„Seed” Ania Ahlborn

Bombla_Seed

 

„He knew, firsthand, that the devil was real; he’d seen it with his own two eyes. But he’d never seen God. He’d never felt God. He’d never been helped by God. For all he knew, wickedness was strong enough to exist in a world without good.”

Istnieje takie prostoduszne powiedzenie, że podobno „dzieci nigdy nie kłamią”.  Zawsze mówią prawdę, bo nie są zdolne do oszukiwania z rozmysłem. Z natury są naiwne i bezbronne. Biedne i podatne na negatywne wpływy z zewnątrz, na ponury świat dorosłych, który odbiera im tą założoną z góry niewinność, krzywdząc je tym samym bezpowrotnie. Chciałoby się wierzyć, że tak jest naprawdę, chociaż zdrowy rozsądek i własne wspomnienia negują takie poczciwe myślenie o dziecku. Jednak powiedzmy, idąc tym tokiem myślenia, że jeśli dziecko kłamie, jeśli z premedytacją krzywdzi i cieszy je cierpienie innych, to w takim razie jest z takim dzieckiem coś mocno nie tak. Jakaś dewiacja. Jakaś perwersja. Odchylenie od normy. Dzieje się z nim coś zdecydowanie niedobrego, czemu należy zaradzić od razu, z miejsca, nie ignorując zmian i szybko znajdując rozwiązanie problemu. A co jeśli problem nie jest wcale taki oczywisty? Jeśli wynika z uwarunkowań genetycznych? Jakiejś skazy, rodzinnego piętna, klątwy, która przechodzi z pokolenia na pokolenie?

O terrorze i przekształceniu się dziecka w potwora opowiada Ania Ahlborn w powieści zatytułowanej „Seed”. Jest coś przerażającego w dziecku, które z dnia na dzień staje się kimś innym. Kimś, kogo jego najbliżsi już nie potrafią rozpoznać. Ból, cierpienie, bezdenny strach rodzi  się tak nagle, że rodziny rozpadają się w oka mgnieniu, nie potrafiąc zrozumieć co się dzieje. Wypierają prawdę, nie mogąc pogodzić się ze smutną rzeczywistością. Czasami taka zmiana przychodzi z czasem, czai się w dziecku i wraz z nim rośnie, by w końcu wyjrzeć na światło dzienne. A czasami przydarza się coś tak silnie wpływającego na umysł dziecka, że przekształcenie zachodzi od razu, a organizm potrzebuje zaledwie chwili, by się przystosować. Takim wydarzeniem może być na przykład wypadek. W środku nocy. W sercu bagiennej Luizjany, gdzie ciemność jest ciemniejsza niż gdziekolwiek indziej, a wody w bayou bulgoczą cicho.

Rodzina Winterów, powraca do domu po uroczym urodzinowym dniu najmłodszej córeczki. Zapadła noc. Oprócz Jacka, który prowadzi bezpiecznie samochód przez mroczne ścieżki wzdłuż bagien, wszystkie trzy kobiety jego życia – żona Aimee, córka Abby i najmłodsza Charlie – smacznie śpią wokół niego. Nagle na drogę wybiega coś, nie-zwierzę, ale też nie-człowiek, co spogląda prosto w oczy Jacka i znika w ciemnościach. Niestety pojawienie się tego czegoś na drodze wymusza w kierowcy automatyczny obrót kierownicy i samochód koziołkuje wzdłuż drogi. Krzyk, płacz, histeria, ale nikomu nic się nie stało. Przynajmniej tak się wszystkim wydaje, bo Charlie również widziała oczy na drodze. I pustkę, którą w sobie kryły. Od tego dnia życie Winterów zamienia się w koszmar. Coś zaczyna się dziać z dziewczynką, a jej zachowanie niebezpiecznie zaczyna przypominać Jackowi jego własne wspomnienia z dzieciństwa, gdy jeszcze mieszkając w Georgii z rodzicami, odnalazł dziwne cmentarzysko wśród drzew, a pewnego dnia poczuł na sobie wzrok tego co czaiło się wśród nagrobków. Teraz to jego najukochańsze dziecko dotyka to, czego on nie potrafił pokonać w przeszłości.

Ania Ahlborn stworzyła opowieść, którą można odbierać na dwa różne sposoby i każdy z nich będzie w pełni uzasadniony.  Z jednej strony, „Seed” można wziąć całkiem dosłownie – dziewczynka została opętana przez demona, tak jak kiedyś opętany został jej ojciec i prawdopodobnie ta makabryczna kronika opętań ciągnie się wstecz, wzdłuż całego drzewa genealogicznego jego rodziny. Z drugiej zaś strony, cień, który krąży nad rodziną Jacka nie ma wcale zbyt wiele wspólnego z nadprzyrodzonym, ale jest po prostu uwarunkowaniem genetycznym, chorobą, która atakuje nagle, poprzedzona traumatycznym wydarzeniem. Losy bohaterów zarysowane są na tyle subtelnie, wszelkie wzmianki i wskazówki są tak dwuznaczne, że właściwie to od czytelnika zależy, którą wersję wydarzeń wybierze. Luizjana jawi się jako kraina, gdzie to co nierealne, nie z tego świata, przenika do rzeczywistości, a zjawiska paranormalne są codziennością jej mieszkańców. Znaleźć można tu voodoo, dziwne pogańskie wierzenia ludzi z bagien, a nad wszystkim czuwa jeden Bóg chrześcijan, którzy krzyżem i modlitwami co niedzielę próbują uchronić się od złego, mając nadzieję, że diabeł nie wyjdzie z otaczających ich drzew.

Całe założenie tej historii wychodzi jednak z jednego podstawowego pytania: „Czy Bój istnieje?” Bóg w tym pytaniu oznacza spersonifikowane dobro, siłę, która swoją mocą potrafi zniszczyć wszelką niegodziwość. Bóg nie przynależy tu do konkretnej religii, czy wierzeń – chodzi o symbol, o podstawę istnienia. Bohaterowie „Seed” zostają skonfrontowani ze złem w czystej postaci, które, na przekór ich logice, wyłania się z tego co najczystsze i pełne radości – z sześcioletniej dziewczynki. To jest jak koszmarna iluzja, jakaś sztuczka dla kochających rodziców, którzy nie potrafią zrozumieć, że dziecko może przekształcić się w sadystę, a nawet w mordercę jeśli zechce. Bo przyznanie się do tej przemiany automatycznie neguje istnienia ostatecznego dobra. Łatwiej jest poszukiwać nadprzyrodzonego, tajemniczej choroby, czy miejscowej traumy. O wiele łatwiej przyjąć założenie, że to chwilowa zmiana i zwykła tabletka, czy szczery uśmiech mogą ją odwrócić. Wypierają psychiczną chorobę, której objawem jest bezkresne okrucieństwo. „Demon” dręczący Charlie jest tym samym „demonem”, który dręczy Jacka. W ich oczach przybiera konkretny kształt i ma konkretny głos. Ojciec i córka są opętani, a przez to ciężko chorzy i nikt nie jest w stanie im pomóc, dopóki oni sami nie zaczną nazywać rzeczy po imieniu.

„Seed” czyta się z zapartym tchem, przy ostro rozjarzonych światłach, tak, by żaden niespokojny, drgający cień nie pojawił się w żadnym kącie. Przemiana Charlie działa na wyobraźnię, włącza czerwone światełko, gdzieś w zakamarkach umysłu. Zmusza do zastanowienia się nad kwestią zła – czy jest wrodzone, czy może nabyte? Tak samo nad kwestią dobra, bo jeśli nie ma konkretnych dowodów, to czy można być dobra pewnym? Ania Ahlborn, której „The Bird Eater” równie przekonująco przeraża realnością wydarzeń, potrafi w jedynie sobie znany sposób wykreować grozę z pozornie niegroźnych sytuacji. Wtłoczyć diabła tam, gdzie wydawałoby się, że nie powinien wcale się pojawić. A po lekturze pozostaje uczucie, że trzeba od czasu zerknąć przez ramię, czy coś nie czai się wśród gałęzi, nie przebiega za drzewami, nie wyczekuje, by dorwać nas w swoje szpony i wciągnąć do królestwa ciemności.

O.

„Londyn NW” Zadie Smith

Bombla_LondynNW

 

„Jest pewien związek między nudą i pragnieniem chaosu. Pomimo tylu różnych masek i póz może nigdy nie przestała chcieć właśnie tego – chaosu.”

Każde większe miasto ma swoje lepsze i gorsze dzielnice. Każde miasto ma swoje blokowiska. Osiedla z wielkiej płyty. Specyficzne enklawy, które reprezentują sobą pełny przekrój miejskich cech. Betonowe krainy, pełne sekretnych miejsc, tajemniczych przejść, kryjówek i niebezpiecznych zaułków, w które lepiej nigdy nie zabłądzić. To takie zamknięte światy, w których odnajdują się tylko ci, którzy do nich przynależą. Ci, którzy tam się wychowywali i spędzili lata wchłaniając ich specyficzną atmosferę. Dzielnice, od których nigdy tak naprawdę nie można się w pełni wyzwolić. Ich charakter przenika do krwiobiegu mieszkańców – slang, kultura, zasady, których należy się trzymać. W takie blokowiska nie zapędzasz się bez potrzeby. Nie kręcisz się i nie rozglądasz. I nie oceniasz nigdy, bo z perspektywy każda opinia wydawać się może raczej niepochlebna. Przestępczość, wzmożona działalność gangów, brak perspektyw… Na pierwszy rzut oka tylko, bo tam gdzie tysiące ludzi żyje razem z dnia na dzień, tam tyle samo miesza się pragnień i marzeń, gdy zgasną światła i nadejdzie noc.

Słodko-gorzki obraz rodowitych mieszkańców jednej z londyńskich dzielnic i ich potrzebę wyzwolenia się z trybów codzienności pokazuje Zadie Smith w swojej najnowszej powieści „Londyn NW”. Londyn NW, czyli North-West London, północno-zachodnia część Londynu – dzielnica blokowisk, w tym fikcyjnego Caldwell, w którym wychowali się bohaterowie snutej przez Smith opowieści. Część miasta wraz z jego tętniącym pulsem, tożsamościowo-rasowym tyglem, w którym kotłują się dziesiątki różnych narodowości świata, podszyta klasyczną brytyjskością, tworzy niezwykłe tło dla opisywanego życia, dramatów i wyborów, jakich zmuszeni są podejmować mieszkający tam ludzie. Jak dawniej u Dickensa, tak dzisiaj u Zadie Smith, miasto i jego konkretny, niemalże autonomiczny kawałek, wraz z typowymi dla siebie problemami, staje się nie tylko tłem dla krzyżujących się ze sobą losów bohaterów powieści, ale czynną częścią miejscowej tożsamości.

Opowieść otwiera Leah Hanwell – rudowłosa młoda kobieta, w której płynie irlandzko-brytyjska krew. Ma trzydzieści pięć lat, wraz ze swoim mężem Michelem, pół-Algierczykiem, pół-Gwadelupczykiem, zajmuje jedno z mieszkań kompleksu NW i jest jedyną białą kobietą w miejscowej fundacji dobroczynnej. Jej życie, po latach szaleństw młodości, eksperymentach seksualno-narkotykowo-politycznych, sunie już spokojnym torem. Zarówno jej mąż, jak i matka wraz z okolicznymi znajomymi wyczekują od Leah, by wkrótce zaszła w ciążę i tym samym tradycyjnie spełniła swoją powinność jako żony i kobiety w ogóle, a także, by mogła już pójść naprzód i swoją pozycją matki dopełnić przeznaczenia. Tylko że Leah wcale matką zostać nie chce. Udając, że „stara” się o dziecko, w sekrecie przed Michelem i wszystkimi wokół, łyka tabletki antykoncepcyjne, a gdy przypadkiem zachodzi w ciążę – po cichu dokonuje aborcji. Trzeci raz w życiu.

Po przeciwnej stronie stoi jej przyjaciółka, dawniej Keisha, dzisiaj Natalie Blake – poważana prawniczka, której udało się „wyrwać” z Caldwell, polepszyć swoją pozycję społeczną i niejako uciec od piętna jakie pozostawia po sobie dzieciństwo spędzone w Londyn NW. Natalie ma super-przystojnego męża z bardzo bogatej rodziny, dwoje uroczych dzieci i własny dom, o którym Leah z Michelem mogą tylko pomarzyć. Natalie nigdy nie miała żadnych poważnych problemów, nie wyróżniała się niczym i po kolei, bezpiecznie, bez wpadki, zaliczyła kolejne poziomy dorosłości. Tak przynajmniej o znienawidzonej przyjaciółce myśli Leah. Bo to jak jest naprawdę dowiadujemy się od samej Keishy/Natalie, o jej wzlotach i upadkach, o życiu w przeświadczeniu o swojej nicości. Natalie walczy ze swoją tożsamością, zmienia się i kamufluje w zależności od tego „jak wiatr zawieje”. Nie potrafi być sobą, bo woli być kimś zupełnie innym, a tak naprawdę nigdy nie próbowała siebie odnaleźć. Do czasu.

Historie Leah i Natalie łączy pozornie wcale niepowiązana historia Felixa Coopera, którego poznajemy dopiero w ostatnim dniu jego życia, a tak naprawdę jedynie kilka godzin przed tragiczną śmiercią. Wiedząc już, że to jego ostatnie chwile (informacja o jego śmierci pojawia się jeszcze zanim poznajemy bohatera) mamy wgląd w intymny świat, który łączy przeszłość i teraźniejszość. Towarzyszymy mu tuż po przebudzeniu, w mieszkaniu ukochanej, podczas wizyty u ojca-narkomana, gdzie wspomina dzieciństwo i młodość, czy w ostatnich momentach w mieszkaniu byłej kochanki, którą żegna, by zacząć nowe, lepsze i odpowiedzialne życie u boku obecnej dziewczyny. To, co go spotyka jest jak najbardziej codzienne, wpisane w otoczenie, w jakim przyszło Felixowi przebywać. To smutne przeznaczenie jest ciemną stroną miasta, mrocznym oddechem ulic, gdzie dobry odruch często bywa opacznie zrozumiany, a gdzie ludzie nieprzyzwyczajeni do uczciwości biorą każdy jej objaw za gest złej woli.

Trzy zupełnie różne postacie, każda z nich połączona całą siecią powiązań, która swoje źródło ma w zapomnianych zaułkach NW. Czas niby płynie, a tak naprawdę zatrzymał się lata wcześniej, bo w NW wszystko stoi. Hasło: stagnacja. Stagnacja pragnień. Stagnacja życia. Wszystko to samo. Od zawsze. Kolejne pokolenia kontynuują egzystencję swoich rodziców, przesiadując na ulicach, handlując narkotykami, zapijając się na śmierć i rodząc rzesze takich samych dzieciaków, które nigdy nie wyjdą poza blokowisko. A komu uda się wyrwać, komu uda się jakoś uciec, ten i tak będzie nosił piętno tamtych miejsc, wyryte w duszy, która nie potrafi się oderwać od korzeni. Bez względu na aspiracje Natalie zawsze w sercu będzie Keishą, Leah wyzwoloną awanturnicą, a Felix chłopakiem, do którego raz uśmiechnęło się szczęście. Zagubieni i odnalezieni bądź straceni już bezpowrotnie. Poszukiwacze chaosu, brutalnego oderwania, które wymusi zmianę i popchnie do innych wymiarów, wykreuje inne losy, zapisze osobne dzieje, w których Caldwell będzie tylko przeszłością. Niczym więcej.

„Londyn NW” spod pióra Zadie Smith jest boleśnie realny. Każda kolejna strona to coraz intensywniejsze poczucie zrozumienia dla każdej z tych postaci. Znając ich początek, o wiele łatwiej zrozumieć ich dalsze losy, pomimo, że są niedokończone, zawieszone w przestrzeni. Leah i Natalie przebijają się przez same siebie, by w końcu dokopać się do prawdy i przyznać się do niej otwarcie. Ściągnąć maski – pokazać swoją prawdziwą twarz. Felix również korzysta z tej szansy, ale wtrąca się przeznaczenie. Przebija się tu rozpacz straconych złudzeń, bezcelowych poszukiwań i zagubionych marzeń. Jest w tym prawdziwość, którą trudno ująć w słowa, a którą opowiedzieć można jedynie obrazami, etiudami z czyjegoś życia. I wtedy w opowieści Leah, Keishy, czy Felixa, nawet na krótką chwilę, odnajdziemy siebie.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Book of Blood” Clive Barker

Bombla_BezsenneBookOfBlood
 

„The dead have highways.
They run, unerring lines of ghost-trains, of dream-carriages, across the wasteland behind our lives, bearing endless traffic of departed souls.”

Dzieciaki miewają różne pomysły. Niestety wiele z tych pomysłów z czasem okazuje się być niekoniecznie mądrymi, a nawet bardziej głupawymi, gdy przemyśli się ich konsekwencje. Jednym z takich wybitnych pomysłów młodości, tak w moim przypadku, jak wielu moich koleżanek i kolegów (chociaż przyznam, że to była raczej domena dziewczyn) było wywoływanie duchów. Ach, oglądało się „Szkołę czarownic”, „Czarownice z Eastwick”, trochę wspomnień Scooby Doo i od razu miało się poczucie, że fajnie byłoby na przykład pogadać nocną porą z Jimem Morrisonem. Był nawet taki moment, gdy w rękach trzymałam tablicę Ouija w jakimś sklepiku na Korsyce, ale na szczęście odłożyłam i zreflektowałam się w porę.

Kiedy wracam myślami do tego momentu zdaję sobie sprawę jak niemądre było moje pragnienie kontaktu ze zmarłymi. Jak naiwne i dziecinne. Bo zmarli nie żartują. Nie mają nic do stracenia i być może krążą gdzieś na ścieżkach pomiędzy światami i czekają na kontakt. Na drzwi do poprzedniego życia, gdzie wszystko było lepsze niż na pozaziemskich szlakach, po których przyszło im podróżować obecnie. A co jeśli jeden z ich najczęściej uczęszczanych szlaków przecina konkretne miejsce w naszej rzeczywistości? O tym przekonali się już niejednokrotnie mieszkańcy kamienicy nr 65 w opowiadaniu Clive’a Barkera „The Book Of Blood”.

Kamienica nr 65 z zewnątrz nie wyróżnia się praktycznie niczym. Ot, jeden z kolejnych podobnych, nieciekawych domów w okolicy. Ale nr 65 jest wyjątkowy. To właśnie przez ten dom przechodzi jedna z największych dróg zmarłych, która sprawia, że dom jest po prostu nawiedzony, a każdy kto w nim przebywa dłuższy czas popada w szaleństwo. Nikt nie wie co takiego wydarzyło się w tym domu, ale z pewnością był to jakiś akt niewyobrażalnego okrucieństwa, który pozostawił po sobie rozpacz i złość. Kamienica 65 obrosła w legendy, a jej paranormalne właściwości postanowiła w końcu sprawdzić specjalna ekipa powołana z mocy Uniwersytetu Essex. Już od trzech tygodni prowadzą badania, a ich młody początkujący medium Simon McNeal nawiązuje niesamowite kontakty ze światem zmarłych. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. To, co wydarzy się niebawem już na zawsze naznaczy wszystkich, którzy zdecydowali wejść na ścieżkę zmarłych w kamienicy nr 65.

„The Book of Blood” to opowiadanie inicjujące. Zapowiedź tego, co odnajdziemy w całym tomie i tomach kolejnych. Odpowiedź na potrzebę poznania świata spoza naszej rzeczywistości. Zerknięcie na drugą stronę, tam, gdzie nie ma już życia, a króluje jedynie śmierć. Clive Barker, z którym zapoznałam się przy lekturze „The Thief of Always”, także i tutaj wtłacza to co niewyjaśnione, obce, z innego czasu i przestrzeni, w naszą codzienność i zwykłą, szarą rzeczywistość. Kamienica 65 to niby tylko zwykły budynek. Dom, który miał dla kogoś stać się bezpiecznym schronieniem, a w zamian okazał się najgorszym koszmarem. Swoisty portal do nicości. Odpowiedź na marzenia wszystkich nakręconych poszukiwaczy duchów i kontaktów z zaświatami. Jeśli nie wiecie co wydarzy się po śmierci – przeczytajcie Księgę Krwi i tam znajdziecie odpowiedź. Pozostaje tylko jedno pytanie: czy wiedza ta  pozwoli Wam spać spokojnie?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo boję się ujrzeć to, czego nie powinnam.

O.

*Opowiadanie pochodzi z pierwszego tomu „Books of Blood” i można je przeczytać na stronie Amazona TUTAJ – wystarczy kliknąć „look inside” i tam znajdziecie pełny tekst 🙂

 

„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick

Bombla_NiezbędnikObserwatorówGwiazd

 

„Robi to, bo jesteś dobrym człowiekiem. Bo łatwo się z tobą przebywa. Bo jesteś, jaki jesteś. Nie stawiasz ludziom żądań i nigdy nie mówisz nic negatywnego. Przenigdy. Tak wielu ludzi wysysa życie ze wszystkich, którzy ich otaczają, ale nie ty. Dajesz ludziom siłę, tylko będąc sobą.”

Każdy z nas miewa takie dni, gdy wszystko wydaje się być czarne, ciemniejsze niż najbardziej bezgwiezdna noc. Nagle znika wszelkie słońce, jakiekolwiek promienie nadziei. Gasną majowe światła i wracają ciągnące się w nieskończoność marce i listopady. Rozciąga się przed oczami bezdenna otchłań, w którą chciałoby się wskoczyć i odpuścić sobie to wszystko. Zapomnieć. Zniknąć. Zacząć od nowa. A w zamian trwamy. Przedzieramy się przez ten bezkres rozpaczy, szukając choćby przebłysku dobra, mignięcia szczęścia tam, gdzie zupełnie go znaleźć nie sposób. Automatycznie wykonujemy kolejne czynności, znika przyjemność z życia, z pracy, z hobby. Wszystko na jakiś czas staje się mozolnym przbijaniem się przez codzienność. Rutyną, która pozwala zapomnieć o dręczącym nas smutku, problemie, który wydaje się być nie do rozwiązania. Czasami taki stan trwa kilka godzin, czasami dni, a czasami całe lata, pożerając człowieka i nie pozwalając mu uwolnić się z odrętwienia.

Taką monotonną egzystencję żywego automatona prowadzi od lat Finley McManus, bohater poruszającej powieści Matthew Quick’a zatytułowanej „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” (org. „Boy 21”). Gdyby historia ta opowiadała dzieje starszego już człowieka, pogrążonego w cierpieniu, u progu życia, możliwe, że o wiele łatwiej byłoby pogodzić się z jego losem. O wiele prościej można by wziąć oddech, zrozumieć sytuację i odpuścić, by biegła swoim torem. Jednak, gdy mowa o nastoletnim chłopaku, niespełna osiemnastoletnim, który dopiero stoi u progu swojego życia i jeszcze nawet nie zanurzył się w pełni w to, co nazywamy prawdziwą dorosłością, a który już zatracił siebie w wewnętrznej rozpaczy, to nie można tego tak po prostu zostawić samemu sobie. Nie można pozostać obojętnym. Nie sposób odwrócić wzroku i zapomnieć. Warto usiąść i wysłuchać jego przepełnionej smutkiem historii, pełnej niewypowiedzianych emocji, zduszonych i szczelnie ukrytych uczuć, na które nie ma miejsca w okrutnym, bezkompromisowym świecie, w jakim przyszło chłopakowi żyć. Nie będzie to przyjemna opowieść. Nie będzie miała do końca optymistycznego zakończenia. Ale zostawi Was spełnionych. Dokładnie tak, jak każda doskonale napisana historia.

Bellmont. Miasto, które wieki temu widziało lepsze czasy, a dzisiaj to dogorywające miejsce, z jednej strony rozrywane na strzępy przez czarne gangi, a z drugiej przez irlandzką mafię. Tak naprawdę nie ma tu lepszych, czy gorszych dzielnic. Jest jak jest. Każda ulica podlega innej części półświatka. Każdy ma jakieś powiązania, a kolejne pokolenia dzieciaków kontynuują tradycję handlu narkotykami, handlu bronią, czy paserstwa i złodziejstwa, w zależności od przynależności do określonej grupy. Bellmont nie jest dla kogoś, kto ma ambicje. Nie jest dla tych, którzy chcą uciec i wyzwolić się z trującego środowiska, które zabija bliskich i niszczy to, co dobre i sprawiedliwe. Miasto wymuszonych praw w panującym bezprawiu. I to właśnie tam dorastać musi Finley, zwany przez wszystkich Białym Królikiem. Czemu? Bo jest jednym z nielicznych białych dzieciaków w szkole, a jego życie w dziwny sposób zaczyna przypominać życie postaci serii powieści Johna Updike’a, zwanego również Królikiem.

Pasją Finleya jest koszykówka. A tak naprawdę to koszykówka jest całym życiem Finleya. Od lat, codziennie i uparcie trenuje, należy do drużyny i na swoim podwórku ćwiczy rzuty i wsady. Monotonnie, każdego dnia, tak by uciszyć tłoczące się w głowie wspomnienia. Dopinguje go zapracowany ojciec i dziadek, okaleczony przed laty człowiek, którego wolę złamało prawo irlandzkiej mafii. Mama chłopaka nie żyje, ale on nie chce o tym mówić. Ani jego ojciec, ani dziadek. Jedyną kobietą w tej smutnej, rozerwanej rodzinie jest Erin – ukochana dziewczyna i przyjaciółka Finleya, która każdego dnia trenuje z nim, wspiera go i pielęgnuje wspólne plany opuszczenia Bellmont dzięki stypendium zawodników koszykówki. Jednak całe ich ustabilizowane życie rozpada się, gdy w szkole pojawia się nowy uczeń – Russ, który prosi, by nazywać siebie Numerem 21, przybyszem z kosmosu. Trener Finleya prosi go o opiekę nad nowym kolegą i próbę przywrócenia go do rzeczywistości, z której ten uciekł. Dawniej Numer 21 był jednym z najlepiej zapowiadających się zawodników koszykówki młodego pokolenia. Trauma Russa przypomina tę Finleya i obaj chłopcy mają zaprzyjaźnić się, by wspólnymi siłami doprowadzić drużynę do zwycięstwa w rozgrywkach stanowych i tym samym otworzyć sobie drogę do świetlanej przyszłości. Między Białym i Czarnym Królikiem, jak zaczynają nazywać Russa koledzy z drużyny, wywiązuje się niezwykła więź, która być może pozwoli im wyzwolić się z wewnątrz siebie.

Finley i Numer 21 żyją w swoich własnych, bardzo samotnych światach. Każdy z nich przyjął inną maskę, za którą ukrywa uczucia i ogrom cierpienia. Utrata bliskich. Krwawe rozrachunki. Wieczny, niepokonany strach. I milczenie. W Bellmont nie mówi się o mafijnych układach. Nie mówi się o gangsterskich powiązaniach. To naturalny stan rzeczy. Każdy przynależy do swojej grupy i ma się tego trzymać. Przynależność i kontakty przechodzą z pokolenia na pokolenie. Przystosowanie się do zasad to kwestia życia i śmierci. Trzeba trzymać język za zębami. Trzeba robić to, o co poproszą. Przysługa za przysługę. Dorastanie w takim miejscu, gdzie rządzi prawo ulicy to wystarczający dramat. Słowa „lojalność”, „przyjaźń”, czy „miłość”, w dzielnicach zyskują zupełnie nowe znaczenia. Każdy dzień to walka, ale już nie wojna, bo wojny kiedyś się przecież kończą, a walki mogą (i często trwają) w nieskończoność. Nie ma tu miejsca na rozejm. Nie ma miejsca na pokój.

Matthew Quick pokazał w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd” świat, w jakim nikt z nas, czytelników, nie chciałby żyć. Sytuacje, z którymi wolelibyśmy się nigdy nie konfrontować. Wybory, który za nic nie chcielibyśmy podejmować. Jednocześnie, od razu dociera do nas, jak bardzo prawdziwy jest to świat. Jak realistyczne jest Bellmont. Jak bardzo prawdziwa jest sytuacja Finleya, Erin i Russa, a tak naprawdę sytuacja wszystkich bohaterów w powieści. Każdy z nich zostaje postawiony przed swoimi największymi lękami. Odbierane są im marzenia, a plany lgną w gruzach. Jedyne co im zostaje to wartości, których ich środowisko nie uznaje, bądź rozumie opacznie, bo przez lata zyskały tam zdegenerowane znaczenie. Przyjaźń, miłość, rodzina – to jest w życiu naprawdę ważne, gdy świat nagle staje na głowie, a wszystko wydaje się być przeciwko nim. Wspierając i dając sobie nawzajem siłę, pozwalają uwierzyć, że można rozpocząć wszystko od nowa, zamknąć za sobą drzwi przeszłości i odzyskać siebie.

I wtedy, w tej bezkresnej ciemności mogą dostrzec powoli zapalające się delikatne światełka. Ledwo jarzące się, dopiero nabierające mocy. Nie są to jeszcze promienie wschodzącego słońca, bo do świtu daleka droga. Ale dają światło. Wskazują kierunek. Srebrzyste punkty migoczących gwiazd.

O.

Podsumowanie miesiąca: LIPIEC 2014

Bombla_PodsumowanieLIPIEC2014

Minął lipiec. Upalny środek lata, pełen burz, wietnamskich dni (wilgoć wypełnia płuca jak w dżungli)i genialnych książek. Co ciekawe czas mi się jakoś tak rozciągnął w głowie, że zdziwiłam się, jak robiłam podsumowanie – myślałam, że wszystkiego wyszło mniej, a tutaj taka niespodzianka pozytywna. Ale to czasowe zagubienie prawdopodobnie mam przez słońce i nadmierne temperatury, bo nawet teraz, pisząc dla Was ten tekst, siedzę z kubełkiem parującego lodu obok i włączonym wentylatorem. Czekam na jesień, nawet nie wiecie jak bardzo 😀

W lipcu opublikowałam 13 tekstów, w tym 5 Bezsennych Śród (wszystkie teksty z cyklu znajdziecie w zakładce Indeks), a mam już straszne plany na kolejne tygodnie. W tym miesiącu przeczytałam 8 powieści i 3 opowiadania, co oznacza, że tryb czytelniczy jest stały i nad morzem bez zmian 🙂 6 książek było w języku angielskim, jedna po francusku i cztery po polsku. W zestawieniu pojawiły się także (w końcu!) dwa audiobooki. Ogromnie mnie ta różnorodność cieszy i oby tak dalej.

W tym miesiącu przeczytane powieści:

  • „Sycamore Row” John Grisham – kontynuacja „Czasu Zabijania”, czyli powrót do Clanton w Mississippi – do poczytania TUTAJ.
  • „S.” J.J.Abrams & Doug Dorst – EWENEMENT książkowy, nowy DUŻY BUK, prawie WIELKI – do poczytania TUTAJ.
  • „Jądro Ciemności” Joseph Conrad („The Heart of Darkness”) – dżunglowa, wilgotna i malaryczna klasyka, w najlepszym wydaniu – do poczytania TUTAJ.
  • “Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richard Fariña („Been Down So Long it Looks Like Up to Me”) – doskonale zbuntowana powieść z szalonym Papsem – do poczytania TUTAJ.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de Sable”) – jak baśnie Szeherezady, marokański hołd dla tradycji opowieści – do poczytania TUTAJ.
  • “Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson (“Treasure Island”) – jo ho ho i butelka rumu! – do poczytania TUTAJ.
  • “Les adieux à la Reine” Chantal Thomas – ostatnie dni wersalskiego dworu, tuż przed nadciągającą Rewolucją.
  • “Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick (“Boy 21”) – piękna historia o dojrzewaniu i przyjaźni w inności – już w PONIEDZIAŁEK!

Przeczytane opowiadania:

  • “The Legend of Sleepy Hollow” Washington Irving – legenda ożywa w Sennej Kotlinie – do poczytania TUTAJ.
  • „The Summer People” Shirley Jackson – wykluczeni na zawsze – do poczytania TUTAJ.
  • “The Signal-Man” Charles Dickens – przyszłość z wylotu tunelu – do poczytania TUTAJ.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, to w tym miesiącu pojawił się nowy Duży Buk w postaci GENIALNEJ powieści w powieści „S.” autorstwa J.J. Abramsa i Douga Dorsta, której towarzyszyła na blogu foto-recenzja pełna moich prywatnych zachwytów. Do poczytania TUTAJ.

SS

Z życiowych newsów okołoblogowych to: zakończyłam współpracę z portalem Gildia.pl, dla którego od ponad roku pisałam recenzje, jak również zakończyłam współpracę z księgarnią internetową Dybook – obie współprace zakończone w przyjaźni i zrozumieniu 🙂

A teraz news dla Was. Otóż na fanpage’u bloga na Facebooku (Klik! Kilk!) kilka dni temu licznik osób obserwujących wskazał 400! Nawet nie wiecie, jaka to dla mnie radość i zachwyt. Ale żeby to nie było tak, że tylko ja się zachwycam, to dzisiaj wieczorem ogłaszam konkurs. Do zdobycia będzie CUDOWNA powieść Matthew Quick’a  „NIEZBĘDNIK OBSERWATORÓW GWIAZD” (o której na Buku już w poniedziałek!). A już teraz, tutaj wrzucam Wam zadanie do wykonania – a nuż ktoś z Was będzie chciał wziąć udział 😀 Pamiętajcie tylko, że to konkurs facebookowy i wszelkie odpowiedzi wrzucać proszę w komentarze pod info na fanpage’u.

Konkurs01

A teraz czas na bukowe zdobycze! Same piękności do pochwalenia się 🙂

ZESTAW (od góry):

ZESTAWLipiec2014

  • „Kamieniarz” Camilla Lackberg – tym razem tom drugi, bo ta kioskowa edycja była w dwóch częściach.
  • „Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun („L’enfant de sable”) – niezwykła powieść od wydawnictwa Karakter; do poczytania TUTAJ.
  • „Święta noc” Tahar Ben Jelloun („La nuit sacrée”) – kontynuacja „Dziecka piasku” od wydawnictwa Karakter; już wkrótce na Wielkim Buku!
  • „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” Matthew Quick („Boy21”) – tak naprawdę w wersji podwójnej, bo jak zakupiłam, to w tym samym czasie Anita z Book Reviews (dziękuję Kochana!) wysłała już do mnie paczkę z niespodzianką, a tą niespodzianką był właśnie „Niezbędnik…” <3 Tak więc oto jeden egzemplarz będzie do wygrania dla Was 😀
  • „Poradnik pozytywnego myślenia” Matthew Quick („Silver Linings Playbook”) – film był uroczy i jestem ogromnie ciekawa powieści. Wkrótce na Buku!
  • „Kolor jej serca” Barbara Mutch („The Housemaid’s Daughter”) – niespodzianka od Małgosi z Books on my Mind, która zapowiada się cudownie; już wkrótce!
  • „Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova („The Swan Thieves”) – cudna zdobycz z wyprzedaży blogowej u Sylwii z Magicznego Świata Książki, na której można wciąż polować TUTAJ; Kostovej czytałam „Historyka”, pamiętam zachwyt, więc jestem bardzo ciekawa tej powieści; wkrótce na Buku!

W lipcu pojawiło się na moim czytniku sporo ebooków, wiele darmowych lub po dzikiej przecenie, dzięki poleceniu mi przez Martę z LolantaCzyta (dziękuję Kochana!) strony BookBub – Klik! Klik!

ZESTAW (od lewej):

EbookiLIPIEC

  • „Seed” Ania Ahlborn – horror na bagnach Luizjany? Nie mogę się już doczekać 😀
  • „Itsy Bitsy Spider” Willow Rose – rodzinne tajemnice w domu na wyspie to coś na co musiałam się skusić.
  • „Still Life With Murder” P.B. Ryan – zagadka morderstwa w Bostonie końca XIX wieku.
  • „Paradise Lost” John Milton – wspaniała klasyka i wstęp do „Demonologa” Andrew Pypera, na którego zapoluję pewnie jakoś za miesiąc.
  • „Thores Cross: A Yorkshire Ghost Story” Karen Perkins – polowanie na czarownice i inne nawiedzenia, a ja takim tytułom nie odpuszczam.
  • „Regulation 19” P.T. Hylton – sekrety pewnego miasteczka. I to już wystarczy.
  • „The Key to Everything” Alex M. Kimmell – tajemna księga i historia strachu.

I jeszcze wczoraj wieczorem takie dwie cudności na kindlowej promocji nabyłam!

EbookiLIPIEC201402

  • “Wywiad z Wampirem” Anne Rice “Interview with the Vampire” – bo w końcu trzeba poznać ten kultowy cykl.
  • “Wayward Pines: Pines” Blake Crouch – skorzystałam, bo taka promocja i nie mogłam się powstrzymać 😀

Jak sami widzicie całe mnóstwo cudownych książek. Niestety prace nad moją sekretną maszyną do przedłużania doby zostały brutalnie przerwane, gdy grzejące słońce stopiło istotne części składowe. Muszę przeanalizować od nowa plany konstrukcji i przemyśleć wszystko od początku. Jest to dość niefortunna informacja, ale jak wiecie, gdy tylko pojawi się prototyp – dam Wam znać 😀

A w sierpniu wyczekują już na mnie całe bukowe tłumy, między innymi „Londyn NW” Zadie Smith, opowiadania Ernesta Hemingwaya, „Wiele demonów” Jerzego Pilcha i wiele, wiele innych 😀 Czyli godne buki do czytania.

Bo warto czytać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „The Signal-Man” Charles Dickens

Bombla_BezsenneTHESIGNALMAN

 

„Halloa! Below there!”

Gdy rozmyślam o miejscach, które uznać można by z założenia za nawiedzone, z tendencją do zjawisk paranormalnych, to w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy lokacje oczywiste, odizolowane i opuszczone, gdzie ludzie pojawiają się raczej rzadko, albo w bardzo określonym celu lub całkiem przypadkiem, jak cmentarze, ruiny, stare zamczyska, piwnice, opuszczone groty, czy leśne uroczyska. Rzadziej już wpadają w myśli miejsca użyteczności publicznej, gdzie ludzi zawsze jest pełno, a przynajmniej całkiem sporo przewija się ich dziennie i przemierza ścieżki wzdłuż i wszerz, na przykład szpitalne korytarze, lotniskowe poczekalnie, czy perony stacji kolejowych. Za to zupełnie już w takich chwilach nie myślę o miejscach zdawałoby się całkiem zwyczajnych, nietypowych niby, ale jednak normalnych, istniejących po prostu i całkiem neutralnych, czyli torach lub zwyczajnych tunelach przejazdowych, tuż przy chatce dróżnika. A właśnie w takim miejscu pojawia się zjawa w opowiadaniu tytana dziewiętnastowiecznej angielskiej prozy, czyli Charlesa Dickensa, zatytułowanego „The Signal-Man”.

Pewnego mglistego, zimnego dnia narrator opowieści zachodzi podczas spaceru w okolice domku dróżnika, tuż przy wjeździe do pobliskiego tunelu. Zaintrygowany stojącym u dołu nasypu mężczyzną, schodzi i zagaja rozmowę. Dróżnik jednak wydaje się być co najmniej nerwowy, zerka co chwilę w stronę tunelu i palącej się tam lampki. W jego oczach maluje się przerażenie, uciekają mu słowa i myśli, a sam narrator wzmaga w nim poczucie niepewności. Jednak ten nie daje za wygraną i niejako wymusza na dróżniku wyznanie. Umawia się z nim na kolejny wieczór, by nocną porą wysłuchać opowieści o dziwnej zjawie, która podobno pojawia się u ziejącego wylotu tunelu i ostrzega przed mającym się wydarzyć wypadkiem na tej konkretnej kolejowej trasie. Jak dotąd jej „przepowiednie” sprawdzały się co do joty, a w ostatnich dniach duch pojawia się już każdego dnia i macha, usiłując przekazać coś ważnego, dając sygnał na torach. Już wkrótce okaże się przed czym próbował ostrzec biednego dróżnika.

Charles Dickens, w jedynie sobie znany sposób, perfekcyjnie buduje napięcie i tworzy niezapomnianą atmosferę wokół miejsca wydarzeń. Podobnie jak narrator, mamy wrażenie, że zostaliśmy dopuszczeni do wielkiej tajemnicy, jakiegoś niezrozumiałego sekretu, który skrywa tunel i nasyp, a który nie wszyscy są w stanie pojąć zmysłami. Z jednej strony czujemy się zdjęci bezbrzeżnym strachem, a z drugiej – chcemy zobaczyć zarys postaci i poznać zagrożenie. Czuć w tej opowieści Dickensa i ducha jego epoki, której towarzyszyła fascynacja wszystkimi zjawiskami paranormalnymi. Sam autor należał do legendarnego już Klubu Duchów, który istnieje nawet do dziś, a którego członkowie zajmowali się śledzeniem zjaw, przypadków nawiedzeń i niewyjaśnionych obecności. Te niezwykłe fascynacje dostrzec można właśnie w narratorze „The Signal-Man”, który brnie naprzód i zadaje kolejne pytanie, próbując przeniknąć sekret. Jednak czasami to, co niezrozumiałe powinno raczej pozostać w sferze niewypowiedzianego. Lepiej pogodzić się z faktami, zanim zabłyśnie czerwona lampka i już będzie za późno.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę go jak stoi i macha do mnie u wylotu tunelu.

O.

*Opowiadanie „The Signal-Man” znajdziecie w tomie „Three Ghost Stories” dostępnym całkiem za darmo i legalnie, w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Wyspa Skarbów” Robert Luis Stevenson

Bombla_WyspaSkarbów

 

„Jeśli w te wszystkie morskie opowieści,
gdzie chłód, tropiki, przygody i szkwały,
krwawi korsarze i ukryte skarby,
błędny kurs, statek i wyspa się mieści,

jeśli w tę starą bajkę, co do słowa
według zwyczajów dawnych powtórzoną,
dzisiejsza trzeźwa i rozważna młodzież
wsłucha się, jak ja niegdyś, zachwycona

— To niech tak będzie, i dajcie się porwać!”

Piraci na dobre już zadomowili się w popkulturze dziesięciolecia temu, ale dopiero od momentu, gdy nieobliczalny kapitan Sparrow w osobie Johnny’ego Deppa wszedł na pokład Czarnej Perły i zaczął przemierzać karaibskie morza, powrócili na dobre i przejęli wszelkie multimedialne fronty. Pirackie opowieści fascynują brawurą, zarażają awanturniczym duchem i swoistą magią wiecznego życia na morzu. Ożywają z legend Davy Jones, Kapitan Kidd, Blackbeard, Francis Drake, szalony Charles Vane, czy Calico Jack i jego ukochana Anne Bonny, jedna z dwóch znanych korsarek rejonu New Providence. Oni wszyscy i wielu innych, bo pirackie opowieści wpisane są w te o zdobywaniu nieodkrytych, dzikich lądów, odkrywaniu kolejnych pustych miejsc na mapie. Drewniane nogi, bandany, gadające papugi, czy skoczne małpki. I pomyśleć, że to wszystko obróciłoby się w proch zapomnienia, gdyby nie jedna powieść, która zmieniła wszystko.

„Wyspa Skarbów” (org. „Treasure Island”) Roberta Luisa Stevensona z 1881 roku to taki absolutny klasyk, od którego zaczęło się całe pirackie szaleństwo wśród dzieci i młodzieży. Powieść pojawiała się cyklicznie, w odcinkach, w czasopiśmie „Young Folks” i szybko podbiła serca młodych czytelników na całym świecie. Pisarz wybrał co najlepsze kąski z pirackich legend, które od lat krążyły po skolonizowanych ziemiach i międzynarodowych wodach, podkoloryzował postacie, dodał to i owo od siebie, a przede wszystkim – głównym bohaterem powieści zrobił młodego chłopaka, tak typowego dla tamtych czasów, który przeżywa przygodę swojego życia i wyrywa się z okowów zwykłej, szarej codzienności na lądzie. Na naszych oczach ziszcza się sen o tajemniczych skarbach ukrytych na skalistych wyspach w kształcie czaszki. O morskich bitwach, z których tylko najbrutalniejsi uchodzą z życiem. Potyczkach, pojedynkach, pijackich rozróbach w sekretnych przystaniach gorących mórz. W uszach rozbrzmiewają pokładowe pieśni, w powietrzu czuć zapach prochu i galonów rumu.

Świat Jima Hawkinsa staje na głowie, gdy do nadmorskiej gospody, prowadzonej przez ojca chłopaka i jego matkę, wprowadza się stary, zdziczały kapitan, który za swój jedyny bagaż ma wielką, drewnianą skrzynię. Płaci Hawkinsom z góry, złotymi monetami, a jedyne czego żąda to spokój, rum i dochowanie tajemnicy. Kapitan pije często, pije dużo, a gdy ukochany rum krąży w jego żyłach pogrąża się w opowieściach i wspomnieniach morskich przygód. Po okolicach krążą plotki, ktoś coś szepce i przypomina sobie korsarskie historie sprzed lat. Kapitana Flinta i jego zaginiony skarb, sekretną mapę na wyspę, gdzie podobno ukryte są tony złota. Jego kamratów – Billy Bonesa, Długiego Johna Silvera, czy Bena Gunna, którzy pływali z kapitanem Flintem i doprowadzili do rozpadu załogi. A teraz to właśnie Billy Bones ukrywa się w gospodzie i wkrótce na jego trop wpadną ci, którzy od lat go poszukują. Dla Jima będzie to początek wielkiej zmiany i wielkiej przygody.

Gdyby spojrzeć na „Wyspę Skarbów” jedynie z perspektywy czasu, to mogłaby wpaść współczesnym czytelnikom do głowy myśl „Ale co w tym takiego nowatorskiego?”. Otóż, w zasadzie to wszystko w powieści Stevensona jest nowatorskie i spokojnie można napisać, że także kultowe. Dla przykładu, weźmy chociażby sam tradycyjny wizerunek zwykłego pirata, czyli bandana, rozchełstana koszula, wysokie skórzane buty, nóż za pasem i szrama na policzku – w powieści to jeden z wielu, na przykład Izrael Hands.  Tak, ten wizerunek to właśnie wizja Stevensona. Albo postać korsarskiego kapitana, czyli drewniana noga, przepastny kapelusz, brudny płaszcz do kolan, papuga na ramieniu – wypisz, wymaluj Długi John Silver. Albo skały na kształt czaszki, czarna flaga Jolly Roger, czy piracki wyrok śmierci zwany „czarną plamą” – to również Robert Luis Stevenson wprowadził na stałe do kultury popularnej. W opowieści wykorzystał prawdziwe postacie, nazwiska i wydarzenia, dopasował do fabuły tak, by czytelnik sam mógł odszyfrować kolejne wskazówki. Tym samym jego „Wyspa Skarbów” faktycznie kryje w sobie ukryty „skarb” pod postacią skrzętnie pochowanych rzeczywistych faktów, które tylko czekają na odnalezienie.

To, co uderza w powieści Stevensona to nacisk na przeszłość. Fabuła „Wyspy Skarbów” to mniej więcej wiek XVIII, czyli dawne dzieje dla pisarza i jego czytelników. Czuć w tej historii tęsknotę za brawurą, za przygodą, która już pod koniec dziewiętnastego stulecia była praktycznie nie do zrealizowania. Mapa świata nie kryła już przed sobą żadnych tajemnic, jedynie z małymi wyjątkami. Odległe krainy zostały zdobyte, przywództwo na poszczególnych lądach określone i wywalczone. Wody przypisane terytoriom, ludy podbite, a buntownicy wybici, wypędzeni lub osadzeni w więzieniu. O piratach ciepłych karaibskich wód nikt już dawno nie słyszał. Majestatyczne galeony poszły pod siekiery lub pod wodę – zaczęła się epoka stali, pary i postępu nie do zatrzymania. W powieści wybija się spomiędzy rozdziałów chęć ucieczki, powrotu do przeszłości, która nie jawi się już jako okrutne dzieje, czy koszmary o najeźdźcach z morza, ale kusząca myśl o intrygujących awanturnikach, żyjących na przekór prawu, na przekór wciąż jeszcze raczkującemu systemowi. Nawet jeśli podróż na wyspę Flinta to ostatnia taka podróż w ich życiu, a Hispaniola – ostatni statek z czarną banderą.

„Wyspa Skarbów” Stevensona to niezwykła literacka przygoda w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wciąga jak wodne wiry, głęboko w fabularne szaleństwo. Odkrywanie tajemnic Flinta i jego kryjówki, rejs Hispaniolą, perypetie wśród piratów  – wszystko to śledzimy z zapartym tchem, przeżywamy i ekscytujemy się jak dzieciaki ponad sto lat temu. To opowieść doskonała i uniwersalna, bez dwóch zdań. Schemat idealnej awanturniczej powieści na kolejne pokolenia twórców literatury młodzieżowej. A na dodatek czuć w niej te pochowane skrzętnie kawałki prawdy, strzępki morskich opowieści z czasów złotej ery piratów. Aż by się chciało rzucić wszystko, zaciągnąć się na taki zdziczały statek z legendarną załogą, zapomnieć o troskach dnia codziennego i płynąć, hen, aż po horyzont. Złowrogi szum fal, bryza we włosach, skrzek papugi na ramieniu. W głowie marzenie o wielkich skarbach, w dłoniach ster, a z pokładu słychać donośny śpiew: Jo ho ho i butelka rumu!

O.

* Kto czuje się skuszony i ma ochotę przeżyć doskonałą przygodę na morzu to pełną, polską wersję „Wyspy skarbów” odnajdzie na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

„Dziecko piasku” Tahar Ben Jelloun

Bombla_DzieckoPiasku

 

„Czy to przygoda, czy życiowa próba? Rzekłbym, jedno i drugie. Niech ci, którzy chcą wyruszyć ze mną, podniosą prawą dłoń i przysięgną mi wierność. Reszta może odejść ku innym opowieściom, do innych bajarzy. (…) Potrzebuję was. Biorę was na wspólników mojego zamysłu. Kładę was sobie na plecy i niosę na pokład statku. Każda przerwa w podróży będzie przeznaczona na milczenie i namysł. Nie będzie żadnych modlitw, tylko silna wiara.”

Opowieść towarzyszy ludziom od zarania dziejów, praktycznie od zawsze. Tradycja snucia historii jest jednocześnie tak uniwersalna, tak ponadczasowa, że dotyczy wszystkich kultur, tych najstarszych i najmłodszych, ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej. Opowieści tworzą wszyscy. Jest w tym coś niezmiernie pięknego, że pomimo różnic, niesnasek i konfliktów to właśnie dzięki dobrze opowiedzianej historii wszystko może zmienić się na lepsze. Poprzez słowa można wykreować nowe światy, stworzyć nierealne fabuły i fantastyczne scenariusze, można wskrzesić życie lub przekształcić swoje własne zupełnie od nowa. Stać się na chwilę kimś zupełnie innym, kimś nowym, lepszym bądź gorszym w zależności od własnego widzimisię. Tym, kim zawsze pragnęliśmy się stać. Opowieść to nasze sacrum i profanum. Może łamać tabu, może być odpowiedzią na miłość, na strach, na nienawiść, na ból, czy rozpacz. Poprzez język można odrodzić się i zaistnieć od zera, tak, że nikt nigdy nie dowie się prawdy. Chociaż prawda w opowieściach zawsze jest względna. Zawsze jest czyjaś. Dlatego nic nie może tam być pewne. Trzeba spróbować, zanurzyć się w słowa i odkryć prawdę samemu.

O magii opowiadania, niezwykłej mocy słów i tradycji snucia przypowieści opowiada marokański pisarz Tahar Ben Jelloun w swojej niezwykłej powieści z 1985 roku zatytułowanej „Dziecko piasku”. To historia jak żadna inna. Płynna, przelewająca się, przekształcająca się na oczach czytelnika, w uszach słuchaczy niczym piaski otaczającej ją pustyni. Zmienia się z chwili na chwilę, migocze, oślepia i mami, przesypuje słowa i tworzy się wciąż od nowa, jak skomplikowany poemat, jak szept Sheherezady i jej tysiąc jeden arabskich baśni. Tworzy fałszywe tropy, fabularne fatamorgany na horyzoncie, by za chwilę poprowadzić do bezpiecznej oazy i zostawić tam znowu w lodowatą noc zagubionych, niepewnych dalszego ciągu zdarzeń. Słowa są tutaj jak delikatna nić, która łączy kolejne pokolenia, ale też plącze się i zasupłuje, w zależności od krętych zaułków, w które się zapuści, przekazując dalsze losy bohaterów.

Bajarz Si Abdel Malek, snujący swe opowieści wśród słuchaczy marokańskich placów, pragnie podzielić się zdradzoną mu lata wcześniej tajemnicą. To wielki sekret czyjegoś życia. Życia pełnego wstydu, zagubienia i poszukiwania siebie. Życia w ukryciu i wielkim smutku, gdzie niezrozumienie samego siebie spowodowało izolację od świata zewnętrznego. Słuchacze poznają historię Ahmeda zwanego również Zahrą, który przychodzi na świat w konspiracji i kłamstwie. Otóż chłopiec tak naprawdę rodzi się dziewczynką, ale pogrążony w rozpaczy ojciec, któremu do tej pory rodziły się same córki, postanawia sam zmienić koleje losu i ukryć prawdziwą płeć dziecka. Mały Ahmed ma być chłopcem, bo tak i nic już tego nie zmieni. Ani dojrzewające, szczelnie owijane połami dżalabiji ciało, ani niemutujący głos, ani delikatne rysy twarzy. Postanowienie ojca, który za wszelką cenę chciał mieć syna zostaje w pełni zrealizowane i oto jest – ona w nim, on w niej – jedno ciało, dwie siłą rozszczepione tożsamości. Jest sobą i tą inną. Jest sobą i tym innym. Raz Ahmedem, potem Zahrą i znów Ahmedem. Historia życia to niewypowiedziane prawdy, fałszywe maski, a wszystko to prowadzi jedynie na drogę niezaspokojenia i w końcu w otchłanie szaleństwa.

Ahmed zaczyna poznawać siebie dopiero poprzez spisywanie myśli do tajnego pamiętnika, który po latach ma trafić właśnie w ręce bajarza Si Abdel Maleka. Zahra rodzi się z czasem. Wychodzi prosto ze słów przelewanych na papier, by w końcu powstać i stać się prawdziwym ciałem. Ahmed wyzwala ją poprzez opowieść o własnym życiu. Odnajduje swoją tożsamość na kolejnych kartach i jednocześnie odkrywa swoje prawdziwe „ja” w domowym lustrze. Kobieta rodzi się z mężczyzny, a niemożliwe staje się możliwe. Ahmed przekracza siebie, dokonuje transgresji ciała, przenika w głąb uśpionych instynktów i wydobywa na wierzch swoje piersi, biodra, delikatny, kobiecy głos. Tłumiony krzyk, który kumulował się w nim przez lata przenika przez niego. Ahmed, a tak naprawdę już Zahra czuje, że musi się wypowiadać, musi uwolnić swój głos, by oczyścić się ostatecznie. Jej opowieść to swoiste katharsis. Mężczyzna, którym od zawsze była, znika w strumieniach słów, potokach zdań, przeszywającym krzyku, w którym miesza się strach i rozkosz wyzwolenia.

Przez opowieść Ahmeda i opowieść o Ahmedzie snutą przez Si Abdel Maleka i kolejnych bajarzy, którzy przejmują tę historię i tworzą ją od nowa swoimi słowami, przebija się tragiczna w skutkach historia o utraconej i jedynie po części odzyskanej kobiecości w świecie, który kobiecością gardzi. To jakby świat kobiet widziany oczami kobiety przekształconej w mężczyznę, która naraz czuje do swojego ciała niechęć i naturalną miłość. Trafia do tego co pomiędzy, a co w rzeczywistości muzułmańskiej po prostu nie istnieje. Odrzuca surowe zasady patriarchalnego społeczeństwa, sprzeciwia się boskim prawom, by podjąć się próby walki o prawo do bycia sobą, a którego pozbawiła ją wola ojca tuż po urodzeniu. Ojciec  kreuje Ahmeda w nienawiści do swoich poprzednich córek i pogardzie dla „niemęskiego” domu, jaki przypadł mu w udziale. Wymyśla go i ustnie przekazuje dalej, podaje jak legendę, szeptem, w sekrecie, z ust do ust, jeszcze zanim wymarzony syn pojawia się na świecie. Ahmed jest słowem, bo ze słowa powstaje.

W „Dziecku piasku” słowa bajarza otwierają nowe drzwi, kolejne bramy, za którymi pojawiają się labirynty wąskich uliczek, niosące echo kolejnych wątków, odnóg następnych opowieści snutych przez kolejnych narratorów. Nie można być pewnym, która opowieść jest tą jedyną i prawdziwą. Kto opowiada, a kto słucha. Kto ma władzę na tą historią i gdzie zaczyna się jej źródło. Czy Ahmed/Zahra był jeden? Czy może każdy w tej opowieści odnalazł cząstkę siebie i odtworzył swoje dzieje w losach bohaterów? Jedno jest pewne – to właśnie bajarz prowadzi słuchaczy poprzez opowieść. Jest przewodnikiem w zwodniczych światłach pustyni. Sam dawkuje napięcie, skrada się i znika, by powracać z ciemności i zamykać kolejne opowieści w opowieściach. Jak baśniowa Szeherezada, tak i on przeplata sekretne dzieje, zamyka i otwiera kolejne szkatuły, przepływa między fabułami, zanim ktokolwiek zorientuje się, że to już zupełnie inna historia, zupełnie inna epoka, inny świat. I inna opowieść.

O.

*Za tę magiczną historię dziękuję pani Małgorzacie Szczurek z wydawnictwa Karakter.

BEZSENNE ŚRODY: „Udręka małych dzieci” Stephen King

Bombla_Bezsenne_UdrękaMałychDzieci

 

„Panna Sidley spoglądała chwilę za nimi ze zmarszczonym czołem, myśląc, że w jej czasach dzieci były jednak inne. Nie to, że były uprzejmiejsze – bo na to dzieci nigdy nie mają czasu – czy też że okazywały dorosłym więcej szacunku; teraz dzieci miały w sobie więcej obłudy. Jak nigdy dawniej w obecności starszych pełne są fałszywych uśmiechów i fałszywego spokoju. Okazują rodzaj milczącej pogardy, która smuci i odbiera odwagę. Zupełnie jakby…
Ukrywają się pod maską? Czy o to właśnie chodzi?”

Świat dorosłych to kraina wiecznych problemów. Pewności i niepewności zarazem. Obaw i masy zagadek codzienności do rozwiązania. By połapać się we wszystkim i nie oszaleć dorośli mają swoje stałe, niezmienne prawa, których trzymają się za wszelką cenę. Z dziećmi natomiast sprawa nie jest już tak oczywista. Nic nie jest do końca pewne, nawet jeśli dorosłym wydawać by się mogło, że całkowicie zapanowali nad światem otaczających ich maluchów. A to nie jest prawda. Bo nad wyobraźnią zapanować nie można. Nie może ograniczyć dziecięcych pomysłów, chwilowych idei, które przelatują z prędkością światła przez ich małe główki i nigdy nie wiadomo, co się w związku z nimi wykluje.

Dziecięcy świat ma jeszcze w sobie coś ze starej magii. Tej, która sprawia, że w krzaki pod domem zamieniają się w dżunglę, kryjówka pod stołem w jaskinię piratów, a stary fotel w okręt wojenny dumnie przecinający falę. Magii, która zamienia motyle we wróżki, psy w dzielne wierzchowce, a kamizelkę dziadka w najlepszą zbroję przeciw smokom. Niestety to ta sama magia, która budzi do życia potwory w szafach, demony z cieni i kreatury pożerające dzieci, w swojej tajnej siedzibie pod łóżkiem. Tajemnica. Świat zamknięty szczelnie przed wzrokiem niemal wszystkich dorosłych, do którego już nigdy nie uzyskają dostępu. Czasami jednak zdarza się, że ta magia, szczególnie jej mroczniejsza, okrutniejsza część, przedostaje się i powraca do umysłów co wrażliwszych dorosłych, a ci nie mogąc pogodzić się z jej istnieniem popadają w szaleństwo. Jak na przykład panna Sidley z opowiadania Stephena Kinga „Udręka małych dzieci” (org. „Suffer The Little Children”).

Panna Sidley od lat sprawuje zawód nauczycielki. To jej misja. Jej powołanie. Lata doświadczenia wyrobiły u niej doskonały instynkt. Ma nosa do wychowania kolejnych pokoleń okolicznych dzieciaków. Jest postrachem szkoły pomimo swojej wątłej, delikatnej postury i zapadającego zdrowia. Panna Sidley jest przekonana o swoich metodach nauczania i wie, że doskonale umie zapanować nad każdą grupą uczniów. Ale pewnego dnia przytrafia jej się coś dziwnego. Obserwując klasę, kątem oka dostrzega makabryczną przemianę na twarzy jednego z chłopców. Ułamek sekundy. Coś dziwnego i nienaturalnego wychynęło z jego twarzy i łypnęło fałszywie na pannę Sidley. Od tego dnia nauczycielka zaczyna obserwować, z dnia na dzień robi się bardziej czujna, jej zmysły wyostrzają się i popada w obsesję. Podsycają ją podobne, nawracające epizody. Coś dzieje się z dziećmi w jej szkole. Coś złego, czego nie potrafi zrozumieć.

Jak zwykle Stephen King trafił w sedno, tym razem pokazując, że świat dzieci również może mieć swoje sekrety, ciemne tajemnice, których dorośli nie będę już w stanie pojąć, bo zapomnieli jak to jest być dzieckiem. Powrót do przeszłości nie jest w żadnym wypadku możliwy, a drobne różnice między kolejnymi pokoleniami z upływem czasu zamieniają się w gigantyczną przepaść i nie ma jak ich nadrobić. Niezrozumienie pokoleń w „Udręce małych dzieci” wyolbrzymione jest aż do absurdu. Chociaż może wcale nie jest to historia o tych różnicach? Może to właśnie jest opowieść o tym, co potrafi zamieszkać nawet w małym, pozornie niewinnym dziecku i ni stąd, ni zowąd wypełznąć na światło dzienne, gdy najmniej się tego ktokolwiek z dorosłych mógłby spodziewać? Może lepiej mieć się na baczności i nie zwracać uwagi na te przebłyski obrzydliwe, bo nigdy nie wiadomo, jak to się może dla nas skończyć.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo osacza mnie złowrogi chichot.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Marzenia i Koszmary” (org.”Nightmares and Dreamscapes”) i można je przeczytać w oryginale  TUTAJ.

„Jądro ciemności” Joseph Conrad

Bombla_JądroCiemności

 

“But his soul was mad. Being alone in the wilderness, it had looked within itself and, by heavens I tell you, it had gone mad.”

Wyobraźcie sobie najmroczniejsze miejsce z możliwych. Czarniejsze od najgłębszej czerni. Niby puste, a jednocześnie wypełnione niejako tą pustką. Gęste od kotłujących się w nim uczuć i doznań. Miejsce, przez które swobodnie przelatują najokrutniejsze myśli, przechodzą najbardziej zwyrodniałe idee, przepływają najgorsze wspomnienia i kiełkują najobrzydliwsze pomysły. Kryjówka smutku, nienawiści, czasami rozpaczy, ale częściej zła. Zła rodzącego złowieszczą przemoc. Miejsce w miarę szczelnie odizolowane powłoką wyuczonej bądź wrodzonej moralności, wpojonych zasad, których nie wolno łamać, zakazów i granic, o których przekroczeniu można jedynie pomarzyć. Ale po cichu, w środku, najlepiej w samotności. Nigdy na głos, nigdy wtedy, gdy wiadomo, że ktoś może usłyszeć, żeby za żadne skarby świata nie wydać przerażającej prawdy. Prawdy o naturze człowieka i o tym, co czai się w środku każdego z nas, w najgłębszym jądrze ciemności.

O tej mrocznej stronie każdego człowieka, która w odpowiednich warunkach uwolnić może najgorsze ludzkie instynkty opowiada „Jądro ciemności” Josepha Conrada z 1899 roku. Ta historia nie powstałaby wcale, gdyby nie doświadczenia samego autora, który opisał je, by móc poradzić sobie z traumą, jaką przeżył po wyprawie do belgijskiego Konga. Wyprawa parowcem po kongijskim szlaku kości słoniowej była marzeniem Conrada od lat młodzieńczych. Z pewnością nie spodziewał się napotkać w dżungli horrorów i nieskończonego okrucieństwa, jakich dopuszczali się biali kolonizatorzy względem ludności tubylczej. Rządy króla Leopolda II nad dorzeczem doliny Konga uznawane są przez historyków za jedne z najbardziej drastycznych – gwałty, okaleczanie, oszpecanie, handel niewolnikami, krwawe masowe egzekucje, wyzysk – to tylko nieliczne zbrodnie jakich dopuścili się ludzie pod jego przywództwem, za jego pełnym przyzwoleniem. Dla kolonistów liczył się jedynie zysk. I nic ponadto. A wynik ich pragnień zdobycia władzy ostatecznej i opanowania tego regionu to ponad piętnaście milionów ofiar. Ludobójstwo na masową skalę, którego skutki odczuwane są tam do dziś.

I to właśnie zobaczył na własne oczy Joseph Conrad. Cierpienie i okrucieństwo, o którym nawet niełatwo było napisać. Bo jak usprawiedliwić taki terror? Jak w pełni ogarnąć imperialistyczną myśl, którą kierowali się koloniści, gdy wszelkie namacalne dowody  ukazują jej całkowity absurd? Najlepiej przenikając do samego sedna zła. Pogrążając się w czeluści okrucieństwa, by dotknąć pierwotny zamysł. W taką podróż wybiera się właśnie zupełnie nieświadomy niczego Marlow, który przybywa do Konga, by objąć dowodzenie nad małym parowcem, który ma popłynąć w górę rzeki wraz z zapasem kości słoniowej. Ale już po jego przybyciu do kolonii, w wiosce okazuje się, że jego parowiec zatonął, a on na naprawę ma czekać kilka miesięcy. I siedzi. I czeka. Dostrzega chory świat, w którym zakłamane „królestwo” białego człowieka przejęło władzę nad tubylczymi plemionami. Niewolnicza praca, tortury i głód to chleb codzienny mieszkańców. A wokół nich rozpasani koloniści, którzy bredzą w upale i doszukują się wyrafinowania tam, gdzie z pewnością go nie widać. Przynajmniej w oczach osoby o zdrowych zmysłach.

Podczas pobytu nad rzeką zaczyna wzrastać fascynacja Marlowa pewnym człowiekiem, o którym w dorzeczu krążą jedynie legendy, a który znany jest ze swojej „wielkości” i splendoru myśli. Idealiście i wielkim humaniście, który za schronienie obrał sobie samo serce dżungli i tam rządzi twardą ręką, przejmując kolejne punkty handlu kością słoniową. Nikt do końca nie jest pewny kim tak naprawdę jest, gdyż po przybyciu do Konga Kurtz, tak brzmi jego nazwisko, postanowił stworzyć siebie od nowa. Zyskał kolejną szansę wybicia się ponad innych, dominując nad słabszymi od siebie. Dla jednych to geniusz, dla innych potwór w ludzkiej skórze. Wkrótce Marlow sam przekona się ile prawdy jest w krążących opowieściach i plotkach, a przede wszystkim pozna człowieka, który w środku dzikiej dżungli porzucił wszelkie hamulce, zburzył każdą z możliwych granic, odrzucił moralność i kierując się swoją własną, wynaturzoną filozofią, wykreował miejsce kumulujące wszystko to, co w ludzkiej naturze najgorsze. Teraz leży tam, dotknięty widmem nadchodzącej śmierci, otoczony murem z uciętych głów i dłoni, pielęgnowany przez kobiety z plemion. Szalony wizjoner, który przekroczył siebie, zanurzył się we własnej duszy, a to co tam ujrzał zmieniło go na zawsze.

W mrocznym, mglistym gąszczu afrykańskiej dżungli, tak gęstym, że prawie nie dociera doń światło, zrodził się zamysł, błysnęła iskierka, która wykreowała to, co my naznaczeni już traumą drugiej wojny światowej nazywamy totalitaryzmem. Na odległej stacji, jeden biały człowiek postanowił, że stanie się bogiem, władcą wszechświata, którego prawem jest dawać i odbierać, zabijać i udzielać łaski, karać i samodzielnie stanowić jedyne prawdziwe prawo. Kontrola ponad wszystkim – na rzece, w dżungli, na sąsiednich stacjach – tylko jeden człowiek i jego ambicja. Głodzeni ludzie, polowania, krwawe tłumienie buntów. Przed czujnym okiem Kurtza nie ukryje się nic. Posiada monopol na wszystko i na wszystkich. Swoją ideologię masowego ludobójstwa tubylczej ludności Konga ubiera w piękne słowa, filozoficzne frazesy, z których wylewa się jad, zło w najczystszej postaci. Niemniej, w oczach swoich pobratymców, okolicznych kolonistów, przyjaciół i rodziny, którą zostawił w kraju, Kurtz jawi się jako postać co najmniej magiczna. Czarodziej słów, który hipnotyzuje genialną myślą. A w jej cieniu czai się jedynie strach i śmierć.

„Jądro ciemności” Jospeha Conrada to niezwykła podróż do owładniętej gorączką kości słoniowej doliny Konga, pogrążonej w wiecznej ciemności krainie, gdzie potwór w ludzkiej skórze obrał sobie swoją siedzibę. Z jednej strony to literacki dowód na absurd imperializmu europejskiego i pragnienia dominacji nad „dziką, pierwotną” Afryką, która była zupełnie niezrozumiała dla białych kolonistów. Obnaża hipokryzję, ukazuje rzeczywiste fakty i możliwe wydarzenia tamtej epoki. Z drugiej strony, to historia o narodzinach wielkiego zła. O kolebce potwornej myśli, która z bezdennego mroku wyziera na cienistą dżunglę i tam zbiera swój plon. My, naznaczeni już tragediami XX wieku wiemy, co taka jedna myśl potrafi zrobić. Wiemy już, co wychodzi z mroków duszy człowieka, gdy nikt nie ma nad nim kontroli i w samotności pogrąża się szaleństwie. I nie pozostaje nam nic innego jak spojrzeć znowu w przeszłość i wyszeptać w grozie… horror! horror!

O.

*A kto chciałby poznać szalonego wizjonera Kurtza i dzieło Conrada to znajdzie je zupełnie legalnie, po polsku na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.