„Modlitewnik amerykański”, „Luizjański Blues” , „Viator” Lucius Shepard

Bombla_Modlitewnik

Gdy mowa o gatunku literackim, jakim jest realizm magiczny, zazwyczaj przychodzą na myśl przykłady literatury iberoamerykańskiej. Bardzo rzadko termin ten nasuwa się, gdy wspominamy o literaturze Stanów Zjednoczonych, a przecież realizm magiczny rejonów amerykańskiego południa jest równie wyjątkowy i specyficzny, jak ten z rejonów hiszpańskojęzycznych. Doskonałym przykładem mieszanki świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym, w którym nadnaturalne elementy przenikają do zwykłej codzienności jest twórczość Luciusa Sheparda – amerykańskiego pisarza, twórcy utworów science fiction i fantasy.

Wydawnictwo MAG, w ramach serii Uczta wyobraźni, w jednym tomie zebrało i opublikowało trzy wyjątkowe, mroczne utwory Sheparda„Modlitewnik Amerykański”, „Luizjański Blues” i „Viator”. Każda z tych opowieści przenosi czytelnika w inny rejon Stanów Zjednoczonych: do pustynnej Arizony, bagnistej Luizjany i na mroźną Alaskę. Każda sprawia, że zanurzamy się w przepełnioną dziwnością, tajemnicą i nietypową wiarą rzeczywistość bohaterów i pogrążamy się niemal od razu w ich zagubionym świecie, gdzieś na granicy wyobraźni. Nic do końca nie jest pewne. Żadnemu z narratorów, ani głównych bohaterów nie możemy w pełni zaufać. Razem z nimi przenikamy światy i razem próbujemy poradzić sobie z narastającymi problemami.

„Modlitewnik Amerykański” to historia Wardlina Stuarta, byłego więźnia, który dostaje drugą szansę od losu i dzięki swojej wyjątkowej umiejętności pisania modlitw-wierszy, w krótkim czasie zdobywa sławę. Jego utwory to krótkie formy literackie, bez konkretnego boskiego adresata, które mają tę ciekawą właściwość, że wypowiadane do skutku, realizują pragnienia modlącego się. Wardlin, jako twórca, staje się obiektem kultu i w szybkim czasie zyskuje miano religijnego celebryty, popadając w konflikt z fanatycznymi kaznodziejami. Istota, do której kieruje swoje modlitwy odpowiada na prośby, spełnia marzenia, skrywane życzenia i wydaje się nie chcieć nic w zamian. Gdy świat Wardlina zaczyna się załamywać, a jego wiara powoli podupada – staje na jego drodze i podaje pomocną dłoń.

„Modlitewnik Amerykański” to opowieść o poszukiwaniu wiary w świecie, w którym każdy może stać się swoim własnym bogiem. W tym sensie utwór zawiera elementy satyryczne, komentujące wykorzenione społeczeństwo współczesnych Stanów, jego samotność w wołaniu o pomoc i potrzebę wynajdowania nowych, złotych cielców. Okazuje się, że każdy bożek jest lepszy niż świat, w którym boga nie ma. Ludzie lgną do kaznodziejów, do głosicieli wiary, bez względu na to, jak absurdalni i sztuczni mogą oni być. Szukają łatwych rozwiązań, gotowych i szybkich odpowiedzi na najważniejsze pytania, bez zbędnych przemyśleń, czy konieczności poświęcenia. Jednocześnie, historia Wardlina to opowieść o odnalezieniu samego siebie i własnej, indywidualnej ścieżki wśród tych, którzy lgną do bezimiennego tłumu naśladowców.

W „Luizjańskim Bluesie”, Shepard ukazuje małe miasteczko Grail, otoczone bagnami, leśnymi ostępami i dziką, nieustraszoną przyrodą. To miejsce na granicy światów, w którym mieszkańcy mają dar jasnowidzenia, a za ich los odpowiada Dobry Szary Człowiek, z którym dawno temu pierwsi osadnicy zawarli pakt, by w zamian za oddanie otrzymać powodzenie i względny spokój. Do tej krainy dziwności przypadkiem trafia Jack Mustaine, muzyk, który pragnie dojechać na Florydę, by tam naprawić swoje życie i rozpocząć je od nowa. Jednak już po chwili miasteczko Grail wciąga go i urzeka nietypowymi mieszkańcami, tradycjami i atmosferą przesiąkniętą zapomnianymi rytuałami.

„Luizjański Blues” to najbardziej magiczna opowieść z tomu i nic dziwnego, bo jego fabuła rozgrywa się w najmroczniejszym stanie Ameryki Północnej, czyli Luizjanie. To miejsce najbardziej tajemnicze, bo mieszają się w nim zarówno kultury północne, europejskie, jak i karaibskie, których naleciałości wciąż są widoczne w codziennym życiu. Voodoo, hoodoo, bogowie Afryki, Bóg chrześcijański, Jezus, Dobry Szary Człowiek, a do tego istoty z bagien i bożki żyjące wśród drzew. W tym rejonie można znaleźć wszystko i być świadkiem, jak religie przenikają się i uzupełniają, tworząc zestaw wyznań zwyczajnie współistniejących ze sobą.

W „Viatorze” Shepard oscyluje na granicy powieści psychologicznej i horroru. Na odludnym odcinku alaskańskiego wybrzeża dwadzieścia lat wcześniej utknął na mieliźnie tytułowy Viator – frachtowiec, którego docelowym portem było złomowisko. Teraz, pięciu mężczyzn ze smutną przeszłością zostaje wysłanych z misją rozłożenia statku i zabezpieczenia pozostałości ładunku. Jednak z nową załogą zaczyna dziać się coś dziwnego. Dręczą ich chore sny, omamy, halucynacje, a do tego popadają w apatię i zafiksowanie na punkcie statku. Coś kieruje ich myślami i nie pozwala opuścić skazanego na rozkład Viatora.

Bohaterów tych trzech historii łączy konflikt z rzeczywistością. Jakieś niedopasowanie, zagubienie, niezrozumienie praw, jakimi rządzi się współczesność. Oni są nad wyraz realni, prawdziwi i naturalni w swojej dziwności. Kreują swoje własne światy, wpadają w nie i poddają się im, kierując się ich własnymi prawami. Każdy z nich jest doświadczony przez los, w swoisty sposób naznaczony przez cierpienie i ciągnie za sobą swoją przeszłość. Łączy ich także próba wyrwania się z codzienności, postawienie siebie samego w sytuacji ostatecznego wyboru, na krawędzi. Bohaterowie Sheparda to badacze i kusiciele losu, którzy nie boją się eksperymentować z własnym szczęściem, by znaleźć poszukiwane przez nich odpowiedzi i ścieżki, którymi pragną podążać.

Autor „Modlitewnika amerykańskiego”, „Luizjańskiego Bluesa” i „Viatora” w piękny i wyrafinowany sposób przekracza znane nam zasady i ćwiczy wyobraźnię swojego czytelnika. Wtłacza swoich bohaterów w sytuacje bez wyjścia, w których jedynym rozwiązaniem jest nagięcie swojego zdrowia i psychicznego komfortu. Udowadnia, że świat rządzi się swoimi, dziwnymi prawami. Jednocześnie nie daje odpowiedzi i pokazuje, że nic nie jest przesądzone – każdy jest twórcą własnego losu i tylko od niego samego i jego wyobraźni zależy, jak potoczą się jego dalsze dzieje w tej mglistej, onirycznej rzeczywistości z pogranicza jawy i snu.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl

„Karuzela samobójczyń” S.J.Bolton

Bombla_Karuzela

Nikogo nie zadziwię stwierdzeniem, że uwielbiam dobrze napisane i zaskakujące thrillery. Opowieści z dreszczykiem, które wciągają, porywają i przerażają tak, że w końcu boję się wychodzić z domu. Z tym moim uwielbieniem wiąże się również pewne stwierdzenie, że jednak mało jest, albo akurat nie mogę natrafić, dreszczowców unikatowych, których fabuły oparte są na nowatorskich, a chociażby ciekawych ideach. Czasem mam nawet wrażenie, że te najlepsze pomysły zostały już kiedyś przez kogoś niecnie wykorzystane, a współczesnym pisarzom tego gatunku pozostało niewiele nowości i powielanie w kółko tego samego. Wierząc bezsprzecznie w powyższe słowa, moja radość z czytania podwaja się, gdy w natłoku buków podobnych wpada mi w ręce coś świeżego. Może nie przełomowego, ale dobrze obróconego, wykręconego i wymieszanego, co sprawia, że dana historia wyróżnia się na tle wszystkich innych.

„Karuzela samobójczyń”, której oryginalny tytuł brzmi „Dead Scared”, autorstwa S.J. Bolton należy właśnie do tej pozytywnej kategorii. To trzeci w serii (po części pierwszej i półtora) tom, którego główną bohaterką jest młoda pani detektyw Lacey Flint, pracująca dla wydziału londyńskiej policji. Nie czytałam jeszcze poprzednich części, więc nie do końca mogę napisać o jej wcześniejszych śledztwach, ale z „Karuzeli samobójczyń” wynika, że specjalnością Lacey są przestępstwa wobec kobiet, szczególnie te dokonane na tle seksualnym. Podejmowane przez nią sprawy, to zbrodnie wyjątkowo brutalne, popełnione ze szczególnym okrucieństwem, które mają charakter seryjny. Ich sprawcy są zdeprawowani, inteligentni i przez to bardzo trudni do uchwycenia, a ich poszukiwania mogą trwać tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Motywy jakimi kierują się popełniając kolejne przestępstwa są równie symboliczne, a ich korzenie odnaleźć można jedynie przez wnikliwą analizę i powrót do przeszłości.

Lacey dostaje wyjątkowe zlecenie, które przydziela jej kolega po fachu i bliski znajomy z poprzednich części – Mark Joesbury. Jednak tym razem pani detektyw nie ma prowadzić śledztwa per se, tylko pracować pod przykrywką, jako tajna agentka. Zadanie jest niezwykle delikatne – na słynnym, brytyjskim Uniwersytecie Cambridge od miesięcy dochodzi do serii samobójstw. Wyróżnia je niezwykła brutalność i makabryczność. Młode kobiety podpalają się, rzucają z mostu, doprowadzają do samochodowych wypadków, a każda z nich tygodnie wcześniej cierpi na zaburzenia osobowości, halucynacje i ciężkie stany depresyjne. Lacey ma podszywać się pod zagubioną studentkę, pomagając jednocześnie profesor psychologii, której to pacjentki wpadają w samobójczy szał. Sprawa komplikuje się z dnia na dzień, a życie Lacey jest mocno zagrożone. Ciąg powiązań i ukrytych zależności wskazuje na to, że wszystkie dziewczyny wpadają w sieć psychologicznych manipulacji i stają się ofiarami kogoś, kto bawi się ich kosztem doprowadzając na skraj rozpaczy.Tajemnicę stanowi fakt, że wszystkie kobiety faktycznie popełniają samobójstwa, więc nie ma tu dosłownych morderstw. A jeśli nie ma morderstw trudno podjąć śledztwo w poszukiwaniu sprawcy. Podejmowane przez ofiary kolejne kroki i decyzje łączą się w logiczną całość, pozornie wykluczając z całości osoby trzecie. Liczy się każdy moment, trzeba działać szybko i sprawnie, bo śmiertelna fala uderza z coraz większą częstotliwością.

S.J. Bolton w interesujący sposób wykorzystała akademickie, bardzo restrykcyjne środowisko historycznego uniwersytetu o najwyższej renomie, by w jego murach umieścić główny zarys fabularny. Co więcej, w klasycznej formie thrillera zamknęła opowieść o podłożu psychologicznym, której głównymi bohaterami są ludzie, którzy od lat żyją pod presją. Wiadomo, że nie każdy może dostać się do Cambridge. Studenci to wyselekcjonowani najlepsi z najlepszych w swoich dziedzinach, którzy wiedzą co to niekończący się stres i życiowe poświęcenie. Każdy z nich, by dostać się do wymarzonej uczelni gotów był zrobić naprawdę wiele, oddając swoją młodość i zwyczajność na rzecz lepszego wykształcenia. Tylko że nie wszyscy oczywiście podjęli się tego zupełnie samodzielnie.

W takim otoczeniu najlepszych z najlepszych łatwo z początku poddać się przerażeniu i poczuciu izolacji. Studenci dzielą się, tak jak wszędzie, a dla każdego najważniejsza jego przyszłość i jego kariera. Silne, stanowcze, nacechowane indywidualizmem jednostki z łatwością radzą sobie w codziennym kieracie uczelnianym, ale ci słabsi psychicznie często załamują się już na starcie. Nad nimi wisi widmo rodziców, rodzinnych powiązań i wydanych pieniędzy (majątków prywatnych, jak i stypendiów), a także bardzo silna presja otoczenia. Tam gdzie przede wszystkim liczy się prestiż i walka o najlepszą pozycję w hierarchii, tam nie ma ani czasu, ani miejsca na depresję i załamanie. A o takie nietrudno.

W „Karuzeli samobójczyń”, jak na świetny thriller przystało, akcja toczy się w zawrotnym tempie. Autorka nie daje swoim czytelnikom czasu na oddech, tylko z każdym kolejnym rozdziałem podkręca napięcie. Tam gdzie wszystko wydaje się już jasne, nagle wszystko się zmienia i odwraca zupełnie, by na końcu totalnie zaskoczyć nas proponowanym rozwiązaniem. Z godziny na godzinę tymczasowo uporządkowany świat Lacey Flint zaczyna się rozpadać, atmosfera zagęszczać i zacieśniać, wywołując zarówno w bohaterce, jak i w nas poczucie dziwnej klaustrofobii miejsca. A miało być tak magicznie. Tak zjawiskowo. Piękne, historyczne mury wiekowego uniwersytetu. Młodzi, otwarci studenci i otwarte ramiona poszczególnych bractw. Tylko skąd to poczucie osaczenia? I wrażenie, że z każdej strony ktoś nas bacznie obserwuje i czeka na ten jeden, niewłaściwy krok?

O.

„The Luminaries” („Wszystko, co lśni”) Eleanor Catton

Bombla_Luminaries

 

„A secret deserves a secret, and a tale deserves a tale.”

„The Luminaries” Eleanor Catton

Odkąd sięgam pamięcią nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na to, czy dana powieść była nagrodzona, czy zdobyła jakieś literackie odznaczenie, wyróżnienie, czy też może nie. Kwestia nagród była mi całkowicie obojętna i w żaden sposób nie wpływała na mój osobisty wybór lektury, czy odbioru dzieła. Nie odczuwam potrzeby zaczytywania się w twórczości tych „największych z największych”, o ile po prostu na ich książkę nie natrafię i zachwycę się tak po prostu, bądź nie i zostawię na później. Jednak od jakiegoś czasu, może ze względu na zwiększone zainteresowanie nowinkami ze świata literatury, zaczęłam zauważać zwycięzców i zdobywców podium literackich, a ich twórczość coraz częściej zaczęła pojawiać się na moich listach buków obowiązkowych do przeczytania.

Jedną z nich była najnowsza, druga w karierze powieść Eleanor Catton, „The Luminaries”, za którą zdobyła tegoroczną Nagrodę Bookera. Jest to zwycięstwo wyjątkowe, bo pisarka ma tylko dwadzieścia osiem lat i jest najmłodszą laureatką w historii tego odznaczenia, a jednocześnie dopiero drugim autorem pochodzącym z Nowej Zelandii. Sama powieść, pomimo swojej porządnej rozpiętości, jest dosłownie niezwykła, dopracowana do perfekcji i  wciągająca jak diabli. Łączy w sobie najlepszy kryminał z powieścią wiktoriańską, grozę i mistycyzm, a do tego powieść przygodową z pierwszymi kronikami odkrywców. To kawał najbardziej mięsistej opowieści sensacyjnej. Napisana jest pięknym, bogatym językiem, który tak rzadko można spotkać we współczesnej prozie i tym bardziej zaskakującym. Podobnie z budową i stylem snutej przez Catton historii, którą oparła na mapach nieba, układach planet i znakach zodiaku, wchodzących w poszczególne koniunkcje z innymi ciałami niebieskimi. To właśnie ich pozycje na niebie odpowiadają nadchodzącym wydarzeniom i to ich zależności zmieniają fabułę – stąd tytuł „The Luminaries”, gdzie słowo „luminary” oznacza jasne ciało niebieskie, które ma wpływ na inne ciała wokół niego.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1866 roku, gdy na południowo-zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii, do miasteczka Hokitika przybywa Walter Moody. To młody prawnik, który na nowym kontynencie pragnie rozpocząć nowe życie i porzucić za sobą towarzyszącego mu dotychczas pecha. Jest wietrzna, burzliwa noc, a przerażony i przemoczony do suchej nitki Moody trafia do jednego z najbliższych hoteli, czyli Crown Hotel. Tam, by ogrzać się i wypocząć, a także uspokoić naruszone nerwy schodzi do pokoju kominkowego i dołącza do towarzystwa dwunastu mężczyzn. Moody nie wie jednak, że przypadkiem wtargnął na bardzo ważne, sekretne spotkanie najbardziej wpływowych mieszkańców Hokitiki, którzy zebrali się, by omówić tajemnicze wypadki ostatnich miesięcy. Jak szybko się okazuje, także Moody może dodać coś od siebie w tej kwestii i opowiada swoje makabryczne wspomnienie, jakiego świadkiem był na statku, którym kilka godzin wcześniej przybył do wybrzeży Nowej Zelandii.

Rozpoczyna się wieczór opowieści, z którego dowiadujemy się najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w Hokitice od początku jej założenia, główne problemy i mieszkańców, z których wszyscy (jak Moody) próbują od czegoś się uwolnić i przed czymś uciec. Zeznania wszystkich zebranych w pokoju zazębiają się, uzupełniają i wyjaśniają dziwne wypadki przeszłości, a pomiędzy bohaterami tworzy się więź niczym wśród członków tajnego stowarzyszenia. Cała, skomplikowanie powiązana ze sobą historia mieści w sobie morderstwo, porwanie, wielką miłość, przyjaźń aż po grób, zemstę, a wszystko to wokół dwóch najważniejszych i naznaczonych przez opatrzność postaci, które w układzie stworzonym przez Eleanor Catton są jej głównymi „luminaries”, czyli słońcem i księżycem.

Wszyscy bohaterowie, czyli zarówno trzynastu mężczyzn z Crown Hotel, jak również cała plejada postaci uzupełniających, wciąż wymieniają się i krążą wokół siebie, w najdziwniejszych układach i zbiorach. Wszyscy wydają się wpływać na siebie, tworzyć pozornie niewidzialne związki, które z drugiej strony oddziałują na tych pozostałych, zarówno w widoczny, jak i niewidoczny sposób. Hokitika to miejsce wyjątkowych zależności, gdzie nic nie jest pewne, gdzie nic ani nikt nie jest jednoznaczne, a fabuła którą obserwujemy robi pełny obrót, jak konstelacje na niebie. Wszystko wraca tam, gdzie się zaczęło, a czytelnik staje się świadkiem prawdziwych dramatów, sytuacji absurdalnych i tych niepojętych, których do końca nikt nie będzie potrafił wyjaśnić.

Jednym z głównych założeń powieści, którym dzieli się z nami Walter Moody jest stwierdzenie, że nie istnieją zbiegi okoliczności, a zbyt wiele przypadkowych zdarzeń może wcale nie być tak przypadkowa, jak mogłoby się wydawać. Każdy z bohaterów oprócz swojej opowieści ma także ukryty w tym spotkaniu interes. Osobistą tajemnicę, którą nie chce się z nikim dzielić. Tym samym pozostawia po sobie niedomówienia, symbole zaledwie, ścieżki i znaki, które jednak zbiegają się gdzieś razem i zostają wyjaśnione w kolejnych historiach. Pozostaje pytanie, czy wcześniejsze niepokojące wypadki, spotkanie w Crown Hotel i przybycie Waltera Moody’ego, bez którego nic do końca nie mogłoby się wyjaśnić były faktycznie zupełnie przypadkowe. Czy było to zwykłe zrządzenie losu, czy może ręka przeznaczenia?

Całość „The Luminaries” jawi się jako marzenie o nowym początku, czystej karcie i odrodzeniu, które nigdy nie będzie do końca możliwe. Nowa Zelandia tamtego okresu, podczas gorączki złota, to niczym Ameryka lata wcześniej, kraj nowych szans, a raczej drugiej szansy dla tych, którzy nie odnaleźli się na starym kontynencie lub popełnili niewybaczalne błędy. Nowymi przybyszami kieruje pragnienie zysku, marzenie o bogactwie, wzniesieniu się poza ustalone pozycje społeczne i ucieczka przed samymi sobą. Tylko że nawet tam nie jest to do końca możliwe, bo „The Luminaries” udowadnia, że przeszłość zawsze nas odnajdzie i przypomni o sobie w najmniej oczekiwanym momencie, bez względu czy tego chcemy, czy nie.

O.

Bukowe prezenty cz.2

Bombla_BukowePrezenty2

Ciąg dalszy nastąpił, a zagubionych albo stęsknionych za wstępem kieruję TUTAJ.

Poniższe zestawienia są całkowicie subiektywne, jednak jednocześnie jak najbardziej uniwersalne. Znajdziecie tu buki, które uważam za trafione w 100%, polecone przez nałogowych czytaczy i takie, które sama kupuję, kupiłam lub planuję zakupić na prezenty dla najbliższych 🙂

Młodzież (gimnazjum i liceum), czyli young adult fiction i bolączki dojrzewania

Obecnie najpopularniejsza grupa wiekowa i narażona na setki podobnych pozycji, które zalegają na półkach księgarni. Young adult fiction chcą pisać wszyscy, nie tylko najlepsi, a przynajmniej ci, którzy w książkach o tematyce młodzieżowej widzą łatwy zysk. Również ci, którym  wydaje im się, że sukces Stefy można powielać w nieskończoność . Od kilku lat więc w tej kategorii wiekowej królują przede wszystkim soft-romasidła, z wątkiem paranormalnym lub post-apokaliptycznym. Jeśli jednak nie widzicie siebie kręcących się wśród półek tego typu literatury, a co więcej tak jak ja lubicie (nawet na siłę) promować książki dobre, z przesłaniem, traktujące o TEMATACH ISTOTNYCH dla dojrzewającego człowieka,  to mam dla Was kilka fajnych pomysłów.

Dla chłopaków i dla dziewczyn: trylogia „Mroczne Materie” Philipa Pullmana (fantastycznie mroczna, miejscami smutna i filozoficzna opowieść z magią w tle); „Gra Endera” Orsona Scotta Carda (kultowe science fiction, a do tego film na jej podstawie niedawno trafił do kin); powieści Johna Greena – do wyboru w wersji polskiej „Szukając Alaski” (dowód na to, że wciąż powstają prześwietne powieści dla nastolatków), „Papierowe miasta” (o pierwszej wielkiej miłości z tajemnicą w tle) i „Gwiazd naszych wina” (oparta na prawdziwej historii dziewczyny umierającej na raka i druga w rankingu Entertainment Weekly na najlepszą powieść młodzieżową wszech czasów); młodzieżowy cykl powieści Carlosa Ruiza Zafóna, w tym „Trylogia mgły” – „Marina”, „Książę Mgły”, „Pałac Północy” i „Światła września” (realizm magiczny i gotyk w pięknym wydaniu); powieści norweskiego pisarza Josteina Gaardera„Świat Zofii”, „Tajemnica Bożego Narodzenia”, „W zwierciadle niejasno” (te trzy zachwyciły mnie w młodości); „Piąta Fala” Ricka Yanceya (porządne post-apo, dla młodzieży, o młodzieży, więcej TUTAJ); klasyka fantasy, czyli „Hobbit” i trylogia „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, czy nasza polska Saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego (uwaga – bardziej dla starszych czytelników).

Dorośli i pełnoletni, czyli wszystkiego po trochu

Tutaj wybór jest tak gargantuiczny i bogaty, że gdybym chciała polecić wszystkie buki, to możliwe, że sama napisałabym o tym książkę 😉 Co więcej, wyjątkowo nie lubię  rozdzielać literatury na tzw. „kobiecą” i „męską”, bo taki podział moim zdaniem nie istnieje, ale (jednak) mocno ułatwia, więc poniższy zestaw (zarówno ten damski i męski) będzie mocno subiektywny, oparty o rodzinnych i znajomych czytaczy, którzy (na całe szczęście) są w moich najbliższych okolicach bardzo mocno zróżnicowani. Buki te zostały już przeczytane, więc mogę polecić je w odniesieniu do danego typu czytelnika. I oczywiście można je wymieniać między damskimi i męskimi czytelnikami ile wlezie 🙂 .

Dziewczyny/Żony/Siostry/Matki/Babcie/Ciotki/Przyjaciółki, czyli mini-przekrój kobiecych typów literackich

Tomy opowiadań autorstwa Alice Munro np. „Taniec szczęśliwych cieni”, „Za kogo ty się uważasz”, czy „Drogie Życie” – tegoroczna Noblistka, mistrzyni krótkiej formy, którą każda kobieta czytająca powinna znać; historie Doris Lessing np. „Piąte dziecko”, „Idealne matki”, czy „Lato przed zmierzchem” – kolejna Noblistka, jedna z nielicznych pisarek które w tak doskonały sposób zgłębiały kobiecą psychikę i utrwalały rodzinne dramaty; eseje Susan Sontag „Przeciw interpretacji”, powieść Oriany Fallaci „Penelopa na wojnie”, czy autobiograficzna „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith – czyli coś dla buntowniczek pełnym sercem; trylogia „Cukiernia Pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i cztery tomy o „szczęściu” Anny Ficner-Ogonowskiej, czyli „Krok do szczęścia”, „Alibi na szczęście”, „Zgoda na szczęście” i „Szczęście w cichą noc” – coś dla rodzinnych tradycjonalistek, lubiącej ciepłe i sympatyczne historie; szwedzkie kryminały np. ośmiotowa „Saga o Fjällbace” Camilli Läckberg, trylogia „Millenium” Stiega Larssona, trylogia [geim] Andersa de la Motte, czy „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman – coś dla miłośniczek zbrodni, tajemnic i śledztwa w mrocznej, północnej atmosferze; trylogia „Życie miłosne” Zerui Shalev – dla czytelniczek melancholijnych; „Gołębiarki” Alice Hoffmann – przesycona kobiecością i magią dla wielbicielek dobrej powieści z nutką historii; „Czarodziejka z Florencji” Salmana Rushdie – orientalna i sensualna opowieść dla podróżniczek wyobraźni.

Chłopaki/Mężowie/Bracia/Ojcowie/Dziadkowie/Wujowie/Przyjaciele, czyli mini-przekrój męskich typów literackich

Saga „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, czterotomowy cykl „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin – czyli coś dla wielbicieli porządnego, ostrego i doskonale napisanego fantasy i science fiction; „Trylogia Pogranicza” („Rącze Konie”, „Przeprawa” i „Sodoma i Gomora”), „Krwawy Południk”, czy „Dziecię Boże” Cormaca McCarthy’ego – czyli coś dla współczesnych kowbojów stęsknionych za rozległym horyzontem, strzelbą i ukochanym koniem; „Żółte ptaki” Kevina Powersa, „Pożegnanie z bronią” Ernesta Hemingwaya, „Kompania Braci” Stephena E. Ambrose – opowieści o dramatach wojny, towarzyszach broni i przyjaźniach na całe życie; „Fight Club” Chucka Palahniuka, „Morderca we mnie” Jima Thompsona, „American Psycho” Breta Eastona Ellisa – coś dla miłośników mocnych i krwawych wrażeń;  „Kobiety” Charlesa Bukowskiego, „Morfina” Stefana Twardocha, „Zwrotnik Raka” Henry’ego Millera – dla młodych duchem kobieciarzy, flirciarzy i lubujących  życie bogate w doznania; cykl „Historie Zuckermana” (9 książek, w tym m.in. „Ludzka skaza”, czy „Lekcja anatomii” ) autorstwa Phillipa Rotha, trylogia Davida Lodge’a („Zamiana”, „Mały światek” i „Dobra robota”); Trylogia Nowojorska („Szklane miasto”, „Duchy”, „Zamknięty pokój”) Paula Austera – czyli coś dla mieszczuchów-intelektualistów, lubiących słodko-gorzkie klimaty codzienności; Trylogia Bourne’a Roberta Ludluma („Tożsamość Bourne’a”, „Krucjata Bourne’a” i „Ultimatum Bourne’a”), cykl z Jackiem Ryanem Toma Clancy’ego (w tym m.in. kultowe już „Polowanie na Czerwony Październik”, „Czas patriotów”, czy „Stan zagrożenia”), „W otchłani mroku” Marka Krajewskiego – czyli coś dla zwolenników sensacji w najlepszym stylu.

Tylko dla przypomnienia: jeśli szukacie czegoś dobrego, w konkretnym gatunku poniżej mam dla Was linki do moich czterech bukowych kategorii, ułatwiających wyszukiwanie (do znalezienia również na dole strony):

Nocne łowy – czyli horrory, gore, thrillery i opowieści grozy.

Weekend ze Stephenem Kingiem – czyli wybór powieści Mistrza :).

Uczta miłości – opowieści o miłości.

Gruby Zwierz – klasyki literatury, opowieści kultowe, wielkie historie i buki doskonałe.

I na dokładkę, raz jeszcze, mam dla Was trzy praktyczne porady idealne dla wszystkich, którzy w tym roku planują bukowe zakupy:

1. Nie bójcie się antykwariatów! To takie trochę zapomniane miejsca, które coraz częściej znikają z miejskich map, a szkoda, bo można w nich wynaleźć perełki, czasami za grosze, a na pewno w niższych cenach. Jako leniwiec korzystam z tych internetowych i uważam, że naprawdę warto. Zazwyczaj wynajduję książki od lat niewznawiane, takie, o które trudno już dzisiaj w księgarniach, zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów. Pamiętajcie tylko, żeby zawsze sprawdzić jakość wydania i czy niczego antykwarycznej książce nie brakuje!

2. Warto inwestować w klasykę! Niby truizm, ale łatwo o tym zapomnieć, gdy w twarz rzucają nam TOP 10 świata i okolic 😉 Kiedy nie wiadomo co kupić, a wiemy, że osoba, którą chcemy obdarować uwielbia książki, na pomoc zawsze przychodzi klasyka literatury polskiej i światowej. W tym wypadku wybór jest TAK ogromny, że nie ma sensu się rozpisywać, ale jedynie rozpoznać podstawowy gust czytelnika i dobrać coś idealnego (najprostszy przykład: dla niepoprawnych romantyczek, kochających filmy kostiumowe: Jane Austen lub siostry Brontë ) 🙂

3. Szukajcie sezonowych zestawów! Co trzy buki to nie jeden 🙂 Przed Świętami księgarnie prześcigają się w tworzeniu wygodnych książkowych zestawów, czasami nawet za ułamek, albo połowę ceny, jaką zapłacilibyśmy za wszystkie książki z osobna. Trylogie, sagi, bukowe cykle, albo zestawy tematyczne, czy spod pióra tego samego autora – przedświąteczny czas to wyraj dla wydawnictw i warto z niego skorzystać.

Udanych łowów i czekam na Wasze zakupowe wrażenia 🙂

O.

P.S. Jak ktoś szuka pomysłów, a nic nie znalazł na powyższej liście – pisać śmiało 🙂

Bukowe prezenty cz.1

Bombla_BukowePrezenty1

Grudzień zbliża się wielkimi krokami. A jak grudzień, to sezon prezentowo-świąteczny, czyli zakupowe szaleństwo 🙂 Co prawda jest dopiero koniec listopada, ale jak zdążyłam się już przekonać przez lata, najlepiej zakup prezentów planować z wyprzedzeniem, zanim wpadniemy w przedświąteczną gorączkę i nerwowo będziemy biegać po sklepach.

Nie będę przed Wami ukrywać, że uważam książki za prezenty idealne. Mogłabym dostawać je na każdą okazję i nigdy nie miałabym dość. Co więcej, największą radochę sprawia mi również  kupowanie buków jako prezenty i oglądanie zachwyconych min moich rodzinno-przyjecielskich moli książkowych, którzy z radością zagłębiają się od razu, tego samego wieczora w lekturę i nie mogą się oderwać.

Ale wiadomo – mól książkowy molowi nierówny i czasami nie za bardzo wiemy, co kupić w natłoku promowanej literatury na księgarskich półkach. Przytłoczeni bierzmy cokolwiek, byle dojść do kasy i mieć zakupy z głowy. Dla wszystkich poszukujących prezentowych propozycji postanowiłam zrobić małe zestawienie (w dwóch częściach), podzielone na różnych czytelników i ich preferencje. Oczywiście zestaw ten jest jak najbardziej subiektywny i mocno ograniczony, ale może zainspiruje Was w bukowych poszukiwaniach prezentów idealnych.

Wybrałam buki najbardziej uniwersalne, takie które uważam za trafione w 100%, i które sama kupuję, kupiłam lub planuję zakupić na prezenty dla najbliższych 🙂

Maluchy i przedszkolaki, czyli miłość do książek zaczyna się od kołyski.

Nazwijcie mnie staromodną i tradycjonalistką, ale uważam, że książki są podstawą w rozwoju wyobraźni u dzieci. Szczególnie tych najmniejszych, które od momentu, gdy tylko otworzą oczy są bombardowane bodźcami z każdej strony, atakowane kolorowymi pseudo-bajkami i historyjkami bez wartości odżywczych. A jak wiemy, takie maluchy łapią wszystko z powietrza, świetnie zapamiętują i… uczą się obserwując i słuchając. Dlatego uważam, że warto zadbać o dobór lektur już od najmłodszych lat, nie kupować na siłę kolorowych książeczek z kiosku, które mają po jednym zdaniu i zero przekazu. Natomiast warto bardzo zakupić BAŚNIE – prezent idealny.

Wybór jest ogromny: Hans Christian Andersen, Bracia Grimm, Charles Perrault, a dla starszych dzieci baśnie Oscara Wilde’a, albo zbiór baśni polskich, czy bajek Jana Brzechwy i Juliana Tuwima. W tym roku Nasza Księgarnia wydała także wznowienie klasyki polskich bajek– cykl „Poczytaj Mi Mamo„, czyli takie małe wspomnienie z dzieciństwa, moim zdaniem obowiązkowe w każdym domu z maluchem.

Uczniowie podstawówki, czyli nie tylko szkolne lektury.

Szkoła łatwo potrafi zniechęcić do czytania, a przecież nie ma nic lepszego od zaczytywania się w piękne historie i ćwiczenia wyobraźni. Na tym poziomie, dla młodszych czytelników najlepiej sprawdzą się KLASYKI LITERATURY DZIECIĘCEJ. Są uniwersalne i warto do nich powrócić także po latach. Tutaj również wybór jest olbrzymi, a każda z poniższych książek spokojnie będzie trafiona i sprawi dziecku mnóstwo radości.

Pomysły zarówno dla dziewczynek i dla chłopców: cykl opowieści o Muminkach Tove Jansson (razem powstało dziewięć książek, każda cudowna), seria o Harrym Potterze J.K. Rowling (bo jak nie kochać magii?), seria o Mikołajku, autorstwa Sempégo i Goscinnego (płakałam ze śmiechu i płaczę teraz też), siedem tomów „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa (pewnego dnia odnajdę taką szafę), magiczna seria „Baśniobór” Brandona Mulla (same pozytywne opinie), a także niezapomniany „Kubuś Puchatek” A.A. Milne (nie trzeba polecać).

 Z buków pojedynczych, które niedawno pojawiły się na rynku polecam: „Niedoparki” Pavla Šruta (przezabawna opowieść o życiu pożeraczy skarpet) i „Bestiariusz słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa (perełka dla czytelników w każdym wieku). Świetnym pomysłem są też książki dla mniejszych i większych podróżników, a także dzieciaków, które są ciekawe świata i lubią uczyć się nowych rzeczy, czyli  „Mapy” Aleksandra i Daniela Mizielińskich (już uwielbiana i recenzowana na świecie) i „Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu” Matthiasa Picarda (piękny i unikatowy komiks).

CIĄG DALSZY NASTĄPI… już na dniach 🙂

Jeśli szukacie czegoś dobrego, w konkretnym gatunku poniżej mam dla Was linki do moich czterech bukowych kategorii, ułatwiających wyszukiwanie (do znalezienia również na dole strony):

Nocne łowy – czyli horrory, gore, thrillery i opowieści grozy.

Weekend ze Stephenem Kingiem – czyli wybór powieści Mistrza :).

Uczta miłości – opowieści o miłości.

Gruby Zwierz – klasyki literatury, opowieści kultowe, wielkie historie i buki doskonałe, które warto znać.

Na dokładkę mam dla Was trzy praktyczne porady idealne dla wszystkich, którzy w tym roku planują bukowe zakupy:

1. Nie bójcie się antykwariatów! To takie trochę zapomniane miejsca, które coraz częściej znikają z miejskich map, a szkoda, bo można w nich wynaleźć perełki, czasami za grosze, a na pewno w niższych cenach. Jako leniwiec korzystam z tych internetowych i uważam, że naprawdę warto. Zazwyczaj wynajduję książki od lat niewznawiane, takie, o które trudno już dzisiaj w księgarniach, zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów. Pamiętajcie tylko, żeby zawsze sprawdzić jakość wydania i czy niczego antykwarycznej książce nie brakuje!

2. Warto inwestować w klasykę! Niby truizm, ale łatwo o tym zapomnieć, gdy w twarz rzucają nam TOP 10 świata i okolic 😉 Kiedy nie wiadomo co kupić, a wiemy, że osoba, którą chcemy obdarować uwielbia książki, na pomoc zawsze przychodzi klasyka literatury polskiej i światowej. W tym wypadku wybór jest TAK ogromny, że nie ma sensu się rozpisywać, ale jedynie rozpoznać podstawowy gust czytelnika i dobrać coś idealnego (najprostszy przykład: dla niepoprawnych romantyczek, kochających filmy kostiumowe: Jane Austen lub siostry Brontë ) 🙂

3. Szukajcie sezonowych zestawów! Co trzy buki to nie jeden 🙂 Przed Świętami księgarnie prześcigają się w tworzeniu wygodnych książkowych zestawów, czasami nawet za ułamek, albo połowę ceny, jaką zapłacilibyśmy za wszystkie książki z osobna. Trylogie, sagi, bukowe cykle, albo zestawy tematyczne, czy spod pióra tego samego autora – przedświąteczny czas to wyraj dla wydawnictw i warto z niego skorzystać.

Udanych łowów i czekam na Wasze zakupowe wrażenia 🙂

O.

P.S. Jeśli ktoś szuka bukowej porady, bo niczego na liście nie znalazł – pisać, nie wstydzić się 🙂

Pierwsze urodziny :)

Bombla_Urodziny

Moi Drodzy,

Aż trudno uwierzyć, że właśnie mija rok istnienia Wielkiego Buka! Totalne szaleństwo, bo zupełnie nie mam pojęcia, kiedy przeleciało te dwanaście miesięcy. Zerkam na stronę i aż wierzyć się nie chce: przez rok uzbierało się 110 postów, ponad 7 tysięcy odwiedzin i ponad dwieście komentarzy! Na Facebookowym profilu jest aż 190 fanów i liczba ciągle rośnie! To naprawdę wyjątkowy dla mnie rok i wspaniały urodzinowy prezent 🙂

I w tym miejscu chciałabym Wam wszystkim ogromnie podziękować: DZIĘKUJĘ!

Za czytanie, lubienie, komentowanie. Za dyskusje, polecanki i budującą krytykę. Za to, że jesteście, że czytacie i interesujecie się, bo to jest dla mnie największa radość 🙂

Kolejny rok zapowiada się równie fantastycznie – aż sama nie wiem, kiedy zdążę opisać Wam wszystkie wrażenia bukowe, jakimi chciałabym się z Wami podzielić, a każdego dnia przybywa ich coraz więcej!

Jeszcze raz ogromnie Wam dziękuję!

Czytajcie książki 🙂

Bo warto czytać.

O.

„The Signature Of All Things” Elizabeth Gilbert

Bombla_Signature

 

„I believe that we are half-blind and full of errors. I believe that we understand very little, and what we do understand is mostly wrong. I believe that life cannot be survived – that is evident! – but if one is lucky, life can be endured for quite a long while. If one is both lucky, stubborn, life can sometimes even be enjoyed.”

„The Signature of All Things”

W życiu każdego pisarza przychodzi moment na stworzenie swojego magnum opus – czas na napisanie najwspanialszego, najlepszego dzieła, który pozostawi dla potomności, jako swoje największe dziedzictwo. Czasami do jego napisania przygotowuje się całe życie, a czasami poświęca kilka lat, szuka inspiracji, fascynujących historii, by w końcu wydobyć na światło dzienne opowieść idealną, perfekcyjnie skrojoną i odzwierciedlającą w pełni jego styl. Bywa, że taka książka nigdy nie powstaje. Umyka gdzieś myśli, pomysł rozrasta się do niebotycznych rozmiarów, a całość zyskuje tyle poziomów, że nie da się już tego ogarnąć. A jednak bywa również, że taka opowieść wyłania się z otchłani wyobraźni autora całkiem wcześnie w jego karierze i staje się najjaśniejszą gwiazdą pośród całej jego twórczości, tej już spisanej i przyszłej, która dopiero ma powstać.

Takim dziełem życia stała się najnowsza powieść Elizabeth Gilbert zatytułowana „The Signature of All Things”. Słysząc nazwisko tej amerykańskiej pisarki zazwyczaj na myśl narzuca się sama jej autobiograficzna historia „Jedz, módl się, kochaj”, kontynuowana później w „I że cię nie opuszczę”, dzięki której zdobyła sławę i podbiła serca tysięcy czytelniczek na całym świecie. Mało kto wie, że ta sama autorka, którą utożsamia się z jednym tytułem od lat, ma na swoim pisarskim koncie świetny zbiór opowiadań obyczajowych „Imiona kwiatów i dziewcząt”, a także doskonałą powieść w duchu północnych mórz „Ludzie z wysp” (o której na Buku już niebawem), czy biografię przyrodnika Eustace’a Conwaya „The Last American Man”. Wszystkie książki warte poznania, napisane subtelnym i wyrazistym językiem, z wciągającymi, perfekcyjnie skrojonymi fabułami, których nie da się zapomnieć.

Nie inaczej jest z „The Signature of All Things”. To historia życia Almy Whittaker, urodzonej na przełomie wieków, dokładnie w 1800 roku. Nie przez przypadek Gilbert wybrała właśnie tę datę na narodziny swojej bohaterki. To przejście epok, zwiastujące najszybsze i największe zmiany, jakie zajdą na świecie w ciągu kolejnych stu lat, pomijając konflikty zbrojne, wojny i najazdy, jakie będą miały miejsce w tym czasie na świecie i w Europie. Kolonizacja, odkrywanie nowych gatunków roślin, zwierząt, tworzenie przełomowych teorii, które wstrząsną światem nauki. Wzrost technologiczny, rewolucja przemysłowa i tworzenie niezwykłych wynalazków, które zaznaczą obecność swoich twórców w historii cywilizacji. To epoka nowych odkrywców, badaczy kultury, antropologów, którzy nie będą bali się zaryzykować całego swojego życia, by udowodnić wymyślane przez siebie teorie. To także czas przyrodników, biologów i ludzi medycyny, którzy od nowa stworzą ciąg zależności i nadadzą człowiekowi jego miejsce wśród innych istot na ziemi.

Nie sposób opisać dokładnych kolei losu Almy, by nie opowiedzieć całej książki, jednak warto napisać kilka słów o bohaterce, by przybliżyć jej wyjątkową postać. Jej ojcem jest Henry Whittaker, człowiek z nizin, który już w młodości, pracując w królewskich ogrodach botanicznych Kew, w Londynie, postawił sobie za cel zdobycie wielkiej fortuny. Dzięki ciężkiej pracy, wieloletniemu doświadczeniu i wrodzonemu sprytowi udaje mu się, po wielu latach podróży, osiąść na stałe w Filadelfii. To nowy świat, nowy, młody kraj, pełny możliwości dla człowieka z ambicjami i pieniędzmi. Henry buduje największą i najbogatszą posiadłość w Stanach Zjednoczonych, zwaną White Acre, a w jej granicach tworzy ogród botaniczny, herbarium, palmiarnię i cały rząd pomniejszych zielonych terenów. Będąc jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, Henry staje się prekursorem handlu przyprawami i roślinami o właściwościach leczniczych, rozpoczynając życiową współpracę z raczkującym przemysłem farmaceutycznym. White Acre to jego mała oaza, przystań, do której zjeżdżają się dziesiątki miłośników przyrody z całego świata, w której organizuje odświętne kolacje, odczyty i wykłady, a prywatna biblioteka należy do najbogatszych na świecie.

W takich luksusowych warunkach wychowuje się jedyna rodzona córka Henry’ego, czyli Alma. Po ojcu odziedziczyła charakter urodzonej botanistki i przyrodnika – nie boi się zadawać trudnych pytań, zawsze szuka odpowiedzi, jest ciekawa świata i pewna siebie.  Jej rodzice od małego uczą ją samodzielnego myślenia, analizowania i budowania własnych wniosków. Alma jest dzieckiem nowej epoki, jej odzwierciedleniem, tym bardziej unikatowym, że nie wychowywanym na laleczkę do towarzystwa, ale, wręcz przeciwnie, kobietę-naukowca, która pewnego dnia będzie kontynuować dzieło swoich rodziców i przejmie rodzinny biznes. Alma cały swój czas, dosłownie każdą wolną chwilę przeznacza na samokształcenie, czytanie, pisanie, klasyfikowanie i badanie otaczającej jej przyrody. Ciągle rozmyśla nad porządkiem świata, filozofuje i podejmuje twórcze dyskusje, tak ze swoimi rodzicami, jak z ludźmi, którzy zjeżdżają się do jej rodzinnej posiadłości. W wieku dwudziestu trzech lat podejmuje najważniejszą decyzję – zostaje jednym z pierwszych briologów, czyli naukowcem zajmującym się mchami, bo to właśnie w nich Alma dostrzega zalążek wszelkich praw, jakie rządzą światem roślin i zwierząt. I na nich zaczyna budować swoją przełomową teorię.

„The Signature of All Things” to kronika życia badaczki, naukowca, feministki i przyrodnika. To historia życia Almy, od początku, aż do końca, wraz ze wszystkimi najważniejszymi jego wydarzeniami. Obserwujemy jej pierwsze miłostki, zauroczenia, eksperymenty. Jej pierwszą przyjaźń, miłość i złamane serce. Towarzyszymy jej w podróżach, odkrywamy świat i przeżywamy każdą najistotniejszą chwilę. Elizabeth Gilbert sprawiła, że my czytelnicy dzielimy z bohaterką dosłownie wszystko. Jesteśmy przy niej i chcemy, by udało jej się przeżyć jej życie jak najbardziej godnie, by na końcu mogła powiedzieć, że bywały chwile, gdy czuła się naprawdę szczęśliwa i spełniona.

O.

*W Polsce powieść pojawi się nakładem wydawnictwa Rebis, 1 kwietnia 2014, pod tytułem „Botanika duszy”.

„Życie miłosne” Zeruya Shalev

Bombla_ZycieMiłosne

Od czasu do czasu każdego z nas dopada egzystencjalny dół. Mniejszy albo większy kryzys związany z naszym dotychczasowym życiem i kierunkiem w jakim wszystko wokół nas zmierza. Podobno takich kryzysów człowiek może przeżyć dość sporo, w różnych odstępach czasu. Z kryzysem możemy zmierzyć się w okresie dojrzewania, gdy z naiwnego dziecka przekształcamy się w pogrążonego w zadumie nad samym sobą nastolatka. W kilka lat później mamy szansę pogrążyć się w dole dwudziestopięciolatka, który podobno związany jest z zakończeniem studiów i beztroskiego czasu nauki. Po latach przychodzi czas na kryzys wieku średniego, chyba najpopularniejszego i najczęściej wykorzystanego w tekstach literatury i filmach. I kryzys emerytalny, po sześćdziesiątce, który jest jednoznaczny z  kryzysem świadomości zakończenia pewnego etapu życia. Zauważyliście pewnie, że sprytnie pominęłam jeden z istotniejszych egzystencjalnych dołów, jaki dopada zarówno mężczyzn, jak i kobiety, a który związany jest z przekroczeniem magicznej bariery trzydziestego roku życia.

Z tym właśnie kryzysem zmaga się bohaterka powieści Zeruyi Shalev zatytułowanej „Życie miłosne”. To pierwsza powieść rozpoczynająca psychologiczną trylogię, na którą składają się jeszcze „Mąż i żona” i kończąca cykl „Po rozstaniu”. Autorka stworzyła historię wyjątkową, ponadczasową, która dotyka najboleśniejszych momentów kobiecego życia. Pomimo, iż „Życie miłosne” rozgrywa się w Jerozolimie, to tak naprawdę mogłoby rozgrywać się w każdym zakątku na świecie, a jej uniwersalny wydźwięk pozwala wpasować się w gusta różnych kobiet, na każdym życiowym etapie. Shalev obrazuje kobiety w przełomowych momentach, gdy coś się zmienia, jakieś nieuchwytne siły wpływają na bohaterki i zmuszają je do zagłębiania się w swoje wnętrze, by pokonać ten trudny etap oparty na kryzysie pragnień i możliwości, a także straconych złudzeniach.

Bohaterką „Życia miłosnego” jest Ja’ra Korman. Ma około trzydzieści lat, stopień naukowy na uniwersytecie i kochającego męża, który stara się robić dla niej wszystko. Jej dotychczasowymi celami było zdobycie pełnego etatu na uczelni, budowanie krok po kroku naukowej kariery i urodzenie co najmniej jednego dziecka, gdy tylko przyjdzie odpowiedni czas, a wszystko będzie szło zgodnie z planem. Od zawsze wiedziała czego chce, była pewna podejmowanych kroków i szczęśliwa w swoim małym światku. Ta wykreowana przez nią rzeczywistość ginie w gruzach w chwili, gdy zupełnie przypadkowo poznaje Ariego Ewana – przyjaciela jej rodziców z czasów młodości, który po latach spędzonych we Francji powraca do Jerozolimy. I w tej chwili okazuje się, że nic nie było wcale takie idealne i perfekcyjne, jak wydawało się Ja’rze, wręcz przeciwnie, od dłuższego czasu jej doskonałe wyobrażenie o swoim życiu trzymało się jedynie na powielanych chwilach codziennej rutyny. I niczym więcej.

Jej małżeństwo z uroczym i miłym Jonim straciło kolory dawno temu,  a z czasem Ja’ra nie pamięta już nawet co było w nim takiego, że tak szybko i bezmyślnie się pobrali.  Wydaje się, że zapomniała co to miłość, lub, co bardziej przerażające, wcale nie kochała swojego męża. Jej dotychczasowa egzystencja okazuje się smutną iluzją tworzoną na potrzeby zachowania pozorów. Tak naprawdę pogrążona jest w zupełnej stagnacji. Jej życie stoi w miejscu, podobnie jak jej naukowa kariera. Nie może iść ani do przodu, ani do tyłu, bo uwikłana jej w honorowe umowy, których powinna dotrzymać, by nie wyjść na niedojrzałą. Problem w tym, że Ja’ra jest niedojrzała, a co za tym idzie zupełnie niezdecydowana. Już jakiś czas wcześniej straciła cel i czuje się zagubiona. Boi się prawdziwie zaangażować, bo to wiązałoby się bezpośrednio z podejmowaniem odpowiedzialności. A na to bohaterka Shalev nie jest gotowa.

Wszystko to uświadamia sobie, gdy na jej drodze staje Arie. To sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna, znudzony i zblazowany. Próbuje sam przed sobą i otaczającymi go kobietami udawać samca alfa, pełnego siły i władzy. Nie przez przypadek jego imię tłumaczone z hebrajskiego oznacza lwa – władcę zwierząt. On pragnie panować i dopuszczać do siebie kolejne, coraz młodsze kobiety, by dołączyły do jego trofeów, uzbieranych podczas wielu lat usilnych polowań. Odgrywa rolę starego libertyna, mistrza seksualnych igraszek, a jednocześnie apatycznego, znudzonego „tym wszystkim” specjalistę od miłości. Pod tą maską kryje się jednak człowiek zniszczony, zmęczony sam sobą i pogrążony w strachu przed nieuchronnością śmierci. Naiwna Ja’ra jest kolejnym z serii jego podbojów, tylko jeszcze bardziej zagubiona, bo faktycznie poszukująca miłości.

Ich romans to seria burzliwych, toksycznych spotkań, w których każde z nich próbuje odmalować w tym drugim ziszczenie swoich pragnień. Nie chcą wcale poznać prawdy o sobie, ale jedynie w nieskończoność odbijać swoje wizje w oczach drugiego partnera. Ja’ra widzi w Arim kogoś na kształt perfekcyjnej męskiej figury, zupełne przeciwieństwo swojego ojca, którym skrycie pogardza, chociaż bardzo kocha. Na kochanka nakierowuje wszystkie nieziszczone marzenia i szuka odpowiedzi. A tam spotyka tylko ciszę, bo Ariemu nie zależy na związku. Nie zależy na nieogarniętej młodej kobiecie, która nie potrafi zdecydować się nawet na kupno sukienki. Chce wyłącznie nią manipulować, dla własnych zachcianek i wyuzdanych potrzeb. Każdy kolejny krok tych obojga to desperacka próba naprawienia życia i zawrócenia go na właściwy tor, pomimo iż zdają sobie sprawę, że nie tędy droga.

Im dalej zagłębiamy się w „Życie miłosne” i im lepiej poznajemy motywacje działań Ja’ry, tym bardziej może ona wywołać frustrację i sprzeciw. Kierowana strachem przed dojrzałością, przed dorosłością i podjęciem, w końcu, odpowiedzialności za swoje życie, staje się kimś kogo wyjątkowo łatwo znielubić, tym bardziej, jeśli nie potrafimy się z nią i jej problemami utożsamić. Ja’ra zdaje się być na granicy pewnego upadku, pogrążenia się w wewnętrznej ciemności bez szansy na  odrodzenie. Dryfuje i wciąż szuka siebie, zgłębia swoje wnętrze i igra z losem, by nareszcie dowiedzieć się i odkryć czego chce. Ale te odkrycia nie są wcale pozytywne. Niosą za sobą nieodwracalne wybory, te natomiast równie nieodwracalne skutki i pozostawiają za sobą kilka ofiar. A ona idzie dalej. Przynajmniej stara się, nie do końca wiedząc co się z nią stanie i ani ona, ani my nie możemy być pewni co przyniesie jej nowy dzień. I ta niewiedza jest najbardziej pesymistycznym przesłaniem tej powieści.

O.

„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman

Bombla_Ocean

 

„Bardzo dokładnie pamiętam swoje dzieciństwo… Wiedziałem wówczas straszne rzeczy. Ale wiedziałem też, że nie mogę pozwolić, by dorośli zorientowali się, że wiem. To by ich przeraziło.”

Maurice Sendak

Albert Einstein zapytany kiedyś, w jaki sposób wychować inteligentne dziecko, ponoć odpowiedział: Jeśli chcesz mieć inteligentne dziecko, to czytaj mu baśnie. Jeśli chcesz mieć jeszcze mądrzejsze dziecko, to czytaj mu więcej baśni. Przepis niezwykle prosty, bo w końcu baśnie zawierają w sobie odpowiedzi na większość najważniejszych pytań. Oddziałują na wyobraźnię – pozwalając swoim odbiorcom na zgłębienie najistotniejszych kwestii egzystencji człowieka – każda zupełnie indywidualnie, na swój własny sposób. Od najwcześniejszych lat pomagają zrozumieć otaczający świat i rządzące nim prawa. A te nie zawsze bywają sprawiedliwe czy dobre. Zło czai się ukryte w ciemnościach ludzkiej natury i potrafi zaatakować znienacka, wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Dobrze napisana baśń pozwala je zdemaskować i nauczyć się, jak sobie radzić nawet w najgorszych sytuacjach.

Taką wyjątkową, baśniową opowieść przedstawia nam Neil Gaiman w swojej najnowszej powieści dla dorosłych, zatytułowanej „Ocean na końcu drogi”. Wspomnienia z dzieciństwa bywają różne. Każdy ma swoje, osobiste, subiektywne, schowane głęboko w pamięci. Łączy je to, że nie wszystkich z nich możemy być do końca pewni. Niektóre zacierają się same i powracają pod wpływem impulsu. Inne natomiast bywają wyparte i często zastąpione nowymi, mniej bolesnymi, które ukrywają przed nami to, co wydarzyło się naprawdę. W takim wypadku może się zdarzyć, że już nigdy nie dowiemy się, co było rzeczywiste, a co jedynie zmyślone. Dla naszego dobra i lepszego samopoczucia.

Ukryte wspomnienia trudnych dziecięcych lat próbuje odzyskać bohater „Oceanu na końcu drogi”. Przy okazji rodzinnego spotkania, jako mężczyzna w średnim wieku, odwiedza stare kąty i ulicę, na której dawniej stał jego dom.  Przypadkiem, niczym wiedziony na niewidzialnej linie, trafia na farmę Hemstocków. Zdaje sobie sprawę, że dawno temu był w tym dziwnym domu, zamieszkałym przez trzy wyjątkowe kobiety. Teraz przebywa tam tylko jedna staruszka, i to właśnie ona zaprowadza go nad staw – magiczne miejsce, które mieszkająca tam Lettie Hemstock ochrzciła mianem „ocean”, a który wznieca w nim na nowo wspomnienia ukryte w zakamarkach świadomości. Bohaterowi przypomina się jego dawne życie, odkrywa dawno zapomniane chwile i budzi uśpione traumy z dzieciństwa, by wreszcie doznać tak potrzebnego oczyszczenia.

Opowieść rozpoczyna się czterdzieści lat wcześniej, prawdziwym dziecięcym dramatem – nikt nie przychodzi na siódme urodziny głównego bohatera. Po tym wydarzeniu małe i większe katastrofy zaczynają się mnożyć i narastać. Ginie jego ukochany kotek, a jeden z lokatorów wynajmujący pokój u jego rodziców pewnej nocy wykrada samochód i popełnia w nim samobójstwo. Ten właśnie czyn zbudził z głębokiego snu pradawną siłę. Pierwotne zło uśpione gdzieś za „oceanem”, na granicach światów, które przedostaje się do rzeczywistości, wykorzystuje ludzi i obezwładnia ich. Mami, okłamuje, składa obietnice bez pokrycia, ale dorośli nie są w stanie poznać, z kim tak naprawdę mają do czynienia i poddają się mu bez przeszkód. Świat bohatera staje na głowie i coraz bardziej odrealnia się, przypominając chory koszmar. Okazuje się, że dorośli często nie potrafią sami sobie radzić ze swoimi słabościami i nie są wcale tak silni, jak mogłoby się wydawać. Pomocy może szukać jedynie wśród trzech mieszkanek farmy Hemstocków. Każda z nich jest wyjątkowa, każda nietypowa i posiadająca inne umiejętności. Trochę nie z tego świata. Razem stawiają czoła zagrożeniu, by przywrócić harmonię i spokój w okolicy, a także naprawić wyrządzone szkody.

Tyle tylko, że pewnych rzeczy nie da się tak prosto naprawić. Nie da się odwidzieć tego, co raz się zobaczyło, ani od-doznać tego, co raz się już przeżyło. Każdy moment odcisnął piętno na umyśle głównego bohatera, a po latach koszmary powracają do niego falami, gdy wpatruje się w toń „oceanu”. Wracają smutki, nieszczęścia i złe myśli. Wspomnienia rozpadającego się domu i związku jego rodziców, którzy wszelkimi sposobami próbowali naprawiać finansową ruinę. Powraca także poczucie zdrady i odrzucenia, spotęgowane chwilami domowej przemocy. W jakimś momencie można odnieść wrażenie, że obserwujemy świat dorosłych oczami dziecka, i jest to świat, na który nie ma ono żadnego konkretnego wpływu. Co więcej, jest to świat nie do końca zrozumiały, dlatego bohater przekłada magię nad rzeczywistość, co jest sposobem na radzenie sobie z narastającymi problemami. W tej rzeczywistości farma Hemstocków i jego mieszkanki to dobre wróżki, które potrafią naprawić każdą najmniejszą krzywdę i odwrócić bieg losu.

Neilowi Gaimanowi po raz kolejny udało się opowiedzieć piękną, współczesną baśń i stworzyć magiczny świat ukryty wewnątrz tego zwykłego, przesiąkniętego normalnością i codziennością. Bohater „Oceanu na końcu drogi” umiejętnie odnajduje się w obu tych rzeczywistościach, obie są dla niego równie istotne i równoznaczne. Zło i dobro, ciemność i światło, świat cudów i świat dorosłych – każde z nich istnieje na równych prawach, każde ma zasady, których trzeba się trzymać i które należy szanować. Nad „oceanem” Lettie Hemstock bohater przeżywa od nowa najgorsze i najlepsze momenty swojego dzieciństwa. Przeżywa swoiste katharsis, po raz kolejny uwalnia się od cierpienia i potwornych myśli. A razem z nim my, czytelnicy tej niewiarygodnej, doskonale opowiedzianej historii, która nie pozwala o sobie zapomnieć i która, jak każda baśń, zostanie z nami na zawsze.

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się 9 listopada, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Golem” Edward Lee

Bombla_GolemLee

Lubię poznawać i zgłębiać stare podania, baśnie i legendy. Co więcej, uwielbiam czytać nowe, unowocześnione wersje, jak również wariacje na ich temat w książkach, których autorzy inspirują się folklorem różnych kultur. Najbardziej intryguje mnie baśniowość i magia tych historii. Opowieści, które kształtują umysły tysięcy ludzi, w różnych zakątkach świata, a jednak odnoszących się przede wszystkim do tego co istnieje poza rzeczywistością, poza tym co zwyczajne i normalne. Tego co nawiązuje do świata tajemnic i ukrytych symboli. Baśnie, legendy i podania zawierają w sobie wszystkie najważniejsze kulturowe wskazówki, wszelkie lęki i radości danych społeczności, których członkowie przekazują je kolejnym pokoleniom, tworząc jedyne w sobie, zaklęte w słowa kulturowe dziedzictwo. 

Edward Lee, który od zawsze zaskakuje mnie ujęciem tematu, wykorzystał jedną z najważniejszych legend żydowskich i jej własną interpretację umieścił w powieści zatytułowanej „Golem”. O golemach z pewnością słyszeliście, nawet przypadkiem, tym bardziej jeśli jesteście fanami fantasy, bo tam golemy i golemopodobne twory już wiele lat temu zadomowiły się na dobre. Ale prawdziwa historia golema wyłania się z czeluści żydowskiej duchowości i najgłębiej skrywanych tajemnic o religijnych korzeniach. Z początku legenda ta była jedynie ciekawostką, ale z czasem nabrała głębokiego znaczenia, gdy obrosła w mity i nowe konotacje. Stała się także ostrzeżeniem przed niewłaściwym wykorzystaniem wiedzy i tajemnic wiary, które obrócić mogą się z łatwością przeciw temu, kto narusza ich podstawowe zasady.

Wykorzystana przez Edwarda Lee legenda praskiego golema to jedna z najbardziej znanych na świecie opowieści pochodzących z naszej części Europy. Pod koniec XVI wieku, w Pradze za rządów cesarza Rudolfa II nasiliły się ataki na żydowską społeczność, którą posądzano o okultyzm i bezbożne praktyki. Rabin Jehuda Loew ben Becalel, zwany również Maharalem, by obronić siebie i innych przed prześladowcami, za pomocą kabalistycznego zaklęcia powołał do życia potężną istotę ulepioną z gliny. Uformowane, olbrzymie ciało ożywił za pomocą tajemnych rytuałów i modłów, a na końcu, by dopełnić dzieła, wypisał na czole (lub na pergaminie włożonym w usta) magiczne słowo, które tchnęło życie w glinianą istotę. Zadaniem golema była obrona praskich Żydów, ale pewnego dnia coś się zmieniło i golem w szale zaatakował rabina i ludzi, których z założenia miał bronić. Podobno szczątki tej istoty wciąż leżą na strychu synagogi Staronowej w Pradze. Przytoczona opowieść jest najstarszą i najpopularniejszą, jednak historii o golemach było o wiele więcej na naszych terenach, gdy mit został wtłoczony do przypowieści ludowych.

Historia „Golema” Edwarda Lee rozpoczyna się w 1880 roku, gdy na parowcu płynącym przez amerykańskie rzeki, poznajemy uciekinierów z Europy – Poelziga i jego żonę Nanyę. Statek, który płynie z Baltimore do Lowensport w stanie Maryland, wiezie wyjątkowy ładunek, na który składają się beczki praskiej gliny i inne nietypowe, bliżej niezidentyfikowane przedmioty. Lowensport jest jedną z żydowskich enklaw w nowym świecie, ale to nie tam szukają schronienia Poelzig i jego żona. Co więcej wydaje się, że gdy tylko słyszą o porcie, chcę zawrócić z trasy, albo chociaż przeczekać noc na stałym lądzie, z dala od granic miasta.  Jednak gdy zapada zmrok coś dziwnego dzieje się z podróżującymi i dochodzi do straszliwej tragedii.

W ponad sto lat później znany twórca gier komputerowych – Seth, wraz z dziewczyną imieniem Judy, wprowadzają się do starej siedziby zwanej Lowen House, które miała być ziszczeniem ich marzeń. Stara posiadłość i przynależące do niej tereny rolnicze stają się własnością pary, a wraz z nią tajemne brzemię, które skrywa to miejsce. W niedługi czas po ich przyjeździe, grupa robotników odkrywa zakopany w ziemi, a dokładnie dawnym rzecznym korycie, parowiec, a w nim szkielet trzech osób i nienaruszony ładunek. Znalezisko inicjuje ciąg dziwnych zdarzeń, wznieca poruszenie w miejskiej społeczności i u miejscowego rabina, a także prowokuje do kradzieży dwóch, pozornie z niczym niepowiązanych osiłków. Życie Seth i Judy jest w wielkim niebezpieczeństwie. Z szybkością błyskawicy powracają stare legendy, przypominają się historyczne wydarzenia i tragedie z przeszłości, a na polach otaczających dom, z błękitnych ogni, rodzą się przywołane z piekieł istoty.

Golemopodobne twory stworzone przez Edwarda Lee to owoce starej magii, zapomnianych rytuałów i okultystycznych zaklęć. W fabule pisarz odwraca porządek religijny, nagina go i tworzy własny kabalistyczny odłam żydowskiej wiary, jeszcze bardziej tajemny i oparty na czystej formie zła. Kreatury powstałe z praskiej gliny i ciał ofiar poświęconych ciemnościom niczym nie przypominają tych z historii o kreacji pierwszego człowieka. Słowa, które budzą je do życia to zemsta, mord i zniszczenie. Nie ma w nich nic idealnego. Są zdeformowane i zniekształcone od samego początku swojego istnienia, a że oparte zostały na ludzkich szczątkach, posiadają również instynkty tych, którymi byli dawniej. Trzeba dodać, że te najokrutniejsze instynkty. Brutalność, agresja, popęd seksualny wyolbrzymiony do maksimum – wszystko to chore i zdeformowane, tak jak same golemy w powieści.

Legendy mają to do siebie, że z czasem zostają uproszczone i ujednolicone. Lata ustnych przekazów, różne źródła opowieści, wpływy z zewnątrz sprawiają, że często z prawdziwej historii zostają jedynie strzępki i niedopowiedzenia. Szczegóły zacierają się, a ich wymowa ostatecznie przybiera raczej dydaktyczny ton. Unowocześniona wersja historii praskiego golema przedstawiona w powieści Edwarda Lee ożywia jego mit na nowo. Całość nabiera kolorów i swoistej mięsistości, dzięki której aż chce się powrócić do źródeł golemów i zapoznać się z ich prawdziwym, religijnym znaczeniem. Aż chce się od nowa opowiadać ich historię i dotrzeć do źródeł dawnej magii i starej wiary, która stała się źródłem perfekcyjnej zemsty w „glinianej” istocie.

O.