„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick

Bombla_NiezbędnikObserwatorówGwiazd

 

„Robi to, bo jesteś dobrym człowiekiem. Bo łatwo się z tobą przebywa. Bo jesteś, jaki jesteś. Nie stawiasz ludziom żądań i nigdy nie mówisz nic negatywnego. Przenigdy. Tak wielu ludzi wysysa życie ze wszystkich, którzy ich otaczają, ale nie ty. Dajesz ludziom siłę, tylko będąc sobą.”

Każdy z nas miewa takie dni, gdy wszystko wydaje się być czarne, ciemniejsze niż najbardziej bezgwiezdna noc. Nagle znika wszelkie słońce, jakiekolwiek promienie nadziei. Gasną majowe światła i wracają ciągnące się w nieskończoność marce i listopady. Rozciąga się przed oczami bezdenna otchłań, w którą chciałoby się wskoczyć i odpuścić sobie to wszystko. Zapomnieć. Zniknąć. Zacząć od nowa. A w zamian trwamy. Przedzieramy się przez ten bezkres rozpaczy, szukając choćby przebłysku dobra, mignięcia szczęścia tam, gdzie zupełnie go znaleźć nie sposób. Automatycznie wykonujemy kolejne czynności, znika przyjemność z życia, z pracy, z hobby. Wszystko na jakiś czas staje się mozolnym przbijaniem się przez codzienność. Rutyną, która pozwala zapomnieć o dręczącym nas smutku, problemie, który wydaje się być nie do rozwiązania. Czasami taki stan trwa kilka godzin, czasami dni, a czasami całe lata, pożerając człowieka i nie pozwalając mu uwolnić się z odrętwienia.

Taką monotonną egzystencję żywego automatona prowadzi od lat Finley McManus, bohater poruszającej powieści Matthew Quick’a zatytułowanej „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” (org. „Boy 21”). Gdyby historia ta opowiadała dzieje starszego już człowieka, pogrążonego w cierpieniu, u progu życia, możliwe, że o wiele łatwiej byłoby pogodzić się z jego losem. O wiele prościej można by wziąć oddech, zrozumieć sytuację i odpuścić, by biegła swoim torem. Jednak, gdy mowa o nastoletnim chłopaku, niespełna osiemnastoletnim, który dopiero stoi u progu swojego życia i jeszcze nawet nie zanurzył się w pełni w to, co nazywamy prawdziwą dorosłością, a który już zatracił siebie w wewnętrznej rozpaczy, to nie można tego tak po prostu zostawić samemu sobie. Nie można pozostać obojętnym. Nie sposób odwrócić wzroku i zapomnieć. Warto usiąść i wysłuchać jego przepełnionej smutkiem historii, pełnej niewypowiedzianych emocji, zduszonych i szczelnie ukrytych uczuć, na które nie ma miejsca w okrutnym, bezkompromisowym świecie, w jakim przyszło chłopakowi żyć. Nie będzie to przyjemna opowieść. Nie będzie miała do końca optymistycznego zakończenia. Ale zostawi Was spełnionych. Dokładnie tak, jak każda doskonale napisana historia.

Bellmont. Miasto, które wieki temu widziało lepsze czasy, a dzisiaj to dogorywające miejsce, z jednej strony rozrywane na strzępy przez czarne gangi, a z drugiej przez irlandzką mafię. Tak naprawdę nie ma tu lepszych, czy gorszych dzielnic. Jest jak jest. Każda ulica podlega innej części półświatka. Każdy ma jakieś powiązania, a kolejne pokolenia dzieciaków kontynuują tradycję handlu narkotykami, handlu bronią, czy paserstwa i złodziejstwa, w zależności od przynależności do określonej grupy. Bellmont nie jest dla kogoś, kto ma ambicje. Nie jest dla tych, którzy chcą uciec i wyzwolić się z trującego środowiska, które zabija bliskich i niszczy to, co dobre i sprawiedliwe. Miasto wymuszonych praw w panującym bezprawiu. I to właśnie tam dorastać musi Finley, zwany przez wszystkich Białym Królikiem. Czemu? Bo jest jednym z nielicznych białych dzieciaków w szkole, a jego życie w dziwny sposób zaczyna przypominać życie postaci serii powieści Johna Updike’a, zwanego również Królikiem.

Pasją Finleya jest koszykówka. A tak naprawdę to koszykówka jest całym życiem Finleya. Od lat, codziennie i uparcie trenuje, należy do drużyny i na swoim podwórku ćwiczy rzuty i wsady. Monotonnie, każdego dnia, tak by uciszyć tłoczące się w głowie wspomnienia. Dopinguje go zapracowany ojciec i dziadek, okaleczony przed laty człowiek, którego wolę złamało prawo irlandzkiej mafii. Mama chłopaka nie żyje, ale on nie chce o tym mówić. Ani jego ojciec, ani dziadek. Jedyną kobietą w tej smutnej, rozerwanej rodzinie jest Erin – ukochana dziewczyna i przyjaciółka Finleya, która każdego dnia trenuje z nim, wspiera go i pielęgnuje wspólne plany opuszczenia Bellmont dzięki stypendium zawodników koszykówki. Jednak całe ich ustabilizowane życie rozpada się, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń – Russ, który prosi, by nazywać siebie Numerem 21, przybyszem z kosmosu. Trener Finleya prosi go o opiekę nad nowym kolegą i próbę przywrócenia go do rzeczywistości, z której ten uciekł. Dawniej Numer 21 był jednym z najlepiej zapowiadających się zawodników koszykówki młodego pokolenia. Trauma Russa przypomina tę Finleya i obaj chłopcy mają zaprzyjaźnić się, by wspólnymi siłami doprowadzić drużynę do zwycięstwa w rozgrywkach stanowych i tym samym otworzyć sobie drogę do świetlanej przyszłości. Między Białym i Czarnym Królikiem, jak zaczynają nazywać Russa koledzy z drużyny, wywiązuje się niezwykła więź, która być może pozwoli im wyzwolić się z wewnątrz siebie.

Finley i Numer 21 żyją w swoich własnych, bardzo samotnych światach. Każdy z nich przyjął inną maskę, za którą ukrywa uczucia i ogrom cierpienia. Utrata bliskich. Krwawe rozrachunki. Wieczny, niepokonany strach. I milczenie. W Bellmont nie mówi się o mafijnych układach. Nie mówi się o gangsterskich powiązaniach. To naturalny stan rzeczy. Każdy przynależy do swojej grupy i ma się tego trzymać. Przynależność i kontakty przechodzą z pokolenia na pokolenie. Przystosowanie się do zasad to kwestia życia i śmierci. Trzeba trzymać język za zębami. Trzeba robić to, o co poproszą. Przysługa za przysługę. Dorastanie w takim miejscu, gdzie rządzi prawo ulicy to wystarczający dramat. Słowa „lojalność”, „przyjaźń”, czy „miłość”, w dzielnicach zyskują zupełnie nowe znaczenia. Każdy dzień to walka, ale już nie wojna, bo wojny kiedyś się przecież kończą, a walki mogą (i często trwają) w nieskończoność. Nie ma tu miejsca na rozejm. Nie ma miejsca na pokój.

Matthew Quick pokazał w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd” świat, w jakim nikt z nas, czytelników, nie chciałby żyć. Sytuacje, z którymi wolelibyśmy się nigdy nie konfrontować. Wybory, który za nic nie chcielibyśmy podejmować. Jednocześnie, od razu dociera do nas, jak bardzo prawdziwy jest to świat. Jak realistyczne jest Bellmont. Jak bardzo prawdziwa jest sytuacja Finleya, Erin i Russa, a tak naprawdę sytuacja wszystkich bohaterów w powieści. Każdy z nich zostaje postawiony przed swoimi największymi lękami. Odbierane są im marzenia, a plany lgną w gruzach. Jedyne co im zostaje to wartości, których ich środowisko nie uznaje, bądź rozumie opacznie, bo przez lata zyskały tam zdegenerowane znaczenie. Przyjaźń, miłość, rodzina – to jest w życiu naprawdę ważne, gdy świat nagle staje na głowie, a wszystko wydaje się być przeciwko nim. Wspierając i dając sobie nawzajem siłę, pozwalają uwierzyć, że można rozpocząć wszystko od nowa, zamknąć za sobą drzwi przeszłości i odzyskać siebie.

I wtedy, w tej bezkresnej ciemności mogą dostrzec powoli zapalające się delikatne światełka. Ledwo jarzące się, dopiero nabierające mocy. Nie są to jeszcze promienie wschodzącego słońca, bo do świtu daleka droga. Ale dają światło. Wskazują kierunek. Srebrzyste punkty migoczących gwiazd.

O.

Podsumowanie miesiąca: LIPIEC 2014

Bombla_PodsumowanieLIPIEC2014

Minął lipiec. Upalny środek lata, pełen burz, wietnamskich dni (wilgoć wypełnia płuca jak w dżungli)i genialnych książek. Co ciekawe czas mi się jakoś tak rozciągnął w głowie, że zdziwiłam się, jak robiłam podsumowanie – myślałam, że wszystkiego wyszło mniej, a tutaj taka niespodzianka pozytywna. Ale to czasowe zagubienie prawdopodobnie mam przez słońce i nadmierne temperatury, bo nawet teraz, pisząc dla Was ten tekst, siedzę z kubełkiem parującego lodu obok i włączonym wentylatorem. Czekam na jesień, nawet nie wiecie jak bardzo 😀

W lipcu opublikowałam 13 tekstów, w tym 5 Bezsennych Śród (wszystkie teksty z cyklu znajdziecie w zakładce Indeks), a mam już straszne plany na kolejne tygodnie. W tym miesiącu przeczytałam 8 powieści i 3 opowiadania, co oznacza, że tryb czytelniczy jest stały i nad morzem bez zmian 🙂 6 książek było w języku angielskim, jedna po francusku i cztery po polsku. W zestawieniu pojawiły się także (w końcu!) dwa audiobooki. Ogromnie mnie ta różnorodność cieszy i oby tak dalej.

W tym miesiącu przeczytane powieści:

  • „Sycamore Row” John Grisham – kontynuacja „Czasu Zabijania”, czyli powrót do Clanton w Mississippi – do poczytania TUTAJ.
  • „S.” J.J.Abrams & Doug Dorst – EWENEMENT książkowy, nowy DUŻY BUK, prawie WIELKI – do poczytania TUTAJ.
  • „Jądro Ciemności” Joseph Conrad („The Heart of Darkness”) – dżunglowa, wilgotna i malaryczna klasyka, w najlepszym wydaniu – do poczytania TUTAJ.
  • “Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – doskonale zbuntowana powieść z szalonym Papsem – do poczytania TUTAJ.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de Sable”) – jak baśnie Szeherezady, marokański hołd dla tradycji opowieści – do poczytania TUTAJ.
  • “Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson (“Treasure Island”) – jo ho ho i butelka rumu! – do poczytania TUTAJ.
  • “Les adieux à la Reine” Chantal Thomas – ostatnie dni wersalskiego dworu, tuż przed nadciągającą Rewolucją.
  • “Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick (“Boy 21”) – piękna historia o dojrzewaniu i przyjaźni w inności – już w PONIEDZIAŁEK!

Przeczytane opowiadania:

  • “The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving – legenda ożywa w Sennej Kotlinie – do poczytania TUTAJ.
  • „The Summer People” Shirley Jackson – wykluczeni na zawsze – do poczytania TUTAJ.
  • “The Signal-Man” Charles Dickens – przyszłość z wylotu tunelu – do poczytania TUTAJ.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, to w tym miesiącu pojawił się nowy Duży Buk w postaci GENIALNEJ powieści w powieści „S.” autorstwa J.J. Abramsa i Douga Dorsta, której towarzyszyła na blogu foto-recenzja pełna moich prywatnych zachwytów. Do poczytania TUTAJ.

SS

Z życiowych newsów okołoblogowych to: zakończyłam współpracę z portalem Gildia.pl, dla którego od ponad roku pisałam recenzje, jak również zakończyłam współpracę z księgarnią internetową Dybook – obie współprace zakończone w przyjaźni i zrozumieniu 🙂

A teraz news dla Was. Otóż na fanpage’u bloga na Facebooku (Klik! Kilk!) kilka dni temu licznik osób obserwujących wskazał 400! Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radość i zachwyt. Ale żeby to nie było tak, że tylko ja się zachwycam, to dzisiaj wieczorem ogłaszam konkurs. Do zdobycia będzie CUDOWNA powieść Matthew Quick’a  „NIEZBĘDNIK OBSERWATORÓW GWIAZD” (o której na Buku już w poniedziałek!). A już teraz, tutaj wrzucam Wam zadanie do wykonania – a nuż ktoś z Was będzie chciał wziąć udział 😀 Pamiętajcie tylko, że to konkurs facebookowy i wszelkie odpowiedzi wrzucać proszę w komentarze pod info na fanpage’u.

Konkurs01

A teraz czas na bukowe zdobycze! Same piękności do pochwalenia się 🙂

ZESTAW (od góry):

ZESTAWLipiec2014

  • „Kamieniarz” Camilla Lackberg – tym razem tom drugi, bo ta kioskowa edycja była w dwóch częściach.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de sable”) – niezwykła powieść od wydawnictwa Karakter; do poczytania TUTAJ.
  • „Święta noc” Tahar Ben Jelloun („La nuit sacrée”) – kontynuacja „Dziecka piasku” od wydawnictwa Karakter; już wkrótce na Wielkim Buku!
  • „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick („Boy21”) – tak naprawdę w wersji podwójnej, bo jak zakupiłam, to w tym samym czasie Anita z Book Reviews (dziękuję Kochana!) wysłała już do mnie paczkę z niespodzianką, a tą niespodzianką był właśnie „Niezbędnik…” <3 Tak więc oto jeden egzemplarz będzie do wygrania dla Was 😀
  • „Poradnik pozytywnego myślenia” Matthew Quick („Silver Linings Playbook”) – film był uroczy i jestem ogromnie ciekawa powieści. Wkrótce na Buku!
  • „Kolor jej serca” Barbara Mutch („The Housemaid’s Daughter”) – niespodzianka od Małgosi z Books on my Mind, która zapowiada się cudownie; już wkrótce!
  • „Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova („The Swan Thieves”) – cudna zdobycz z wyprzedaży blogowej u Sylwii z Magicznego Świata Książki, na której można wciąż polować TUTAJ; Kostovej czytałam „Historyka”, pamiętam zachwyt, więc jestem bardzo ciekawa tej powieści; wkrótce na Buku!

W lipcu pojawiło się na moim czytniku sporo ebooków, wiele darmowych lub po dzikiej przecenie, dzięki poleceniu mi przez Martę z LolantaCzyta (dziękuję Kochana!) strony BookBub – Klik! Klik!

ZESTAW (od lewej):

EbookiLIPIEC

  • „Seed” Ania Ahlborn – horror na bagnach Luizjany? Nie mogę się już doczekać 😀
  • „Itsy Bitsy Spider” Willow Rose – rodzinne tajemnice w domu na wyspie to coś na co musiałam się skusić.
  • „Still Life With Murder” P.B. Ryan – zagadka morderstwa w Bostonie końca XIX wieku.
  • „Paradise Lost” John Milton – wspaniała klasyka i wstęp do „Demonologa” Andrew Pypera, na którego zapoluję pewnie jakoś za miesiąc.
  • „Thores Cross: A Yorkshire Ghost Story” Karen Perkins – polowanie na czarownice i inne nawiedzenia, a ja takim tytułom nie odpuszczam.
  • „Regulation 19” P.T. Hylton – sekrety pewnego miasteczka. I to już wystarczy.
  • „The Key to Everything” Alex M. Kimmell – tajemna księga i historia strachu.

I jeszcze wczoraj wieczorem takie dwie cudności na kindlowej promocji nabyłam!

EbookiLIPIEC201402

  • “Wywiad z Wampirem” Anne Rice “Interview with the Vampire” – bo w końcu trzeba poznać ten kultowy cykl.
  • “Wayward Pines: Pines” Blake Crouch – skorzystałam, bo taka promocja i nie mogłam się powstrzymać 😀

Jak sami widzicie całe mnóstwo cudownych książek. Niestety prace nad moją sekretną maszyną do przedłużania doby zostały brutalnie przerwane, gdy grzejące słońce stopiło istotne części składowe. Muszę przeanalizować od nowa plany konstrukcji i przemyśleć wszystko od początku. Jest to dość niefortunna informacja, ale jak wiecie, gdy tylko pojawi się prototyp – dam Wam znać 😀

A w sierpniu wyczekują już na mnie całe bukowe tłumy, między innymi „Londyn NW” Zadie Smith, opowiadania Ernesta Hemingwaya, „Wiele demonów” Jerzego Pilcha i wiele, wiele innych 😀 Czyli godne buki do czytania.

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Signal-Man” Charles Dickens

Bombla_BezsenneTHESIGNALMAN

 

„Halloa! Below there!”

Gdy rozmyślam o miejscach, które uznać można by z założenia za nawiedzone, z tendencją do zjawisk paranormalnych, to w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy lokacje oczywiste, odizolowane i opuszczone, gdzie ludzie pojawiają się raczej rzadko, albo w bardzo określonym celu lub całkiem przypadkiem, jak cmentarze, ruiny, stare zamczyska, piwnice, opuszczone groty, czy leśne uroczyska. Rzadziej już wpadają w myśli miejsca użyteczności publicznej, gdzie ludzi zawsze jest pełno, a przynajmniej całkiem sporo przewija się ich dziennie i przemierza ścieżki wzdłuż i wszerz, na przykład szpitalne korytarze, lotniskowe poczekalnie, czy perony stacji kolejowych. Za to zupełnie już w takich chwilach nie myślę o miejscach zdawałoby się całkiem zwyczajnych, nietypowych niby, ale jednak normalnych, istniejących po prostu i całkiem neutralnych, czyli torach lub zwyczajnych tunelach przejazdowych, tuż przy chatce dróżnika. A właśnie w takim miejscu pojawia się zjawa w opowiadaniu tytana dziewiętnastowiecznej angielskiej prozy, czyli Charlesa Dickensa, zatytułowanego „The Signal-Man”.

Pewnego mglistego, zimnego dnia narrator opowieści zachodzi podczas spaceru w okolice domku dróżnika, tuż przy wjeździe do pobliskiego tunelu. Zaintrygowany stojącym u dołu nasypu mężczyzną, schodzi i zagaja rozmowę. Dróżnik jednak wydaje się być co najmniej nerwowy, zerka co chwilę w stronę tunelu i palącej się tam lampki. W jego oczach maluje się przerażenie, uciekają mu słowa i myśli, a sam narrator wzmaga w nim poczucie niepewności. Jednak ten nie daje za wygraną i niejako wymusza na dróżniku wyznanie. Umawia się z nim na kolejny wieczór, by nocną porą wysłuchać opowieści o dziwnej zjawie, która podobno pojawia się u ziejącego wylotu tunelu i ostrzega przed mającym się wydarzyć wypadkiem na tej konkretnej kolejowej trasie. Jak dotąd jej „przepowiednie” sprawdzały się co do joty, a w ostatnich dniach duch pojawia się już każdego dnia i macha, usiłując przekazać coś ważnego, dając sygnał na torach. Już wkrótce okaże się przed czym próbował ostrzec biednego dróżnika.

Charles Dickens, w jedynie sobie znany sposób, perfekcyjnie buduje napięcie i tworzy niezapomnianą atmosferę wokół miejsca wydarzeń. Podobnie jak narrator, mamy wrażenie, że zostaliśmy dopuszczeni do wielkiej tajemnicy, jakiegoś niezrozumiałego sekretu, który skrywa tunel i nasyp, a który nie wszyscy są w stanie pojąć zmysłami. Z jednej strony czujemy się zdjęci bezbrzeżnym strachem, a z drugiej – chcemy zobaczyć zarys postaci i poznać zagrożenie. Czuć w tej opowieści Dickensa i ducha jego epoki, której towarzyszyła fascynacja wszystkimi zjawiskami paranormalnymi. Sam autor należał do legendarnego już Klubu Duchów, który istnieje nawet do dziś, a którego członkowie zajmowali się śledzeniem zjaw, przypadków nawiedzeń i niewyjaśnionych obecności. Te niezwykłe fascynacje dostrzec można właśnie w narratorze „The Signal-Man”, który brnie naprzód i zadaje kolejne pytanie, próbując przeniknąć sekret. Jednak czasami to, co niezrozumiałe powinno raczej pozostać w sferze niewypowiedzianego. Lepiej pogodzić się z faktami, zanim zabłyśnie czerwona lampka i już będzie za późno.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę go jak stoi i macha do mnie u wylotu tunelu.

O.

*Opowiadanie „The Signal-Man” znajdziecie w tomie „Three Ghost Stories” dostępnym całkiem za darmo i legalnie, w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson

Bombla_WyspaSkarbów

 

„Jeśli w te wszystkie morskie opowieści,
gdzie chłód, tropiki, przygody i szkwały,
krwawi korsarze i ukryte skarby,
błędny kurs, statek i wyspa się mieści,

jeśli w tę starą bajkę, co do słowa
według zwyczajów dawnych powtórzoną,
dzisiejsza trzeźwa i rozważna młodzież
wsłucha się, jak ja niegdyś, zachwycona

— To niech tak będzie, i dajcie się porwać!”

Piraci na dobre już zadomowili się w popkulturze dziesięciolecia temu, ale dopiero od momentu, gdy nieobliczalny kapitan Sparrow w osobie Johnny’ego Deppa wszedł na pokład Czarnej Perły i zaczął przemierzać karaibskie morza, powrócili na dobre i przejęli wszelkie multimedialne fronty. Pirackie opowieści fascynują brawurą, zarażają awanturniczym duchem i swoistą magią wiecznego życia na morzu. Ożywają z legend Davy Jones, Kapitan Kidd, Blackbeard, Francis Drake, szalony Charles Vane, czy Calico Jack i jego ukochana Anne Bonny, jedna z dwóch znanych korsarek rejonu New Providence. Oni wszyscy i wielu innych, bo pirackie opowieści wpisane są w te o zdobywaniu nieodkrytych, dzikich lądów, odkrywaniu kolejnych pustych miejsc na mapie. Drewniane nogi, bandany, gadające papugi, czy skoczne małpki. I pomyśleć, że to wszystko obróciłoby się w proch zapomnienia, gdyby nie jedna powieść, która zmieniła wszystko.

„Wyspa Skarbów” (org. „Treasure Island”) Roberta Luisa Stevensona z 1881 roku to taki absolutny klasyk, od którego zaczęło się całe pirackie szaleństwo wśród dzieci i młodzieży. Powieść pojawiała się cyklicznie, w odcinkach, w czasopiśmie „Young Folks” i szybko podbiła serca młodych czytelników na całym świecie. Pisarz wybrał co najlepsze kąski z pirackich legend, które od lat krążyły po skolonizowanych ziemiach i międzynarodowych wodach, podkoloryzował postacie, dodał to i owo od siebie, a przede wszystkim – głównym bohaterem powieści zrobił młodego chłopaka, tak typowego dla tamtych czasów, który przeżywa przygodę swojego życia i wyrywa się z okowów zwykłej, szarej codzienności na lądzie. Na naszych oczach ziszcza się sen o tajemniczych skarbach ukrytych na skalistych wyspach w kształcie czaszki. O morskich bitwach, z których tylko najbrutalniejsi uchodzą z życiem. Potyczkach, pojedynkach, pijackich rozróbach w sekretnych przystaniach gorących mórz. W uszach rozbrzmiewają pokładowe pieśni, w powietrzu czuć zapach prochu i galonów rumu.

Świat Jima Hawkinsa staje na głowie, gdy do nadmorskiej gospody, prowadzonej przez ojca chłopaka i jego matkę, wprowadza się stary, zdziczały kapitan, który za swój jedyny bagaż ma wielką, drewnianą skrzynię. Płaci Hawkinsom z góry, złotymi monetami, a jedyne czego żąda to spokój, rum i dochowanie tajemnicy. Kapitan pije często, pije dużo, a gdy ukochany rum krąży w jego żyłach pogrąża się w opowieściach i wspomnieniach morskich przygód. Po okolicach krążą plotki, ktoś coś szepce i przypomina sobie korsarskie historie sprzed lat. Kapitana Flinta i jego zaginiony skarb, sekretną mapę na wyspę, gdzie podobno ukryte są tony złota. Jego kamratów – Billy Bonesa, Długiego Johna Silvera, czy Bena Gunna, którzy pływali z kapitanem Flintem i doprowadzili do rozpadu załogi. A teraz to właśnie Billy Bones ukrywa się w gospodzie i wkrótce na jego trop wpadną ci, którzy od lat go poszukują. Dla Jima będzie to początek wielkiej zmiany i wielkiej przygody.

Gdyby spojrzeć na „Wyspę Skarbów” jedynie z perspektywy czasu, to mogłaby wpaść współczesnym czytelnikom do głowy myśl „Ale co w tym takiego nowatorskiego?”. Otóż, w zasadzie to wszystko w powieści Stevensona jest nowatorskie i spokojnie można napisać, że także kultowe. Dla przykładu, weźmy chociażby sam tradycyjny wizerunek zwykłego pirata, czyli bandana, rozchełstana koszula, wysokie skórzane buty, nóż za pasem i szrama na policzku – w powieści to jeden z wielu, na przykład Izrael Hands.  Tak, ten wizerunek to właśnie wizja Stevensona. Albo postać korsarskiego kapitana, czyli drewniana noga, przepastny kapelusz, brudny płaszcz do kolan, papuga na ramieniu – wypisz, wymaluj Długi John Silver. Albo skały na kształt czaszki, czarna flaga Jolly Roger, czy piracki wyrok śmierci zwany „czarną plamą” – to również Robert Luis Stevenson wprowadził na stałe do kultury popularnej. W opowieści wykorzystał prawdziwe postacie, nazwiska i wydarzenia, dopasował do fabuły tak, by czytelnik sam mógł odszyfrować kolejne wskazówki. Tym samym jego „Wyspa Skarbów” faktycznie kryje w sobie ukryty „skarb” pod postacią skrzętnie pochowanych rzeczywistych faktów, które tylko czekają na odnalezienie.

To, co uderza w powieści Stevensona to nacisk na przeszłość. Fabuła „Wyspy Skarbów” to mniej więcej wiek XVIII, czyli dawne dzieje dla pisarza i jego czytelników. Czuć w tej historii tęsknotę za brawurą, za przygodą, która już pod koniec dziewiętnastego stulecia była praktycznie nie do zrealizowania. Mapa świata nie kryła już przed sobą żadnych tajemnic, jedynie z małymi wyjątkami. Odległe krainy zostały zdobyte, przywództwo na poszczególnych lądach określone i wywalczone. Wody przypisane terytoriom, ludy podbite, a buntownicy wybici, wypędzeni lub osadzeni w więzieniu. O piratach ciepłych karaibskich wód nikt już dawno nie słyszał. Majestatyczne galeony poszły pod siekiery lub pod wodę – zaczęła się epoka stali, pary i postępu nie do zatrzymania. W powieści wybija się spomiędzy rozdziałów chęć ucieczki, powrotu do przeszłości, która nie jawi się już jako okrutne dzieje, czy koszmary o najeźdźcach z morza, ale kusząca myśl o intrygujących awanturnikach, żyjących na przekór prawu, na przekór wciąż jeszcze raczkującemu systemowi. Nawet jeśli podróż na wyspę Flinta to ostatnia taka podróż w ich życiu, a Hispaniola – ostatni statek z czarną banderą.

„Wyspa Skarbów” Stevensona to niezwykła literacka przygoda w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wciąga jak wodne wiry, głęboko w fabularne szaleństwo. Odkrywanie tajemnic Flinta i jego kryjówki, rejs Hispaniolą, perypetie wśród piratów  – wszystko to śledzimy z zapartym tchem, przeżywamy i ekscytujemy się jak dzieciaki ponad sto lat temu. To opowieść doskonała i uniwersalna, bez dwóch zdań. Schemat idealnej awanturniczej powieści na kolejne pokolenia twórców literatury młodzieżowej. A na dodatek czuć w niej te pochowane skrzętnie kawałki prawdy, strzępki morskich opowieści z czasów złotej ery piratów. Aż by się chciało rzucić wszystko, zaciągnąć się na taki zdziczały statek z legendarną załogą, zapomnieć o troskach dnia codziennego i płynąć, hen, aż po horyzont. Złowrogi szum fal, bryza we włosach, skrzek papugi na ramieniu. W głowie marzenie o wielkich skarbach, w dłoniach ster, a z pokładu słychać donośny śpiew: Jo ho ho i butelka rumu!

O.

* Kto czuje się skuszony i ma ochotę przeżyć doskonałą przygodę na morzu to pełną, polską wersję „Wyspy skarbów” odnajdzie na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

„Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun

Bombla_DzieckoPiasku

 

„Czy to przygoda, czy życiowa próba? Rzekłbym, jedno i drugie. Niech ci, którzy chcą wyruszyć ze mną, podniosą prawą dłoń i przysięgną mi wierność. Reszta może odejść ku innym opowieściom, do innych bajarzy. (…) Potrzebuję was. Biorę was na wspólników mojego zamysłu. Kładę was sobie na plecy i niosę na pokład statku. Każda przerwa w podróży będzie przeznaczona na milczenie i namysł. Nie będzie żadnych modlitw, tylko silna wiara.”

Opowieść towarzyszy ludziom od zarania dziejów, praktycznie od zawsze. Tradycja snucia historii jest jednocześnie tak uniwersalna, tak ponadczasowa, że dotyczy wszystkich kultur, tych najstarszych i najmłodszych, ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Opowieści tworzą wszyscy. Jest w tym coś niezmiernie pięknego, że pomimo różnic, niesnasek i konfliktów to właśnie dzięki dobrze opowiedzianej historii wszystko może zmienić się na lepsze. Poprzez słowa można wykreować nowe światy, stworzyć nierealne fabuły i fantastyczne scenariusze, można wskrzesić życie lub przekształcić swoje własne zupełnie od nowa. Stać się na chwilę kimś zupełnie innym, kimś nowym, lepszym bądź gorszym w zależności od własnego widzimisię. Tym, kim zawsze pragnęliśmy się stać. Opowieść to nasze sacrum i profanum. Może łamać tabu, może być odpowiedzią na miłość, na strach, na nienawiść, na ból, czy rozpacz. Poprzez język można odrodzić się i zaistnieć od zera, tak, że nikt nigdy nie dowie się prawdy. Chociaż prawda w opowieściach zawsze jest względna. Zawsze jest czyjaś. Dlatego nic nie może tam być pewne. Trzeba spróbować, zanurzyć się w słowa i odkryć prawdę samemu.

O magii opowiadania, niezwykłej mocy słów i tradycji snucia przypowieści opowiada marokański pisarz Tahar Ben Jelloun w swojej niezwykłej powieści z 1985 roku zatytułowanej „Dziecko piasku”. To historia jak żadna inna. Płynna, przelewająca się, przekształcająca się na oczach czytelnika, w uszach słuchaczy niczym piaski otaczającej ją pustyni. Zmienia się z chwili na chwilę, migocze, oślepia i mami, przesypuje słowa i tworzy się wciąż od nowa, jak skomplikowany poemat, jak szept Sheherezady i jej tysiąc jeden arabskich baśni. Tworzy fałszywe tropy, fabularne fatamorgany na horyzoncie, by za chwilę poprowadzić do bezpiecznej oazy i zostawić tam znowu w lodowatą noc zagubionych, niepewnych dalszego ciągu zdarzeń. Słowa są tutaj jak delikatna nić, która łączy kolejne pokolenia, ale też plącze się i zasupłuje, w zależności od krętych zaułków, w które się zapuści, przekazując dalsze losy bohaterów.

Bajarz Si Abdel Malek, snujący swe opowieści wśród słuchaczy marokańskich placów, pragnie podzielić się zdradzoną mu lata wcześniej tajemnicą. To wielki sekret czyjegoś życia. Życia pełnego wstydu, zagubienia i poszukiwania siebie. Życia w ukryciu i wielkim smutku, gdzie niezrozumienie samego siebie spowodowało izolację od świata zewnętrznego. Słuchacze poznają historię Ahmeda zwanego również Zahrą, który przychodzi na świat w konspiracji i kłamstwie. Otóż chłopiec tak naprawdę rodzi się dziewczynką, ale pogrążony w rozpaczy ojciec, któremu do tej pory rodziły się same córki, postanawia sam zmienić koleje losu i ukryć prawdziwą płeć dziecka. Mały Ahmed ma być chłopcem, bo tak i nic już tego nie zmieni. Ani dojrzewające, szczelnie owijane połami dżalabiji ciało, ani niemutujący głos, ani delikatne rysy twarzy. Postanowienie ojca, który za wszelką cenę chciał mieć syna zostaje w pełni zrealizowane i oto jest – ona w nim, on w niej – jedno ciało, dwie siłą rozszczepione tożsamości. Jest sobą i tą inną. Jest sobą i tym innym. Raz Ahmedem, potem Zahrą i znów Ahmedem. Historia życia to niewypowiedziane prawdy, fałszywe maski, a wszystko to prowadzi jedynie na drogę niezaspokojenia i w końcu w otchłanie szaleństwa.

Ahmed zaczyna poznawać siebie dopiero poprzez spisywanie myśli do tajnego pamiętnika, który po latach ma trafić właśnie w ręce bajarza Si Abdel Maleka. Zahra rodzi się z czasem. Wychodzi prosto ze słów przelewanych na papier, by w końcu powstać i stać się prawdziwym ciałem. Ahmed wyzwala ją poprzez opowieść o własnym życiu. Odnajduje swoją tożsamość na kolejnych kartach i jednocześnie odkrywa swoje prawdziwe „ja” w domowym lustrze. Kobieta rodzi się z mężczyzny, a niemożliwe staje się możliwe. Ahmed przekracza siebie, dokonuje transgresji ciała, przenika w głąb uśpionych instynktów i wydobywa na wierzch swoje piersi, biodra, delikatny, kobiecy głos. Tłumiony krzyk, który kumulował się w nim przez lata przenika przez niego. Ahmed, a tak naprawdę już Zahra czuje, że musi się wypowiadać, musi uwolnić swój głos, by oczyścić się ostatecznie. Jej opowieść to swoiste katharsis. Mężczyzna, którym od zawsze była, znika w strumieniach słów, potokach zdań, przeszywającym krzyku, w którym miesza się strach i rozkosz wyzwolenia.

Przez opowieść Ahmeda i opowieść o Ahmedzie snutą przez Si Abdel Maleka i kolejnych bajarzy, którzy przejmują tę historię i tworzą ją od nowa swoimi słowami, przebija się tragiczna w skutkach historia o utraconej i jedynie po części odzyskanej kobiecości w świecie, który kobiecością gardzi. To jakby świat kobiet widziany oczami kobiety przekształconej w mężczyznę, która naraz czuje do swojego ciała niechęć i naturalną miłość. Trafia do tego co pomiędzy, a co w rzeczywistości muzułmańskiej po prostu nie istnieje. Odrzuca surowe zasady patriarchalnego społeczeństwa, sprzeciwia się boskim prawom, by podjąć się próby walki o prawo do bycia sobą, a którego pozbawiła ją wola ojca tuż po urodzeniu. Ojciec  kreuje Ahmeda w nienawiści do swoich poprzednich córek i pogardzie dla „niemęskiego” domu, jaki przypadł mu w udziale. Wymyśla go i ustnie przekazuje dalej, podaje jak legendę, szeptem, w sekrecie, z ust do ust, jeszcze zanim wymarzony syn pojawia się na świecie. Ahmed jest słowem, bo ze słowa powstaje.

W „Dziecku piasku” słowa bajarza otwierają nowe drzwi, kolejne bramy, za którymi pojawiają się labirynty wąskich uliczek, niosące echo kolejnych wątków, odnóg następnych opowieści snutych przez kolejnych narratorów. Nie można być pewnym, która opowieść jest tą jedyną i prawdziwą. Kto opowiada, a kto słucha. Kto ma władzę na tą historią i gdzie zaczyna się jej źródło. Czy Ahmed/Zahra był jeden? Czy może każdy w tej opowieści odnalazł cząstkę siebie i odtworzył swoje dzieje w losach bohaterów? Jedno jest pewne – to właśnie bajarz prowadzi słuchaczy poprzez opowieść. Jest przewodnikiem w zwodniczych światłach pustyni. Sam dawkuje napięcie, skrada się i znika, by powracać z ciemności i zamykać kolejne opowieści w opowieściach. Jak baśniowa Szeherezada, tak i on przeplata sekretne dzieje, zamyka i otwiera kolejne szkatuły, przepływa między fabułami, zanim ktokolwiek zorientuje się, że to już zupełnie inna historia, zupełnie inna epoka, inny świat. I inna opowieść.

O.

*Za tę magiczną historię dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

BEZSENNE ŚRODY: „Udręka małych dzieci” Stephen King

Bombla_Bezsenne_UdrękaMałychDzieci

 

„Panna Sidley spoglądała chwilę za nimi ze zmarszczonym czołem, myśląc, że w jej czasach dzieci były jednak inne. Nie to, że były uprzejmiejsze – bo na to dzieci nigdy nie mają czasu – czy też że okazywały dorosłym więcej szacunku; teraz dzieci miały w sobie więcej obłudy. Jak nigdy dawniej w obecności starszych pełne są fałszywych uśmiechów i fałszywego spokoju. Okazują rodzaj milczącej pogardy, która smuci i odbiera odwagę. Zupełnie jakby…
Ukrywają się pod maską? Czy o to właśnie chodzi?”

Świat dorosłych to kraina wiecznych problemów. Pewności i niepewności zarazem. Obaw i masy zagadek codzienności do rozwiązania. By połapać się we wszystkim i nie oszaleć dorośli mają swoje stałe, niezmienne prawa, których trzymają się za wszelką cenę. Z dziećmi natomiast sprawa nie jest już tak oczywista. Nic nie jest do końca pewne, nawet jeśli dorosłym wydawać by się mogło, że całkowicie zapanowali nad światem otaczających ich maluchów. A to nie jest prawda. Bo nad wyobraźnią zapanować nie można. Nie może ograniczyć dziecięcych pomysłów, chwilowych idei, które przelatują z prędkością światła przez ich małe główki i nigdy nie wiadomo, co się w związku z nimi wykluje.

Dziecięcy świat ma jeszcze w sobie coś ze starej magii. Tej, która sprawia, że w krzaki pod domem zamieniają się w dżunglę, kryjówka pod stołem w jaskinię piratów, a stary fotel w okręt wojenny dumnie przecinający falę. Magii, która zamienia motyle we wróżki, psy w dzielne wierzchowce, a kamizelkę dziadka w najlepszą zbroję przeciw smokom. Niestety to ta sama magia, która budzi do życia potwory w szafach, demony z cieni i kreatury pożerające dzieci, w swojej tajnej siedzibie pod łóżkiem. Tajemnica. Świat zamknięty szczelnie przed wzrokiem niemal wszystkich dorosłych, do którego już nigdy nie uzyskają dostępu. Czasami jednak zdarza się, że ta magia, szczególnie jej mroczniejsza, okrutniejsza część, przedostaje się i powraca do umysłów co wrażliwszych dorosłych, a ci nie mogąc pogodzić się z jej istnieniem popadają w szaleństwo. Jak na przykład panna Sidley z opowiadania Stephena Kinga „Udręka małych dzieci” (org. „Suffer The Little Children”).

Panna Sidley od lat sprawuje zawód nauczycielki. To jej misja. Jej powołanie. Lata doświadczenia wyrobiły u niej doskonały instynkt. Ma nosa do wychowania kolejnych pokoleń okolicznych dzieciaków. Jest postrachem szkoły pomimo swojej wątłej, delikatnej postury i zapadającego zdrowia. Panna Sidley jest przekonana o swoich metodach nauczania i wie, że doskonale umie zapanować nad każdą grupą uczniów. Ale pewnego dnia przytrafia jej się coś dziwnego. Obserwując klasę, kątem oka dostrzega makabryczną przemianę na twarzy jednego z chłopców. Ułamek sekundy. Coś dziwnego i nienaturalnego wychynęło z jego twarzy i łypnęło fałszywie na pannę Sidley. Od tego dnia nauczycielka zaczyna obserwować, z dnia na dzień robi się bardziej czujna, jej zmysły wyostrzają się i popada w obsesję. Podsycają ją podobne, nawracające epizody. Coś dzieje się z dziećmi w jej szkole. Coś złego, czego nie potrafi zrozumieć.

Jak zwykle Stephen King trafił w sedno, tym razem pokazując, że świat dzieci również może mieć swoje sekrety, ciemne tajemnice, których dorośli nie będę już w stanie pojąć, bo zapomnieli jak to jest być dzieckiem. Powrót do przeszłości nie jest w żadnym wypadku możliwy, a drobne różnice między kolejnymi pokoleniami z upływem czasu zamieniają się w gigantyczną przepaść i nie ma jak ich nadrobić. Niezrozumienie pokoleń w „Udręce małych dzieci” wyolbrzymione jest aż do absurdu. Chociaż może wcale nie jest to historia o tych różnicach? Może to właśnie jest opowieść o tym, co potrafi zamieszkać nawet w małym, pozornie niewinnym dziecku i ni stąd, ni zowąd wypełznąć na światło dzienne, gdy najmniej się tego ktokolwiek z dorosłych mógłby spodziewać? Może lepiej mieć się na baczności i nie zwracać uwagi na te przebłyski obrzydliwe, bo nigdy nie wiadomo, jak to się może dla nas skończyć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo osacza mnie złowrogi chichot.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Marzenia i Koszmary” (org.”Nightmares and Dreamscapes”) i można je przeczytać w oryginale  TUTAJ.

„Jądro ciemności” Joseph Conrad

Bombla_JądroCiemności

 

“But his soul was mad. Being alone in the wilderness, it had looked within itself and, by heavens I tell you, it had gone mad.”

Wyobraźcie sobie najmroczniejsze miejsce z możliwych. Czarniejsze od najgłębszej czerni. Niby puste, a jednocześnie wypełnione niejako tą pustką. Gęste od kotłujących się w nim uczuć i doznań. Miejsce, przez które swobodnie przelatują najokrutniejsze myśli, przechodzą najbardziej zwyrodniałe idee, przepływają najgorsze wspomnienia i kiełkują najobrzydliwsze pomysły. Kryjówka smutku, nienawiści, czasami rozpaczy, ale częściej zła. Zła rodzącego złowieszczą przemoc. Miejsce w miarę szczelnie odizolowane powłoką wyuczonej bądź wrodzonej moralności, wpojonych zasad, których nie wolno łamać, zakazów i granic, o których przekroczeniu można jedynie pomarzyć. Ale po cichu, w środku, najlepiej w samotności. Nigdy na głos, nigdy wtedy, gdy wiadomo, że ktoś może usłyszeć, żeby za żadne skarby świata nie wydać przerażającej prawdy. Prawdy o naturze człowieka i o tym, co czai się w środku każdego z nas, w najgłębszym jądrze ciemności.

O tej mrocznej stronie każdego człowieka, która w odpowiednich warunkach uwolnić może najgorsze ludzkie instynkty opowiada „Jądro ciemności” Josepha Conrada z 1899 roku. Ta historia nie powstałaby wcale, gdyby nie doświadczenia samego autora, który opisał je, by móc poradzić sobie z traumą, jaką przeżył po wyprawie do belgijskiego Konga. Wyprawa parowcem po kongijskim szlaku kości słoniowej była marzeniem Conrada od lat młodzieńczych. Z pewnością nie spodziewał się napotkać w dżungli horrorów i nieskończonego okrucieństwa, jakich dopuszczali się biali kolonizatorzy względem ludności tubylczej. Rządy króla Leopolda II nad dorzeczem doliny Konga uznawane są przez historyków za jedne z najbardziej drastycznych – gwałty, okaleczanie, oszpecanie, handel niewolnikami, krwawe masowe egzekucje, wyzysk – to tylko nieliczne zbrodnie jakich dopuścili się ludzie pod jego przywództwem, za jego pełnym przyzwoleniem. Dla kolonistów liczył się jedynie zysk. I nic ponadto. A wynik ich pragnień zdobycia władzy ostatecznej i opanowania tego regionu to ponad piętnaście milionów ofiar. Ludobójstwo na masową skalę, którego skutki odczuwane są tam do dziś.

I to właśnie zobaczył na własne oczy Joseph Conrad. Cierpienie i okrucieństwo, o którym nawet niełatwo było napisać. Bo jak usprawiedliwić taki terror? Jak w pełni ogarnąć imperialistyczną myśl, którą kierowali się koloniści, gdy wszelkie namacalne dowody  ukazują jej całkowity absurd? Najlepiej przenikając do samego sedna zła. Pogrążając się w czeluści okrucieństwa, by dotknąć pierwotny zamysł. W taką podróż wybiera się właśnie zupełnie nieświadomy niczego Marlow, który przybywa do Konga, by objąć dowodzenie nad małym parowcem, który ma popłynąć w górę rzeki wraz z zapasem kości słoniowej. Ale już po jego przybyciu do kolonii, w wiosce okazuje się, że jego parowiec zatonął, a on na naprawę ma czekać kilka miesięcy. I siedzi. I czeka. Dostrzega chory świat, w którym zakłamane „królestwo” białego człowieka przejęło władzę nad tubylczymi plemionami. Niewolnicza praca, tortury i głód to chleb codzienny mieszkańców. A wokół nich rozpasani koloniści, którzy bredzą w upale i doszukują się wyrafinowania tam, gdzie z pewnością go nie widać. Przynajmniej w oczach osoby o zdrowych zmysłach.

Podczas pobytu nad rzeką zaczyna wzrastać fascynacja Marlowa pewnym człowiekiem, o którym w dorzeczu krążą jedynie legendy, a który znany jest ze swojej „wielkości” i splendoru myśli. Idealiście i wielkim humaniście, który za schronienie obrał sobie samo serce dżungli i tam rządzi twardą ręką, przejmując kolejne punkty handlu kością słoniową. Nikt do końca nie jest pewny kim tak naprawdę jest, gdyż po przybyciu do Konga Kurtz, tak brzmi jego nazwisko, postanowił stworzyć siebie od nowa. Zyskał kolejną szansę wybicia się ponad innych, dominując nad słabszymi od siebie. Dla jednych to geniusz, dla innych potwór w ludzkiej skórze. Wkrótce Marlow sam przekona się ile prawdy jest w krążących opowieściach i plotkach, a przede wszystkim pozna człowieka, który w środku dzikiej dżungli porzucił wszelkie hamulce, zburzył każdą z możliwych granic, odrzucił moralność i kierując się swoją własną, wynaturzoną filozofią, wykreował miejsce kumulujące wszystko to, co w ludzkiej naturze najgorsze. Teraz leży tam, dotknięty widmem nadchodzącej śmierci, otoczony murem z uciętych głów i dłoni, pielęgnowany przez kobiety z plemion. Szalony wizjoner, który przekroczył siebie, zanurzył się we własnej duszy, a to co tam ujrzał zmieniło go na zawsze.

W mrocznym, mglistym gąszczu afrykańskiej dżungli, tak gęstym, że prawie nie dociera doń światło, zrodził się zamysł, błysnęła iskierka, która wykreowała to, co my naznaczeni już traumą drugiej wojny światowej nazywamy totalitaryzmem. Na odległej stacji, jeden biały człowiek postanowił, że stanie się bogiem, władcą wszechświata, którego prawem jest dawać i odbierać, zabijać i udzielać łaski, karać i samodzielnie stanowić jedyne prawdziwe prawo. Kontrola ponad wszystkim – na rzece, w dżungli, na sąsiednich stacjach – tylko jeden człowiek i jego ambicja. Głodzeni ludzie, polowania, krwawe tłumienie buntów. Przed czujnym okiem Kurtza nie ukryje się nic. Posiada monopol na wszystko i na wszystkich. Swoją ideologię masowego ludobójstwa tubylczej ludności Konga ubiera w piękne słowa, filozoficzne frazesy, z których wylewa się jad, zło w najczystszej postaci. Niemniej, w oczach swoich pobratymców, okolicznych kolonistów, przyjaciół i rodziny, którą zostawił w kraju, Kurtz jawi się jako postać co najmniej magiczna. Czarodziej słów, który hipnotyzuje genialną myślą. A w jej cieniu czai się jedynie strach i śmierć.

„Jądro ciemności” Jospeha Conrada to niezwykła podróż do owładniętej gorączką kości słoniowej doliny Konga, pogrążonej w wiecznej ciemności krainie, gdzie potwór w ludzkiej skórze obrał sobie swoją siedzibę. Z jednej strony to literacki dowód na absurd imperializmu europejskiego i pragnienia dominacji nad „dziką, pierwotną” Afryką, która była zupełnie niezrozumiała dla białych kolonistów. Obnaża hipokryzję, ukazuje rzeczywiste fakty i możliwe wydarzenia tamtej epoki. Z drugiej strony, to historia o narodzinach wielkiego zła. O kolebce potwornej myśli, która z bezdennego mroku wyziera na cienistą dżunglę i tam zbiera swój plon. My, naznaczeni już tragediami XX wieku wiemy, co taka jedna myśl potrafi zrobić. Wiemy już, co wychodzi z mroków duszy człowieka, gdy nikt nie ma nad nim kontroli i w samotności pogrąża się szaleństwie. I nie pozostaje nam nic innego jak spojrzeć znowu w przeszłość i wyszeptać w grozie… horror! horror!

O.

*A kto chciałby poznać szalonego wizjonera Kurtza i dzieło Conrada to znajdzie je zupełnie legalnie, po polsku na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña

Bombla_WszystkoSięSpieprzyło

 

„To znak czasów. Ferment. Brak zdecydowania. Czekanie Na Coś, Co Musi Się Wydarzyć.”

Koniec lat pięćdziesiątych XX wieku zarówno w Stanach Zjednoczonych, Europie, jak i na całym świecie był okresem rodzących się społecznych buntów, upadku ostatnich kolonii i wykrzykiwanych haseł wolnościowo-niepodległościowych. W powietrzu czuć już było nadchodzące zmiany kolejnego dziesięciolecia. Z pozornego spokoju i jako takiej stabilizacji, która zrodziła się wraz z zakończeniem II Wojny Światowej, poprzez narastający konflikt zimnej wojny między USA i Rosją, aż do upadku reżimu na Kubie, wyrosło pokolenie, które przestało się godzić na ustalone odgórnie zasady. Przestało przyjmować powtarzane tępo regułki, które nijak miały się do rzeczywistości. Dostrzegło morze niesprawiedliwości, prześladowań i dyskryminacji skrywanych pod płaszczykiem sztucznie skrojonej doskonałości. Perfekcyjne, bliźniaczo podobne do siebie rodziny przestały już wystarczać. Wartości, które od lat zionęły jedynie pustką wymagały wypełnienia na miarę nowej epoki. Nowe pokolenie zapragnęło czynów i lepszego świata. Przez środowiska robotnicze, inteligenckie i studenckie zaczęła przetaczać się fala pragnień, podjudzana wiarą w swoje nieskończone możliwości. Na uniwersytetach wrzało – pikiety, strajki i zamieszki stały się studencką codziennością, bo przecież ktoś musiał działać. Nawet jeśli jedynie na pokaz.

Na jeden z takich amerykańskich uniwersytetów w okresie przełomu, powraca z dzikich ostępów szalony i doskonały w swoim szaleństwie bohater kultowej już powieści Richarda Fariñy „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” (org. „Been Down So Long It Looks Like Up to Me”), jedyny w swoim rodzaju, nietuzinkowy Gnossos Pappadopoulis. Lekko rzuca się dzisiaj przymiotnikiem „kultowy”, gdy większość popkulturowych tworów przenika do rzeczywistości i tylko na chwilę porywa serca młodych, by zaraz powrócić w niebyt. Jednak w stosunku do powieści Fariñy określenie kultowy pasuje jak ulał, a książka wybija się na kontrkulturowym tle. Krótkie życie samego autora obrosło niejako w legendy o nim samym, a jedyna w dorobku książka nawiązuje idealnie do jego życia i środowiska, w którym ostatecznie kształtował swoje poglądy. Szwagier Boba Dylana, przyjaciel Thomasa Pynchona, mąż siostry Joan Baez – Fariña był bardem, wyrastającym z tłumu muzykiem i jeszcze bardziej obiecującym pisarzem. Zginął tragicznie i może dlatego dziesiątki opowieści stworzyły z niego po części postać, jaką był jego fikcyjny Pappadopoulis.

Król Meksyku, Pogromca Wilka, Cień i Drakula – jedyny prawdziwie Wolny, szalony Grek. Gargantua i Pantagruel w jednej osobie. Pożerający i pochłaniający. Ten, który zaćmiewa wszystko i wszystkich swoim powrotem na jedną z prestiżowych amerykańskich uczelni, by wzniecić iskry i rozpalić ogniska zasiedziałych studentów. Z założenia wykorzeniony, bo nie przynależy nigdzie. Bez rodziny, bez wspomnień. On po prostu jest i żyje. Legendarny. Krążą o nim plotki, niesamowite opowieści, naznaczone obłędem. Ktoś mówi, że zginął na szlakach północy, ktoś inny, że dołączył do meksykańskiego kartelu narkotykowego. Z wyglądu i z zachowania zdaje się być pierwotny, dziki i nieokrzesany na otaczającym go uniwersyteckim tle. Jak rozszalały jaskiniowiec przybywa, by obżerać się, opijać i pieprzyć, co wpadnie mu w ręce. Podlega popędom, jest męski, jakiś taki zwierzęcy. Patrzy, obserwuje, a czytelnik razem z nim widzi to wszystko jak przez szkło powiększające. Z perspektywy, jak na haju, gdzie przed oczami kotłują się mieniące obrazy. Jawi się jako zdeprawowany, bo jest szczery aż do bólu, aż do przesady. A jednak zdaje się jak najbardziej prawdziwy.

Paps, jak nazywają go przyjaciele, okazuje się wciąż poszukiwać własnej duszy. A szuka jej dosłownie wszędzie. Dzięki temu udaje mu się wyciągać ze społecznych trzewi absurdy codzienności. Groteskę wykreowanego sztucznie życia uniwersyteckiego kampusu, na którym nikt do końca nie jest pewny o co tak naprawdę chodzi. Rodzi się jakaś pseudo-seksualna rewolucja, jakaś taka pseudo-walka o prawa kobiet, która donikąd nie prowadzi. Przewijają się nazwy, imiona kwiatów, ptaków i dziewcząt, idee równości i braterstwa, jak to w każdej rewolucji. Ma być feminizm, a wychodzi bokami szowinizm. Ma być bunt, a pozostaje jedynie idea. Chłopaki w obcisłych golfach i modnych fryzurach chcą burzyć konserwatywny porządek, ale za pieniądze rodziców.  Tak radykalnie. Tak rewolucyjnie. Dzieciaki, zblazowane, szukające akceptacji wydają się bawić w dorosłych, ustanawiając nowe prawa wszechświata, wciągając halucynogeny i inne psychodeliki, byle zapomnieć, że za chwilę moment, gdy opuszczą mury prestiżowej uczelni, zajmą miejsca w korporacjach swoich ojców. Dziewczyny bez staników, które w weekendy i święta układają włosy, zakrywają piersi i pędzą do mamuś i tatusiów udawać świętoszki. To taki bunt, ale w karbach tradycji. Zdystansowany wobec problemów reszty świata. Rodząca się rewolucja na Kubie kusi, ale lepiej trzymać się od niej z dala, bo pięknymi słowami nie cofnie się kuli karabinów.

I w tym wszystkim siedzi Gnossos, który swoją wolność i prawdziwość musi schować do kieszeni i podróżować samotnie. Jak jakiś mityczny Odyseusz po przejściach. Ktoś, kto widział już wiele i raczej nie chce widzieć więcej. Szuka siebie, szuka Jedynej, Absolutnej miłości i jest uroczo naiwny w tych poszukiwaniach. W samotności, gdy umysł ma jako tako trzeźwy, rozmyśla o samobójstwie, szepcze w ciemnościach pieśni do Tanatosa. Tęskni za szczerymi uczuciami i za rodziną. Jest anarchistą wobec systemu nieistotnych wartości, o które chcą walczyć studenci uniwersytetu. On jako jedyny wie, że nie każdą walkę można wygrać transparentami i okrzykami. Jest bojownikiem, ale melancholijnym, pragnącym tego co osiągalne i konkretne, a czego nikt nagle nie potrafi docenić. W powieści Fariñy dużo jest śmiechu, sporo absurdów i wypaczeń, ale spomiędzy narkotycznych wizji, incydentów obżarstwa i seksualnych zabaw wyziera smutek. Potok niespełnionych marzeń i straconych złudzeń. Oczekiwań, których nie da się osiągnąć w takiej rzeczywistości.

„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richarda Fariñy to hymn pochwalny na cześć wolności. Tej prawdziwej, jedynej Wolności przez wielkie „W”, do której od samego początku dążył Paps, a która umykała mu i oddalała się w oczach po powrocie do cywilizacji. On szukał Prawdy, a odnalazł fałsz zakamuflowany pod maskami nic nieznaczących haseł, ślepo powtarzanych frazesów, z których ziała jedynie pustka. Bunt Papsa to bunt przeciw życiu, przeciw światu, który jedynie udaje, że jest czymś zupełnie innym, niż jest naprawdę. Przeciw światu obłudy, w którym bunt staje się częścią chwilowej mody i kończy się tam, gdzie nie spełniają oczekiwania zbuntowanych. Tymczasem sprawiedliwość, równość, braterstwo oraz wszelkie prawa, o które walczą wciąż pozostają jedynie fikcją i przejdą na kolejne pokolenia, które podążą tym samym co ich poprzednicy tropem, by ostatecznie również nie zmienić zbyt wiele. Każda rewolucja pożre w końcu własne dzieci i ich wyolbrzymione idee. I wychodzi na to, że w tym „najwspanialszych kraju na świecie”, miejscu nieograniczonych możliwości, gdzie wolność jest najistotniejszą wartością, tylko jeden człowiek był naprawdę wolny. Wizjoner. Buntownik z wyboru. Poszukiwacz Prawdy. Gnossos Pappadopoulis.

O.

*Za tą wyjątkową powieść dziękuję panu Łukaszowi Urbaniakowi z wydawnictwa Officyna.

BEZSENNE ŚRODY: „Summer People” Shirley Jackson

Bombla_BezsenneSummerPeople

 

„Well, he said again. Never been summer people before, at the lake after Labor Day.”

O tym, że „Piekło to drugi człowiek” pisałam już przy okazji opartej na faktach „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. I tak naprawdę powinnam się powtórzyć, bo to jakże genialne stwierdzenie Jean-Paul Sartre’a pozostaje wciąż aktualne nie tylko jeśli chodzi o rzeczywistość i życie samo w sobie, ale także niezmiennie odnosi się do kolejnych dzieł literatury światowej. Człowiek człowiekowi wilkiem. Człowiek to horror drugiego człowieka. Wiedziała o tym także amerykańska pisarka Shirley Jackson, która z wiekiem pogrążała się w postępującej agorafobii, a swoje lęki i frustracje związane z przebywaniem wśród ludźmi przelewała na papier, tworząc coraz to bardziej przerażające wizje osaczonych bohaterów  – pamiętacie „The Lottery”?  Jednak strach przed innymi, przed obcością, przed niebezpieczeństwami, jaki czają się w drugim człowieku zawarła także między innymi w jednym ze swoich najdoskonalszych opowiadań grozy zatytułowanym „Summer People” (dosł. „Letnicy”). Nie jest to typowa groza, bo po raz kolejny sielankowość otoczenia stwarza pozory bezpieczeństwa. To groza narastająca, nieunikniona, czołgająca się w stronę popadających w obłęd bohaterów.

Gdzieś na północnej amerykańskiej wsi, w rejonie Nowej Anglii, państwo Allisonowie posiadają swój letni domek. To dla nich bardzo wyjątkowe miejsce, za którym tęsknią zawsze, gdy mają powrócić na resztę roku do pędzącego szalonym życiem dużego miasta i codziennych obowiązków szarej rzeczywistości. Na wieś przyjeżdżają co roku już na początku lata, by spędzić letnie miesiące i wyjechać przy pierwszych chłodach, tuż przed Świętem Pracy. Ale tego roku pani Allison wpada na pomysł, by zostać dłużej. Nie są już młodzi, dobiegają sześćdziesiątki, nic ich nie goni i tak naprawdę nie czują potrzeby tak szybkiego powrotu. Malownicza wieś w pełni babiego lata i własny, przytulny domek kuszą, by zostać miesiąc dłużej. I zostają. Pomimo zawoalowanych ostrzeżeń miejscowych, którzy co krok powtarzają, że przecież „Nikt z letników nie zostaje dłużej jak do Święta Pracy”, bądź tych bardziej dosłownych, typu „Sądziłam, że wyjedziecie wcześniej”, itp. Allisonowie nie widzą jednak w tym żadnego problemu (czują się już prawie jak miejscowi) i nie rozumieją, że oni po prostu MUSZĄ wyjechać. Wkrótce jednak przekonają się na własnej skórze, że urocza wieś, tak przyjacielska dla turystów latem, po sezonie może stać się okrutną pułapką, z której nie będzie ucieczki.

Poczucie zagrożenia rodzi się tutaj ze zdania na zdanie, po kawałku, po trochu. Najgorsze jest to, że to czytelnik jako pierwszy zauważa, że w tym natrętnym przekonywaniu do wyjazdu jest coś bardzo nie tak, jak powinno być. Chciałoby się krzyknąć do pani Allison: „Wyjeżdżajcie!”, ale ona nie słucha, bo tak jej się dobrze żyje na wsi. Przecież co roku tu przyjeżdża, przecież ma tutaj tylu „przyjaciół” wśród miejscowych, że sama prawie czuje się jak miejscowa i traktuje nowoprzybyłych z politowaniem. Nie zauważa, że ani ona, ani jej mąż nigdy nie będą „stąd”. Obcość wpisana jest w ich przyjezdność. Są jedynie letnikami, tak jak każdy inny i nic tego nie zmieni. A letnicy przecież, w zgodzie z niepisaną umową, z niepisaną tradycją, wyjeżdżają przed Świętem Pracy, bez względu na pogodę, czy wolny czas. Przeraża ponownie ta wizja małych miasteczek, mieścinek i wsi, w których przybysz z zewnątrz to ofiara z założenia. Te nieszczere uśmiechy, te fałszywe transakcje, ta wymuszona pomoc… Letnia enklawa, która z ostatnimi promieniami słońca zamienia się piekło okrucieństwa.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo już stoją u moich drzwi.

O.

* „Summer People” to kolejna z opowieści na jeden chaps, idealna do śniadania, zakąski, w przerwie w pracy lub w letni wieczór 🙂 Do poczytania bezpośrednio w sieci znajdziecie TUTAJ.

„S.” J.J. Abrams & Doug Dorst

Bombla_S

 

„A person is no more and no less than THE STORY of his passions and deeds.”

Coriolis V.M. Straka

Dzisiaj będzie inaczej. I nie tylko dlatego, że bardziej wizualnie, bardziej zdjęciowo, ale dlatego, że bardziej osobiście. O wiele bardziej emocjonalnie i ekscytująco. Bo  jak się tu nie ekscytować niezdrowo, kiedy natrafi się na tak wspaniałego Dużego Buka, że jedynie milimetrów brakuje mu do prawdziwej wielkości? No właśnie. Tak więc nie ma się co dziwić mojemu dzisiejszemu rozstrojowi i chwilowemu odejściu od bardziej formalnego stylu pisania, którym operuję na co dzień. Nie martwcie się, to tylko tak dzisiaj, przy poniedziałku, po bogatych w emocje dwóch tygodniach, jakie spędziłam na intensywnej lekturze.

Ale od początku. Istnieją książki, które tak po prostu się czyta, podczytuje, od czasu do czasu, chrupie jak przekąskę. Nie wnoszą specjalnie zbyt wiele do literackiego świata, ale stanowią doskonały przerywnik w lekturach bardziej wymagających, a lekkością i minimalną kalorycznością tylko urozmaicają jadłospis. Istnieją również książki, które intrygują, wciągają i zmuszają czytelnika do porządnej refleksji, zostając z nami na dłużej, a przynajmniej na jakiś czas. I w końcu, istnieją książki takie, które powalają na kolana, zwalają z nóg i podcinają ścięgna emocjonalne, stając się z miejsca jednymi z najlepszych z najlepszych, jakie było dane nam poznać. Sami przyznacie, że nie za wiele jest takich buków na świecie, chociaż zdarzając się od czasu do czasu i wtedy nasz świat nawet na chwilę staje na głowie, a myśli wirują i jak w kalejdoskopie tworzą coraz to nowsze i bardziej skomplikowane układy. Coś takiego przytrafiło się właśnie mi za sprawą niezwykłej opowieści, której nawet forma wyznacza niesamowitość.

SS

„S.”. S jak Sekret. S jak odwieczna tajemnica. S jak klucz do istnienia. W geniusz J.J. Abramsa nigdy nie wątpiłam, no może tylko przez moment przy jakimś serialu, by w chwilę później się zreflektować i przyjąć go za pewnik. Ten amerykański reżyser, producent, scenarzysta i tylko on sam wie kto jeszcze, tworzy projekty, których dopracowanie, przenikliwość i rozbudowanie zaskakują mnie od zawsze. Chociaż bywa również, że z części swoich pomysłów musiał rezygnować, ze względu na ich zbyt duże, hm, skomplikowanie. Ale nie w przypadku „S.”. W końcu Abrams, we współpracy z pisarzem Dougiem Dorstem, znaleźli sposób, by stworzyć dzieło doskonałe w przekazie i treści, bez konieczności wycinania, przerabiania i dopasowywania do wymogów popularnej widowni. Bo książka przecież już sama z siebie, jako przekaźnik historii jest wyjątkowa i bardziej elitarna. Czytelnicy godzą się ze wszystkim, co wymaga wysiłku intelektualnego. Podejmują rzucone im wyzwanie i przede wszystkim czytają, po prostu. W „S.” mógł zawrzeć wszystko to, co nie do końca sprawdziłoby się w kinie. Zamknąć opowieść idealną, rozbudowaną, wielowątkową z odpowiednim ładunkiem filozoficznym.

FOT1

Przede wszystkim, a może po pierwsze, „S.” to książka w książce. Czytelnik do ręki dostaje zapieczętowaną okrytą czarną okładką z wytłoczoną wielką literą „S” książkę, która znajduje się wewnątrz. To „Ship of Theseus” (dosł. Statek Tezeusza) autorstwa fikcyjnego, tajemniczego pisarza o nazwisku/pseudonimie V.M. Straka. O jego życiu wiadomo niewiele. Tylko skrawki, oderwane elementy, które nie do końca układają się w całość, a które bardzo powoli zaczną tworzyć pełny życiorys dopiero podczas lektury powieści, zapisków na marginesach i wszystkich dodatków dołączonych do samej książki.

FOT2

Po drugie „S.” to potrójna opowieść. Może to brzmieć skomplikowanie, ale ogarnięcie tej historii, jeśli poświęci się temu trochę czasu, odsłania perfekcyjną mozaikę zależności, tworzącą idealną całość. To historia bohatera „Ship of Theseus”, którego dzieje to wielka podróż w poszukiwaniu swojej tożsamości, którą stracił, a której nie potrafi odnaleźć. Jego historia niejako łączy się z życiem tajemniczego pisarza, jakim był V.M. Straka i tajną organizacją zwaną właśnie „S.”. A na końcu poznajemy ukrytą na marginesach książki współczesną historię rodzącej się miłości i wzajemnej fascynacji pomiędzy  Jen i Erickiem – dwojgiem studentów, zaintrygowanych twórczością V.M. Straki, którzy wikłają się w zagadkę jego życia, rozszyfrowując ją za pomocą samej powieści.

FOT3

Kluczem do zrozumienia tej książki i tym samym pełnego jej wchłonięcia jest już tytuł, czyli „Ship of Theseus”. Nie jest to w żadnym wypadku tytuł przypadkowy. Statek Tezeusza, znany także pod nazwą paradoksu statku Tezeusza to filozoficzny problem, który stawia pytanie o tożsamość danego obiektu. Wszystko zaczęło się od mitologicznego statku, sztandarowej jednostki greckiej, która po każdej potyczce była odbudowywana, rozbudowywana i ulepszana, a jej załoga wymieniana i uzupełniania. W związku z tym Plutarch zadał pytanie, czy to jest wciąż ten sam statek, co na początku, czy już zupełnie inny? W kategoriach życia i filozoficznych odniesień pytanie brzmi – czy człowiek może dowolnie zmienić swoją tożsamość, czy jego przeszłość już na zawsze wpisana jest w jego byt i tym samym to ona kształtuje go ciągle od nowa? Czy można stać się kimś innym? Zupełnie nowym? Wybrać samemu kim chcemy być?

„It is entirely possible, S. realizes, and in fact seems quite likely, that not one plank or hatch or cleat or peg or bolt or nail or orpe remains from the night he was first taken aboard. And yet: this is the ship.”

 W odniesieniu do „S.” i „Ship of Theseus” chodzi o głównego bohatera powieści V.M. Straki, który pewnego dnia budzi się nie pamiętając kim jest, jak ma na imię i jak znalazł się w tym konkretnym miejscu i czasie. Wkrótce zostaje uprowadzony na dziwny statek, którego załoga nie ma imion, nie ma kapitana i nie podlega żadnym konkretnym rozkazom. Porozumiewają się za pomocą specyficznych gwizdów, bo każdy z nich ma… zaszyte czarną nicią usta. Na statku czas płynie zupełnie inaczej niż na lądzie. A sam statek za każdym razem wygląda trochę inaczej, załoga zmienia się i wymienia, a nasz bohater powoli odkrywa tajemnice jednostki i cel, do którego zmierza. W międzyczasie dane jest mu, krok po kroku, odkrywać swoją przeszłość i konspirację, w którą został uwikłany przed laty, a która dotyczy sekretnej organizacji „S.”. Kim był? Kim jest? Czego lub kogo szukał? Kogo kochał? Czego pragnie?

„More than anything, he wants to see something familiar, something that connects him, however tenuously, to the world he must have known before he lost his memory, his identity, himself.”

Paradoks statku Tezeusza dotyka także Jen i Ericka, którzy odkrywając przed sobą nawzajem kolejne prawdy o sobie, czy dzieląc się sekretami, z czasem zauważają, że nie są już tymi samymi ludźmi, jakimi byli na początku, kiedy się poznali. Zmieniły się ich priorytety, pasje, plany na przyszłość. Kolejne karty ukazują codzienne dramaty, zmagania się z życiem, które układa się zupełnie inaczej, niż myśleli, że się ułoży. Odkrywają, że nie inaczej było z samym autorem „Ship of Theseus”, który dawno dawno temu postanowił stać się kimś zupełnie innym, zmienić się i porzucić dotychczasowe życie.

FOT4

I nic więcej nie mogę już Wam zdradzić, moi Drodzy. „S.” to powieść absolutnie wyjątkowa. Czytelnik do ręki dostaje wszystkie elementy potrzebne do rozwikłania zagadki. Każda kolejna strona książki przybliża do sekretów i wciąga w czyjś ukryty świat, który z założenia nie miał być nigdy odnaleziony. „S.” stworzona jest w taki sposób, byśmy mieli poczucie, że książka, która trafia do naszych rąk to właśnie ten jedyny egzemplarz, należący do Ericka i Jen, którzy razem, wspólnie wkroczyli w rzeczywistość Straki i którzy poświęcili się jej bez reszty. Czytelnik jest detektywem, tropicielem, kroczącym śladami zapomnianych opowieści, zaginionych tożsamości, istnień, którzy trwały jedynie poprzez język, pisanie, a które próbując wyłamać się od tradycji, tworzyły nowe układy i pełnie.

„S.” niesie za sobą niesamowite doświadczenie czytelnicze. Wielowymiarowe, wielopoziomowe, przenikające do naszego świata, tym samym bardzo meta. To zagadka sama w sobie, która łączy różne formy wypowiedzi, opowieść nie tylko poprzez książkę jako obiekt, ale jako zbiór ludzkich doświadczeń. „S.” J.J. Abramsa i Douga Dorsta jest po prostu piękna. To jednocześnie jest książka i tak bardzo o wiele więcej niż tylko książka, jeśli wiecie co mam na myśli. To hołd złożony słowu pisanemu. Poza czasem, poza epoką, poza tradycją. Pozostawia po sobie mnóstwo pytań, które warto zadać, zanim będzie za późno.

O.