BLOGOWA ZABAWA: 10 książek mojego życia

Bombla_10KsiażekMojegoZycia

Moi Drodzy,

Od jakiegoś już czasu krąży sobie po sieci przeurocza zabawa, której głównym założeniem jest wyłonienie 10 (mniej lub więcej) książek najważniejszych/najwspanialszych/takich, które zrobiły na czytelniku największe wrażenie. Wybranie KSIĄŻEK ŻYCIA.

Zasady są bardzo proste: otóż, należy napisać post bądź notkę, w której wymienia się 10 najważniejszych dla Was książek. Nie można zastanawiać się zbyt długo. Ma być prosto z serca, tak, jak wpadną akurat do głowy. Nie muszą być to buki genialne/najlepsze/najbardziej „Nobel”, tylko Wasze. Takie, które dotknęły Was i nie pozwoliły o sobie zapomnieć. Oczywiście zabawa jest dobrowolna, nie ma określonego czasu i przymuszeń też nie ma. Można na końcu podać dalej 🙂

Mnie wybrała Karolina z bloga TanayahCzyta i Anita z BookReviews – dziękuję Kochane :* Wybór dziesięciu nie był prosty, więc musiałam trochę oszukać, ale mam nadzieję, że mi takie oszukaństwo wybaczycie. To książki, które uwielbiam, do których wracam, o których rozmyślam często i cytuję. Czasami wdrażam życiowe lekcje, jakie mi dały.

Przed Wami najwspanialsze, najukochańsze buki życia Olgi z Wielkiego Buka:

Andersen1. Baśnie

Baśnie, baśnie i jeszcze raz baśnie. W wersji potrójnej, bo mowa tu o trzech autorach (w sumie czterech), którzy towarzyszyli mi od najwcześniejszych lat. Baśniami dokarmiała mnie cała rodzina od samiuśkich początków, kiedy ledwo na oczy widziałam. A jak widziałam, to na przykład cudne ilustracje, wokół których zbudowane były najwspanialsze opowieści. To na baśniach uczyłam się czytać. To baśnie naśladowałam w zabawach. To baśni słuchałam na moich pierwszych audiobookach kasetowych. Najukochańsze to:

  • z baśni Braci Grimm: „Jednooczka, Dwuoczka, Trójoczka” i „Sinobrody”;
  • z baśni Hansa Christiana Andersena: „Królowa Śniegu” i „Czerwone trzewiczki”;
  • z baśni Oscara Wilde’a: „Szczęśliwy książę” i „Syn gwiazdy” – Wilde’a poznałam najpóźniej, jak miałam osiem lat. Jego opowieści nauczyły mnie, że świat jest pełen okrucieństwa, przemocy i nienawiści. I czasami nic nie można z tym zrobić.

Muminki2. Seria o Muminkach Tove Jansson

Muminki, tak jak baśnie, są ze mną od najwcześniejszych lat. Kochają rodzice i pokochałam je i ja. Wracam do nich co roku, do poszczególnych tomów i odkrywam kolejne smaczki już przeznaczone dla dorosłych. Muminki nauczyły mnie, że nie trzeba się wstydzić samotności. Nie każdy musi być towarzyski. Nie zawsze trzeba się szczerzyć i przytakiwać w sztucznej radości. Można być po prostu sobą i nie szukać poklasku udając kogoś innego. Kiedyś miałam coś z Małej Mi, potem z Migotki, a teraz przypominam często Mamę Muminka albo Ciotkę Paszczaka i dobrze mi z tym 😀

Bullerbyn3. „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren

Ach, ta Astrid! Tak naprawdę powinnam wypisać jeszcze Pippi, Lottę i Madikę, ale zostanę przy dzieciakach z Bullerbyn, bo była to pierwsza książka, którą pochłonęłam ZA JEDNYM ZAMACHEM. Jeden dzień. Jedna sobota. Do śniadania, obiadu i po kolacji było po wszystkim. Miałam siedem lat. Nie miałam rodzeństwa. Nie żyłam na wsi. Daleko było mi do pomysłowości Lisy i jej przyjaciół. No ale zakochałam się w nich. Do książki wracam co kilka lat, odświeżam sobie ich przygody i wciąż zaśmiewam się do rozpuku, mając przed oczami te same obrazki, co dwadzieścia jeden lat temu. To zdecydowanie moja najwspanialsza książka dzieciństwa.

StoLat4. „Sto lat samotności” Gabriel García Márquez

Mój pierwszy PRAWIE Wielki Buk. Powieść dzięki której powstał ten blog, bo to ona wpadła mi do głowy jako pierwsza, gdy pomyślałam o tym, że chciałabym się dzielić z Wami moimi przemyśleniami o książkach. Jak zwykle przyniesiona przez Mamę. Miałam anginę, trzynaście lat, tłum książek wokół łóżka i Mama z kolejną książką w ręku. „Masz, przeczytaj. Spodoba ci się.”, „A o czym jest?”, „O ludziach.” – typowa Mama. I miała rację. Ród Buendia zawładnął moją wyobraźnią, zachłysnęłam się realizmem magicznym i nie mogłam oderwać. No i w końcu muszę Wam pewnego dnia o niej opowiedzieć 🙂

AtlasZbuntowany5. „Atlas Zbuntowany” Ayn Rand

Jedni jej nienawidzą. Inni kochają. Powieść-gigant, olbrzym gargantuiczny, potwór z przesłaniem. Biblia filozofii obiektywizmu. Poznałam na studiach, podsunął mi mój G. Zatopiłam się w niej bez reszty. Nie zgadzam się z Rand w wielu aspektach, ale tak jak ona i jej bohaterowie wierzę w siłę człowieka. W moc jednostki. Tak jak oni wysoko cenię ciężką pracę. Tak jak oni wspieram indywidualizm i myśl własną. Być sobą przede wszystkim. Nigdy kimś innym. Nigdy nie podążać ślepo za tłumem. Nie czekać na cud, który nigdy nie przyjdzie. Nie patrzeć tępo, gdy dzieją się rzeczy nieodwracalne. Czytać. Pisać. Tworzyć. Kreować rzeczywistość, bo to jest możliwe. To jest w zasięgu możliwości.

Lśnienie6. „Lśnienie” Stephen King

To nie jest moja ulubiona powieść Mistrza Horrorów, ale moja PIERWSZA. Jak ja się najadłam strachu! Jak bardzo nie mogłam zgasić światła w nocy! Ile paznokci wyżarłam do krwi! No i strach przez łazienką przez jakiś czas – byłam pewna, że zobaczę coś w wannie czy lustrze. To dzięki „Lśnieniu” zatopiłam się w literaturze grozy. To dzięki Kingowi pokochałam się bać, czytając książki.

EatPrey7. „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert

Pewnie będziecie się śmiać, ale około ośmiu lat temu wcale mi do śmiechu nie było. Było za to ciężko. I smutno. Jednocześnie rysowały się przede mną nowe perspektywy, ale musiałam postawić jeden, ten najważniejszy krok i zrobić coś nieodwracalnego, czego bałam się jak niczego do tej pory. To właśnie Elizabeth Gilbert pomogła mi znaleźć siłę i podjąć ostateczną decyzję. Gdyby nie jej książka w tamtych trudnych chwilach, to możliwe, że wcale nie czytalibyście dzisiaj tego zestawienia. Możliwe, że w ogóle byśmy się nie poznali. A ja siedziałabym gdzieś tam, zgorzkniała, zastanawiając się „co by było gdyby”. Teraz już wiem co by było i wiem, że tamta decyzja była najlepszą w moim życiu. I to właśnie Elizabeth Gilbert dała mi tego kopa, którego tak bardzo potrzebowałam.

Juliette8. „Juliette, czyli powodzenie występku” Markiz de Sade

Markiza poznałam w dość młodych wieku. Stał sobie na jednej z najwyższych półek i kusił czerwoną okładką. Na okładce napis „Niedole cnoty. Zbrodnie miłości”. Kiedy w końcu przeczytałam byłam czerwona jak ta okładka. I zafascynowana. Nie miałam wtedy pojęcia, że Markiz stanie się moim przeznaczeniem. Siedział w mojej głowie i nie mogłam zapomnieć. Na studiach powiedziałam sobie „Będziesz pisać o Boskim Markizie. Koniec. Kropka. Co będzie, to będzie.” Mój promotor ucieszył się, znał temat, podsunął literaturę. Poznałam wtedy siostrę Justyny z „Niedoli cnoty” – niecną Juliettę. Kobietę Integalną. Mojego potwora. Wśród dzieł de Sade’a, to właśnie ona jest moją najukochańszą. Najpełniejszą. Najokrutniejszą.

emma9. „Emma” Jane Austen

Nie mogło zabraknąć mojej cudownej Emmy w tym zestawieniu. I samej Jane Austen, którą swojego czasu bezgranicznie wielbiłam (uwielbiam wciąż, żeby nie było). Przez dłuższy czas, to „Duma i uprzedzenie” górowały wśród ulubionych tytułów. Wzdychałam, jak tłumy przede mną i po mnie, za panem Darcym, oglądałam serial i chciałam cofnąć się w czasie. I wtedy pojawiła się Emma właśnie. Jej postać urzekła mnie jak żadna inna z bohaterek tej brytyjskiej pisarki. I George Knightley, który jej towarzyszył. Wtedy zrozumiałam, że w miłości nie można tylko szukać ulotnych, chwilowych wrażeń, porywów serca, ale stałości, zrozumienia i głębokiej przyjaźni. I to jest największe szczęście.

Lovecraft10. „Zew Cthulhu” H.P. Lovecraft

Po Stephenie Kingu przyszedł czas na ojca mitologii Cthulhu, Samotnika z Providence, czyli H.P. Lovecrafta. Jego majaki, „sny o terrorze i śmierci”, jak to ktoś kiedyś pięknie ujął, zawładnęły moją wyobraźnią i cichaczem wprowadziły w świat weird fiction, gdzie strach i obłęd sieją największe spustoszenie. Mój odwieczny lęk przed potęgą wszechświata, ogromem kosmosu, tylko wzmógł się, gdy z odmętów wód, pradawnego miasta R’lyeh i eonów czasu wyłonił się on – przedwieczny Cthulhu. Opowieści Lovecrafta to dla mnie dowód na geniusz literatury grozy i wyobraźnię człowieka. Nieuchwytny ideał, który pozostawia mnie w bezdennym zachwycie i niekończącym przerażeniu.

I w ten sposób dowiedzieliście się dzięki jakim książkom jestem dokładnie tym, kim jestem 🙂 Tak jak pisała Anka WstawTytuł na półkę z bukami życia będę pewnie dokładać jeszcze niejedną kolejną książkę. Lista rozszerzy się i przeciągnie, kto wie, może do trzydziestu, pięćdziesięciu, czy nawet stu? Kiedyś, za wiele lat? Nie pozostaje nic innego, jak czytać i poznawać nowe światy.

Bo warto czytać.

O.

* Do zabawy nominuję Was wszystkich 😀

„Jalo” Iljas Churi

Bombla_Jalo
 

„Jalo był tylko chłopakiem próbującym wyczytać z bieli papieru swoją historię, której nie potrafił opowiedzieć, swój język, którego nie potrafił zapisać, i swoją pamięć, której nie potrafił skłonić do mówienia.”

Mówi się, że wojna rządzi się swoimi prawami. Na wojnie nie ma dobra i nie ma zła. Granice zacierają się, szarzeją i wtapiają w przepełnioną okrucieństwem codzienność, z której nie ma ucieczki. Człowieczeństwo, zwykłe ludzkie emocje, zastępują pierwotne instynkty. Motywacje przekształcają się tak, by dopasować do kolejnych dokonywanych zbrodni. Kompas moralny chwieje się, a czasami jego wskaźniki po prostu zanikają. Lepiej nie myśleć. Nie zastanawiać się. W obliczu wielkiego strachu, gdy życie jest zagrożone, nie ma mowy o dylematach. Trzeba działać. Trzeba walczyć. Trzeba niszczyć i zabijać.

Konflikty zbrojne to same ofiary, nawet jeśli życie trwa nadal. Gdy jedna walka się kończy, zaczyna następna. Powracający żołnierze, bojownicy, nieistotne z której półkuli świata, nieważne jakiego wyznania, muszą toczyć małe bitwy o zwyczajność. O egzystowanie z dnia na dzień. O powrót ludzkich uczuć. O miłość. O dobro. O proste wyrazy pozytywnych emocji. O ile łatwiej jest, gdy w domu czekają bliscy, przyjaciele, rodzina, pełni wsparcia i dobrych słów. O ile ciężej, gdy po powrocie z frontu kolejny front czeka w miejscu, które zawsze było jedynie namiastką domu. Puste.  Bez znaczenia. Bojownik nigdy nie przestaje być bojownikiem, a walka trwa.

O nieudanym powrocie, niezrozumieniu i wielkiej samotności, która prowadzi do zbrodni opowiada niezwykła i mocna powieść Iljasa Churi zatytułowana „Jalo”. Podstawą dla opowieści jest wojna. Wojna w Libanie, konflikt etniczno-religijny, który trwał około piętnastu lat, a przyniósł ze sobą zniszczenie, śmierć i podział. Kraj różnych wyznań, wielu plemion, których korzenie sięgały setek lat przed naszą erą, teraz rozbity, kruchy, już nie do naprawienia. A w tym wszystkim ludzie, którzy utracili wszystko. Przesiedlani, wybijani, okupowani – przemoc, głód i gwałt. Jak wrócić do normalności, gdy wydaje się, że ta normalność zniknęła już na zawsze? A jednak kraj pragnie podnieść się na nogi. Walczy dzielnie ze swoimi słabościami. Wraca zwykła rzeczywistość. Żołnierze przestają być żołnierzami i na nowo mają wtłoczyć się w cywilne życie, bez broni i żądzy mordu. Do Libanu powraca też Jalo, który próbuje stanąć na nogi, ale zagubienie i złamana wola dość szybko pobudzają wojenne instynkty. Wkrótce trafia do aresztu i to właśnie tam zaczyna się jego historia.

Pierwsze zdanie powieści idealnie wprowadza nas w wewnętrzny stan umysłu bohatera: „Jalo nie rozumiał, co się dzieje”. Przed oczami biel, w uszach wyzwiska śledczego, w ciele ból zadawanych tortur. Oskarżony o wielokrotny gwałt i terroryzm. Tylko Jalo nie rozumie z tych oskarżeń nic. Przecież on wcale nikogo nigdy nie zgwałcił. Nigdy nie współpracował z terrorystami. Jalo natomiast kochał. Kochał tak mocno, że aż do przesady. Przynajmniej on to nazywał miłością. Kochał się z kobietami w lesie. Wcale nie pod lufą karabinu. Wcale nie strasząc i nie bijąc. W swojej głowie święcie wierzył, że niczego na nikim nie wymuszał. Tak, dostawał przedmioty. Tak, uprawiał seks z kobietami. Tak, chodził i umawiał się na spotkania z jedną ze swoich ofiar – Szirin. Przecież on ją kochał. Chciał z nią być. Nawet wbrew jej woli. Jalo nie rozumiał, że wrócił z wojny i tak jak dawniej, tak i teraz rabował i gwałcił. Jego zadaniem jest sobie przypomnieć, zapisać wszystko i przyznać się do popełnionych czynów. Dostaje od śledczego plik kartek papieru i miesiąc na zapisanie historii swojego życia. Tak zaczyna się halucynogenna podróż w głąb pamięci Jalo, gdzie wszystko jest inaczej niż mogłoby się wydawać i nic nie jest do końca pewne.

Czytelnik wraz z bohaterem wkracza w jego labirynt wspomnień. Jest tam miejsce na rodzinę – matkę i dziadka, który poświęcił swoje życie, by zostać kapłanem. Gdzieś przelatują myśli o romansie matki, o jej kochanku, o złości dziadka, o roli jaką odegrał w kształceniu umysłu Jalo. Są tam obsesje matki, od których nie mógł się uwolnić. Jest tam zaułek z pierwszymi seksualnymi doznaniami i nieoczekiwanym bólem, jakie przyniosły. Ten ból naznaczy Jalo i znajdzie swoją odpowiedź w popełnianych zbrodniach. Są tam małe rodzinne rytuały, w których oparcia będzie szukał u boku Szirin, a która ze strachu nie będzie umiała im się podporządkować. I jest tam wojna. Lecące z każdej strony kule, przypadkowe ofiary, śmierć towarzyszy broni. I są tortury.

Tortury są tym co odczłowieczyło Jalo na wojnie i co odczłowiecza go w więzieniu, w którym przebywa. Śledczy poddają go różnorakim, makabrycznym próbom, w których jedyne co wydaje się pewne jest ból. Ból, który mąci pamięć, mąci myśli i odczucia. Jalo z tego wszystkiego nie jest nawet do końca pewny kim jest i czy dopuścił się zarzucanych mu czynów. Zadaje pytania, zgłębia odpowiedzi, których nie rozumie. Zadanie, które mu powierzono zdaje się być ponad jego siły. Każde kolejne wspomnienie wcale nie pomaga mu pozbyć się traumy, tylko jeszcze bardziej ją intensyfikuje. Uczucia, które się pojawiają wydają się być nieszczere, wymuszone i jakieś takie zboczone w tym wszystkim. Im wymyślniejsze tortury, tym wymyślniejsza próba przyznania się do winy, bez skruchy, bo tego pozbawiła chłopaka wojna. Przecież działał w zgodzie z instynktami. Robił to, co robił przez lata. W lesie w końcu odnalazł się na nowo, bo doświadczenia z pola walki, to jedyne, których mógł być pewien.

„Jalo” to niezwykle bolesna, intensywnie angażująca wszelkie zmysły czytelnika lektura, która na dokładkę wywołuje szereg bardzo skrajnych emocji. Z jednej strony chciałoby się współczuć bohaterowi, tak po ludzku, bo co się stało, to już się nie odstanie, a on jest tylko człowiekiem i ma prawo do błędów. A jednocześnie wzbudza obrzydzenie i pogardę, bo nie można oceniać go, nie biorąc pod uwagę czynów, jakich dokonał. Gdyby tego było mało, to jeszcze oddziałuje poczucie, że Jalo tak naprawdę wcale nie jest sobą, odkąd wrócił z wojny. Utracił tam siebie i teraz przed nami staje już nie Daniel Hobel Abjad, zwany Jalo, ale jakaś nie do końca świadoma swojego istnienia istota w ciele chłopaka. I tak jak Jalo, który dwoi się, troi, rozpoczwarza, gubiąc się w labiryncie historii swojego życia, tak i my, czytelnicy, dzielimy się, multiplikujemy, by lepiej wkroczyć w wykreowany świat, zrozumieć i wraz z bohaterem w końcu oczyścić się poprzez opowieść. Jest w tym moc słów. Siła płynąca z kartek papieru. Krew w kolorze atramentu, której nie wywabi już nic. Tak jak nic nie będzie w stanie wyrzucić z pamięci doskonałej, pięknej w swej boleści powieści Iljasa Churi.

O.

*Za tę niezwykłą lekturę, pełną niezapomnianych wrażeń dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

 

 

BEZSENNE ŚRODY: „Nocny pociąg z mięsem” Clive Barker

Bombla_BezsenneNocnyPociągZMiesem

 

„There were so many felicities he could pass on. The tricks of his extraordinary trade. The best way to stalk, to cut, to strip, to bleed. The best meat for the purpose. The simplest way to dispose of the remains. So much detail, so much accumulated expertise.”

Miasta mają swoje głęboko skrywane tajemnice. W swoich trzewiach potrafią pielęgnować sekrety, o których nigdy nikt o zdrowym umyśle nie pomyślałby naprawdę. Miejskie legendy, zagubione w czasie, w zaułkach i bocznych uliczkach, których nazwy znane są jedynie nielicznym. Pojawiające się znienacka dzielnice, zagubione ścieżki ludzi, których nie powinno wcale być. Korytarze prowadzące donikąd. Drzwi w murach, za którymi jest jedynie ciemność. Tunele w głąb ziemi, a w nich kolejne miasta przenikające te na powierzchni. Miejsca zbrodni. Rytualne kazamaty. Grobowce i pieczary. Labirynty, które pochłaniają przypadkowych przybyszy na zawsze i pożerają nie zostawiając po nich nic.

Miasto jak człowiek, który nie do końca świadomy jest tego, co skrywa wewnątrz, który nie pojmuje sekretów starszych niż jego mury. Miasto, które odwraca głowę i godzi się na poświęcenie. Nie chce widzieć, nie chce słyszeć, nie chce przemówić w czyjejkolwiek obronie. A w niesamowitym opowiadaniu Clive’a Barkera zatytułowanym „Nocny Pociąg z Mięsem” („The Midnight Meat Train”), miasto, w tym wypadku Nowy Jork jest jak olbrzymka, gargantuiczna dziwka, które co rano oczyszcza się z brudu, pozbywa ciał, krwi, wydzielin nocnych przeżyć miasta. A jej cykl ekstazy i śmierci powtarza się co noc.

Dla Leona Kaufmana Nowy Jork miał być spełnieniem marzeń. Odpowiedzią na lata wyczekiwania, na sny i pragnienie stania się częścią tego miasta, „które nigdy nie śpi”. Marzenie jednak napotkało rzeczywistość i chociaż Kaufman wciąż wielbił to miejsce, to jednak również bał się go. Niosło za sobą śmierć. Mrok i przemoc. Dowodem na to jest nowa fala morderstw, których dokonuje osobnik o przezwisku medialnym Rzeźnik. Ciała, znajdowane w metrze, wiszą na rzeźnickich hakach, ogolone, oporządzone, spływające krwią – po prostu profesjonalnie przygotowane do transportu. Młode, dojrzałe, gładkie… doskonałe mięsne okazy. Kaufmana fascynują te morderstwa. Są inne. Mają jakiś złowieszczy cel. Są perfekcyjnie dopracowane. Czuć w nich rękę mistrza. Kaufman nie ma nawet pojęcia, że pewnej nocy, gdy miasto na nowo będzie przywdziewać halucynogenne, nocne łaszki, w ostatniej linii metra, w drodze do domu, stanie oko w oko ze swoim przeznaczeniem. Tunelem, prosto w nieznane, wybierze się na przejażdżkę swojego życia.

„Nocny pociąg z mięsem” to niepokojące, dziwne opowiadanie – bardzo mroczne i niezwykle pierwotne w swoim przekazie. Myśl o kanibalizmie, o pożeraniu ludzi zdaje się być niczym powrót do pradawnych dziejów spoza ery cywilizacji. Barker po mistrzowsku operuje symbolami. Człowiek jako ciało. Jako mięso. Tkanka. Mięśnie, ścięgna i krew. Bez twarzy. Bez nazwisk, czy imion. To człowiek uprzedmiotowiony, pozbawiony tego co najbardziej ludzkie. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna mięso? Jest w tej historii jakiś urwany element eugeniki. Poszukiwania perfekcji, ideału, niedościgłej doskonałości – te wysportowane ciała bez skazy. Element nazistowskiej zagłady totalnej – pociąg, ludzie jak zwierzęta, nieznany cel. Wypaczony. Odwrócony. Odizolowany. Makabryczny, bo zupełnie niezrozumiały.

Tak jak wzrasta prędkość pociągu z każdą mijaną po drodze stacją, tak rośnie fascynacja czytelnika. Co znajduje się na końcu podziemnego tunelu? Dokąd doprowadzi Nocny Pociąg z Mięsem? I przede wszystkim – co czai się w bezdennej czeluści nowojorskiej ziemi?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo intryguje mnie ciemność podziemnych tuneli.

O.

* Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i jego dłuższy fragment (na zasmakowanie) możecie przeczytać i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie fragment 🙂

**Na dokładkę polecam Wam ekranizację, która może nie była dziełem sztuki, ale dzięki temu, że to sam Clive Barker opracował projekt, to ma wszystko to, co powinna mieć i świetnie oddaje klimat opowiadania – „Nocny pociąg z mięsem”, a w rolach głównych Bradley Cooper i Vinnie Jones.

PRZEGLĄD KOŃCA ŚWIATA: „Feed”, „Deadline”, „Blackout” Mira Grant

Bombla_PKŚ

 

„Taka jest prawda: jesteśmy społeczeństwem przyzwyczajonym do strachu. (…) I nie jest to zaledwie nawyk, a uzależnienie. Ludzie pragną lęku. Lęk uświęca wszystkie środki. To on sprawia, że godzimy się na odbieranie nam wolności krok po kroku, aż w końcu każdy nasz ruch jest śledzony i notowany w dziesiątkach baz danych, do których przeciętny obywatel nigdy nie będzie miał dostępu. Strach tworzy, definiuje i kształtuje nasz świat, a bez niego większość nas nie miałaby pojęcia, co ze sobą zrobić.”

Georgia Mason Feed

„Każdego dnia budzę się z myślą, że wszyscy umrzemy. Może to dziwne, ale przynosi mi to ulgę. Każdego dnia budzę się z myślą, że dzisiaj wszystko się skończy i wreszcie odpoczniemy. Byłoby miło.”

Shaun Mason Blackout

Zombie. Nieumarli. Żywe trupy. Różne nazwy. Mnóstwo możliwości. Zombie to bardzo wdzięczny temat dla twórców wszelkich dziedzin. Łatwo nimi operować. Łatwo je umiejscowić w każdej możliwej rzeczywistości. Wystarczy wybrać rodzaj zombie, ich szybkość, sprawność i nośność wirusa, jakim zarażają. Wiadomo – w końcu i tak będą próbowały ugryźć wszystko, co napotkają żywego na drodze. Potem dodać kilku bohaterów wyposażonych w setki możliwych narzędzi do wybijania umarlaków, zamknąć w wyobrażonej piaskownicy pod postacią sklepu, parkingu, miasteczka, czy parku. Dodać krwawe szczegóły i voilà! – gotowe.  Niby takie proste, prawda?

Niby tak, ale wcale nie, bo z zombie jest tak, że niby pasują wszędzie, ale nie każdy potrafi je wykorzystać. Bo wcale nie idzie o to, żeby tak sobie po prostu wmontować zombie do jakiejkolwiek rzeczywistości i napuścić na żywych. To byłoby pójście na łatwiznę tak jak w zombistycznych dziełach kategorii C. Musi być wiarygodnie. Twórca, który pragnie wyzwolić zombie musi zbudować wokół nich cały świat, kierujący się sensownymi prawami, działający na konkretnych zasadach, które mają adekwatne wytłumaczenie. Udało się to nielicznym z Georgem Romero na czele, Robertem Kirkmanem tuż za nim i Maxem Brooksem w następnej kolejności.

Taki misternie wyobrażony, precyzyjnie dopracowany świat zombie-apokalipsy wykreowała także Mira Grant w swojej trylogii Przegląd Końca Świata, na którą składają się tomy zatytułowane „Feed”, „Deadline” i finałowy „Blackout”. Trzy tomy. Trzy bestsellery. Zombie wróciły w wielkim stylu i trafiły pod przysłowiowe strzechy. Zakochali się w nich totalni laicy, osoby, do których nigdy tego typu historia nie przemówiłaby, gdyby nie odpowiednie warunki promocyjne, a znawcy tematu dodali kolejny element do zestawu „zombie must have”. Jedno trzeba Mirze Grant przyznać – jej wizja jest przejmująca i wyjątkowo wręcz realistyczna. Zamiast na ślepo podążać za poprzednikami podjęła się wyzwania, inspirując się wyłączenie najlepszymi zbudowała wszystko od zera i ten kawał dobrej roboty widać w ilości szczegółów, czy chociażby w płynności wydarzeń fabularnych. Trzy grubaśne tomy po brzegi wypełnione akcją, emocjami i dramatami ludzkimi.

Tym razem nie będę nawet próbowała streszczać Wam fabuły, bo tym samym zniszczyłabym zabawę wszystkim tym, co jeszcze nie mieli szansy zapoznać się z trylogią Przeglądu Końca Świata. W zamian pokrótce zarysuję Wam sytuację w jakiej  Mira Grant postawiła ludzkość w swoich powieściach.  Latem roku 2014, tego mijającego lata właściwie, wybucha epidemia wirusa zombizmu. Powstał zupełnie przypadkiem, z dobrej woli geniuszy medycyny, ale coś poszło nie tak i dwa laboratoryjnie spreparowane wirusy, które miały leczyć ostatecznie zamieniły się w potwora-mutanta. Ten zyskał nawet ujmującą, łatwo przyswajalną nazwę Kellis-Amberlee. Zmarli wstali z grobów, osoby zarażone aktywną formą wirusa rzuciły się na swoich bliskich, świat ogarnęła panika i w zastraszającym tempie rzeczywistość jaką znamy zamieniła się w świat po Powstaniu. Dwadzieścia lat później życie trwa nadal. Niektóre miejsca na mapie zniknęły bezpowrotnie lub stały się niedostępne. Ludzkość obudowała się szczelnie, zabezpieczyła i schowała w perfekcyjnie chronionych domach, za grubymi murami przedzielonymi kolejnymi pomieszczeniami do badania krwi. Na każdym możliwym kroku.

Człowiek, jak każde zwierzę, dostosował się szybko do nowej sytuacji. Zmieniły się nawyki. Przekształciły tak bardzo liberalne dawniej prawa. Ochrona przede wszystkim. Zaraz obok obrona, gdy na ochronę jest już za późno. Nie ma zmiłuj. Nie ma uczuć. Zawsze trzeba być gotowym na to, by swoim bliskim strzelić w rdzeń kręgowy, spakować manatki i uciekać, po drodze robiąc ekspresowe testy na obecność wirusa. Skończyły się czasy zabaw na dworze, spotkań w pubach, kinach, teatrach. Skończyły się rodzinne pikniki, leśne przeprawy i wycieczki w góry. Skończyły się międzynarodowe loty na szeroką skalę, wypady na miasto i domki na wsi, na środku pustego pola w otoczeniu stad udomowionych zwierząt. Nic nie ma. Bo każde zwierzę powyżej dwudziestu kilogramów może nosić aktywnego wirusa i zarazić w każdej możliwej chwili. A w tym wszystkim najbardziej zmieniły się media, w których dwadzieścia lat po wybuchu epidemii prym wiodą blogi tworzone przez wszelkich ludzi z pasją i siłą – redaktorów, którzy są w stanie poświęcić nawet swoje życie za prawdę. Ludzi jak para narratorów, twórców strony Przegląd Końca Świata – szalonego rodzeństwa George i Shauna Masonów.

Głównym celem tej historii jest wykrycie i udowodnienie spisku. Spisku na skalę międzynarodową, a który wspiera cywilizację i kulturę strachu. Komuś zależy na tym, by ludzie pielęgnowali swój lęk. Aby zamykali się za coraz grubszymi ścianami, wypełnieni po uszy kablami, strzykawkami i testami. By szerzyła się plaga agorafobii. Społeczeństwo ma bać się wszystkiego – od najmniejszych zwierząt, po wychodzenie z domu i zwyczajną przyjemność czerpaną ze spotykania się z innymi. Sterylizacje, utylizacje, test za testem, próbki i znaczniki. Życie zamknięte w powtarzanych w kółko czynnościach, aż do bólu, do przesady. Tylko dostęp do informacji wciąż jest w miarę aktywny, bo nie do końca kontrolowany. To jest właśnie nisza blogerów, którzy narażają swoje życie, by pokazać innym świat w strefach zakażonych, zamkniętych, pełnych agresywnych chodzących ciał. Gdy pojawia się marzenie o śmierci, to nie jest to już jedynie czcze gadanie. Dobrze byłoby po prostu umrzeć. Zniknąć, a nie zrywać się w konwulsjach, ze zdeformowanym ciałem, by zagryzać bliskich i nie być nawet świadomym przekształcenia. Dobrze byłoby w końcu raz być w stu procentach pewnym czyjejś śmierci.

Powiem Wam szczerze, że mam mieszane uczucia wobec trylogii Miry Grant, ale nie biorą się one wcale z tego, że Przegląd Końca Świata mi się nie podobał, czy opowieść nie spełniła moich oczekiwań. Co to, to nie. Fabuła poprowadzona jest tak, że wciąga od pierwszych stron i pędzi na złamanie karku aż do ostatniej strony trzeciego tomu i podziękowań autorki. Na dokładkę świat wykreowany przez Grant jest tak dopracowany, dopieszczony i wychuchany, że czepianie się jej byłoby zbrodnią. A jednak coś, w moim prywatnym odczuciu, było nie do końca dobre z tą historią. Mam wrażenie, że wynika to z samych bohaterów, którym nie potrafiłam kibicować. Nie zależało mi na nich, a relacja między Shaunem a George wydawała mi się naciągana i chorobliwa z wielu względów. Pierwszoplanowa narracja wymusiła na nich podawanie TAKIEJ ilości powtarzających się informacji, że w kółko opowiadanie o testach, wybielaczach, okularach przeciwsłonecznych, prawie Masona, o przeszłości, Powstaniu, przywracanie historii i rozdziały zakończone często egzaltowanymi fragmentami ich blogów, wymęczyło mnie pod koniec tak, że miałam dosyć. Miejscami przypominało mi to rozbudowany do granic możliwości scenariusz z setkami adnotacji dla aktorów, którzy dopiero samymi sobą mieliby wypełnić te postacie. Uchwycono każdy możliwy moment, od wstawania rano, przez szczegółową toaletę po jazdę samochodem i tak dalej, i tak na okrągło.

Po latach fascynacji zombie, oglądaniu filmów, przechodzeniu gier, pożeraniu komiksów i książek, przyznam Wam się, że mogę czuć się wymęczona tematem. Zbyt wiele nieumarłych w popkulturze może w moich oczach wyglądać już jak te wychudzone, umierające z głodu wściekło-zombie z filmu „28 dni później” Danny’ego Boyle’a, których nie trzeba się już tak naprawdę bać. I może to właśnie jest w tym wszystkim najtragiczniejsze – ten moment, w którym przestajesz się bać chodzących ludzkich szczątków.

O.

*Za zombie-przygodę dziękuję Ance, która pięknie pisała o Przeglądzie na swoim blogu WstawTytuł :*

#AnkaTheGoddess

No i Zoombie Carl 😀

Zoombie

„Lodowisko” Roberto Bolaño

Bombla_Lodowisko
 

„Czasami rano, kiedy jem śniadanie, wyobrażam sobie, że mógłbym zostać niezłym detektywem. Jestem świetnym obserwatorem, mam zdolności do dedukcji, poza tym jestem zaprzysięgłym fanem kryminałów. Jeśli to w czymś pomaga… Tak naprawdę nie pomaga w niczym… Zdaje mi się, że Hans Henny Jahnn napisał kiedyś o tym: kto raz znalazł ciało ofiary zabójstwa, niech się przygotuje na kolejne trupy…”

Zbrodnia fascynuje czytelników od lat. Może nie zbrodnia per se, ale wszystko to, co oscyluje wokół niej – morderstwa, zabójstwa, czy innego makabrycznego czynu dokonanego przez człowieka na drugim człowieku. Motywy, śledztwo i postać samego detektywa bądź detektywów, którzy prowadzą z mordercą grę w kotka i myszkę aż do wielkiego, zazwyczaj krwawego finału, gdy wszystko się wyjaśnia, a sprawca zostaje złapany. Albo ucieka, by była szansa na kontynuację i traumatyczną przeszłość bohaterów. Wiele wątków powiela się, fabuły mieszają między sobą przez lata, fale przemocy narastają, a czytelnicy wciąż z zapartym tchem śledzą wszelkie możliwe wypadki, na każdym możliwym tle. Dzisiaj nawet bardziej niż chociażby dekadę temu. Niemniej, powieść kryminalna towarzyszy literaturze od zawsze. Jej napisania podejmują się mistrzowie gatunku, bądź, zupełnie eksperymentalnie, zatapiają w niej swe pióra twórcy znani z zupełnie innych historii.  Zbrodnia przyciąga i wciąga. Jednak bardzo rzadko znajduje się ktoś, kto potraktuje temat inaczej. Ugryzie opowieść z całkiem innej strony, a przysłowiowego i dosłownego trupa zostawi na boku, bo ten posłuży mu do opowiedzenia całkiem ciekawszej historii.

Kryminał, w którym zbrodnia to jedynie pretekst do zbudowania narracji stworzył chilijski autor Roberto Bolaño, w powieści zatytułowanej „Lodowisko”. Znajdziemy tu wszystkie typowe elementy gatunku, jednak poobracane i wykorzystane w taki sposób, by stworzyć coś zupełnie innego. Na bok idą śledztwo, motyw, kara. Na pierwszy plan natomiast wysuwają się ludzie – trzech wyjątkowych narratorów i otaczające ich postacie poboczne, z których każda może być domniemanym mordercą. Jedno jest pewne – dokonano zbrodni. Na tajemniczym lodowisku znaleziono ciało. Fabuła cofa się w czasie, by powiązać wszystko idealnie, wykreować misterne zależności, które powstały w międzyczasie. Wszystko się łączy i zazębia. Celem niby wciąż pozostaje rozwikłanie zagadki morderstwa, jednak jest to cel dla samego czytelnika, na którym skupiamy myśli, by lepiej ogarnąć znaczenie całości. Jest zagadka, na dokładkę padają pytania i dostajemy rozwiązanie. Daniem głównym są zależności i uczucia, które oplatają szczelnie fabułę. A deserem prześwietny język, jakim posługuje się Bolaño, dzięki któremu nawet najzwyklejsze konwersacje nabierają wyjątkowego znaczenia.

W nadmorskim miasteczku Z, gdzieś na wybrzeżu Costa Brava, właśnie rozpoczyna się letni sezon. Mieszkańcy zbierają swoje siły i przygotowują do dwóch najcięższych miesięcy w roku. Okolica wydaje się drżeć w oczekiwaniu, upał narasta z każdym kolejnym dniem, a turyści i sezonowi pracownicy przybywają z okolic Hiszpanii i całego świata. Pierwszym narratorem jest Remo Morán – dawniej pisarz, a dzisiaj właściciel campingu, baru i sieci sklepików z biżuterią. Jako nocnego stróża zatrudnia swojego dawnego znajomego – zagubionego meksykańskiego poetę Gaspara Heredię, którego historia zaczyna się po przyjeździe do Z. Trzecim narratorem jest Enric Rosquelles, do bólu ambitny radny miasteczka, prawa ręka pani burmistrz. Każdy z nich po swojemu wprowadza nas w swoje życie, powoli odkrywając kolejne karty i tłumacząc dokonane po drodze wybory.

Trzy różne głosy. Trzy zupełnie różne charaktery. Tak naprawdę nie łączy ich nic, albo nic nie powinno ich łączyć. Ot, ręka przeznaczenia. Jedno lato. Jeden sezon. I jedna dziewczyna – Nuria Martí – sławna młoda łyżwiarka, której odebrane zostaje stypendium olimpijskie, a marzenia o podróżach i międzynarodowej karierze lgną w gruzach. To ona niejako rozpoczyna ciąg kolejnych wydarzeń i ona stwarza powód do snucia opowieści. Względem Nurii obsesyjnym uczuciem pała Enric, dla którego miłość to seria jednostronnych poświęceń i szalonych działań, łącznie z nielegalnym wybudowaniem tytułowego lodowiska w starym, opuszczonym pałacu zwanym Pałacem Benvinguta, z miejskich funduszy, byle ukochana miała miejsce na treningi. W Pałacu, który jest zaniedbanym opuszczonym miejscem swoją kryjówkę odnalazły dwie znękane kobiety – Caridad i Carmen, powiązane ze sobą smutnym losem odrzuconych od świata. Obce tutaj. Obce wszędzie indziej. Za dnia błąkają się po miasteczku, w tym pomieszkują również na kampingu, na którym pracuje Gaspar. A Remo torturowany jest biurokratycznymi maniami Enrica i  w dodatku, zupełnie przypadkiem, zostaje kochankiem Nurii.

Pałacowy labirynt korytarzy i lodowisko w samym jego sercu przyciągają wszystkie te postacie i niczym wirująca po środku Nuria w skomplikowanych układach, tak oni wirują wokół niej. Dzieją się rzeczy niedopowiedziane, nieprzemyślane, zaskakujące, a wszystko w imię miłości i namiętności, które rodzą się pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Lodowisko w letnim kurorcie nadmorskim jest tak nietypowe, tak zaskakujące, jak jakiś sen szaleńca. Widać w tym od razu poryw serca, który zmusił niejako Enrica do przekroczenia granicy i rzucenia się w wir miłosnych, jednak wciąż wyłącznie jednostronnych uniesień. Miasteczko natomiast rozpędza się, ruch narasta, a upalne dni zdają się doprowadzać do halucynacji, zawieszając postacie pomiędzy tym co realne a jedynie upragnione. Gęstnieje powietrze i gęstnieją emocje. Tylko na odrealnionym lodowisku unosi się para chłodu, który przenika do bohaterów i przypomina im o nieuchronnym końcu lata. O tym, że nic nie trwa wiecznie, a sezon musi się zakończyć. Tym razem wyczekiwaną tragedią. Gdyż w tej historii na tragedię się czeka. Ona wisi nad całą opowieścią, a gdy spada jest jak krótkie trzęsienie ziemi – kulminacją wszelkich emocji. Punktem zwrotnym, od którego coś się skończy, ale również zacznie od nowa. Już w innym tempie. W innej rzeczywistości.

Od „Lodowiska” Roberta Bolaño trudno się oderwać. Perfekcyjnie zbudowane napięcie trzyma czytelnika aż do końca, chociaż zdajemy sobie sprawę, że to gra pisarza z nami. Jakiś taki podstęp. Bo napięcie wynika ze zbrodni, potrzeby rozwiązania zagadki, a przecież nie miała to wcale być powieść detektywistyczna. Nie miał to być kryminał. A jednak podstawa gatunku pozostała. Pozwoliło to niecnie wciągnąć czytelnika w wykreowany świat miasteczka z Costa Brava i otworzyć drzwi do świata intryg jego zagubionych, osamotnionych mieszkańców. Każdy z nich czegoś szuka. Pragnie odnaleźć siebie w innych. Jest w tym przemoc. Jest szaleństwo. Jest pasja. A na dokładkę tajemnica, której nie można się oprzeć. Po raz kolejny powieść Roberta Bolaño pozostawiła mnie w zachwycie. Krótka, piękna w swoim wyrafinowaniu, hipnotyzująca genialnym stylem. Małe arcydzieło.

O.

*Za tą doskonałą powieść dziękuję panu Tadeuszowi Nagalskiemu z wydawnictwa Muza.

BEZSENNE ŚRODY: „The Monkey’s Paw” W.W. Jacobs

Bombla_BezsenneMonkey'sPaw

 

„’I don’t know what to wish for, and that’s a fact,’ he said, slowly. ‘It seems to me I’ve got all I want’.”

Z pewnością znacie to powiedzenie “Uważaj czego pragniesz, bo jeszcze może się spełnić”. Coś w tym zdecydowanie jest, że kiedy przychodzi pora spełniana marzeń, ziszczania snów i najskrytszych pragnień, to wraz z radością przychodzi gorzki posmak nieokreślonej straty. Marzenia, gdy pozostają w sferze marzeń, potrafią mieć magiczną moc oddziaływania na człowieka. Motywują do działania. Jednak bywa tak, że gdy w końcu stają się rzeczywistością przychodzi za nie płacić wysoką cenę. Coś się kończy, coś się zaczyna. Niemniej, ziszczanie pragnień to jeden z podstawowych elementów legend i baśni. Trzy życzenia. Wypowiedziane na głos. Prosto z serca. Ich spełnianiem zajmują się istoty, których domeną jest uszczęśliwiać. Albo tylko pozornie to szczęście dawać, bo gdy przychodzi czas zapłaty – radość obraca się w rozpacz. To istoty spoza czasu i miejsca – realne i nierealne zarazem, w które chcemy wierzyć, że gdzieś tam są i czekają właśnie na nas. Wróżki, dobre dżiny, złote rybki, magiczne kucyki. W naszych umysłach rysują się przyjemne obrazki i raczej nie myślimy wtedy o demonach, złowieszczych ifritach, czy potworach, których celem jest niszczyć to, co naprawdę dobre. Opowieść o talizmanie, który odbiera zamiast dawać snuje W.W. Jacobs w klasycznym opowiadaniu ku przestrodze zatytułowanym „The Monkey’s Paw” („Małpia łapka”).

Rodzina White’ów spędza uroczy wieczór w swoim przytulnym domu. Mają wszystko to, co sprawia im radość. Ojciec z synem grają w szachy, a matka robi na drutach w fotelu przy kominku. Prawdziwa sielanka. Są szczęśliwi w swojej doskonałej kryjówce. A za oknem zawierucha i śnieg. Wkrótce do ich domu przybywa ich wieloletni przyjaciel – starszy sierżant Morris, by przy szklaneczce whisky opowiedzieć o swoim pobycie w Indiach. Nie przywiózł ze sobą dobrych wspomnień. Ale przywiózł wyjątkowy talizman – zasuszoną małpią łapkę, na którą czar rzucił hinduski mistyk. Według niego łapka mogła spełnić po trzy życzenia trzech różnych osób. Morris otrzymał ją po ostatnim właścicielu, którego ostatnim życzeniem była… śmierć. Jednak pan White chce się przekonać o magicznym działaniu łapki, pomimo ostrzeżeń przyjaciela. Przed snem zastanawia się nad pierwszym z pragnień i sam nie wie o co prosić, bo uświadamia sobie, że ma wszystko czego zawsze chciał. Syn podpowiada mu kwotę dwustu funtów, za którą będą mogli wykupić dom. Pan White wypowiada życzenie, małpia łapka porusza się znienacka, a wraz ze słowami rusza machina przeznaczenia. Nic już jej nie zatrzyma.

„The Monkey’s Paw” to najbardziej klasyczna z opowieści gatunku horroru „ku przestrodze”, gdzie wypełniona dobrem myśl przeradza się w koszmar nie do odwrócenia, a w którym strata nieuchronnie prowadzi do szaleństwa. Konsekwencje wypowiadanych życzeń zdają się być oczywiste, w końcu padło ostrzeżenie. Nawet nie jedno, a pięć. Najważniejszym z nich jest to poczucie bohatera, że ma przecież wszystko, czego pragnie. Głos zdrowego rozsądku i intuicja w jednym. Tym samym wypowiedzenie życzenia jest niejako oznaką chciwości, a na chciwość złe duchy reagują wręcz z podwójną zawiścią. Małpia łapka mogła przecież poczekać. Zostać talizmanem na gorsze chwile. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej? A tak, idylliczny obrazek zostaje zburzony w ciągu niecałej doby. Świat przekręca się i obraca, życie zamienia się w śmierć, a złowieszcza moc talizmanu osiąga swoje apogeum i niszczy to, co było tak piękne. Jednak trudno mu się oprzeć. Trudno nie myśleć o trzech życzeniach, gdy ich ziszczenie jest na wyciągnięcie ręki. Na wyciągnięcie małpiej łapki.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę wykrzywioną twarz w płonących popiołach.

O.

*Kogo zafascynowała opowieść W.W. Jacobsa i sam chciałby się przekonać do czego doprowadziła małpia łapka ten znajdzie pełne opowiadanie, całkiem za darmo i legalnie na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

**A w ramach ciekawostki muszę koniecznie nadmienić, że dokładnie ten motyw wykorzystał Stephen King w swojej doskonałej powieści „Cmętarz Zwieżąt”, o której możecie poczytać TUTAJ.

***Za polecenie opowiadania dziękuję pięknie Marcie z bloga Zaczytanie 🙂

Podsumowanie miesiąca: SIERPIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieSIERPIEŃ2014

Przeminął sierpień, skończyły szkolne wakacje, idzie jesień, a ja cieszę się niezmiernie, bo CO TO BYŁ ZA WSPANIAŁY BUKOWY MIESIĄC! Tyle pozytywnych wrażeń, tyle niespodzianek i prześwietnych wspomnień. I jak zwykle wcale a wcale nie zapowiadało się tak na początku miesiąca. Nawet czas tak sobie płynął lekko półśrednio i zupełnie nie za szybko, jak to miewa w zwyczaju. Zdecydowanie doby miesiąc. Godny sierpień. I mam moc rzeczy do opowiedzenia 😀

W sierpniu opublikowałam aż 14 tekstów, a w tym 4 Bezsenne Środy, tekst-wspomnienie, czyli Dawno, dawno temu #1 i zapowiedź najnowszego cyklu na Wielkim Buku, czyli Przygodowych Piątków. Teraz będę Was systematycznie co tydzień straszyć, a mniej więcej raz w miesiącu zabierać w pełną wrażeń podróż 😉 Przeczytałam 9 książek, w tym jeden poradnik (co bardzo rzadko się zdarza) i dwa opowiadania. Pięć tekstów było w języku angielskim i sześć po polsku, więc pięknie się wyrównuje, co mnie niezwykle cieszy. Ebooki mieszały się z tradycyjnymi formami, niestety nie było żadnego audiobooka.

W tym miesiącu przeczytane powieści:

  • „Londyn NW” Zadie Smith („NW”)– najnowsza powieść Smith i najmocniejsza do tej pory. Do poczytania TUTAJ.
  • “Seed” Ania Ahlborn – straszna straszność w bardzo godnym wydaniu. Do poczytania TUTAJ.
  • “Święta Noc” Tahar Ben Jelloun (“La nuit sacrée”) – kontynuacja „Dziecka Piasku”. Do poczytania TUTAJ.
  • “We Were Liars” E. Lockhart – do pożarcia na jeden chaps idealna opowieść na koniec lata. Do poczytania TUTAJ.
  • “Sztuka prostoty” Dominique Loreau – co zrobić, by osiągnąć poziom ZEN.
  • “Dostatek” Michael Crummey (“Galore”) – kolejny DUŻY BUK do kolekcji. Do poczytania TUTAJ.
  • „Wspomnienia Bitniczki” Diane di Prima („Memoirs of a Beatnik”) – kontrowersyjnie i nie do końca udanie. Do poczytania TUTAJ.
  • „The Lost World” Arthur Conan Doyle – pierwsza powieść z cyklu PRZYGODOWE PIĄTKI. Do poczytania TUTAJ.
  • “Feed” Mira Grant – z cyklu Przeglądu Końca Świata, jak na razie mieszane uczucia. Niebawem na Wielkim Buku.

Przeczytane opowiadania:

  • “The Book of Blood” Clive Barker – o zmarłych, którzy chodzą swoimi drogami. Do poczytania TUTAJ.
  • “The Glamour of The Snow” Algernon Blackwood – totalna magia wynaleziona przez Martę (dziękuję!). Do poczytania TUTAJ.

Sierpień był dla mnie zupełnie wyjątkowy pod względem blogowych i okołobukowych wrażeń.

Wydarzenie miesiąca: spotkanie z Martą z bloga LolantaCzyta! Zupełnie na żywo i pozaekranowo, w sopockiej kawiarnio-księgarni Bookarnia 😀 Były pogaduchy na wszelkie możliwe kulturowo-życiowe tematy z kawą (Marta) i herbatą (dla mnie), a wokół tłum książek na półkach – potrzeba siły woli Jedi, żeby się nie przylepić i nie spędzić godzin przy półce – i książki, które przyniosłyśmy sobie nawzajem. Nie muszę pewnie dodawać, że Marta jest wspaniałą osobą – dziękuję Kochana za spotkanie i do następnego! :*:* :*

P.S. Nie zrobiłyśmy sobie zdjęcia i jest to oburzające, ale następnym razem musimy to nadrobić 😀

A oto jakie cuda dostałam od Marty:

Sierpień2014MARTA

  • „The Lake Of Dead Languages” Carol Goodman – sekrety z przeszłości, łacina, odizolowana szkoła – to będzie uczta.
  • “Złodziejka Książek” Marcus Zusak (“The Book Thief”) – tej jesieni nareszcie przekonam się skąd taki szał na tę powieść.
  • “Rosetta” Barbara Ewing – Egipt, kamień z Rosetty i Rewolucja Francuska w tle – zdecydowanie coś dla mnie.

Wielką, wspaniałą niespodziankę zrobiła mi Anka z bloga WstawTytuł, wysyłając mi paczkę-gigant, w której ukryła cały tłum wspaniałych książek i cudną kartkę 😀 Teraz obie cieszymy się i zaczytujemy radośnie.

Oto jej zawartość:

Sierpień2014ANIA

  • „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” Dominique Loreau – kontynuacja i rozwinięcie „Sztuki prostoty” – więcej ZEN i więcej MU.
  • Seria PRZEGLĄD KOŃCA ŚWIATA – czyta się, a ja się zastanawiam nad jej fenomenem i niebawem podzielę się moimi wrażeniami.
  • „Zatrute ciasteczko” Alan Bradley („The Sweetness at the Bottom of the Pie”) – pierwszy tom serii o Flavii de Luce.
  • “Zaklinacz słów” Shirin Kader – jak jest bajarz i opowieści jak od Szeherezady to muszę przeczytać.

Jedną z książek od Ani była „Sztuka Prostoty” Dominique Loreau. Coś zupełnie nietypowego, bo to… poradnik. Rzadko po poradniki sięgam, ale ten jest prześwietny i daje sporo do myślenia. Co prawda nie będzie typowego tekstu na blogu, ale na Facebookowym fanpage’u opublikowałam krótki tekścik podsumowujący TUTAJ.

SztukaProstoty

Kolejną wielką niespodzianką, która do mnie przyfrunęła znienacka jest piękna torba zaprojektowana przez Anitkę z vloga BookReviews – dziękuję! :* Zobaczcie sami. Tak – ten Obelt. Z tej serii Remigiusza Mroza. A torba jest TAK gigantyczna, że zmieściła całą bagietkę 😀

Sierpień2014ANITKA

Nadszedł czas na bukowe zdobycze i tym razem również uzbierał się piękny zestaw, którym nic, tylko się chwalić 🙂

Sierpień2014ZESTAW

Zestaw sierpniowy (od góry):

  • „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale („English Passengers”) – przedpremierowe cudo od niezastąpionego Wiatru od Morza – tekst pojawi się 20 września J
  • „Ostatni taki Amerykanin” Elizabeth Gilbert („The Last American Man”) – prezent dla samej siebie, bo wiecie jak uwielbiam panią Gilbert <3
  • „Jalo” Iljas Churi – najnowsza powieść od wydawnictwa Karakter – już niebawem na Buku.
  • „Wspomnienia Bitniczki” Diane di Prima („Memoirs of the Beatnik”) – nie do końca udana, kontrowersyjna powieść od zbuntowanego wydawnictwa Officyna.
  • „Dostatek” – CUDO! Tak, tak, to znowu Wiatr od Morza 🙂
  • „Lodowisko” Roberto Bolaño – do zachwycania się od wydawnictwa Muza.
  • „Dzicy Detektywi” Roberto Bolaño – grubaśność również od wydawnictwa Muza.

Co do ebooków, to BookBub, o którym wspominałam Wam w zeszłym miesiącu podbił moje serce – prawie codziennie znajduję coś nowego 😀 A tu kilka (z kilkunastu) ostatnich zdobyczy:

EbookiSierpień2014

  • „Palo Alto” James Franco – no bo to James, a ja z Jamesem mam dość skomplikowaną relację oscylującą na granicy obrzydzenia i podziwu 😉
  • „Manroot” Anne Steinberg – przekonały mnie bagna i element paranormalny.
  • „Daughter of Bathory” A.R. Wise – krwawo, brutalnie i mrocznie, czyli brzmi jak coś dla mnie.
  • „The Devil’s Grin” A. Wendeberg – mocny thriller w XIX-wiecznym Londynie. TAK!
  • “Hallowed” Bryant Delafosse – o Halloween w stylu Raya Bradbury’ego.

A na dokładkę prezent urodzinowy dla jednej z Mam – „Lawendowy pokój”, który niebawem trafi do nowej właścicielki.

Sierpień2014JOLANTA

Ufff… Sporo tego wszystkiego w tym miesiącu. A co dalej? Kończy się lato, nadchodzi moja ukochana pora roku, czyli cudna jesień, a wraz z nią lista moich perfekcyjnych jesiennych lektur. Pojawi się też kolejny konkurs i już całkiem niebawem przedpremierowa recenzja pewnej powieści z Tasmanią w tle 😉 Idę się zaczytywać, bo obłęd ilościowy zaszedł, a moja maszyna do przedłużania doby wciąż nie działa. I Wy też czytajcie!

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „The Lost World” Sir Arthur Conan Doyle

 Bombla_PrzygodoweLostWorld
 

„’What is there?’ he would cry, pointing to the north. ‘Wood and marsh and unpenetrated jungle. Who knows what it may shelter? Ant there to the south? A wilderness of swampy forest, where no white man has ever be. The unknown is up against us on every side. Outside the narrow lines of the rivers what does anyone know? Who will say what is possible in such a country?”

Kiedy słyszymy nazwisko sir Arthur Conan Doyle’a zupełnie automatycznie nasuwa nam się na myśl legendarna już postać Sherlocka Holmesa, a w głowie wyświetla nieomal wizytówka z napisem „opowieść detektywistyczna”. Fakt faktem, pełnić rolę literackiej ikony, będąc ojcem Sherlocka,  którego do dziś wielbi cały świat, to musiało być nie lada wyzwanie. Tym bardziej, że z biegiem lat Geniusz Dedukcji nieco przyćmił inne książkowe dokonania tego szkockiego pisarza i pozostałe wyjątkowe wykreowane przez niego postacie, jak na przykład wspaniałego, niezastąpionego i niezwykle kontrowersyjnego badacza jakim był profesor George Challenger. Przygody profesora, których powstało aż pięć, były niejednokrotnie przeniesione na duży ekran i podbiły serca miłośników awanturniczych historii. Sir Arthur Conan Doyle stworzył kolejnego wartego poznania i zapamiętania bohatera, który zaraża swoim entuzjazmem i aż prosi się, by wyruszyć z nim w podróż. Co więcej, co krok zaskakuje swoim uporem, niedźwiedzią siłą i niezwykłą pewnością siebie. A przede wszystkim humorem, który aż skrzy się na kartach pierwszej powieści cyklu zatytułowanej „The Lost World” („Zaginiony Świat”), wydanej po raz pierwszy w 1912 roku.

Podczas jednej ze swoich samotnych wypraw do Ameryki Południowej profesor George Challenger natknął się na informacje o niezwykłym płaskowyżu – miejscu, w którym według niego zatrzymał się czas. W dwa lata po powrocie wciąż nikt mu nie wierzy, a jego niepojęte historie traktowane są jak brednie szaleńca. Zupełnie nie pomaga w przekonaniu kogokolwiek fakt iż, poza fragmentem odizolowanej kości, wszystkie pozostałe zdobycze zaginęły w ferworze akcji. Pozostał szkicownik znaleziony wśród pozostałości po innym odkrywcy, a w nim rysunki dinozaurów, ich dawno zapomnianych gatunków, które wyginęły setki tysięcy lat temu. Ten właśnie szkicownik, jak i szczera opowieść profesora Challengera (poprzedzona bójką) przekonują niejakiego Edwarda Malone – młodego reportera Daily Gazette – który podejmuje się spisania relacji z kolejnej, nadchodzącej wyprawy profesora. O tak, Challenger wraca na płaskowyż, a w tej niebezpiecznej misji towarzyszyć mu będą jego odwieczny rywal profesor Summerlee i znany podróżnik Lord John Roxton, który przemierzał okolice Amazonki i wierzy w opowieści profesora. Wkrótce ta niesamowita czwórka wyrusza, by odkryć na nowo Zaginiony Świat i niewiarygodne sekrety amazońskiej dżungli. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy płaskowyż, który oparł się już tak wielu wypuści ich ze swoich krwiożerczych szponów?

„The Lost World” to przygoda na najwyższym poziomie. Arthur Conan Doyle zawarł w powieści wszystko to, co sprawia, że dopingujemy bohaterów, zagryzamy palce, gdy tylko znajdują się w obowiązkowych dla gatunku opałach i zaśmiewamy się do rozpuku z niedorzecznych przypadków, jakie im się przytrafiają. Fabuła jest nieskomplikowana, ale przez to idealna w swojej prostocie, bo nie brak jej niczego. Genialna wisienka na torcie powieści to sam profesor Challenger, który jest postacią tak nietuzinkową, tak fantastycznie skonstruowaną, że dosłownie każdy jeden tekst wypowiedziany w kierunku innej postaci – a trzeba nadmienić, że są to zazwyczaj przezabawne przytyki – zdaje się być dialogową perełką. Najbardziej zachwyca jednak to, że historia opowiedziana jest w taki sposób, by czytelnik uwierzył, że wszystko jest możliwe, a świat – pomimo iż wszystkie białe plamy na mapach świata już dawno zniknęły – wciąż kryje w sobie tajemnice, które warto odkryć. Aż chce się zapakować plecak i wyruszyć już zaraz w poszukiwaniu nieznanego ukrytego gdzieś w nieprzemierzonych zaroślach amazońskiej dżungli.

AHOJ PRZYGODO dla: dinozaurów, koncepcji unikalnego świata skrytego przed czujnym okiem cywilizacji i dla niezapomnianej postaci profesora Challengera (te dialogi!).

O.

*Kogo zafascynowały przygody profesora Challengera i sam chciałby zmierzyć się z jego postacią, przeżywając niezwykłe przygody u jego boku w sercu amazońskiej dżungli, ten znajdzie „The Lost World”, w całości, zupełnie legalnie, na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

NIESPODZIANKA: Nowy cykl na Wielkim Buku

 

Bombla_Podstawa_PrzygodowePiątkiMoi Drodzy,

A dzisiaj mam dla Was  niespodziankę 😀

Jakiś czas temu pisałam Wam, że obmyślam nowy cykl na Wielkim Buku. Bezsenne Środy wciąż się Wam podobają, co ogromnie mnie cieszy, bo sami wiecie, jak uwielbiam Was straszyć. A przy okazji, rykoszetem, siebie też. Ale wracając do tematu – rozmyślałam nad nowym cyklem. Czymś, o czym mogłabym pisać od czasu do czasu, może już nie co tydzień, ale na tyle często, żeby coś te wszystkie teksty łączyło.

I tak sobie pomyślałam, że poza horrorem, grozą, w której zaczytuję się systematycznie, mam jeszcze jedną słabość – opowieści przygodowe. Uwielbiam je w każdej możliwej formie. Potrafię pożerać oczami filmy, zagrywać się do krwawych gał w gry i zaczytywać się z wypiekami na twarzy, marząc o wielkich wyprawach w to co nieznane i tajemnicze. Ach, jak ja bym chciała:

  • przeżywać przygody jak Indiana Jones;
  • przeżywać przygody jak Lara Croft;
  • być łowcą przygód, a jednocześnie doskonałym archeologiem/paleontologiem/znawcą starożytnym kultur;
  • zostać nieustraszonym odkrywcą nieznanych lądów;
  • odwiedzić Park Jurajski (proszę mnie nie oceniać – kocham dinozaury).

Sami widzicie, że większość powyższych podpunktów jest albo nierealna, albo zupełnie oderwana od rzeczywistości, no ale czego oczekujecie od kogoś, kto od dzieciństwa dokarmiał się legendami, mitami i wszelkimi historiami, w których dominowały takie oto priorytety? 🙂 Dlatego pozostały mi właśnie fikcyjne, wypełnione po brzegi przygodami opowieści, których jeszcze tłum przede mną został do poznania, a którymi bardzo chciałabym się z Wami podzielić.

W ten sposób wpadłam na pomysł PRZYGODOWYCH PIĄTKÓW!

Co to będzie? Przygoda w najlepszej postaci. Od klasyków, historii z pogranicza przygody, aż po książki współczesnych autorów. Będą starożytne cywilizacje, zagubione ruiny, bezdenne głębiny, nieodkryte lądy i moc sekretów, ukrytych przed wzrokiem ciekawskich.

Kiedy? W piątki. Jednak nie systematycznie, nie co tydzień, ale co jakiś czas, gdy najdzie mnie ochota na przygodę przez duże P.

Kogo spotkacie? Nie obejdzie się bez Juliusza Verne’a, Jacka Londona, Jamesa Fenimore Coopera, Roberta Luisa Stevensona, Waltera Scotta, H. Ridera Haggarda, H.G. Wellsa, sir Artura Conan Doyle’a, Rudyarda Kiplinga, Michaela Crichtona, czy Dana Browna. Oczywiście piszcie do mnie koniecznie, gdy wynajdziecie jakiś świetny tytuł, o którym chcielibyście przeczytać lub mi polecić!

I właśnie tak będą wyglądały PRZYGODOWE PIĄTKI 😀 Mam nadzieję, że Wam się spodobają, zarażę Was bakcylem odkrywcy i razem wyruszymy naprzeciw przygodzie!

Zaczynamy już jutro! Będzie coś prześwietnego do czytania z linkiem dla Was 🙂

Bo warto czytać.

O.

I nie obyłoby się bez CUDNEGO motywu głównego Indiany Jones’a <3

BEZSENNE ŚRODY: „Niedziele” Jack Ketchum

Bombla_BezsenneNiedziele

 

„Charlie był jednak zawzięty. Było tak, jakby ojciec był jedynym, na którego naprawdę chiał się wspiąć, a reszta z nas stanowiła jedynie rozrywkę. Chodzące drabinki. W końcu dotarło do niego, że był niechciany, ale czasami przyłapywałem go, jak obserwował ojca tym nerwowym, ukośnym spojrzeniem, kłapiąc zębami, pociągając nosem i można było być pewnym, że któregoś dnia spróbuje ponownie.”

W „Małym Księciu” było takie zdanie, które zawsze powtarzam wszystkim tym, którzy przygarniają zwierzęta pod swój dach i planują sprawować opiekę nad nimi: „Musisz być odpowiedzialny za to co oswoiłeś”. Niby takie proste, prawda? Przecież wiadomo, że zwierzak, którego decydujemy się przyłączyć do naszego rodzinnego stada potrzebuje dużo ciepła, miłości i przede wszystkim pełnej kontroli nas, ludzi, jako swoich opiekunów. Powinniśmy odpowiadać nie tylko za niego i za to, co taki zwierzak robi, ale i my mamy wobec niego obowiązek starannej opieki i otoczenia go tym, czego potrzebuje. Przynajmniej tak powinno być. Tak to działa z założenia. Jednak bywa, że zwierzak pojawia się przypadkiem i nikt na pełną odpowiedzialność nie jest do końca przygotowany. I wtedy, również zupełnie przypadkiem, może wydarzyć się coś nieodwracalnego, coś co komuś złamie serce i zmieni wszystko na zawsze. Przerażająco prawdziwą i smutną historię oswojenia ukazuje pisarz, który z człowieka potrafi zrobić największego potwora, czyli Jack Ketchum w swoim opowiadaniu „Niedziele” z tomu „Królestwo Spokoju”.

Narrator opowieści zdradził żonę. Już wie, że nadchodzi nieodwracalne. Już niebawem utraci ją na zawsze. I wtedy, w desperacji, wraca myślami do swojego dzieciństwa, gdy jego ojciec, Bradford Collier, polował na wiewiórki, biegające wśród okolicznych drzew. Polował raz na jakiś czas. Jego strzały były celne. Zabijał dla mięsa i dlatego, że uważał wiewiórki za szkodniki. Pewnego dnia znalazł zwierzaka z przetrąconymi łapkami i nie mając serca go dobijać wziął wiewiórkę do domu. Ku uciesze dzieciaków i żony wyleczył, dokarmił, nadał mu imię – Charlie. Wiewiórka stała się przyjacielem wszystkich, wspinała się, gryzła, bałaganiła po wiewiórczemu. Bradford jednak zawsze trzymał ją na dystans. Niemniej lubił Charliego. Ale nie zaprzestał polowań na wiewiórki. Kiedy nadeszła zmiana pór roku, Charlie poczuł zew i rozpoczął leśne wędrówki. Może chciał wrócić do stada? I pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, wydarzyła się tragedia, która zmieniła Bradforda i życie jego rodziny.

Na dziesięciu stronach „Niedziel” Jackowi Ketchumowi udało się zbudować wielowarstwową opowieść o przywiązaniu, stracie i wielkim bólu jaki ta strata za sobą niesie. O tym, jak wydarzenia z dzieciństwa potrafią wpływać na naszą dorosłość, gdy wydaje się, że wszelkich wyborów dokonujemy całkiem świadomie. Pokazuje skomplikowany mechanizm, jakim jest ludzka psychika, która próbuje poradzić sobie z cierpieniem, jednak wciąż popycha do popełniania tych samych błędów. Są tu wyrzuty sumienia, których nie ukoi nic, nawet tysiące wypraw do kościoła w poszukiwaniu przebaczenia. Bo jak można zapomnieć, gdy samemu sobie nie da się wybaczyć wyrządzonej krzywdy? Kiedy jest po wszystkim i wiemy już, że na zawsze zostanie w nas ta skaza? Niezmywalna rysa, która naznaczy dalsze życie, aż do końca dni? „Niedziele” nie są typowym horrorem. To groza wypływająca z samej istoty człowieczeństwa, z poczucia, że zawsze może przytrafić się coś, co odwróci bieg losu, nawet jeśli tego bardzo mocno nie chcieliśmy. Wtedy, nawet w obliczu największej skruchy, i tak wszystko obróci się przeciw nam, a przede wszystkim my sami.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo smutno mi po prostu.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Królestwo spokoju” i niestety nie wynalazłam nigdzie za darmo, ale jeśli natkniecie się na tom w bibliotece bądź zechcecie zakupić świetny zestaw doskonałych tekstów szeroko pojętej grozy – naprawdę warto poznać. 🙂