi w ciążę – po cichu dokonuje aborcji. Trzeci raz w życiu.

Po przeciwnej stronie stoi jej przyjaciółka, dawniej Keisha, dzisiaj Natalie Blake – poważana prawniczka, której udało się „wyrwać” z Caldwell, polepszyć swoją pozycję społeczną i niejako uciec od piętna jakie pozostawia po sobie dzieciństwo spędzone w Londyn NW. Natalie ma super-przystojnego męża z bardzo bogatej rodziny, dwoje uroczych dzieci i własny dom, o którym Leah z Michelem mogą tylko pomarzyć. Natalie nigdy nie miała żadnych poważnych problemów, nie wyróżniała się niczym i po kolei, bezpiecznie, bez wpadki, zaliczyła kolejne poziomy dorosłości. Tak przynajmniej o znienawidzonej przyjaciółce myśli Leah. Bo to jak jest naprawdę dowiadujemy się od samej Keishy/Natalie, o jej wzlotach i upadkach, o życiu w przeświadczeniu o swojej nicości. Natalie walczy ze swoją tożsamością, zmienia się i kamufluje w zależności od tego „jak wiatr zawieje”. Nie potrafi być sobą, bo woli być kimś zupełnie innym, a tak naprawdę nigdy nie próbowała siebie odnaleźć. Do czasu.

Historie Leah i Natalie łączy pozornie wcale niepowiązana historia Felixa Coopera, którego poznajemy dopiero w ostatnim dniu jego życia, a tak naprawdę jedynie kilka godzin przed tragiczną śmiercią. Wiedząc już, że to jego ostatnie chwile (informacja o jego śmierci pojawia się jeszcze zanim poznajemy bohatera) mamy wgląd w intymny świat, który łączy przeszłość i teraźniejszość. Towarzyszymy mu tuż po przebudzeniu, w mieszkaniu ukochanej, podczas wizyty u ojca-narkomana, gdzie wspomina dzieciństwo i młodość, czy w ostatnich momentach w mieszkaniu byłej kochanki, którą żegna, by zacząć nowe, lepsze i odpowiedzialne życie u boku obecnej dziewczyny. To, co go spotyka jest jak najbardziej codzienne, wpisane w otoczenie, w jakim przyszło Felixowi przebywać. To smutne przeznaczenie jest ciemną stroną miasta, mrocznym oddechem ulic, gdzie dobry odruch często bywa opacznie zrozumiany, a gdzie ludzie nieprzyzwyczajeni do uczciwości biorą każdy jej objaw za gest złej woli.

Trzy zupełnie różne postacie, każda z nich połączona całą siecią powiązań, która swoje źródło ma w zapomnianych zaułkach NW. Czas niby płynie, a tak naprawdę zatrzymał się lata wcześniej, bo w NW wszystko stoi. Hasło: stagnacja. Stagnacja pragnień. Stagnacja życia. Wszystko to samo. Od zawsze. Kolejne pokolenia kontynuują egzystencję swoich rodziców, przesiadując na ulicach, handlując narkotykami, zapijając się na śmierć i rodząc rzesze takich samych dzieciaków, które nigdy nie wyjdą poza blokowisko. A komu uda się wyrwać, komu uda się jakoś uciec, ten i tak będzie nosił piętno tamtych miejsc, wyryte w duszy, która nie potrafi się oderwać od korzeni. Bez względu na aspiracje Natalie zawsze w sercu będzie Keishą, Leah wyzwoloną awanturnicą, a Felix chłopakiem, do którego raz uśmiechnęło się szczęście. Zagubieni i odnalezieni bądź straceni już bezpowrotnie. Poszukiwacze chaosu, brutalnego oderwania, które wymusi zmianę i popchnie do innych wymiarów, wykreuje inne losy, zapisze osobne dzieje, w których Caldwell będzie tylko przeszłością. Niczym więcej.

„Londyn NW” spod pióra Zadie Smith jest boleśnie realny. Każda kolejna strona to coraz intensywniejsze poczucie zrozumienia dla każdej z tych postaci. Znając ich początek, o wiele łatwiej zrozumieć ich dalsze losy, pomimo, że są niedokończone, zawieszone w przestrzeni. Leah i Natalie przebijają się przez same siebie, by w końcu dokopać się do prawdy i przyznać się do niej otwarcie. Ściągnąć maski – pokazać swoją prawdziwą twarz. Felix również korzysta z tej szansy, ale wtrąca się przeznaczenie. Przebija się tu rozpacz straconych złudzeń, bezcelowych poszukiwań i zagubionych marzeń. Jest w tym prawdziwość, którą trudno ująć w słowa, a którą opowiedzieć można jedynie obrazami, etiudami z czyjegoś życia. I wtedy w opowieści Leah, Keishy, czy Felixa, nawet na krótką chwilę, odnajdziemy siebie.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Book of Blood” Clive Barker

Bombla_BezsenneBookOfBlood
 

„The dead have highways.
They run, unerring lines of ghost-trains, of dream-carriages, across the wasteland behind our lives, bearing endless traffic of departed souls.”

Dzieciaki miewają różne pomysły. Niestety wiele z tych pomysłów z czasem okazuje się być niekoniecznie mądrymi, a nawet bardziej głupawymi, gdy przemyśli się ich konsekwencje. Jednym z takich wybitnych pomysłów młodości, tak w moim przypadku, jak wielu moich koleżanek i kolegów (chociaż przyznam, że to była raczej domena dziewczyn) było wywoływanie duchów. Ach, oglądało się „Szkołę czarownic”, „Czarownice z Eastwick”, trochę wspomnień Scooby Doo i od razu miało się poczucie, że fajnie byłoby na przykład pogadać nocną porą z Jimem Morrisonem. Był nawet taki moment, gdy w rękach trzymałam tablicę Ouija w jakimś sklepiku na Korsyce, ale na szczęście odłożyłam i zreflektowałam się w porę.

Kiedy wracam myślami do tego momentu zdaję sobie sprawę jak niemądre było moje pragnienie kontaktu ze zmarłymi. Jak naiwne i dziecinne. Bo zmarli nie żartują. Nie mają nic do stracenia i być może krążą gdzieś na ścieżkach pomiędzy światami i czekają na kontakt. Na drzwi do poprzedniego życia, gdzie wszystko było lepsze niż na pozaziemskich szlakach, po których przyszło im podróżować obecnie. A co jeśli jeden z ich najczęściej uczęszczanych szlaków przecina konkretne miejsce w naszej rzeczywistości? O tym przekonali się już niejednokrotnie mieszkańcy kamienicy nr 65 w opowiadaniu Clive’a Barkera „The Book Of Blood”.

Kamienica nr 65 z zewnątrz nie wyróżnia się praktycznie niczym. Ot, jeden z kolejnych podobnych, nieciekawych domów w okolicy. Ale nr 65 jest wyjątkowy. To właśnie przez ten dom przechodzi jedna z największych dróg zmarłych, która sprawia, że dom jest po prostu nawiedzony, a każdy kto w nim przebywa dłuższy czas popada w szaleństwo. Nikt nie wie co takiego wydarzyło się w tym domu, ale z pewnością był to jakiś akt niewyobrażalnego okrucieństwa, który pozostawił po sobie rozpacz i złość. Kamienica 65 obrosła w legendy, a jej paranormalne właściwości postanowiła w końcu sprawdzić specjalna ekipa powołana z mocy Uniwersytetu Essex. Już od trzech tygodni prowadzą badania, a ich młody początkujący medium Simon McNeal nawiązuje niesamowite kontakty ze światem zmarłych. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. To, co wydarzy się niebawem już na zawsze naznaczy wszystkich, którzy zdecydowali wejść na ścieżkę zmarłych w kamienicy nr 65.

„The Book of Blood” to opowiadanie inicjujące. Zapowiedź tego, co odnajdziemy w całym tomie i tomach kolejnych. Odpowiedź na potrzebę poznania świata spoza naszej rzeczywistości. Zerknięcie na drugą stronę, tam, gdzie nie ma już życia, a króluje jedynie śmierć. Clive Barker, z którym zapoznałam się przy lekturze „The Thief of Always”, także i tutaj wtłacza to co niewyjaśnione, obce, z innego czasu i przestrzeni, w naszą codzienność i zwykłą, szarą rzeczywistość. Kamienica 65 to niby tylko zwykły budynek. Dom, który miał dla kogoś stać się bezpiecznym schronieniem, a w zamian okazał się najgorszym koszmarem. Swoisty portal do nicości. Odpowiedź na marzenia wszystkich nakręconych poszukiwaczy duchów i kontaktów z zaświatami. Jeśli nie wiecie co wydarzy się po śmierci – przeczytajcie Księgę Krwi i tam znajdziecie odpowiedź. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy wiedza ta  pozwoli Wam spać spokojnie?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się ujrzeć to, czego nie powinnam.

O.

*Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie pełny tekst 🙂