„Handlarz ksiąg przeklętych” Marcello Simoni (przedpremierowo!)*

Bombla_HandlarzKsiągPrzeklętych

 

„Dotychczas myślałem, że wszelka księga mówi o rzeczach, ludzkich albo Boskich, które są poza księgami. Teraz zdałem sobie sprawę, że nierzadko księgi mówią o księgach albo jakby ze sobą rozmawiają. W świetle tej refleksji biblioteka wydała mi się jeszcze bardziej niepokojąca. Była więc miejscem długiego i wiekowego szeptania, niedostrzegalnego dialogu między pergaminami, czymś żywym, schronieniem sił, których ludzki umysł nie mógł opanować, skarbcem tajemnic pochodzących z mnóstwa umysłów i żyjących po śmierci tych, którzy je wytworzyli albo uczynili się ich pośrednikami.”

Imię Róży Umberto Eco

Księgi szepczące o księgach, nawiązujące do innych dzieł literatury, intrygujące odniesieniami do tekstów zapomnianych. Wciągające w niekończące się poszukiwania. Snujące opowieści z pogranicza prawdy i starożytnych legend. Księgi, które obiecują historie przeklęte, skrywające sekrety ludzkości, ze wszelkich możliwych dziedzin. Dające nadzieję na zdradzenie tajemnic życia wiecznego, wielkiego bogactwa i na zdobycie wpływów, o których nikomu się jeszcze nie śniło. Na podzielenie się wiedzą, której gruntowne zbadanie zajęłoby niejeden żywot mędrca. Historie o księgach, które stanowią największą pożywkę dla wyobraźni wygłodniałego czytelnika, spragnionego pochłonięcia opowieści, zagłębienia się w nią i rozwiązania zagadek, jakie w sobie kryje.

Opowieść o mitycznej księdze snuje Marcello Simoni w swojej powieści „Handlarz Ksiąg Przeklętych”, pierwszym tomie serii o Ignaciu z Toledo, handlarzu relikwiami i poszukiwaczu sekretnych manuskryptów. Ten wielokrotnie nagradzany autor, były archeolog, mediewista z zamiłowania i znawca Nowego Testamentu, stworzył wyjątkowy historyczny thriller, łączący w sobie zarówno prawdziwe historyczne wydarzenia, jak i niesamowitą opowieść o tajemnej księdze Uter Ventorum, której rozszyfrowanie jakoby pozwala na przywołanie jednego z aniołów. Na poszukiwanie manuskryptu wyrusza wspomniany wyżej Ignacio z Toledo, tytułowy handlarz ksiąg (nie tylko przeklętych) i relikwii, które zdobywa podróżując po wciągniętej w krucjaty Europie i Azji Mniejszej. To właśnie relikwie, szczątki świętych i pozostałości po nich, bijące rekordy popularności w Średniowieczu, są głównym źródłem zarobku i celem bohatera. Jednak od czasu do czasu, dostaje on zlecenie na wyśledzenie jednej z ksiąg zakazanych, mitycznych lub zapomnianych, których miejsce ukrycia pozostaje tajemnicą. Taką właśnie księgą jest Uter Ventorum. Kluczem do niebios i początków wiedzy człowieka, którą jakoby podzielili się aniołowie z legendarnymi magami ze wschodu.

Znalezienie księgi zleca Ignaciowi jeden z weneckich możnych, który pragnie posiąść niebiańską wiedzę dla siebie, nie zdając sobie sprawy, że anielskie sekrety przydałyby się również pewnemu tajnemu stowarzyszeniu, które próbuje skorzystać z okazji politycznych zawirowań i pozyskać sobie nieskończone wpływy w Europie, szczególnie we Włoszech, Francji i Hiszpanii. Należący do niego ludzie to wojownicy, politycy, szlachta, z różnych części świata, połączeni jedną wspólną misją. Są w stanie poświęcić wszystko dla władzy, nie zważając na ofiary i zniszczenia, jakie za sobą zostawiają.  To właśnie oni, okutani w czarne płaszcze i skrywający twarze za potwornymi maskami w kolorze krwi, stają się przekleństwem Ignacia, zagrażając nie tylko jego życiu, ale także jego rodzinie i przyjaciołom. Handlarz relikwiami musi wciąż uciekać, ukrywać się i znikać, gdy tylko podejrzewa, że stowarzyszenie wpadło na jego trop. A trzeba dodać, że swoich szpiegów mają wszędzie, tak na najwyższych stanowiskach kościelnych, jak i politycznych, nie wspominając nawet o podrzędnych wojownikach, tylko czekających na rozkaz.

W chwili otrzymania zlecenia, dla bohaterów rozpoczyna się wyścig z czasem. Uter Ventorum na swych kartach skrywa zbyt cenne tajemnice, by móc tak po prostu być odnalezioną, a człowiek, który ją posiada, podzielił księgę na części i ukrył w różnych częściach Europy. Odnaleźć można ją jedynie rozwiązując zagadki za pomocą specjalnego klucza, opartego na starożytnej wiedzy astronomicznej, matematycznej i kulturowej. Tak się składa, że tylko nieliczni potrafią ten klucz odczytać. Akcja pędzi, Ignacio z Toledo wraz ze swoimi współtowarzyszami wędruje i wciąż się przemieszcza, a w tle wojujące średniowieczne miasta, benedyktyńskie opactwa, zakon templariuszy i walka o jedną prawdziwą wiarę, na wszystkich frontach.

„Handlarz Ksiąg Przeklętych” jest doskonałą lekturą dla wszystkich miłośników książek o książkach. Miłośników opowieści, w których główny wątek opiera się na tajemniczych manuskryptach, księgach legendarnych, mitycznych, takich, których istnienie można dzisiaj jedynie podejrzewać, a na wzmianki o których natykamy się od czasu do czasu, całkiem przypadkiem. Bohaterowie odnajdują na zakurzonych półkach zaginione teksty, od dawien dawna uznane za stracone w mrokach czasu, zarówno te istniejące w rzeczywistości manuskrypty historyczne, jak i te całkiem zmyślone. Doskonałym przykładem jest odnalezienie przez Ignacia na jednej półce jak najbardziej prawdziwej „Libri Mysteriorum” Abu Masara i kultowego już „Necronomiconu” autorstwa szalonego Araba Abdul al-Hazreda, czyli fikcyjnej mrocznej księgi wymyślonej na potrzeby mitologii Cthulhu przez nie kogo innego jak H.P. Lovecrafta. „Handlarz Ksiąg Przeklętych” skrywa także wiele pomniejszych elementów zaczerpniętych ze znanych już opowieści o tajemniczych manuskryptach. Uważny czytelnik u Simoniego odnajdzie nawiązania do klasycznego „Imienia Róży” Umberto Eco, do przebojowego „Kodu Leonarda Da Vinci” Dana Browna, czy „Klubu Dumasa” Arturo Pérez-Reverte.

Międzynarodowe stowarzyszenia, zamaskowani wrogowie, sekrety od pokoleń strzeżone przed wzrokiem niewiernych i przekazywane następcom w największej dyskrecji, tylko dla wtajemniczonych. Alchemiczne nauki, legendarne biblioteki, sekretne przejścia, a także korytarze starych świątyń i europejskich opactw. Do tego świetnie dobrane historyczne tło – brutalny czas krucjat i wojujących po średniowiecznych krainach armii, gdzie dramaty maluczkich mieszają się ze zmianami na światową skalę. A na dokładkę sensacyjny wątek i to poczucie obcowania z utajnioną wiedzą, której trzeba strzec za wszelką cenę. Obiecująco brzmi fakt, że „Handlarz Ksiąg Przeklętych” to pierwsza część trylogii „Handlarza Relikwiami” autorstwa Simoniego, której dwie kolejne książki „La biblioteca perduta dell’alchimista” i „Il labirinto ai confini del mondo” kontynuują dzieje Ignacia z Toledo i wprowadzają nas głębiej w podziemne życie średniowiecznych myślicieli, obiecując więcej historii, jeszcze więcej przygód, a przede wszystkim – więcej ksiąg, pilnie strzegących swych mrocznych tajemnic.

O.

*Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję wydawnictwu Sonia Draga. „Handlarz Ksiąg Przeklętych” pojawi się w księgarniach już na dniach, bo 19 lutego 2014.

Walentynkowa Uczta Miłości 2014

Bombla_UcztaMilosci2014

Ach, ach, ach! Jak romantycznie! Jak różowo! Jak serduszkowo w powietrzu! Walentynkową Ucztę Wielkiego Buka czas rozpocząć! Amorki? Są. Czerwone piórka? Prawie. Miśki, czekoladki  i wszystkie inne atrybuty zakochanych? Są i świecą triumfy na miejskich wystawach. W powietrzu znowu roznosi się zapach szaleństwa i pudrowej tandety, a to nieomylne oznaki, że nadeszło Święto Zakochanych.

Wiem, wiem – wielu z Was z pewnością Walentynkami gardzi, albo co najmniej nie przepada. Powodów na taki stan rzeczy jest z pewnością wiele i nikogo nie oceniam 🙂 Ja natomiast ten uroczy dzień lubię. Jest zabawnie, jest różowo-czerwono i pozytywnie w powietrzu.

W tym roku postanowiłam nie zamęczać Was niepotrzebnie romansidłami przez większość lutego, jak zrobiłam w roku poprzednim, ale w zamian przygotowałam dla Was listę pięciu opowieści o miłości-niemiłości, silnych uczuciach i złamanych sercach, które z pewnością przypadną Wam do gustu. To następne w kolejności buki po absolutnych romantycznych klasykach (TUTAJ), które uwielbiam, i które doskonale sprawdzą się na porządną miłosną lekturę 🙂

Kochanek„Kochanek” Marguerite Duras („L’Amant”)

O pierwszych namiętnościach i rozbudzonych zmysłach w parnym, wietnamskim Sajgonie lat trzydziestych. To jeszcze czasy indochińskich kolonii, tuż przed wojną, zanim Francja utraciła terytorium i wszyscy musieli się ewakuować. Nastoletnia Francuzka nawiązuje gorący, naznaczony perwersją romans z bogatym, dorosłym Chińczykiem. Mało tu uczuć, więcej ciała i budzącej się do życia seksualności. Utrata niewinności, konflikty rodzinne i społeczne, słodko-gorzki smak zakazanego romansu. A wszystko w intensywnym, buzującym, rozerotyzowanym stylu Marguerite Duras. Pozycja obowiązkowa.

KochanicaFrancuza„Kochanica Francuza” John Fowles („The French Lieutenant’s Woman”)

Historia nietypowa, bo o trzech całkowicie różnych zakończeniach, w zależności od nastroju i potrzeb czytelnika. Połowa XIX wieku. Nadmorskie miasteczko na brytyjskim wybrzeżu. To tam, po latach udręki, próbuje ułożyć sobie życie Sarah Woodruff, kobieta wyklęta, o złej sławie tytułowej „kochanicy Francuza”. Tam poznaje ją młody Karol Smithson, którzy przyjeżdża w odwiedziny do narzeczonej. Bezkompromisowa, niezależna i lekko niezrównoważona Sarah przyciąga tego dżentelmena jak magnes, a jej nowoczesna postawa niejako zmusza go do zweryfikowania swoich purytańskich poglądów. Warto poznać.

KochanekLady„Kochanek lady Chatterley” David Herbert Lawrence („Lady Chatterley’s Lover”)

Idealny przepis na intensywny w doznania romans. Ona, Constance Chatterley, jest angielską arystokratką. On, Oliver Mellors – ubogim leśniczym. Ona, odrzucona i psychicznie stłumiona przez kalekiego męża, szuka nowych miłosnych doznań. On nie ma nic przeciwko zalotom delikatnej, wrażliwej kobiety z wyższych sfer. Rozpoczyna się mocno cielesny, zakazany romans, z konfliktem klas w tle.  Powieść swoiście legendarna, spowita mgiełką skandalu, wielokrotnie ulegała przymusowej cenzurze ze względu na swoje otwarte i szczegółowe opisy seksualnych praktyk.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

„Księżna de Clèves” Madame de La Fayette („La princesse de Clèves”)

Dramatyczna opowieść o miłosnym trójkącie, którego… nie było. Piękna, szesnastoletnia panna de Chartres wychodzi za mąż za księcia de Clèves, niestety bez miłości. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew zasadom wpojonym przez matkę, dziewczyna zakochuje się w znanym dworskim kobieciarzu, który ją adoruje. Rozkwita uczucie, które nie powinno w ogóle mieć miejsca, w młodziutkiej księżnej rodzą się wyrzuty sumienia, które prowadzą ją do smutnego zakończenia. Powieść urocza, „wykwintna” – absolutny francuski klasyk.

Rozważna„Rozważna i romantyczna” Jane Austen („Sense and Sensibility”)

Powiedzmy sobie szczerze – nie ma literatury romantycznej bez Jane Austen. To moja trzecia ulubiona powieść autorki (po „Emmie” i „Dumie i uprzedzeniu”). I jak to u tej brytyjskiej pisarki bywa są dwie zupełnie różne siostry, obie na wydaniu, jest książę z bajki, który okazuje się zwykłą żabą, jest poczciwy nieudacznik, który okazuje się tym wymarzonym. Jest pierwsza miłość, małe namiętności, złamane serca, nieporozumienia, magiczne wyznania i masa perypetii, które łączą wszystko idealnie w austenowską całość. Klasyka romansu.

Poniżej, dla przypomnienia i do poczytania, mam też dla Was zeszłoroczne wpisy z cyklu Uczta Miłości Wielkiego Buka 2013:

A mi nie pozostaje nic innego, jak życzyć Wam pięknych chwil z książką w łapkach 🙂

O.

„Annabel Lee” Edgar Allan Poe

Bombla_Podstawa_AnnabelLee

Już jutro Walentynki. Święto miłości. Dzień zakochanych. A dzisiaj, w ramach nietypowej zapowiedzi, małego tematycznego preludium, chciałam się z Wami podzielić jednym z najpiękniejszych utworów o miłości jakie znam. Pióra autora, którego tak bardzo cenię i podziwiam, że nigdy nie potrafię się zebrać, by samej coś o nim napisać. Może tak będzie lepiej? W końcu, kto jak kto, ale on sam, tym jednym wierszem potrafi przekazać więcej niż ja stronicami peanów na jego cześć.

O pierwszej i ostatniej wielkiej miłości. O miłości straconej. Miłości przeklętej. Specjalnie dla Was – „Annabel Lee” Edgara Allana Poe

Annabel Lee

It was many and many a year ago,
In a kingdom by the sea,
That a maiden there lived whom you may know
By the name of ANNABEL LEE;
And this maiden she lived with no other thought
Than to love and be loved by me.

I was a child and she was a child,
In this kingdom by the sea;
But we loved with a love that was more than love-
I and my Annabel Lee;
With a love that the winged seraphs of heaven
Coveted her and me.

And this was the reason that, long ago,
In this kingdom by the sea,
A wind blew out of a cloud, chilling
My beautiful Annabel Lee;
So that her highborn kinsman came
And bore her away from me,
To shut her up in a sepulchre
In this kingdom by the sea.

The angels, not half so happy in heaven,
Went envying her and me-
Yes!- that was the reason (as all men know,
In this kingdom by the sea)
That the wind came out of the cloud by night,
Chilling and killing my Annabel Lee.

But our love it was stronger by far than the love
Of those who were older than we-
Of many far wiser than we-
And neither the angels in heaven above,
Nor the demons down under the sea,
Can ever dissever my soul from the soul
Of the beautiful Annabel Lee.

For the moon never beams without bringing me dreams
Of the beautiful Annabel Lee;
And the stars never rise but I feel the bright eyes
Of the beautiful Annabel Lee;
And so, all the night-tide, I lie down by the side
Of my darling- my darling- my life and my bride,
In the sepulchre there by the sea,
In her tomb by the sounding sea.

Edgar Allan Poe

Do jutra!

O.

„The Golem and The Jinni” Helene Wecker

Bombla_GolemAndJinni

 

„Maybe, she thought as she fastened her cloak, there was some middle ground to be had, a resting place between passion and practicality. She had no idea how they would find it: in all likelihood they’d have to carve it for themselves out of thin air. And any path they chose would not be an easy one. But perhaps she could allow herself to hope.”

The Golem and The Jinni

Nowy York początku XX wieku. Nowy Świat. Nowe życie. Nowa epoka. Kraina wielkich możliwości i wielkich marzeń. Miasto, które nigdy nie śpi, chociaż dopiero co zaczyna porządnie budzić się do życia. Wyjątkowe. Przyciągające setki tysięcy ludzi z najdalszych zakątków planety, by wspólnie stworzyć wyjątkowy kulturowy tygiel, miasto jak żadne inne. Wciąż jeszcze tajemnicze, nieodgadnione, kryjące w swoich ulicach i dzielnicach sekrety, o jakich aż strach myśleć. Codzienność i zwyczajność miesza się tu z zagubioną magią, religie świata łączą się, tworząc nowe kulty i rodząc ich nowych wyznawców. To miasto, które wciąż pulsuje, przekształca się i rośnie, nie dając o sobie zapomnieć. To właśnie w Nowym Yorku nowego stulecia Helene Wecker umieściła fabułę swojej debiutanckiej powieści „The Golem and The Jinni” („Golem i dżin”– w Polsce powieść została podzielona na dwie części), której dwoje nietypowych tytułowych głównych bohaterów całkiem przypadkiem trafia do rodzącej się metropolii i musi nauczyć się, co to znaczy być człowiekiem.

Golemy, jak już kiedyś pisałam przy okazji doskonałej powieści Edwarda Lee (TUTAJ), wyłaniają się z czeluści żydowskiej duchowości, sekretnych kabalistycznych formuł i najgłębiej skrywanych tajemnic o religijnych korzeniach. To istoty stworzone z gliny, uformowane na podobieństwo człowieka i zbudzone do życia przez rytualne słowo. Ich celem jest ciężka praca, pomoc swoim panom i obrona, jeśli przychodzi taka konieczność. Ich naturalnym powołaniem jest służenie innym, wykonywanie rozkazów i ślepe oddanie tym, którzy powołali ich do życia. Golem Chava, której imię z hebrajskiego oznacza „życie”, ma jeszcze jedną wyjątkową cechę, nietypową dla tych tworów – jest kobietą, stworzoną po to, by stać się usłużną żoną i kochanką, przywiązaną na zawsze do swojego męża. Twórca Chavy, mag-pustelnik Yehudah Schaalman, świadczący swoje mroczne, kabalistyczne usługi gdzieś w lasach pod Koninem, nadał jej wszystkie cechy, jakich zażyczył sobie jego klient, tworząc silną, ciekawą świata kobietę, o czystym sercu i potrzebie niesienia pomocy innym. Wraz z jego przypadkową śmiercią stała się golemem wyzwolonym wbrew swojej naturze, a tym sama skazanym na samotność  i konieczność podejmowania wyborów. Przede wszystkim jednak – na wolną wolę i odpowiedzialność.

Z dżinami jest natomiast zupełnie inna kwestia. To istoty duchowe, których naturalnym miejscem jest dodatkowy wymiar zawieszony gdzieś poza tym co widzialne i ludzkie. O ile żywiołem golemów jest ziemia i to co stałe i pewne, to dżiny są istotami stworzonymi z ognia, niosącego ze sobą wieczny pierwiastek życia i wolności. Jednocześnie potrafią przenikać do świata rzeczywistego, fizycznego, jak również operować na granicy świadomości, w krainie snów. Potocznie przyjęło się, że dżiny potrafią spełniać życzenia, jednak nie jest to prawda. Podobnie jak to, że można przywiązać dżina do jednego pana. Udało się to wyłącznie dwóm osobom na świecie, o wielkich magicznych mocach, którzy tajemnymi rytuałami i ofiarami złamali prawdziwą naturę dżina i uwięzili go na zawsze. Takim właśnie dżinem, uwięzionym w ludzkim ciele przez wielkiego czarownika pustyni, jest Ahmad, który pojawia się przypadkiem, po setkach lat przebywania w ciemnościach wieczności. Na ręce nosi żelazną obręcz – symbol jego zniewolenia i zarazem tajemne zaklęcie, które nie pozwala mu wrócić do swojej prawdziwej postaci.

Golemka Chava i dżin Ahmad. Dwoje Innych, tak różnych od siebie, a zarazem tak podobnych. Oboje rzuceni na głęboką wodę, samotni w wielkim mieście u progu największego rozwoju, muszą odnaleźć własną ścieżkę i w jakiś sposób nauczyć się żyć w nieznanych i niedopasowanych do siebie warunkach. Miasto i jego otwarci mieszkańcy, na których składają się rzesze nowo przybyłych imigrantów z całego świata, dają im nowe, wyjątkowe możliwości. Otwierają się przed nimi zupełnie dziewicze ścieżki i kierunki rozwoju, niektóre prowadzące w rejony wbrew ich naturze. Golem i dżin muszą dosłownie stać się ludźmi, by móc wśród ludzi zamieszkać. Chava, której narzuca się rolę podległej, słabej kobiety stanowi zarazem głos rozsądku i tego co trwałe i pewne. Szuka towarzystwa, bo pragnie czuć się potrzebna. Ahmad natomiast, jest żywym wcieleniem namiętności i męskich pragnień. Jako dżin zawsze był wolny, pełen pasji i ciekawości. Nowy York pozwala mu w samotności eksplorować nieznane, ale także naturalnie wpaja konserwatywne zasady i prawa jego mieszkańców.

To właśnie do tych zasad najciężej się przystosować dwóm zagubionym istotom. Golemka słyszy tysiące głosów, wykrzykujących swoje potrzeby i lęki. Do tego operuje niezrównaną siłą. Chava musi wciąż się kontrolować, by nie zdradzić tego kim jest naprawdę. Sama sobie narzuca niewyobrażalną dyscyplinę, karci się i na każdym kroku walczy ze sobą, by przystosować się najlepiej jak potrafi. Chce stać się kobietą. Tak po prostu, móc żyć, jak inni wokół. Dżin nie próbuje nawet pojąć w pełni granic jakie narzuca mu człowieczeństwo. Nie chce się integrować, bo lubił swoją dziką, nieustępliwą i niezależną naturę. Po latach zamknięcia, wreszcie wolny, wypuszcza na zewnątrz wszystkie swoje najskrytsze instynkty. Nocami zwiedza miasto, rozkochuje w sobie młodą dziewczynę, by całkiem przypadkiem znaleźć w końcu kogoś, kto tak jak on jest wyjątkowy. Chava i Ahmad razem stanowią parę jedyną w swoim rodzaju. Wspólnie odkrywają co oznacza człowieczeństwo. Ich wzajemnie kontrastujące natury przyciągają się, by związać tych dwoje wielką przyjaźnią, ponad podziałami i ponad czasem. Okazuje się, że łączy ich więcej niż kiedykolwiek mogli się spodziewać.

Świat czarowników, golemów i dżinów to świat wzniosłych idei, starej magii i bohaterskich czynów, rozłożonych w nieśmiertelności. W czasie, który trwa, wydłuża się i przekształca w nieskończoność. Mijają wieki, mijają całe epoki i millennia, a ich rzeczywistość wciąż jest niezmącona. Świat ludzi natomiast, to świat namiętnej codzienności, wiecznych zmian i płonnych nadziei. Wewnętrznych walk z ustalonymi zasadami i próby zatrzymania czasu chociaż na chwilę. Pragniemy tej nieśmiertelności, wciąż szukamy jej na każdym kroku, by pozostawić po sobie coś małego, chociaż iskierkę nas samych. Ludzie to zmienne istoty, porywane własnymi emocjami, magią chwili, bo przecież wiemy, że już za chwilę, już za moment może być dla nas za późno. I robimy wszystko, by wykorzystać nasze życie aż do cna.

O.

*Za cudną, magiczną powieść dziękuję Goshi – wspaniały prezent :*

„Wołanie kukułki” Robert Galbraith aka J.K. Rowling

Bombla_WołanieKukułki

Zaczęło się całkiem niewinnie. Tak jak setki podobnych historii każdego roku. Niejaki Robert Galbraith napisał powieść. A konkretnie kryminał. Jeden z wielu debiutujących na rynku. Miał niezwykłe szczęście – w kwietniu 2013 roku wydawnictwo Little, Brown and Company, należące do dużej grupy Hachette, zdecydowało się zaryzykować i wydać książkę tego nieznanego brytyjskiego autora. „Wołanie kukułki” („Cuckoo’s Calling”), bo tak brzmiał tytuł powieści, trafiło do księgarń w średniej ilości egzemplarzy, wśród krytyków zebrało umiarkowanie pozytywne recenzje i na jakiś czas zaginęło w tłumie podobnych propozycji literackich. Do czasu. Przypadkowy tweet i dociekliwy redaktor brytyjskiego wydania Sunday Times’a poszedł za tropem i krok po kroku odkrył, że Robert Galbraith dzieli zarówno wydawcę, edytora, jak i agenta z… J.K. Rowling. Porównując style oraz język obojga autorów i dodając do tego swoje odkrycie, postanowił nie czekać, ale od razu zgłosił podejrzenia do samej pisarki. Oczywiście plotki okazały się być prawdziwe i wyszło na jaw, że J.K. Rowling j e s t Robertem Galbraithem. Czy był to jedynie przypadek? Czy może wyrafinowana forma promocji? Jak by nie było, „Wołanie kukułki”, które do tej pory plasowało się na ponad kilkunastotysięcznych miejscach w rankingach sprzedaży, z dnia na dzień wskoczyło na szczyty bestsellerów i utrzymuje się tam do dziś.

„Wołanie kukułki” to pierwszy tom kryminalnej serii brytyjskiej pisarki, zapowiadający cykl, którego głównym bohaterem jest detektyw Cormoran Strike. Cormoran to postać nietypowa na tle popularnych bohaterów innych powieści detektywistycznych. Zaczynając od jego pochodzenia (jest nieślubnym synem gwiazdy rocka), przez trudne dzieciństwo i rodzinną tragedię, po militarną przeszłość i utratę nogi na misji w Afganistanie. Ma dopiero trzydzieści pięć lat i tracąc wszystko to, na czym najbardziej mu zależało, rozpoczyna działalność detektywistyczną. Przypadkiem, do jego biura wkracza nowa, tymczasowa sekretarka­ ­– Robin, a wraz z nią kończą się miesiące zawodowej posuchy. Robin, dla kontrastu, jest zwyczajną, chciałoby się napisać „pracującą dziewczyną”. Świeżo zaręczona, wciąż naiwna życiowo i pozornie szczęśliwa, żyje sobie w swoim małym światku i wydaje jej się, że jedyne o czym marzy, to ustatkowanie się i nudna praca w korporacji. O tym, jak bardzo się myli, przekona się, gdy wraz z Cormoranem rozpocznie prywatne śledztwo w sprawie domniemanego samobójstwa słynnej top modelki Luli Landry.

Zlecenie dostają od brata Luli – Johna Bristowa. Co prawda, policyjne śledztwo zostało już oficjalnie zakończone, a jako przyczynę śmierci podano samobójstwo poprzez rzucenie się z dużej wysokości, ale jej brat nie wierzy, by Lula mogła sama zakończyć swoje życie. Podejrzewa, i posiada częściowe dowody na to, że młodsza siostra została zamordowana i w trzy miesiące po jej tragicznej śmierci ma zamiar rozwiązać tę zagadkę. Już na początku dowiadujemy się, że to właśnie Lula jest tytułową „kukułką”, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Urodziła się w bardzo biednej, ciemnoskórej rodzinie, a w wieku czterech lat została odebrana biologicznej matce, by zaraz zostać oddaną do adopcji. Jej nowi rodzice, bogaci i wpływowi, otworzyli przed nią świat dobrobytu i niezwykłych możliwości. Zjawiskowa dziewczyna już jako nastolatka rozpoczęła karierę modelki, by w kilka lat później stanąć na szczycie. Tylko, że Lula nie pasowała do swojego środowiska. Widzieli to wszyscy znajomi wokół niej i to oni nadali jej nietypowy przydomek Kukułki. Niezbyt dobrze czuła się wśród ludzi należących do najwyższej elity społecznej, którzy potrafili działać jedynie z wyrachowaniem i chłodną kalkulacją. Przytłoczona pracą, sławą i otaczającym ją zakłamaniem, popadła w silną depresję i stała się łatwym celem zarówno dla członków swojej rodziny, jak i wpływowego otoczenia. Tym samym jest zarówno kukułką-podrzutkiem, jak i kukułką-świrem (potocznie „cuckoo” znaczy stuknięty).

Cormoran rozpoczyna śledztwo i im głębiej wnika w życie Luli, tym bardziej zauważa, że ofiara szukała przede wszystkim czegoś prawdziwego, bezpiecznej przystani, kogoś, kto nie będzie chciał jej jedynie wykorzystać i traktować jak maszynkę do robienia pieniędzy. I chociaż sama nie była nigdy świętą, wręcz odwrotnie – postrzegano ją jako wredną i rozpieszczoną osobę, to jednak wciąż próbowała wyrwać się z sieci kłamstw i nic nieznaczącego blichtru. Bo właśnie w śmietance towarzyskiej Londynu, Strike odnajduje jedynie obłudę. Gdy w grę wchodzą fałszywe zagrywki i wielkie pieniądze, nikt nie ma skrupułów, by zniszczyć to, co akurat stoi na drodze. Tacy ludzie czują się w pełni bezpieczni i zupełnie bezkarni, szczelnie ukrywając się za maską pieniędzy i koneksji. Śmierć Luli w żaden sposób nie naruszyła ich obronnych barier, wręcz odwrotnie, jeszcze bardziej je wzmocniła, tworząc nieprzejednany mur pomiędzy dociekliwym detektywem a światem wyższych sfer.

W powieści J.K. Rowling udało się wyjść poza gatunkowe normy i ustalone ramy kryminału. „Wołanie kukułki” to nie tylko morderstwo, śledztwo i związana z nim tajemnica, to nie tylko powieść detektywistyczna, ale przede wszystkim misternie skonstruowana powieść obyczajowa. Autorka pokazała pełny przekrój społeczeństwa Wielkiej Brytanii, od imigrantów i biedoty z nizin, po niedostępne, wpływowe elity. Pokazała pozornie niewidzialne zależności między nimi, różnice i subtelne połączenia, które pozwalają czytelnikowi poznać świat każdego z bohaterów. Osią całości jest ofiara. Lula Landry nie potrafiła znaleźć swojego miejsca w żadnym ze światów. Żyła na granicy, coraz bardziej zanurzając się w domysłach i popadając w paranoję. Nigdzie w pełni nie przynależała. Nie pasowała do nikogo. Była kukułką. Podrzutkiem. Ale przede wszystkim bardzo smutną i samotną dziewczyną, pozującą na niezdobytego anioła. Żyła w rzeczywistości, do której nigdy nie należała, a jedynie została wykreowana na jej potrzeby. „Wołanie kukułki” to jej niedopowiedziana historia, jej sekret i ostatni krzyk, zanim upadła na ziemię.

O.

„Taniec szczęśliwych cieni” Alice Munro

Bombla_TaniecSzczesliwychCieni

 

„… ja zaś czuję, że życie mojego ojca zostaje za nami, razem z kończącym się popołudniem; staje się mroczne i dziwne, podobnie jak otaczający krajobraz, który ma na nie magiczny wpływ i sprawia, że wydaje się przyjazne, zwyczajne i dobrze znane, gdy przyglądamy mu się z bliska, ale kiedy odpływa w dal, zamienia się w coś nieznanego, czego nigdy do końca nie pojmiemy, kryjącego w sobie wszystkie stany pogody i takie głębie, których nie możemy sobie nawet wyobrazić.”

„Komiwojażer Braci Walker” Alice Munro

Jak dobrze, po wszystkich tych intensywnych w doznania, magicznych i straszliwych opowieściach, chociaż na chwilę móc zanurzyć w historie z życia wzięte. Otwarte, swojskie i takie ot, po prostu napisane. A jednak dotykające najczulszych punktów egzystencji, poruszających najdelikatniejsze tematy i jednocześnie tak mocne, a nawet brutalne w słowach. Tak, zdecydowanie przyjemnie jest móc po prostu rozkoszować się nieskomplikowanym językiem, przyjemną fabułą, która dla odmiany nie pędzi na siłę przed siebie, ale po prostu trwa, uchwycona w jednym, konkretnym momencie życia. Powiecie pewnie, że o kobietach pisało wielu i jeszcze pewnie wielu napisze, ale nie ma co ukrywać, że rzadko zdarza się tekst, który uchwyci wszystko to, co najistotniejsze. Magię chwili. Magię dziewczęcości i kobiecości. Jednej pisarce z pewnością się to udało i to tak dobrze, że nawet ostatnio świat ją docenił i otrzymała Nagrodę Nobla.

Alice Munro. Myślałam, że może będzie przegadana. Wypromowana tak bardzo, że aż za bardzo. A jednak. Jak miło się od czasu do czasu pomylić i dać się tak pozytywnie zaskoczyć. Bo powiem Wam, że ta kanadyjska pisarka, „mistrzyni krótkiej formy”, jak podsumowało ją gremium noblowskie, ujęła moje serce i już pierwszym tomem zyskała sobie zachłanną czytelniczkę. Nie przez przypadek zaczęłam moją przygodę z twórczością Munro od „Tańca szczęśliwych cieni”. To pierwszy, debiutancki zbiór opowiadań pisarki, wydany w 1968 roku, ale jak bardzo aktualny, bo przecież w ludzkich uczuciach nic jak dotąd się nie zmieniło. Piętnaście opowiadań, a każde z nich z ładunkiem emocji, jak w najintensywniejszych powieściach.

A wszystko to w subtelnym otoczeniu, na pozór jedynie spokojnym i nie zmąconym żadnymi niepokojami. To inny świat, wyobcowany od tego pełnego zewnętrznego chaosu, społecznych i politycznych przemian, jakie miały miejsce w przełomowym okresie wydania tomu. Tło dla wszystkich opowieści, dramatów większych i mniejszych tworzą kanadyjskie miasteczka, podmiejskie osiedla i przedmieścia. Także farmy, rozległe lasy i jeziora. Każde z tych miejsc mami pozorną sielanką otoczenia. Wodzi czytelnika za nos, dając iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa i harmonii. Nic bardziej mylnego. To świat wspomnień, zapomnianych wrażeń, już raczej przebrzmiały, a jednak w jakiś sposób ponadczasowy. Nie znajdziemy tu krwawych rewolucji, przemocy w dosłownym tego słowa znaczeniu, a jednak coś czai się na bohaterów, nadchodzi jakaś nieodwołalna zmiana.

Każde z tych miejsc w opowieściach Alice Munro skrywa niejedną tajemnicę i staje się świadkiem przełomowych dla bohaterów wydarzeń. Mała dziewczynka towarzyszy ukochanemu ojcu w pracy i całkiem przypadkiem poznaje sekrety jego dawno zapomnianego, poprzedniego życia, beztroskich lat i szczęśliwych chwil jeszcze bez brzemienia rodziny („Komiwojażer Braci Walker”). Na perfekcyjnych przedmieściach, zamieszkałych przez równie perfekcyjne młode pary, stary domek i jego wiekowa już właścicielka nie pasują do wyidealizowanej wizji otoczenia („Piękne domy”). Spełniona pisarka pragnie spokojnego kąta dla siebie i wynajmuje na mieście biuro, by stać się ofiarą bezpodstawnych szykan zarządcy budynku („Biuro”). W małej społeczności matka oskarża córkę, obwiniając o tragiczną śmierć młodszego, niedorozwiniętego brata („Czas umierania”). Na lisiej farmie córce właściciela, dziewczynce pełnej pasji i wiary w swoje umiejętności, zostają uświadomione i narzucone ograniczenia jej płci i niemożność spełniania marzeń („Chłopcy i dziewczynki”).

„Taniec szczęśliwych cieni” jest pełen cichych dramatów i rodzinnych tajemnic. Bohaterki Munro powracają we wspomnieniach do czasów dzieciństwa, młodości, gdzieś do minionych epok, wyciągając z cieni przeszłości to, co pogłębiło ich świadomość o samych sobie. Przywołują zmarnowane lata, swoich bliskich, niewykorzystane szanse kochanków i ich stracone złudzenia po latach porażek. Odkopują stare żale, skrywane głęboko urazy i zazdrości. Na nowo przeżywają pierwsze bolączki dorastania i próbują przypomnieć sobie, jak to było czuć się niewinną, tuż na progu dorosłości. Każda z opowieści to dowód ich walki o tożsamość, o prawdę i o to, kim są w rzeczywistości. Znowu czują ból, wstyd, niepewność tamtych dni. Odgrywają przełomowe momenty swojego życia, te, które ukształtowały ich przyszłe, dorosłe formy. To gorzkie wspomnienia. Nie do końca szczęśliwe. Raczej wyrwane z podświadomości sprawy do ostatecznego rozstrzygnięcia. Bo przecież na bolesne powroty nigdy nie jest za późno.

Proza Alice Munro jest ponadczasowa. Doskonale uniwersalna w swoim przesłaniu i tematyce. Nie można przejść obok tych opowieści obojętnie. Każda z nich jest na swój sposób idealna. Mała bańka wyimaginowanych wspomnień przywołana z otchłani pamięci.  Zawieszona w czasie i przestrzeni. Nieistotna wydaje się być epoka, w jakich się dzieje. Nieistotne przełomowe chwile w jakich została napisana. Będzie tak samo przejrzysta i czytelna za lat sto, jak była pół wieku temu i jak jest czytelna i przejrzysta dzisiaj. Ludzie, ani ich uczucia i emocje się nie zmieniają. Wszystko trwa i ewoluuje, wszystko płynie, ale przeszłość na zawsze pozostanie przeszłością.

O.

Podsumowanie miesiąca – styczeń 2014

Bombla_PodsumowaniStyczen2014Tak sobie ostatnio pomyślałam, że czytelnicy blogów, jak i sami blogerzy, surfujący po odmętach internetu w poszukiwaniu bukowych inspiracji, lubią różnorakie rankingi, zestawienia i podsumowania. Czemu? No nie wiem do końca, ale to pewnie przez ich syntetyczność i łatwość odbioru. Sama lubię podglądać tzw. „stosiki”, chociaż przez usta ani przez palce nie przeszłoby mi nazwanie tak zbioru książek (stos to może być chrustu, albo guzików, ewentualnie na czarownice, ale nie na książki) ;). I w ten sposób doszłam do wniosku, że może ucieszy Was mój pomysł, totalnie nowy dla samego Wielkiego Buka (ale zupełnie nie nowy dla reszty blogosfery), żeby co miesiąc publikować nieduże podsumowanie, bo przecież czemu nie?

Rok 2014 zaczął się dla mnie ekstremalnie bukowo. Nie potrafię nawet zliczyć wszystkich nowych książek, które dołączyły do wiecznie wydłużającej się listy „koniecznie do przeczytania”, ale taka już ewidentnie dola czytaczy absolutnych, uzależnionych od słowa pisanego. Pozostaje ubolewać nad wiecznym brakiem czasu i obserwować portale naukowe, bo może w końcu komuś uda się nagiąć czas i stworzyć dodatkowy wymiar dla książkoholików 😀

Rozpoczęłam nowe wyzwanie na portalu Goodreads (TUTAJ link do mojego profilu) i w tym roku mam w planach przeczytać 85 książek, czyli o dziesięć więcej niż rok temu. Jak na razie idzie mi całkiem nieźle, bo w styczniu przeczytałam dokładnie 9 buków (stron nie liczę, bo na to przyjdzie czas na koniec roku), w tym 4 w oryginale, co oznacza, że jak nad tym pomyślę, to liczba buków polskich i oryginalnych mniej więcej wyrównuje się w moim życiu:

  • „Łabędzi Śpiew” Roberta McCammona tom 1 i 2 (ale liczę je razem, bo to jedna opowieść jest) – do poczytania TUTAJ.
  • „Taniec szczęśliwych cieni” Alice Munro – czyli moje pierwsze spotkanie z prozą noblistki (już niebawem).
  • „Niewidzialny Strażnik” Dolores Redondo – do poczytania TUTAJ.
  • „The Willows” Algernona Blackwooda (w oryginale) – czyli absolutny klasyk literatury grozy (już niebawem).
  • „Myszy i Ludzie” Johna Steinbecka” (w oryginale) – do poczytania TUTAJ.
  • „Sandkings” George’a R.R. Martina (w oryginale) – polecone przez Phila Hornshaw, który co prawda nie czyta po polsku, ale i tak podziękowania mu się należą, bo opowiadanie genialne 🙂
  • „Dom Duchów” Isabel Allende – do poczytania TUTAJ.
  • „Wołanie Kukułki” Robert Galbraith aka J.K. Rowling – oczekuje na publikację na Gildii i już niebawem pojawi się również na Buku.
  • „The Golem and The Jinni” Helen Wecker (wersja pełna, w oryginale) – piękna, metaforyczna opowieść o miłości do człowieczeństwa i ludzkości (już niebawem).

Z początkiem stycznia rozpoczęłam recenzencką współpracę z księgarnią internetową Dybook, z którą, jak widać, łączy nas buczność nazwy, ale nie tylko, bo także wielka miłość do książek i potrzeba promowania dobrej literatury i czytania w ogóle. Pierwszym owocem naszej współpracy jest recenzja „Domu Duchów” Isabel Allende, którą znajdziecie również TUTAJ.

Ekstremalna bukowość wyraża się również w tłumie nowych, nagromadzonych książek, które ni stąd ni zowąd pojawiły się na półkach i stworzyły dwa urocze zestawy:

ZESTAW 1:

Zestaw1

 

  • „Szczęśliwa ziemia” Łukasza Orbitowskiego – propozycja do zrecenzowania od wydawnictwa Sine Qua Non. Myślę, że to dobry pomysł, żeby rozpocząć małe, prywatne wyzwanie literackie, a mianowicie czytać więcej polskiej współczesnej prozy, bo wstyd przyznać, ale nie znam prawie w ogóle.
  • „Dom duchów” Isabel Allende – pierwsza książka do recenzji od księgarni Dybook. Piękny klasyk literatury iberoamerykańskiej i sztandarowe dzieło realizmu magicznego.
  • „The Golem and The Jinni” Helene Wecker – cudny, zaoceaniczny świąteczny prezent od Goshi (dziękuję!). Nawet nie wiecie jaka radość, tym bardziej gdy okazało się, że w Polsce powieść wychodzi w dwóch tomach i trzeba czekać na kontynuację kilka miesięcy.
  • „The Bleeding Edge” Thomasa Pynchona – długo wyczekiwana przeze mnie najnowsza powieść autora i przywieziona dla mnie dzięki niezastąpionej G. 🙂
  • „Transcendental” Jamesa Gunna – świąteczny prezent (co prawda tym razem nie dla mnie), ale dołączył do wspólnej biblioteczki. Genialnie brzmiąca space opera, czyli kosmiczna przygoda na najwyższym poziomie.
  • ZESTAW 2:

    Zestaw2

     

  • „Sourland” Joyce Carol Oates – zbiór opowiadań doskonałej amerykańskiej pisarki, do zrecenzowania dla Gildii Literatury.
  • „Krew Elfów” i „Czas pogardy” Andrzeja Sapkowskiego – czyli WIĘCEJ Wiedźmina!
  • „Człowiek nietoperz” Jo Nesbø – pierwsze spotkanie domostwa z cyklem kryminalnym o Harrym Hole.
  • „Ulubione rzeczy” S.J. Bolton – bo wciągnęła mnie „Karuzela samobójczyń” i muszę poznać początek serii o Lacey Flint.
  • „Wiele demonów” Jerzego Pilcha – pewnie będę się wstydzić, kiedy napiszę, że to moje pierwsze podejście w ogóle do prozy Pilcha. Ale kiedyś trzeba zacząć, a na tę książkę czaiłam się prawie rok.
  • i genialny BONUS, czyli dwa notatniki Moleskine z limitowanej edycji Hobbita! (dla spostrzegawczych – tak, z tyłu widać mini dynię, która czeka na rychłe pożarcie), za który bardzo mocno chcę podziękować Goshi, która zawsze wie, czym mnie zachwycić. O czym Goshia może nie wiedzieć, albo nie zdawać sobie sprawy, to że ja będę chyba żałować cokolwiek w nich zapisywać 😀 Cierpię na przypadłość podziwiania i oczekiwania na „bardzo ważkie zapiski”, ale tym razem (mam nadzieję) przełamię opór i nie będę się tylko w nie wgapiać.

    Notatniki

    I jeszcze coś, o czym zapomniałam napisać w grudniu, a co zalicza się do najpiękniejszych prezentów, jakie sama sobie zrobiłam, kiedykolwiek – na Amazonie, całkiem przypadkiem, za niecałe 3 USD zakupiłam CAŁY, PEŁNY zestaw twórczości Victora Hugo, w ORYGINALE, w wersji elektronicznej, i pisząc cały, mam na myśli CAŁY, prawie 30 000 stron! To był piękny moment, jak wygrać na loterii (autentycznie wzruszyłam się), bo te kilka złotych za cały pisarski dorobek tego genialnego twórcy, do tego po francusku, to jest bezcen. I szok.

    VictorHugo

    A na sam koniec piękne zaskoczenie i zapowiedź bukowego cudeńka. Totalnie przedpremierowo i z dużym wyprzedzeniem, do zrecenzowania dla Gildii Literatury, dostałam recenzencki egzemplarz „Zimowej opowieści” („Winter’s Tale”) Marka Helprina, w wersji elektronicznej, więc poniżej zamieszczam zapowiedź powieści, która po raz pierwszy pojawi się w polskich księgarniach 19 lutego, nakładem wydawnictwa Otwarte. Cieszę się jak dziecko, bo brzmi przeuroczo, a należy do kanonu urban fantasy.

    okladka_HELPRIN.indd

    Teraz tak patrzę, że faktycznie mnóstwo się działo w styczniu 🙂 i oby tak dalej, bo czymś trzeba dokarmiać bukowe obsesje.

    Bo warto czytać.

    O.

    „Łabędzi Śpiew” Robert McCammon

    Bombla_SwanSong

     

    „…Oto jest Belladonna, Pani Skał,
    Pani Okoliczności.
    Tu mężczyzna z trzema pałkami, a tam koło,
    A to jednooki kupiec, a ta karta
    Ślepa, oznacza coś, co niesie na swych plecach,
    Co przede mną zakryte.”
    T.S. Eliot Ziemia Jałowa

    Ludzkość już od początku swojego istnienia snuła opowieści o końcu dziejów. Wielkiej zemście bogów, wszechobecnej śmierci i ostatecznej zagładzie, która zmiecie wszystko i wszystkich z powierzchni ziemi. W wyobraźni następuje wielkie oczyszczenie, rodzi się nowy lepszy świat, a każde nowe życie jest znowu białą kartą. Nic dziwnego, że wizje ostatecznej apokalipsy fascynują i pobudzają wyobraźnię. Koniec takiego świata, jaki znamy. Nagły, nieprzewidywalny, katastroficzny, pełen bólu i cierpienia koniec ludzkości. Śmierć miliardów ludzi. Powodów mogą być setki. Wielka erupcja hiperwulkanu, a wraz z nią nadejście nowej epoki lodowcowej. Wybuchy na słońcu prowadzące do zwiększenia jego aktywności i wielkie globalne ocieplenie. Pożary, potopy, uderzenie asteroidy, która zmieni na zawsze klimat ziemi. Nieokiełznane epidemie ciągle mutujących wirusów. I w końcu wojna atomowa, czyli samozagłada ludzkości.

    Historię upadku świata, wywołanego kolejną wielką wojną światową z zabójczą bronią jądrową, opisał Robert McCammon w swojej gigantycznej, mistrzowskiej powieści zatytułowanej „Łabędzi Śpiew” (tytuł w tym wypadku jest dwuznaczny, bowiem oznacza zarówno „ostatni wysiłek”, czy „ostatnie dzieło”, a jednocześnie odnosi się do imienia najważniejszej z bohaterek – Swan, czyli łabędź.). Czas powstania powieści, druga połowa lat osiemdziesiątych, nie pozostaje bez znaczenia, jeśli chodzi o tematykę utworu. Był to czas niezwykle intensywnych zmian politycznych na świecie, gdy dwie największe potęgi polityczne, czyli Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, zbliżały się do apogeum wyścigu zbrojeń. Wzajemne prowokacje, szpiegowanie, podsycanie niesnasek itp. od lat wywoływały strach przed „komunistycznym wrogiem” w USA, a u Rosjan obawy przed imperializmem „kapitalistycznego Zachodu”. W „Łabędzim Śpiewie” dochodzi do eskalacji tego cichego dotąd konfliktu, który kończy się masowym wzajemnym atakiem i zniszczeniem całego świata.

    Wystarczyło zaledwie kilka chwil, by wszystko obróciło się w proch. Zniknęła cywilizacja jaką znamy, spłonęły miasta, wszystko zrównano z ziemią, a wszelkie życie wyparowało w ułamku sekund. Przeżyć ten kataklizm udało się jedynie nielicznym „szczęśliwcom”, chociaż trudno nawet mówić w ich przypadku o szczęściu. Niemniej, garstka ludzi przeżyła. Dotkliwie poparzeni, napromieniowani i zatruci toksycznymi oparami, ale wciąż żywi. Trzymający się resztek nadziei. Gdy popiół opada, w różnych częściach kraju wychodzą z kryjówek kolejni ocaleni, rozbitkowie na ziemi jałowej. W Nowym Jorku, z zawalonych tuneli metra, wyłania się niegdyś bezdomna, szalona kobieta zwana Siostrą, której tragiczna przeszłość, trauma i wyrzuty sumienia przesłoniły rzeczywistość. Powstaje niczym feniks z popiołów, dostając nowe życie i szansę odkupienia win. Z czeluści zawalonego schronu wychodzi, zagubiony w światach swojej wyobraźni, nastoletni Roland, który w chwilę po kataklizmie wyzwala swoje mroczne alter ego zwane Rycerzem Rolandem i wprowadza krwawe marzenia w czyn. Tym samym staje się doskonałym towarzyszem dla opętanego wojennymi wizjami Pułkownika Macklina i razem ruszają na powierzchnię, by stworzyć Armię Doskonałych. Gdzieś w Kansas, z mroków piwnicy, na wypaloną powierzchnię wychodzi zapaśnik Josh i jego nowa podopieczna – mała, poparzona dziewczynka imieniem Swan. Jeszcze wiele lat minie, by w końcu losy tych ludzi połączyły się w niezwykły sposób.

    Życie ukazane w „Łabędzim Śpiewie” straciło swoją spójność. Po wielkim kataklizmie pewne ustalone granice zostały zatarte. Rzeczywistość łączy się z magią, sfera sacrum wnika w sferę profanum. Po zdewastowanej ziemi zaczynają krążyć anioły i demony w ludzkiej skórze. Zdezorientowani ocaleni, zgodnie ze swoim sumieniem i wewnętrzną intuicją zaczynają się szukać, przegrupowywać i przemieszczać. Nowy świat rodzi się w bólach. Ludzie łapią się każdej deski ratunku, szukają nadziei w najmniej prawdopodobnych miejscach. Każdy z bohaterów jest na swój sposób wyjątkowy. Każdy przeżył wiele, by móc spróbować zacząć swoje życie na nowo, wśród nowych ludzi. Historia nakierowuje ich na nową przyszłość. Każdy z nich dostaje wybór. Zaczyna kreację samego siebie od nowa.

    Ale wybór i tak pozostaje jeden: mogą stanąć albo po stronie dobra albo po stronie zła. I dobro i zło zależne są od wielu czynników, ale najważniejszym z nich jest fakt, że obydwa są spersonifikowane. Wysłannikiem dobra, osobą całkowicie nieświadomą swojej wyjątkowej roli, jest Swan, dziecko o wyjątkowej zdolności przywracania życia na martwej ziemi. Dotyk jej dłoni budzi obumarłe korzonki i przekazuje im płynącą z dobrego serca energię. Wysłannikiem zła jest postać o wiele bardziej skomplikowana, bo nieposiadająca ani konkretnej twarzy, ani konkretnego imienia. To wieczny wędrowiec, ucieleśnienie wszystkiego, co najgorsze. Krąży wokół ludzi z problemami psychicznymi, zachwianych emocjonalnie, zniszczonych przez życie, zagubionych, żądnych zemsty, gwałcicieli i morderców. Widzi nowe możliwości tam, gdzie nie ma już nadziei. Jego jedynym celem jest zniszczenie. Ogólnie pojęta destrukcja, do której sam przykłada rękę, zarażając kolejne ofiary.

    W tym świecie, jak w każdej rzeczywistości post-apokaliptycznej, konfrontacja sił dobra i zła jest nieuchronna. Mieszkańcy nowego świata muszą dokonać wyboru, bo nie mogą współistnieć na tych samych prawach, na jakich koegzystowali wcześniej. Atomowe bomby nie tylko zniszczyły Ziemię, ale podzieliły ludzkość skrajnie i ostatecznie. Jednych kusi ciemność, innych światło. Jednych wojna, drugich pokój. Śmierć staje naprzeciw życia. Zło naprzeciw dobra. To, co pomiędzy, przestaje być ważne, gdy ostatnią wielką bitwą jest bitwa o duszę człowieka i przyszłość ludzkości. A wszystko to na oczach Boga i Szatana. Pozostaje zrobić ostatni wysiłek, wydobyć ostatni dźwięk i postawić jeden właściwy krok ku lepszej przyszłości.

    O.

    *Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 18 stycznia, a którą można przeczytać także TUTAJ.

    „Dom Duchów” Isabel Allende

    Bombla_DomDuchów

     

    „Clara spędziła dzieciństwo i młodość wśród straszydeł i w spokoju milczenia domu, w którym czasu nie odmierzały zegary i gdzie przedmioty żyły własnym życiem, zjawy siadały przy stole i rozmawiały z ludźmi, przeszłość i przyszłość stapiały się w jedną całość, a rzeczywistość teraźniejszości była kalejdoskopem z bezładnych lusterek, w którym wszystko mogło się zdarzyć.”

    „Dom Duchów” Isabel Allende

    W żadnej literaturze na świecie nie istnieje tak silny brak granic pomiędzy tym, co wyobrażone, a tym, co rzeczywiste, jak w literaturze iberoamerykańskiej. Realizm magiczny, który w kulturze Ameryki Południowej ma swoje korzenie, a który wywodzi się z miejscowego folkloru i wrodzonej wręcz wiary w zjawiska nadprzyrodzone, przeniknął do każdej dziedziny sztuki, a przede wszystkim do literatury. Realizm magiczny nie narzuca zasad. Może wydarzyć się dosłownie wszystko, oczywiście w granicach przedstawianego świata.  Dziwne, często niewytłumaczalne wydarzenia z pogranicza magii, przedstawione są ot tak, po prostu, jakby to było coś zwyczajnego. Czas jest pojęciem czysto teoretycznym, a duchy stąpają po ziemi. Na czele tego wyjątkowego gatunku stoją najważniejsze powieści iberoamerykańskie, w tym światowy bestseller i zarazem literacki debiut Isabel Allende – „Dom Duchów”.

    „Dom duchów”, wydany po raz pierwszy w 1982 roku, od razu podbił serca wszystkich miłośników gatunku. I nic dziwnego, bo opowieść Isabel Allende to pełna niesamowitości saga rodu Estebana Trueby, silnego i brutalnego właściciela majątku, który wszystko, co posiada zdobył ciężką, wieloletnią pracą. I chociaż mogłoby się wydawać, że to właśnie jego życie stanowi kanwę całej historii, to jednak nie Esteban jest jej głównym bohaterem. Dzieje rodu opowiedziane są przez otaczające go kobiety, przewijające się z pokolenia na pokolenie przez zbudowany przez Estebana dom. To ich historia, przeżycia i zmagania z codziennością kreują główne wątki. Natomiast tłem są wydarzenia w kraju na przestrzeni lat, podczas tragicznych przemian w kontekście krwawej rewolucji i nastania nowej epoki.

    Przenikające się w „Domu duchów” pierwiastki męskie i kobiece, co prawda współistnieją w jednym wspólnym świecie, w jakiś sposób uzupełniają się, jednak w żadnym wypadku nie współgrają ze sobą. Kobiety i mężczyźni w powieści mijają się nawzajem w codzienności. Nić porozumienia jest bardzo wątła, prawie nieistniejąca. Kobiety w rodzinie Trueba, zaczynając od Clary, przez Blankę i kończąc na Albie, zawieszone są po części w nierealnym świecie przeżyć duchowych i snów, który z nieznanych względów jest nieuchwytny dla ich męskich partnerów. Współistnieją z istotami spoza czasu i przestrzeni, komunikują się z nimi i czytają przyszłość. Co prawda, ani Blanka, ani Alba nie miały tak silnego daru jak Clara, jednak każda z nich żyje podobnie. Te trzy główne kobiece postacie uzupełniane są przez jasnowidzące siostry Mora oraz wszystkie inne poboczne bohaterki, które czują potrzebę dzielenia się swoją siostrzaną miłością ze wszystkimi istotami tej samej płci.

    A mężczyźni? W opowieści Isabel Allende stanowią jedynie wypełnienie pustej przestrzeni wokół bohaterek. I jakby nieistotnym wydaje się być fakt, że narratorem tej opowieści, co kilka rozdziałów, bywa też ojciec rodziny i założyciel rodu – Esteban Trueba. Jego wątek, jego własna historia, to tak naprawdę historia wszystkich jego kobiet. Matki, siostry, pierwszej narzeczonej Rosy, ukochanej Clary, córki Blanki i wnuczki Alby. One wszystkie są jego jasnością (nie przez przypadek wszystkie te imiona są derywatami światłości, czyli tego, co czyste i dobre), dzięki nim udaje mu się trwać. Są światełkiem w tunelu, gdy wszystko inne pogrąża się w okrutnej ciemności i nieodwracalności. Życie z nimi to dla niego cel sam w sobie i zdaje on sobie sprawę, że jego dzieje są nieistotne bez kobiecych opowieści. Niemniej, żadna z nich nie miałaby racji bytu, gdyby nie Esteban Trueba. Jego przyziemność, surowość i brutalność pozwalała równoważyć to kobiece oderwanie od rzeczywistości i ściągać je na ziemię właśnie wtedy, gdy spokój był im najbardziej potrzebny.

    Podobną rolę odgrywają wszyscy męscy bohaterowie partnerujący bohaterkom „Domu duchów”. Pedro Trzeci García, miłość życia Blanki i ojciec Alby, stanowi to, co najpewniejsze na świecie. Podporę, na którą można zawsze liczyć w razie życiowej zawieruchy. Gdy wszystko wokół się wali, przemoc i gwałt siłą wnikają do spokojnego i ustalonego porządku, Blanka i Pedro zawsze mogą na siebie liczyć. Kochają się, pomimo wielkich różnic, jakie ich dzielą. Dla Blanki nie ma miejsca w politycznej działalności Pedra, podobnie jak dla niego nie ma miejsca w ustatkowanym narożnym domu, w którym mieszkają Blanka z Albą. Dokładnie taką samą rolę pełni w życiu Alby Miguel, który przypomina jej ojca. Politycznie zdystansowany, stanowi azyl bezpieczeństwa, nawet wtedy, gdy świat dziewczyny wali się jej na głowę. Przeciwieństwem jest wcielony koszmar Alby, jej wywróżone w dzieciństwie zagrożenie, czyli pułkownik Esteban García. Okrutny i sadystyczny, którego rolą jest zemsta i uświadomienie całemu rodowi Trueba, że lud nigdy nie zapomina.

    Tym samym, w „Domu duchów” na zmianę przenikają się siły dobra, symbolizowane przez mocno związane ze sobą, z tradycją i z przeszłością kobiety oraz siły zła, w których mieści się cały brutalny, krwawy i upolityczniony świat mężczyzn. Bohaterki Allende to boginie ogniska domowego, ciepłego, eterycznego wnętrza, pilnie strzegące sekretów i ukrywające się przed atawistycznymi popędami partnerów. Babki, matki i córki broniące się przed wojownikami i mścicielami. Za kobietami idzie światło, życiodajna energia, która jest ich odpowiedzią na niepewność jutra. Przyzwyczajone do dziwnych zjawisk nie z tego świata, na każdym kroku oswajają śmierć i godzą się ze swoim losem. W tym pogodzeniu odnajdują radość i spełnienie. Pomagają i wspierają dokładnie tam, gdzie najbardziej to wsparcie jest potrzebne. Kobiety rodu Trueba udowadniają, że dramatyczne wydarzenia, których są świadkami, upadające reżimy, nowe rządy, tak naprawdę niewiele znaczą, gdy w sercu nosisz miłość, wiarę i nadzieję na lepsze jutro.

    O.

    *Recenzja napisana dla księgarni internetowej Dybook, a którą możecie przeczytać również TUTAJ.

    „Niewidzialny strażnik” Dolores Redondo

    Bombla_NiewidzialnyStraznik

    Prowincja Nawarra. Północny rejon Hiszpanii. A w nim, położona na pograniczu Hiszpanii i Francji, tajemnicza i wciąż nie do końca poznana kraina – Baskonia, czyli Kraj Basków. Miejsce wyjątkowe na mapie Europy, zamieszkane przez autonomiczną społeczność, mówiącą swoim własnym językiem i posiadającą własną kulturę oraz folklor. Sami Baskowie należą do typowej ludności regionalnej, świadomej swojej tożsamości i unikatowości. Odcinają się od reszty kraju i pielęgnują tę izolację, dbając o zachowanie odpowiednich granic. Nie było jeszcze opowieści penetrującej tę zamkniętą społeczność, wnikającej w jej kulturę i mitologię. Przynajmniej do tej pory.

    Thriller Dolores Redondo zatytułowany „Niewidzialny strażnik” jest jedną z nielicznych powieści, jeśli nie jedyną w swoim gatunku, której mroczna fabuła toczy się w baskijskiej krainie lasów. Sama opowieść Redondo przypomina klasyczne hiszpańskie horrory, które od kilku lat podbijają serca widzów na całym świecie. Jest tu tajemnica, sekrety przeszłości i brutalne zbrodnie, umiejętnie powiązane z elementami mitologicznymi i magicznymi. Pisarce udało się połączyć to, co realne z tym, co zawieszone na granicy rzeczywistości i ludowych wierzeń. Powołuje do życia stwory i postacie z legend, jednak nie przysłania nimi historii, ale wplata w pomniejsze wątki, delikatnie zaznacza ich obecność, dając czytelnikowi do zrozumienia, że nic do końca nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać.

    Główną bohaterką Niewidzialnego strażnika jest Amaia Salazar, detektyw mieszkająca w Pampelunie. Nie przez przypadek szef wybiera właśnie ją do wytropienia seryjnego zabójcy. Przez lata Amaia szkoliła się u najlepszych z najlepszych w siedzibie FBI w Quantico, brała udział w trudnych śledztwach za oceanem i ma największe doświadczenie, jeśli chodzi o profilowanie i podążanie śladem seryjnych morderców. Ale najważniejszym czynnikiem jest fakt, że pani detektyw pochodzi z Elizondo w dolinie rzeki Baztàn, w krainie Basków, gdzie doszło do makabrycznych zbrodni. Zna zarówno teren, jak i samych mieszkańców, więc z łatwością może poprowadzić skomplikowane śledztwo i współpracować z lokalnymi służbami z miasteczka i okolic. Co więcej, na miejscu ma swoją najbliższą rodzinę – siostry i ciotkę, więc teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by Amaia spokojnie przeniosła się na miejsce i tam rozpoczęła śledztwo.

    W dolinie rzeki policja odkrywa kolejne zwłoki nastoletnich dziewczynek. Ciała ofiar pozostawiane są nagie, upozowane nad wodą w środku lasu, a przyczyną zgonów jest uduszenie. Na każdym miejscu zbrodni morderca pozostawia swój unikatowy podpis – na łonie dziewczynki kładzie słodkie ciastko, przygotowane według miejscowej, regionalnej receptury. Nieprzypadkowym wydaje się fakt, że rodzina Amai prowadzi jedną z największych cukierni w kraju, a jej wyjątkowe wypieki znane są nie tylko w regionie, ale i całej Hiszpanii. Amaia musi ponownie wejść w świat miejscowych rozgrywek, powiązań i tajemnic z przeszłości, chociaż tak wiele czasu poświęciła, aby uciec z Elizondo i na zawsze się od niego oderwać.

    Po latach wracają wyparte traumy dzieciństwa, chore relacje rodzinne i sekrety szczelnie skrywane za kłamstwami najbliższych. Pomimo trwającego śledztwa, morderca atakuje raz po raz i wygląda na to, że wcale nie zamierza przestać.  Zestresowana Amaia czuje się przytłoczona. Nie może liczyć na wsparcie swoich dwóch sióstr, z którymi od momentu wyprowadzki do Pampeluny utrzymywała jedynie sporadyczne kontakty. Flora jest despotyczną, samowystarczalną bizneswoman, która stoi na czele cukierniczego imperium rodziny Salazar i panuje nad wszystkim. Natomiast Rosaura, z natury potulna, ciągle szuka pomocy i nie potrafi wziąć życia w swoje ręce. Do tego, obie siostry nie mają szczęścia w małżeństwie i użerają się z mężczyznami, których albo nie kochają, albo nie potrafią zostawić. Amaia zostaje rzucona w te rodzinne konflikty, gdzie wciąż nad wszystkimi wisi widmo chorej psychicznie matki, która zniszczyła dzieciństwo sióstr, rozbijając rodzinę i nieodwołalnie je rozdzielając.

    To właśnie dramatyczne wspomnienia sprzed lat doprowadzają Amaię do sytuacji, w której sama przestaje sobie do końca ufać. W najbliższej rodzinie nigdy nie mogła szukać oparcia i teraz, gdy sytuacja z morderstwami wymyka się spod kontroli, również tego oparcia nie ma. Flora ciągle wypomina jej odrzucenie matki i zgodę na jej pobyt w szpitalu psychiatrycznym, a małżeńskie problemy Ros, ni stąd ni zowąd, stają się problemami całej okolicy. Pani detektyw zostaje sama ze swoimi obsesjami i wielkim strachem przed powrotem koszmarów z dzieciństwa, a z każdym dniem coraz więcej sekretów wychodzi na jaw i narastają konflikty. Co więcej, grupa podejrzanych powiększa się zamiast zacieśniać, a tropy prowadzą już nie tylko do mieszkańców Elizondo, ale sięgają nawet postaci z zapomnianych legend.

    W „Niewidzialnym Strażniku” Dolores Redondo stworzyła intrygującą, wciągającą fabułę w zupełnie nowym, nieznanym do tej pory otoczeniu. Jednak wnikliwy czytelnik może odnieść miejscami wrażenie, że sama pisarka nie była do końca pewna, co chciała poprzez swoją historię opowiedzieć. Mamy tu zarówno wątek konfliktu rodzinnego, traumy trudnego dzieciństwa, jak i wewnętrzną walkę pani detektyw o zostanie matką. A wszystko to wśród morderstw i zbrodni, równie wielowątkowych i okraszonych elementami mitologii baskijskiej. Niemniej, „Niewidzialny strażnik” wnosi świeży powiew do zastałego kryminału europejskiego, który do tej pory utożsamiany był przede wszystkim z zimnymi powieściami ze skandynawskiej północy. A to dopiero początek historii pani detektyw i pierwszy tom trylogii Baztàn. Jej kolejna część zapowiada się jeszcze mocniej niż obecna, więc możemy mieć nadzieję, że wszystko rozwinie się odpowiednio w swoim czasie i już niebawem poznamy kolejny rozdział życia Amai Salazar.

    O.

    *Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 17 stycznia, a którą można przeczytać także TUTAJ.