„2666” Roberto Bolaño

Bombla_2666

 

„… morderstwa kobiet (…) – To idzie falami. Co jakiś czas przychodzi następna fala i znowu stają się newsem i dziennikarze podchwytują temat. Ludzie też podchwytują temat i gadają, i historia toczy się jak śniegowa kula, i rośnie lawinowo, dopóki nie pojawi się słońce i pieprzona kula się nie roztopi, i wszyscy zapominają, i wracają do pracy.”

Na początek kilka faktów i zarys sytuacji. Chihuahua. Północny stan Meksyku. A w nim jedno z najszybciej rozwijających się miast na świecie. Trzymilionowe Ciudad Juárez. Tuż przy granicy zwanej Paso del Norte (północnym przejściu) – bramie do lepszego świata, bramie na zachód, tam gdzie wszystko jest piękniejsze i gdzie spełniają się marzenia – wejściu do Stanów Zjednoczonych. Miasto potworne. Miasto przeklęte. Miasto zabójcze. Uznane za najniebezpieczniejsze miejsce na świecie poza zadeklarowanymi strefami wojennymi. Miasto, w którym królują narkotykowy biznes, prostytucja i handel ludźmi. W wyniku walk karteli każdego roku giną tam tysiące ludzi. Jednak to nie wyłącznie narko-biznes sprawił, że Ciudad Juárez trafiło na listę najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, ale makabryczne zabójstwa i zniknięcia kobiet, które nie ustają od 1993 roku. Według oficjalnych danych w brutalny sposób zabito tam około pięciuset dziewczynek, dziewczyn i kobiet, ale nieoficjalnie mówi się o tysiącach ofiar. W tych obliczeniach nie uwzględnia się zgłoszonych zaginięć i nieodnalezionych ciał, które również liczy się w setkach.

To właśnie te brutalne zbrodnie, ich makabryczność i bezkarność sprawców zainspirowały chilijskiego pisarza Roberto Bolaño do napisania swojego opus magnum, powieści-potwora, gigantycznej i przenikliwej do szpiku kości, wydanej już pośmiertnie, a zatytułowanej „2666”. Do twórczości Bolaño przymierzałam się bardzo długo i nie byłam pewna co tam odnajdę, a raczej co odnajdzie mnie. Mówiono o arcydziele, samego twórcę cytowano i wychwalano, a Susan Sontag (której zdanie bardzo cenię) nazwała go „najważniejszym powieściopisarzem języka hiszpańskiego”. Pozostało mi się przekonać na własne oczy i na własnej skórze. Z tej literackiej przygody wyszłam zmiażdżona i emocjonalnie posiniaczona. Taki pewnie był zamysł samego Bolaño, chociaż jeszcze przed śmiercią (przedwczesną) zaznaczał, że chciałby, żeby ta historia pojawiła się w pięciu osobnych częściach. Może czuł gdzieś głęboko, że taki intensywny książkowy ładunek to zbyt wiele dla przyzwyczajonego do ułagodzonego obrazu przemocy czytelnika? Jak by nie było, jego spadkobiercy zadecydowali inaczej – „2666” w ponad tysiącstronicowej, oryginalnej wersji zawarło w sobie wszystkie pięć opowieści, których spoiwem i punktem stycznym są masowe zabójstwa kobiet w granicznej strefie Meksyku.

Zwierciadlanym odbiciem prawdziwego Ciudad Juárez jest w „2666” fikcyjna miejscowość Santa Teresa, która niejako przyzywa kolejnych bohaterów, odkrywając przed nimi swoje krwawe, podziemne tajemnice. Mamy pięć opowieści. Punktem wyjścia i klamrą zamykającą powieść jest postać Benna von Archimboldiego – niemieckiego pisarza, którego nikt nigdy nie widział, a którego dzieło jest źródłem niegasnącej fascynacji wśród literaturoznawców na całym świecie. Przypadek sprawia, że pierwsze cztery postacie poszukujące tego dziwnego twórcy trafiają za tropem właśnie do Meksyku tylko po to, by przekonać się, jak śmiertelnie niebezpiecznym miejscem jest Santa Teresa. Dalej historię kontynuują wyrwane z osi czasu fragmenty życia mieszkańców i przypadkowych przyjezdnych morderczego miasta – młodej Rosy, jej ojca Amalfitano, który wciąż drży w strachu o życie swojej pięknej córki, i amerykańskiego reportera o znaczącym imieniu Fate (z ang. przeznaczenie), który zostaje wplątany w podziemne życie Santa Teresa.

Kulminacyjną częścią „2666”, jednak nie ostatnią, jest „Część zbrodni”, którą spokojnie można zastępczo tytułować „Kroniką Śmierci”. Ta właśnie część powieści wydaje się być punktem wyjścia dla Bolaño, który próbuje w niej uchwycić chociaż niektóre z zapomnianych twarzy dziesiątek zamordowanych kobiet. W suchy, bezlitosny sposób opisuje kolejne ciała ofiar, ekstremalnie brutalnie gwałconych, kaleczonych i w końcu zabijanych, by na końcu zostać porzuconymi na wysypiskach, polach, pustyni, śmietnikach… Ta część przygważdża nas ideą wielkiej, anonimowej liczby, ludobójstwa i masowych grobów, do których ciała dziesiątek niezidentyfikowanych kobiet w końcu trafiają. Przypomina archiwum zbrodni, katalog portretów martwych istot, nieprzypadkowo nawiązując do nazistowskich zbrodni II Wojny Światowej. Bolaño nie znajduje odpowiedzi, pozostawia jedynie znaczące tropy. Im głębiej jego bohaterowie zanurzają się w skorumpowane, zarobaczone wnętrze Santa Teresa, uświadamiają sobie i my wraz z nimi, że te morderstwa nigdy się nie skończą. To krwawy, niezmienny element krajobrazu Sonory, w niezrozumiały sposób całkowicie oswojony przez większość jej mieszkańców. I resztę świata.

„2666” nie jest lekturą przyjemną ani łatwą. To gargantuiczny kawał opowieści ekstremalnie wymagającej, niezwykle intensywnej w czytelnicze doznania. To nie jest powieść na jedno posiedzenie. To nie jest powieść na relaksacyjny wieczór z książką. Wysysa z czytelnika całą uwagę, przyzywa go i kusi opowieścią potworną i wyjątkowo męczącą emocjonalnie. Bolaño zostawia nas zupełnie wyprutych, wyzutych i przerażonych. Podwaja te uczucia niedokończonymi wątkami, otwartymi zakończeniami i niedopowiedzeniami, które dręczyły mnie przez całą tą książkową przygodę. Czytając suche, katalogowe opisy kolejnych ciał torturowanych, gwałconych kobiet, po pewnym czasie miałam ochotę krzyczeć. Nie, nie krzyczeć – wrzeszczeć z niemocy, z niemożności zrozumienia. I co chwila zadawałam sobie to samo pytanie: jak to możliwe? W jaki diaboliczny sposób w XXI wieku, gdy na świecie pozostało tak niewiele sekretów do odkrycia, akurat tak makabryczna, ludobójcza zagadka wciąż pozostaje bez rozwiązania? Czego ludzie tak bardzo się boją? Czemu nikt nie reaguje tak jak powinien?

Jak widzicie „2666” pozostawia po sobie gorycz, smutek i zdziwienie. I dziesiątki pytań, wszystkie bez odpowiedzi. Kolejne sekrety. Kolejne tropy, które wciąż czekają, by ktoś za nimi podążył. I po wszystkim jestem pewna tylko jednego – że nie można zapomnieć o Santa Teresa, czyli nie można zapomnieć o Ciudad Juárez, bo zapomnienie i milczenie przyciągnie tam jeszcze więcej śmierci. Więcej zła. I jeszcze więcej niewinnych ofiar. „2666” to bukowy gigant. Dzieło totalne chociaż wciąż otwarte. Bardzo Duży Buk.

O.

*A dla wszystkich, którzy zastanawiają się dlaczego warto czytać takie trudne, bolesne i intensywne w wewnętrzne emocje buki, czyli o czytelniczym masochizmie, polecam doskonały tekst Anny „Katuj, tratuj – czyli trudna miłość w moim domu”. 🙂

„Heart-Shaped Box” Joe Hill

Bombla_HeartShapedBox

 

„The dead win when you quit singing and let them take you on down the road with them.”

Całkiem niedawno, przy okazji październikowych zdobyczy pisałam Wam o bukowej, zupełnie przypadkowej niespodziance na jaką natrafiłam poszukując dobrego, zimowego horroru. O powieści, której intrygujący tytuł przyczepił się do mnie i kręcił się za mną, dopóki jej nie zakupiłam i nie zaspokoiłam chorobliwej ciekawości. Chodzi mi oczywiście o „NOS4A2” (polska premiera podobno w czerwcu) i jednocześnie odkrycie twórczości Joe Hilla, najstarszego syna Stephena Kinga, który (całe szczęście!) poszedł w ślady ojca i ma szansę kontynuować dzieło mistrza literatury grozy. W jego opowieściach jest coś znanego, jakaś namiastka przeszłości i klasyki, za którą tęsknię teraz, poznając nowe twory samego Kinga. 

Tym razem jednak zdecydowałam się sięgnąć po debiutancką powieść Hilla, czyli „Heart-Shaped Box” (tytuł zaczerpnięty z piosenki Nirvany pod tym samym tytułem i oznacza Pudełko w kształcie serca) i lektura tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że pisarz ten ma w głowie równie intrygujące historie co jego skądinąd uwielbiany przeze mnie ojciec i wcale a wcale nie ma zamiaru zaprzestać się nimi dzielić. Co więcej, pozostawia wrażenie, że dopiero się rozkręca i jeszcze długo nie przestanie nas porządnie straszyć. Od razu nadmienię, że „Heart-Shaped Box” to bardzo klasyczny horror, który swoje korzenie zawarł w tradycyjnych historiach grozy – czerpie od najlepszych, w tym również od Lovecrafta, którego czuć intensywnie wzdłuż fabularnych wątków, zachowujących jednak nowoczesny zamysł całości. Głównym spoiwem powieści jest strach, zarówno ten bohaterów przed śmiercią, przed nieuniknionym, jak również nasz czytelniczy strach przez nieznanym i potwornym, przed światem zmarłych i tym co wychodzi „z drugiej strony”, a czego nie chcielibyśmy nigdy spotkać.

Jude Coyne to podstarzały artysta rockowy, który po rozpadzie swojego zespołu, pogrąża się powoli w marazmie i otchłani swoich wspomnień o dawnej sławie. Nie daje już koncertów, większość czasu spędza na wywiadach, spotkaniach, albo innych tego typu imprezach, na których nie musi okazywać swojego talentu, a raczej po prostu bywać ku radości tłumów. Prowadzi spokojne, w miarę ułożone życie, którym kieruje jego menadżer, a on sam w tym czasie zajmuje się swoim domem, dwoma ukochanymi psami i licznymi kochankami, które z przyczyn dużej ilości rozpoznaje jedynie po przydomkach zaczerpniętych z nazw stanów, z których dziewczyny pochodzą. W ten sposób przez jego dom przewinęły się Florydy, Kentucky i Goergie – każda podobna do drugiej, młoda i zagubiona dziewczyna.

Coyle ma także wyjątkową pasję, a raczej rodzaj osobliwego hobby. Otóż zbiera przedmioty okultystyczne, związane ze śmiercią i wszystkim co mroczne i nietypowe. W jego kolekcji znaleźć można zarówno spreparowaną ludzką czaszkę, stary stryczek po prawdziwych egzekucjach, czy film „ostatniego tchnienia” tzn. gatunku snuff. Przedmioty te dostawał w prezencie, kupował na aukcjach (osobiście bądź przez agentów) lub wynajdywał na różnorakich stronach internetowych. Kiedy przychodzi do niego propozycja zakupienia prawdziwego ducha, Coyle nie waha się ani chwili, tym bardziej, że cena jest jak najbardziej przystępna, a sama oferta stworzona jakby specjalnie dla niego.

Duch, zdaniem jego pierwotnej właścicielki, ma przybyć za swoim ulubionym garniturem zamkniętym w pudełku w kształcie serca. Ma to być niegroźna, sympatyczna obecność pozostała po ojcu kobiety, która idealnie dopełni niesamowitej kolekcji rockmana. I jak się z pewnością domyślacie duch faktycznie przybywa za pudełkiem. Tylko że nie jest to wcale duch miłego, przyjaznego staruszka, ale mściwej istoty, która za swój pośmiertny cel postanowiła postawić sobie zniszczenie Judasa Coyle’a, poprzedzone doprowadzeniem go na skraj obłędu i odebraniu mu wszystkich tych, na których mu zależy. By tego dokonać i ziścić swoje marzenie duch wykorzystuje umiejętności, których mistrzem był za życia – hipnozę i manipulację emocjami. Na jaw wychodzą przerażające wydarzenia sprzed lat, traumy dzieciństwa i smutne konsekwencje wyborów, jakich Judas dokonał lata wcześniej. I rozpoczyna się wyścig ze śmiercią.

Joe Hill w „Heart-Shaped Box” zawarł wszystkie podstawowe elementy, które często przewijają się zarówno w jego twórczości, jak i w prozie Kinga. Znajdziemy tu umiłowanie do motoryzacji i tym samym nawiązanie do klasycznych powieści drogi, w których bohaterowie przemierzają kraj w poszukiwaniu odpowiedzi na najbardziej dręczące ich pytania. Idąc tym tropem zauważymy równie znany motyw walki o własne, zagubione „ja”, pogodzenia się ze swoją przeszłością i błędami młodości. Powrót do lat młodzieńczych wyciąga na wierzch stare traumy, które nawiedzały bohaterów całe życie i w końcu, po latach, przychodzi możliwość ich zrozumienia i odpuszczenia dawnych win. Tym samym ich życie od nowa nabiera sensu, zyskuje nowy kierunek – są gotowi na poświęcenie i otwarci na miłość.

W „Heart-Shaped Box” czytelnik obeznany z horrorem i literaturą grozy odnajdzie wiele pomniejszych nawiązań i znanych motywów, które wywodzą się z klasyki tego gatunku. Hill jednak poobracał i wykorzystał je tak umiejętnie, że zebrane razem tworzą zestaw doskonały. Sprawdzony, a jednak wciąż zaskakujący, który sprawia, że z każdą kolejną stroną coraz bardziej pragniemy siedzieć przy zapalonym świetle i z całą pewnością wolimy nie zgłębiać tajemnic kryjących się pod naszymi łóżkami, czy w odmętach szaf. Historia Judasa Coyne’a zaraża nas strachem, który sączy się poprzez rozdziały. Przypomina też, że wszelkie krzywdy, jakie wyrządzamy w trakcie swojego życia innym, bliskim nam ludziom, mogą mieć nieprzyjemne konsekwencje, wrócić do nas z siłą pędzącego bumerangu, w najmniej spodziewanym momencie. I oczywiście, gdy jest już po wszystkim, „Heart-Shaped Box” pozostawia po sobie wielką traumę, niczym z czasów dzieciństwa i zaczątki fobii przed czarnymi pudełkami w kształcie serca.

O.

Liebster (Lobster) Blog Award

Bombla_Liebster

Miał być tekst o pewnym bardzo godnym horrorze, ale muszę odpowiedzieć na wezwanie, więc do bardzo godnego horroru wrócimy we wtorek (a może nawet wcześniej, jak uda mi się ogarnąć życie) 😀

Ach te blogowe łańcuszki i internetowe zabawy – nie przepadam za nimi, ale nie sposób od nich uciec, gdy tak krążą sobie po sieci. Dzisiaj nadszedł czas na Wielkiego Buka, by dołożyć swoją cegiełkę do Liebster Blog Award (chociaż Lobster Blog Award o wiele bardziej by mnie ucieszyła, bo wszyscy wiedzą, że wspieram modę na niejedzenie owoców morza :)).

SERIA 01:

Do zabawy w ostatnich dniach wybrała mnie Asia „Potłuczona Literatka” z Literackiej Gospody za co bardzo ładnie dziękuję.

Zasady są bardzo proste: odpowiadam na 11 pytań otrzymanych od osoby (blogera/blogerki), która mnie  nominowała, a potem wybieram kolejne blogi do zabawy i sama pytania zadaję.

W takim razie Wielki Buk odpowiada:

1. Twój blog w 5 słowach…

To jest blog o literaturze. 

2. Jeden (jeden!), najważniejszy blog, który Cię inspiruje….

Experyment Rafała i Doroty – o książkach godnych i ważkich, bardzo inspirująco.

3. Twój dotychczas największy sukces….

Nie ma „największych” sukcesów, bo zawsze może być lepiej 🙂

4. Literatura: popularna czy klasyka?

Bez klasyki nie byłoby literatury popularnej (kanon trzeba znać), a jednocześnie klasyka też była kiedyś popularna. Czytam wszystko.

5. 5 słów, które – twoim zdaniem – charakteryzują blog http://gospodaliteracka.wordpress.com/

Om nom nom i książki.

6. Jak spędziłbyś/abyś dzień tylko dla siebie (bez ograniczeń czasowych, finansowych i przestrzennych)?

Ja, G. i psie potwory, gdzieś gdzie chłodno i przyjemnie, bez słońca, blisko morza, do góry nogami cały czas, ewentualnie spacerując po plaży, i nic nas nie obchodzi.

7. Kuchnia: wegetariańska czy z potrawy z mięsem?

Mięso podstawą życia.

8. Ulubiony deser.

Nie przepadam za słodyczami i cukrem w ogóle, ale jak już mam czymś się obeżreć, to dyniowcem jesiennym.

9. Co sądzisz o ziołolecznictwie?

Mięta na bolący brzuch – jak najbardziej tak, ale duże nie-nie dla ziół na poważne choroby, chyba że w ramach uzupełniających klasyczne leczenie.

10 Twój sposób na dobry humor.

Ja, mój G., dwa kudłate potwory i turlanie się.

11. Czym jest dla ciebie prowadzenie bloga?

Pasją i wielką radością, bo mogę gadać o książkach ile wlezie i tym samym dzielić się tym, co bardzo bardzo lubię.

Mam wrażenie, że już wszyscy brali udział w tej zabawie, ale poniższa piątka z pewnością ma ją dopiero przed sobą:

KobiecaStrona – kobieca strona kultury 

Taki Tu Taki Blog – męska strona literatury

Wstaw Tytuł – kobieca strona literatury

Superchrupka – popkulturowe szaleństwo

Lego’s Soul – pasja kolekcjonera

Pytania dla Was:

  1. Czy masz swojego Wielkiego Buka (albo Dużego), książkę najlepszą i najwspanialszą, do której uwielbiasz wracać i którą polecasz w ciemno?
  2. Książka tradycyjna, e-book, czy audiobook i dlaczego?
  3. Którego bohatera literackiego/filmowego chcielibyście spotkać na żywo i porozmawiać?
  4. Literatura polska czy zagraniczna?
  5. Ekranizację jakiej książki najbardziej chcielibyście obejrzeć?
  6. Jaka jest Twoja popkulturowa „guilty pleasure”, coś co sprawia Ci radochę i przyjemność i nic na to nie poradzisz?
  7. Książka, którą „wszyscy” już czytali, a Ty jeszcze nie?
  8. Apokalipsa, koniec świata i zombie biegające w kółko: musisz spakować się w 5 minut, możesz zabrać tylko jedną książkę. Którą wybierzesz?
  9. Czy i co podżeracie podczas lektury?
  10. Opowieść literacka/filmowa, której nie znosisz, nie lubisz, nie przekonała Cię?
  11. Światy magiczne, filmowe, literackie i wszelkie wyobrażone – masz niezwykłą szansę pojechać na wakacje do jednego z nich – gdzie jedziesz?

Miłej zabawy Moi Drodzy!

SERIA 02

A tutaj totalna niespodzianka, bo do Liebstera zaprosiła mnie również Wiola z Audio i Booka, więc poczułam się ważka i bardzo nominowana za co pięknie dziękuję 🙂 A że pytanie są godne, to odpowiadam (ale nikogo nie nominuję już):

1. W zasadzie po kiego grzyba piszecie bloga? Przecież z blogerów wszyscy się śmieją.

Ciągle gadam o książkach, więc żeby się wygadywać chociaż trochę bardziej i do tego dzielić się przemyśleniami z innymi- mam bloga. Ktoś się śmieje z blogerów?

2. Rozbudowana fabuła czy rozbudowane postacie? [jako że nie można mieć wszystkiego]

Rozbudowane postacie, bo drażnią mnie skomplikowane meandry opowieściowe, naszpikowane red herringami, które ostatecznie i tak prowadzą donikąd.

3. Kto jest autorem najlepszego dialogu ever, jaki przeczytałyście?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, co oznacza najprawdopodobniej, że nie zapamiętuję za dobrze dialogów.

4. Nie będę pytać, czy najpierw książka, czy adaptacja. Zapytam o najlepiej zagranego / przeniesionego na ekran bohatera książki.

Uwielbiam Jeremy’ego Ironsa w roli Humberta Humberta z „Lolity” i Jacka Gleesona w roli boskiego Jeoffa z serialu „Gra o Tron”.

5. Literatura faktu, czyli jakie lubicie reportaże? Pozostawię to pytanie na wpół otwarte, żeby nie narzucać się zbytnio ze swoją definicją reportażu.

Szczerze napisawszy, to rzadko sięgam po reportaże, ale jak już sięgam, to najczęściej po te podróżnicze.

6. Wolicie książki świeże, pachnące i nowiutkie, czy przeczytane przez tłumy ludzi?

Obojętnie – nie liczy się forma, tylko treść.

7. Co podjadacie, kiedy piszecie/ czytacie?

Jestem obsesyjnym podżeraczem chrupek wszelkiej maści, więc chrupka it is 🙂

8. Bazgrzecie po książkach, czy papier jest dla was świętą ziemią, której grafit zbrukać nie może?

Najczęściej korzystam z karteczek i notesów, ale nie mam oporów przez pisaniem po książkach.

9. Książki waszego życia – top 3. Nie chodzi o te, które uważacie za wybitną literaturę, tylko te, które dotknęły was najmocniej.

1) „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren, bo pierwsza zapamiętana i ukochana do dzisiaj.
2) „Atlas Zbuntowany” Ayn Rand, bo przygniotła mnie ideami.
3) „Sto Lat Samotności” Gabriel Garcia Márquez, bo mogłabym ją czytać bez końca.

10. Idziecie na spotkanie autorskie z pisarzem. Możecie zadać mu jedno pytanie (w czasie, kiedy on bazgrze wam po książce). Kim jest ten autor i na jakie pytanie się zdecydujecie?

Stephen King – czego boisz się najbardziej na świecie?

11. W jakich najdziwniejszych/ najbardziej niebezpiecznych warunkach zdarzyło wam się czytać?

Z reguły unikam sytuacji niebezpiecznych, ale chyba taką ambitną traumą pozostanie próba czytania na rozbujanym promie do Szwecji podczas śnieżnej burzy połączonej ze sztormem.

O.

„Człowiek Nietoperz” Jo Nesbø

Bombla_CzłowiekNietoperz

 

„On the second day, he came with a single red rose

He said: „Give me your loss and your sorrow”

I nodded my head, as I lay on the bed.

If I show you the roses, will you follow?”

Where The Wild Roses Grow Nick Cave&Kylie Minogue

Skandynawskie kryminały. Hasło doskonałe. Przyciąga jak magnes. Przynajmniej mnie. Czytelniczkę wiecznie stęsknioną za zimą i za zimnem w ogóle. Ewentualnie za jesienią. Za zamglonym słońcem. Lodowatym deszczem, siekącym po twarzy. Za hulającym wiatrem. Za mrozem. I chrupiącym śniegiem pod nogami. Spragnioną dobrze opowiedzianych historii na godnym poziomie. Oczekującą silnych bohaterów rodem z Północy, którzy zmagać będą się nie tylko z okrutnymi zbrodniami, ale także nieprzyjaznym otoczeniem lodowatych krajobrazów. Kryminały obiecują porządną, misternie utkaną intrygę. Kuszą tajemnicami i skomplikowanym śledztwem, które mogę spokojnie i po cichu obserwować z oddali, schowana pod kocem. I przede wszystkim nęcą mnie tym lodowym podmuchem, nawet w środku upalnego lata.

I nagle przydarzył mi się Jo Nesbø i jego pierwszy tom kryminalnego cyklu z Harrym Hole w roli głównej, czyli „Człowiek Nietoperz”. No bo jak to? Że niby skandynawski kryminał, ale w Sydney? Gdzieś po drugiej stronie globu, z kangurami, kamiennymi pustyniami i skwierczącym słońcem? Nie, nie – to z pewnością nie mogło się udać. A jednak. Po pierwszych rozdziałach wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot i nie mogłam się oderwać. I nieistotne stały się zupełnie australijskie okolice. Nieważne nawet, że miejscami czułam się, jakbym z dystansu obserwowała po raz kolejny „Pricillę Królową Pustyni”. I nawet to otumaniające słońce nie drażniło mnie tak bardzo, bo poznając głównego bohatera wiedziałam, że on też czuje się totalnie wyciągnięty z kontekstu. Wtłoczony w świat, który jest mu całkowicie obcy.

No właśnie. Główny bohater. Detektyw Harry Hole.  Już pierwsze zdanie powiedziało mi o nim wszystko. Od razu mogłam wczuć się w jego postać, tym samym wciągając się w opowieść – „Czuł się fatalnie.” W takich warunkach i ja czułabym się potwornie. Harry Hole od wejścia na scenę wydaje się być przytłoczony gorącem, kolorem i rzeczywistością niby wyciągniętą z surrealistycznego filmu. Rasowy Norweg. Surowy w obyciu. Facet z przeszłością. I ta australijska zbrodnia. Niby zwyczajne morderstwo młodej dziewczyny. Wszystko powinno być proste i łatwe. Wokół niego zaczynają się kłębić sami sympatyczni, otwarci ludzie – wszyscy chcą mu pomóc. Każdy ma coś do dorzucenia. A im dalej w śledztwo, tym bardziej rysuje sie obraz Australii, którego my czytelnicy wcale nie mieliśmy ochoty zgłębiać, a tym bardziej nasz bohater, który musi poznać go na własnej skórze.

Z początku Australia wydaje się być niczym hippisowska, pacyfistyczna enklawa zawieszona w czasie. Wszędzie kolorowo. Wszechobecna tolerancja. Króluje otwarta tęczowa kultura. Totalna, międzynarodowa mieszanka. Każdy uśmiechnięty. Szczery do bólu. Nikt nie ma nic do ukrycia. Harry Hole szybko odkrywa, a my razem z nim, że ta radosna twarz to jedynie maska, za którą kryją się zawiść, skrywane od lat urazy i często smutek. Każdy z bohaterów ma tajemnicę. Większość tych sekretów jest brudna, niejasna, powiązana z podziemnym życiem miasta. Kolejne postacie dramatu „Człowieka Nietoperza” zamieszane są w dziwne zależności, których nikt by się po nich nie spodziewał. Osobiste nieszczęścia ukrywają dla siebie i pilnują, by nikt nie spenetrował ich małych, zamkniętych światów.

Jo Nesbø utopijną krainę szczęśliwości ni stąd ni zowąd przekształca, przynajmniej na papierze, w  okrutne i bezlitosne piekło. Sielankowe poczucie szczęśliwości i oderwania zastępuje brutalnym ściągnięciem na ziemię. Australia z każdą kolejną stroną zaczyna przypominać tę mroczną, ciemną Skandynawię, tak bliską wszystkim miłośnikom kryminałów Północy, ale odwróconą do góry nogami. Jej obleczone w palące promienie lustrzane odbicie. Na wierzch wypływają odwieczne społeczne konflikty. Wracają historie wybitych aborygeńskich plemion, przepędzonych i spędzonych niczym bydło na niechciane tereny, do rezerwatów. Ujawniają się nienawiść, niezrozumienie i rasowa niechęć, wypływające z lat kłamstw, którymi karmią się mieszkańcy zagubionego kontynentu. Wystarczy spojrzeć z dystansu. Przyjrzeć się bliżej temu, co za bardzo się świeci i mami wzrok.

Wychodzi na to, że „Człowiek Nietoperz” okazał się być doskonale skonstruowanym kryminałem, w jak najbardziej skandynawskim stylu. Bo wszystko jest na swoim miejscu, a fabuła powieści co prawda spowita gorącym powietrzem, perfekcyjnie znajduje swoje odbicie w lodowatych rejonach Północy. Jo Nesbø stworzył historię, w której nic nie jest takie, jak się wydaje, a każda kolejna napotkana postać ma jeszcze więcej tajemnic i ukrywa się szczelnie za maską pozornego szczęścia. Do tego całość powieści owinięta jest w aborygeńskie legendy, które przeplatają się z fabułą, inspirują kolejne części i rozdziały, by okazać się kluczem do rozwiązania całej zagadki. I na dodatek ten Nick Cave gdzieś w tle mruczący balladę o śmierci… Jak dobrze było poznać Harrego Hole – chcę więcej.

O.

Podsumowanie miesiąca – LUTY 2014

Bombla_PodsumowanieLuty2014Miało być przytulnie, miało być zimowo, a tutaj ni stąd ni zowąd wiosna za oknem! Zniknęły śniegi, zniknęły mrozy i kudłate buty powędrowały ze smutkiem do szafy. Wiecie jak bardzo lubię zimę i nie mogę odpuścić tego nagłego ocieplenia w lutym! Nie wspominając nawet tego, że ten miesiąc jest o te trzy dni krótszy i to już wystarczy, żeby zaburzyć mój nastrój.  Bo przecież trzy dni to moc czasu, który można by wykorzystać w godny i bukowy sposób! A tak jest krótko, do tego cieplej i jakoś tak przez to wszystko nieswojo, chociaż wcale nie marudno, czy smutno 🙂

O ile styczeń był niezwykle bogaty w książkowe doznania, to luty minął bardzo spokojnie, bez szaleństwa i przepychu poprzedniego miesiąca. Opublikowałam osiem tekstów, w tym oczywiście Ucztę Miłości w tegorocznym wydaniu. Czytelniczo nawet nie było tak źle, bo przeczytałam 8 pełnych buków i jestem w trakcie czytania dziewiątego, więc wychodzi na to, że na froncie bez zmian. Chociaż nie, bo zmiany jednak są – tym razem tylko dwie książki były w oryginale, a reszta w tłumaczeniu, czego jednak nie uważam za większy problem, a raczej za minimalne zaburzenie codzienności:

  • „Zimowa opowieść” Mark Helprin – czytelnicze rozminięcie się z oczekiwaniami, ale nie mogę napisać, że nie było warto 🙂 – do poczytania TUTAJ.
  • „Człowiek nietoperz” Jo Nesbø – pierwsze spotkanie z Harrym Hole wypadło tak dobrze, że teraz muszę zdobyć kolejne części 🙂 – na Buku niebawem.
  • „Szczęśliwa Ziemia” Łukasz Orbitowski – doskonała opowieść – do poczytania TUTAJ.
  • „Handlarz Ksiąg Przeklętych” Marcello Simoni – książka szepcząca o księgach tajemniczych – do poczytania TUTAJ.
  • „Heart-Shaped Box” Joe Hill – i znowu czułam się, jakbym czytała starego, dobrego Kinga – na Buku niebawem.
  • „Wegetarianka” Han Kang – moje pierwsze spotkanie z literaturą Korei Południowej. Trzy intrygujące opowieści połączone w jedną intensywną całość o tożsamości, o ciele i kobiecości.
  • „Sourland” Joyce Carol Oates – potworne smutne studium żałoby w tomie 16 opowiadań – na Buku niebawem.
  • „The King in Yellow” Robert W. Chambers – odkrycie lutego – do poczytania poniżej 🙂
  • „2666” Roberto Bolaño – w trakcie lektury – pierwsze wrażenia: kawał doskonałej literatury.

Jeśli chodzi o bukowe zdobycze, to luty należy do najsłabszych w ostatnim czasie! Styczniowe zestawy rozsiadły się po półkach, a ja w końcu zabrałam się za wyczytywanie zakupionych już pozycji, nie rzucając się obsesyjnie na nowości. Uważam to za mały sukces i prawie moment zen, kiedy nie czuję kompulsywnej potrzeby posiadania wszystkiego co pojawia się w księgarniach. Tym bardziej, że biblioteczki domowe i wirtualne uginają się pod ciężarem dziesiątek książek, których jeszcze nie ruszyłam, a które oczekują cierpliwie na swoją kolej. Tak sobie myślę, że chyba nadszedł w końcu na nie czas. I na więcej klasyki 🙂

Tym razem nie mam dla Was zestawu, ale jedną nowość, która przybyła do mnie do recenzji dla Gildii Literatury – „Bracia Sisters” Patricka de Witt (i nawet moje wesołe oko załapało się na fotkę). Od długiego czasu nakręcałam się na tę powieść, więc jak tylko nadarzyła się okazja ­ – porwałam!

Mua

I nie mogę zapomnieć o „Handlarzu Ksiąg Przeklętych” Marcello Simoni, którzy przyfrunął do mnie na tablet od wydawnictwa Sonia Draga, a który sprawił mi mnóstwo radości. I nie wyłącznie tym, że to godna i wciągająca opowieść o książkach, ale także małą Twitterową niespodzianką, jaką za sobą przyciągnął ­–zaraz po opublikowaniu twitta polubił go i podał dalej… Marcello Simoni z dopiskiem „Pierwsza polska recenzja”! Było to okropnie miłe 🙂

TwitterSimoni

To teraz czas na lutowe odkrycia literackie. A w sumie to literacko-filmowe i literackie:

Po pierwsze serial „True Detective”, produkcji HBO, z Matthew Mcconaughey i Woody Harrelsonem w rolach głównych. I to wcale nieistotne, że jego fabuła jest genialna, że to jeden z najciekawszych thrillerów ostatnich lat, a tych dwóch aktorów wymiata na ekranie, jak nikt. Nieistotne, że co tydzień siedzę z wypiekami na twarzy i pokrzykuję przed telewizorem, wymyślając co chwila rozwiązanie całej zagadki. Bo najważniejszą kwestią tutaj jest literackie powiązanie i bukowe analogie, które ta wyjątkowa produkcja wykorzystuje – opowiadania Roberta W. Chambersa zatytułowane zbiorczo „The King in Yellow” i mythos, jakim ta pozycja obrosła przez lata. Kto nie zna – polecam(w oryginale za darmo na stronie Project Gutenberg i na Amazonie).

Zbiór wydany w 1895 jest tak zaskakująco przewidujący przyszłość, tak dziwnie przejmujący, że wcale nie dziwi mnie fakt, że w oparciu o jego dzieło powstała cała mitologia, a swoje cegiełki do szalonego  konceptu dokładał m.in. H.P. Lovecraft i inni wielcy twórcy gatunku weird fiction. Elementem spajającym opowieści jest tajemniczy dramat w trzech aktach, zatytułowany właśnie „The King in Yellow”. To sztuka tak potworna, że każdy kto przeczyta więcej niż jej pierwszy akt popada w otchłań szaleństwa i już nigdy nie wraca z ciemności. Chambers zdradza jedynie fragmenty pierwszego aktu, jak Pieśń Cassildy, kawałek dialogu tajemniczego przybysza, kilka lokacji i imion. Nic więcej. Ale to wystarczy, by czytelnik poczuł się nieswojo. Podobno właśnie „The King in Yellow” jest kluczem do pojęcia głównych założeń fabularnych „True Detective”. Szaleństwo, religijne obłąkanie, makabra i kłamstwo/maska przeciw prawdzie. Już nie mogę się doczekać rozwiązania całości 🙂 A dla Was mały fragment:

„Along the shore the cloud waves break,
The twin suns sink beneath the lake,
The shadows lengthen
In Carcosa.

Strange is the night where black stars rise,
And strange moons circle through the skies
But stranger still is
Lost Carcosa.

Songs that the Hyades shall sing,
Where flap the tatters of the King,
Must die unheard in
Dim Carcosa.

Song of my soul, my voice is dead;
Die thou, unsung, as tears unshed
Shall dry and die in
Lost Carcosa.”

Drugim odkryciem, o którym jednak nie będę się rozpisywać  za wiele, są eseje „O interpretacji” Susan Sontag, które podczytuję teraz między innymi bukami.  Susan Sontag od zawsze istniała w moim uniwersum życiowym (od dziecka Mama dokształcała mnie w tematach ważkich, a nazwisko tej amerykańskiej twórczyni wracało zawsze w dyskusjach jak bumerang), ale dopiero teraz zaczęłam poznawać na własnej skórze jej power słowa. I nie będę ukrywać – zaczarowała mnie.

I to chyba wszystko w tym miesiącu 🙂

Do zobaczenia w marcu!

Bo warto czytać.

O.

„Zimowa Opowieść” Mark Helprin

Bombla_ZimowaOpowieść

 

„(…) od razu zorientował się, że pod całą tą szarością tętni jakaś niewidzialna siła, że miejskie zdarzenia i cuda są wyłącznie jej efektem, że to ona wszystko nasyca, że właśnie ona wyrzeźbiła miasto, nim zdążyło otworzyć oczy. Czuł, jak ta siła pulsuje we wszystkim naokoło, i wiedział, że wszyscy mieszkańcy miasta, choć szczycą się niezależnością, podlegają jej całkowicie i dogłębnie jak instrumenty wielkiej orkiestry. Przemykali obok niego, dając upust swym namiętnościom: walczyli, szarpali się, podrygiwali jak marionetki.”

Fenomen miasta, wielkiej nowoczesnej metropolii, na obrzeżach której skrywają się setki tysięcy ludzkich istnień, fascynuje pisarzy od lat. Jest coś przyciągającego w tych wielkich skupiskach, które wydają się nigdy nie spać, wibrując tętniącym na okrągło życiem. Zarazem brutalne, jak i delikatne. Zawsze pełne kontrastów. O miastach pisało wielu i wielu próbowało uchwycić ich prawdziwą naturę, ale tam nic nigdy nie jest stałe. Takie miasto to kalejdoskop wrażeń i doznań. Wielokulturowy tygiel wspomnień, historii i legend. Nieuchwytny i nieosiągalny.

Jedną z takich opowieści próbujących zatrzymać, chociaż na chwilę, miejski pęd jest „Zimowa opowieśćMarka Helprina wydana w 1983 roku. Ta ni baśń, ni przypowieść dzieje się w odrealnionym, nieco magicznym Nowym Jorku, w którym wciąż zderzają się i walczą ze sobą tradycja z nowoczesnością, czystość z niemoralnością i dobro ze złem. Wszystko rozpoczyna się w czasie największych przemian – nadchodzi wiek maszyn, wielkich technologii i ogromnego kapitału. Ludzie kotłują się tutaj zagubieni, próbując znaleźć punkt zaczepienia, ale wnętrze tego miasta-potwora nie pozwala im na pewność, ani na jakąkolwiek stabilność.

Z początku może się wydawać, że „Zimowa opowieść” to historia ponadczasowej miłości. Jednak głębokie uczucie Petera Lake’a i Beverly Penn jest przede wszystkim pretekstem, by opowiedzieć historię tajemniczego miasta i pokazać mechanizmy, jakie nim rządzą. Miasta wyjątkowego, innego niż wszystkie inne na świecie. Mark Helprin na każdej stronie powieści składa hołd metropolii Nowy Jork, ukazując ją w całej swej okazałości. Co rusz porównuje miasto do żywej istoty, bezwzględnej, ale sprawiedliwej i pełnej miłości do swoich mieszkańców. Pulsującej kreatury z epok poza czasem, wywodzącej się z eonów wieczności. Wielkiego zwierzęcia pożerającego energię życiową tych, którzy zagubili drogę wśród jego zaułków. Wymaga wielu ofiar, ale zawsze w zamian oferuje schronienie i dobrą zabawę.

Ludzie są tutaj wyłącznie symbolami, narzędziami dokarmiającymi opowieść o sprawiedliwym miejskim tworze. Chwilami przypominają jedynie zbitkę nic nieznaczących, często ekscentrycznych i odrealnionych postaci, kierujących się mistycznymi pobudkami. Kobiety u Helprina są zawsze piękne, zawsze kochające i zdolne do nieludzkich poświęceń. Stanowią dopełnienie praktycznych, silnych mężczyzn, przybitych poczuciem odpowiedzialności za wszystko, co słabsze i bardziej delikatne od nich. Idealne pary kontrastują ze zezwierzęconymi bohaterami z pogranicza tego, co realne i nierealne, postaciami poza nawiasem, należącymi do ciemnej strony ludzkiej natury i zapomnianych dzielnic Nowego Jorku.

Niemniej każdy z bohaterów „Zimowej opowieści” ma do odegrania szczególną rolę. Jest jednym z bardzo konkretnych trybików wspierających cały skomplikowany miejski mechanizm. Nie przez przypadek zostali dobrani tak, by reprezentować wybrane grupy społeczne i obyczajowe. W ich opisach króluje dualizm, podobnie jak w charakterze całego Nowego Jorku. Najbogatsi spacerują jedną ulicą z tymi najbiedniejszymi, których w spowitym wieczną zimową aurą mieście, jest niezliczona ilość. Z zakazanych zaułków, mrocznych zakątków i uliczek bez nazwy wychylają się żebracze dłonie, pełzają schorowane, osierocone dzieci, a nocą królują gangi z okrutnymi Krótkimi Ogonami, na których czele stoi niepokonany i niedotykalny Pearly Soames. Bogactwem i dobrocią dzieli się rodzina Pennów, której ojciec odpowiedzialny jest za założenie gazety The Sun. A z nizin grupy robotniczej wyłania się zagubiony w czasie-bezczasie Peter Lake. Każdy z nich skazany jest niejako na piękno bądź szpetotę, bogactwo lub biedę. Muszą podejmować skrajne wybory i zachowywać się w równie skrajny sposób, na życie lub śmierć, jak gdyby nie miało być już przed nimi jutra. Miasto tworzy ich, by zaraz potem hojnie obdarować lub z czasem poddać całkowitej degeneracji i zniszczeniu.

A należy pamiętać, że w zimowym mieście stworzonym przez Marka Helprina zarówno czas, jak i przestrzeń są całkowicie względne. Nie zależą od niczego, po prostu dla każdego mijają inaczej i inaczej wyglądają. Czas w „Zimowej opowieści” jest kwestią umowną. Jednocześnie może być to początek XX wieku, jak i połowa lat pięćdziesiątych, czy dziewięćdziesiątych. Przestrzeń załamuje się, wygina i przekształca pozwalając wędrować między epokami, otwierając nowe drogi ucieczki i nowe możliwości. Symbolem takiej zmiany jest tajemnicza biała ściana, którą tylko nieliczni zdołali bezpiecznie przekroczyć, w tym Peter Lake na swoim anielskim białym koniu, a tuż za nim szalony Pearly, w odwiecznym pościgu. W niepewnym świecie wiecznego lodu tylko uczucia i wspomnienia pozostają stałe i to właśnie one motywują każdego z bohaterów do działania. Kluczem do tej dziwnej rzeczywistości jest miłość, której udaje się przetrwać wszelkie przeciwności losu, wszelkie czasowe załamania i epokowe zmiany. Tylko ona jest pewna i tylko ona pozwala przetrwać głównym bohaterom.

W „Zimowej opowieści” Mark Helprin zabiera czytelników w szaleńczą podróż po buzującym sekretnym życiem i pulsującym namiętnościami tysięcy ludzi organizmie miasta tajemnic, jakim jest Nowy Jork. Cała powieść jawi się jako triumfalny pean na jego cześć i na rzecz sekretnej mocy tworzenia, jaka wypływa z jego wnętrza. To hymn napisany dla metropolii, która jest bytem samym w sobie, a nie jedynie miejscem pełnym martwych budynków i ulic. Tworem pełnym sprzeczności, gdzie sposobu życia nie wyznaczają wcale jego mieszkańcy – anonimowe, samotne tłumy. Helprin poprzez poszczególne historie bohaterów, skacząc w czasie i epokach udowadnia, że miasto żyje, ma swój wyjątkowy charakter i to nie miasto dostosowuje się do nas, ale to my musimy dostosować się do niego, nieświadomi zachodzących w nim mechanizmów, nieuchwytnych zmian i ulotnych chwil, które przeżyte raz, już nigdy się nie powtórzą.

„Na każdym rogu miasta odgrywane są sceny tryumfu i sceny upadku. Miasto jest jak kalejdoskop światła i cienia, obrazuje nasz stan umysłu dużo lepiej niż koło fortuny, które choć ma dwa odpowiednie bieguny, nie dzieli właściwie czasu i zdarzeń. (…) Ci, którzy o tym wiedzą, są gotowi cierpieć, bo mają pewność, że nic nie dzieje się na próżno.”

O.

*Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl, która ukazała się  14 lutego, a którą można przeczytać także TUTAJ.

„Szczęśliwa Ziemia” Łukasz Orbitowski

Bombla_SzczęśliwaZiemia

 

„Warto tańczyć tu, w podziemiach. Za każdą nieprzespaną noc i połamany dzień. Za lodowate miesiące rozgrzewane tylko gniewem. Za drogi pełne spalonych domów i łunę na horyzoncie. Za popsute ciało i jego gniew kaleki. Za rzeczy niedokończone. Za kobiety o głodnych łonach i moje własne wysuszenie. Za świt witany w kuchni. Za Rykusmyku. (…) Za dziecko uschłe w przypadkowej matce. Za miłość. Za pieniądze. Za to, żeby wreszcie nastał koniec. Za ciszę, żeby trwała.”

Gdybyś mógł spełnić jedno życzenie, czy już wiesz o co byś poprosił? Gdybyś zyskał w swoim życiu szansę na ziszczenie najskrytszych pragnień, czy potrafiłbyś wybrać to jedno, jedyne? Bogactwo? Miłość? Zemstę? W mitologii na całym świecie odnaleźć można podania o istotach z pogranicza światów, które potrafią spełniać marzenia. Bazyliszki, smoki, złote rybki, różne legendarne maszkarony, strzegące mrocznych sekretów i ukrywające się w głębokich otchłaniach ziemi, z dala od ludzkiego wzroku. Śmiałkowie, którzy zdobędą się na odwagę, pokonają przeszkody i wreszcie dotrą do ich kryjówek będą mogli na własnej skórze przekonać się o mocach tych istot. Oczywiście nic za darmo. Wszystko na tym świecie ma przecież swoją cenę. Zyskując coś, najpierw trzeba stracić. I nigdy do końca nie wiadomo jakie będą skutki życzeń wypowiedzianych przez zachłanne, zagubione dusze. Strzeż się swoich pragnień, bo mogą się spełnić, szepcze głos rozsądku z ciemności.

Nowoczesną legendę o sekretach kryjących się w podziemiach pewnego zamczyska opowiada Łukasz Orbitowski w swojej najnowszej powieści „Szczęśliwa Ziemia”. Rykusmyku to miasteczko jakich wiele. Przynajmniej tak może wydawać się nieuważnemu obserwatorowi. Przejezdnemu. Jakiemuś zwykłemu turyście. I wszystko tylko do chwili, gdy nie zatrzyma się tam na trochę i nie zacznie rozglądać dookoła. Coś tu jest zdecydowanie nie tak. Widać, że dzieje się coś niedobrego. Niewyjaśnionego. Najpierw w oczy rzuca się wszechogarniający marazm i brak perspektyw. Ludzie krążą po ulicach, już nawet nie smutni, a po prostu zrezygnowani. Im bliżej zagłębiać się w miasto, tym bardziej wychodzi na wierzch jakaś niezrozumiała groza. Coś wisi w powietrzu. Najlepiej widać to po zmroku. Gdy w środku nocy, ni stąd ni zowąd, na ciemnych ulicach zauważyć można snujące się, samotne postacie. Często kobiety. Jakieś takie poszarpane, zapłakane. Ledwo włóczące się w kierunku miasta. I nikt z miejscowych nie zwraca na to specjalnej uwagi.

A nad wszystkim góruje zamek Rykusmyku. Stara budowla, pamiętająca pradawne dzieje miasteczka, jeszcze z czasów Piastów. Otoczony wysokimi drzewami, w środku zieje ciemnością i labiryntem korytarzy. Te właśnie tajemnicze, niezbadane wnętrze kusi piątkę nastoletnich przyjaciół: Sikorkę, DJ Krzywdę, Trombka, Blekotę i Sedesa. To niesforne chłopaki, o gorących głowach, spragnieni wolności, nieokiełznanej miłości i szczęścia, o które tak trudno w Rykusmyku. Wciąż beztroscy, jednak już zdający sobie sprawę ze swoich nijakich perspektyw na przyszłość. Co prawda ich życie do tej pory dalekie było od sielankowych wyobrażeń o młodości, jednak we własnym gronie czuli się bezpiecznie. Mieli wrażenie, że są zdobywcami i uda im się wyrwać, uciec, gdzieś daleko, poza granice sennego, rodzinnego miasteczka.

Pewnego ostatniego dnia lata, tuż przed wkroczeniem w dorosłość, przyjaciele w ramach ostatniej wspólnej przygody, postanawiają spenetrować zamkowe podziemia i poznać ich sekret, o którym przez lata słyszeli jedynie niezrozumiałe plotki, nigdy niedokończone urywki zdań. Wkraczając w ruiny zostawiają za sobą życie jakie do tej pory wiedli i wchodzą w ciemność. W korytarzach zamczyska poznają prawdę tak o sobie, jak o mieście, w którym mieszkają. Tracą złudzenia, a wraz z nimi ostatnie cząstki niewinności jakie w sobie nosili. W zamian dostają dokładnie to, o co postanowili poprosić – spełnienie najskrytszych marzeń. Po tamtej nocy są pewni, że rozstają się już na zawsze. Nazajutrz każdy z nich rozpoczyna nowe życie, przekonany, że nigdy więcej nie postawi nogi w Rykusmyku.

„Szczęśliwa Ziemia” Łukasza Orbitowskiego to niesamowita opowieść o dorastaniu i bolesnej inicjacji, jaką ta dorosłość się rozpoczyna. Chłopaki zamieniają się w mężczyzn i z chwili na chwilę zaczynają być świadomi nieodwracalnych wyborów jakich dokonali w podziemiach zamku. Mijają lata, życie każdego z bohaterów przyjmuje zaskakujący, bardzo bolesny obrót. Zaczynają rozumieć, że to właśnie jest cena za spełnione życzenia, ich „krzyż”, który od tej chwili będą musieli dźwigać, aż do śmierci. Powracają wspomnienia i poczucie odpowiedzialności za dokonane wybory. W historii o Rykusmyku horror łączy się z powieścią obyczajową, historią o życiu naznaczonym nieszczęściem, napiętnowanym klątwą dorosłości i pragnieniami, które każdy z piątki przyjaciół wypowiedział tamtego ostatniego dnia lata ich młodości. Nic nie jest oczywiste. Wszystko jest względne, a każda z obietnic zostaje złamana.

„Szczęśliwa Ziemia” nie jest zwyczajną powieścią. To historia, w którą jesteśmy skorzy uwierzyć, bo jest w niej coś urzekającego. Ten element magiczny, dzięki któremu jesteśmy w stanie spakować się i wyruszyć w podróż w poszukiwaniu Rykusmyku. Zabawić się w Indianę Jonesa i poznać tajemnice potwora w ciemności. Czegoś, co za potencjalnie niewielką cenę, jest w stanie ziścić nasze największe pragnienia. Rozwiązać pozornie nierozwiązywalne problemy. Ofiarować drugą szansę tam, gdzie wszystko wydawało się stracone. To doskonale napisana, nowa polska legenda o spełnianiu marzeń, o poświęceniu, o miłości i nienawiści. A przede wszystkim o niezwykłym sekrecie i męskiej przyjaźni, która przetrwała lata rozdzielenia, by w chwili największego kryzysu odrodzić się na nowo i stawić czoło koszmarom codzienności. Opowieść mocna, brutalna i niezwykle intensywna w penetrowaniu swoich sekretów. Wciąga, intryguje i w końcu – zostawia iskierkę nadziei tym, którzy najbardziej jej potrzebują.

O.

*Za tę prześwietną powieść dziękuję Oskarowi Grzelakowi z wydawnictwa Sine Qua Non.
**Notka osobista: co tu dużo pisać – „Szczęśliwa Ziemia” wciągnęła mnie bez reszty, zaraziła tajemnicami i snutą legendą tak bardzo, że teraz czuję, że muszę po prostu poznać inne powieści Łukasza Orbitowskiego. 🙂

„Handlarz ksiąg przeklętych” Marcello Simoni (przedpremierowo!)*

Bombla_HandlarzKsiągPrzeklętych

 

„Dotychczas myślałem, że wszelka księga mówi o rzeczach, ludzkich albo Boskich, które są poza księgami. Teraz zdałem sobie sprawę, że nierzadko księgi mówią o księgach albo jakby ze sobą rozmawiają. W świetle tej refleksji biblioteka wydała mi się jeszcze bardziej niepokojąca. Była więc miejscem długiego i wiekowego szeptania, niedostrzegalnego dialogu między pergaminami, czymś żywym, schronieniem sił, których ludzki umysł nie mógł opanować, skarbcem tajemnic pochodzących z mnóstwa umysłów i żyjących po śmierci tych, którzy je wytworzyli albo uczynili się ich pośrednikami.”

Imię Róży Umberto Eco

Księgi szepczące o księgach, nawiązujące do innych dzieł literatury, intrygujące odniesieniami do tekstów zapomnianych. Wciągające w niekończące się poszukiwania. Snujące opowieści z pogranicza prawdy i starożytnych legend. Księgi, które obiecują historie przeklęte, skrywające sekrety ludzkości, ze wszelkich możliwych dziedzin. Dające nadzieję na zdradzenie tajemnic życia wiecznego, wielkiego bogactwa i na zdobycie wpływów, o których nikomu się jeszcze nie śniło. Na podzielenie się wiedzą, której gruntowne zbadanie zajęłoby niejeden żywot mędrca. Historie o księgach, które stanowią największą pożywkę dla wyobraźni wygłodniałego czytelnika, spragnionego pochłonięcia opowieści, zagłębienia się w nią i rozwiązania zagadek, jakie w sobie kryje.

Opowieść o mitycznej księdze snuje Marcello Simoni w swojej powieści „Handlarz Ksiąg Przeklętych”, pierwszym tomie serii o Ignaciu z Toledo, handlarzu relikwiami i poszukiwaczu sekretnych manuskryptów. Ten wielokrotnie nagradzany autor, były archeolog, mediewista z zamiłowania i znawca Nowego Testamentu, stworzył wyjątkowy historyczny thriller, łączący w sobie zarówno prawdziwe historyczne wydarzenia, jak i niesamowitą opowieść o tajemnej księdze Uter Ventorum, której rozszyfrowanie jakoby pozwala na przywołanie jednego z aniołów. Na poszukiwanie manuskryptu wyrusza wspomniany wyżej Ignacio z Toledo, tytułowy handlarz ksiąg (nie tylko przeklętych) i relikwii, które zdobywa podróżując po wciągniętej w krucjaty Europie i Azji Mniejszej. To właśnie relikwie, szczątki świętych i pozostałości po nich, bijące rekordy popularności w Średniowieczu, są głównym źródłem zarobku i celem bohatera. Jednak od czasu do czasu, dostaje on zlecenie na wyśledzenie jednej z ksiąg zakazanych, mitycznych lub zapomnianych, których miejsce ukrycia pozostaje tajemnicą. Taką właśnie księgą jest Uter Ventorum. Kluczem do niebios i początków wiedzy człowieka, którą jakoby podzielili się aniołowie z legendarnymi magami ze wschodu.

Znalezienie księgi zleca Ignaciowi jeden z weneckich możnych, który pragnie posiąść niebiańską wiedzę dla siebie, nie zdając sobie sprawy, że anielskie sekrety przydałyby się również pewnemu tajnemu stowarzyszeniu, które próbuje skorzystać z okazji politycznych zawirowań i pozyskać sobie nieskończone wpływy w Europie, szczególnie we Włoszech, Francji i Hiszpanii. Należący do niego ludzie to wojownicy, politycy, szlachta, z różnych części świata, połączeni jedną wspólną misją. Są w stanie poświęcić wszystko dla władzy, nie zważając na ofiary i zniszczenia, jakie za sobą zostawiają.  To właśnie oni, okutani w czarne płaszcze i skrywający twarze za potwornymi maskami w kolorze krwi, stają się przekleństwem Ignacia, zagrażając nie tylko jego życiu, ale także jego rodzinie i przyjaciołom. Handlarz relikwiami musi wciąż uciekać, ukrywać się i znikać, gdy tylko podejrzewa, że stowarzyszenie wpadło na jego trop. A trzeba dodać, że swoich szpiegów mają wszędzie, tak na najwyższych stanowiskach kościelnych, jak i politycznych, nie wspominając nawet o podrzędnych wojownikach, tylko czekających na rozkaz.

W chwili otrzymania zlecenia, dla bohaterów rozpoczyna się wyścig z czasem. Uter Ventorum na swych kartach skrywa zbyt cenne tajemnice, by móc tak po prostu być odnalezioną, a człowiek, który ją posiada, podzielił księgę na części i ukrył w różnych częściach Europy. Odnaleźć można ją jedynie rozwiązując zagadki za pomocą specjalnego klucza, opartego na starożytnej wiedzy astronomicznej, matematycznej i kulturowej. Tak się składa, że tylko nieliczni potrafią ten klucz odczytać. Akcja pędzi, Ignacio z Toledo wraz ze swoimi współtowarzyszami wędruje i wciąż się przemieszcza, a w tle wojujące średniowieczne miasta, benedyktyńskie opactwa, zakon templariuszy i walka o jedną prawdziwą wiarę, na wszystkich frontach.

„Handlarz Ksiąg Przeklętych” jest doskonałą lekturą dla wszystkich miłośników książek o książkach. Miłośników opowieści, w których główny wątek opiera się na tajemniczych manuskryptach, księgach legendarnych, mitycznych, takich, których istnienie można dzisiaj jedynie podejrzewać, a na wzmianki o których natykamy się od czasu do czasu, całkiem przypadkiem. Bohaterowie odnajdują na zakurzonych półkach zaginione teksty, od dawien dawna uznane za stracone w mrokach czasu, zarówno te istniejące w rzeczywistości manuskrypty historyczne, jak i te całkiem zmyślone. Doskonałym przykładem jest odnalezienie przez Ignacia na jednej półce jak najbardziej prawdziwej „Libri Mysteriorum” Abu Masara i kultowego już „Necronomiconu” autorstwa szalonego Araba Abdul al-Hazreda, czyli fikcyjnej mrocznej księgi wymyślonej na potrzeby mitologii Cthulhu przez nie kogo innego jak H.P. Lovecrafta. „Handlarz Ksiąg Przeklętych” skrywa także wiele pomniejszych elementów zaczerpniętych ze znanych już opowieści o tajemniczych manuskryptach. Uważny czytelnik u Simoniego odnajdzie nawiązania do klasycznego „Imienia Róży” Umberto Eco, do przebojowego „Kodu Leonarda Da Vinci” Dana Browna, czy „Klubu Dumasa” Arturo Pérez-Reverte.

Międzynarodowe stowarzyszenia, zamaskowani wrogowie, sekrety od pokoleń strzeżone przed wzrokiem niewiernych i przekazywane następcom w największej dyskrecji, tylko dla wtajemniczonych. Alchemiczne nauki, legendarne biblioteki, sekretne przejścia, a także korytarze starych świątyń i europejskich opactw. Do tego świetnie dobrane historyczne tło – brutalny czas krucjat i wojujących po średniowiecznych krainach armii, gdzie dramaty maluczkich mieszają się ze zmianami na światową skalę. A na dokładkę sensacyjny wątek i to poczucie obcowania z utajnioną wiedzą, której trzeba strzec za wszelką cenę. Obiecująco brzmi fakt, że „Handlarz Ksiąg Przeklętych” to pierwsza część trylogii „Handlarza Relikwiami” autorstwa Simoniego, której dwie kolejne książki „La biblioteca perduta dell’alchimista” i „Il labirinto ai confini del mondo” kontynuują dzieje Ignacia z Toledo i wprowadzają nas głębiej w podziemne życie średniowiecznych myślicieli, obiecując więcej historii, jeszcze więcej przygód, a przede wszystkim – więcej ksiąg, pilnie strzegących swych mrocznych tajemnic.

O.

*Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję wydawnictwu Sonia Draga. „Handlarz Ksiąg Przeklętych” pojawi się w księgarniach już na dniach, bo 19 lutego 2014.

Walentynkowa Uczta Miłości 2014

Bombla_UcztaMilosci2014

Ach, ach, ach! Jak romantycznie! Jak różowo! Jak serduszkowo w powietrzu! Walentynkową Ucztę Wielkiego Buka czas rozpocząć! Amorki? Są. Czerwone piórka? Prawie. Miśki, czekoladki  i wszystkie inne atrybuty zakochanych? Są i świecą triumfy na miejskich wystawach. W powietrzu znowu roznosi się zapach szaleństwa i pudrowej tandety, a to nieomylne oznaki, że nadeszło Święto Zakochanych.

Wiem, wiem – wielu z Was z pewnością Walentynkami gardzi, albo co najmniej nie przepada. Powodów na taki stan rzeczy jest z pewnością wiele i nikogo nie oceniam 🙂 Ja natomiast ten uroczy dzień lubię. Jest zabawnie, jest różowo-czerwono i pozytywnie w powietrzu.

W tym roku postanowiłam nie zamęczać Was niepotrzebnie romansidłami przez większość lutego, jak zrobiłam w roku poprzednim, ale w zamian przygotowałam dla Was listę pięciu opowieści o miłości-niemiłości, silnych uczuciach i złamanych sercach, które z pewnością przypadną Wam do gustu. To następne w kolejności buki po absolutnych romantycznych klasykach (TUTAJ), które uwielbiam, i które doskonale sprawdzą się na porządną miłosną lekturę 🙂

Kochanek„Kochanek” Marguerite Duras („L’Amant”)

O pierwszych namiętnościach i rozbudzonych zmysłach w parnym, wietnamskim Sajgonie lat trzydziestych. To jeszcze czasy indochińskich kolonii, tuż przed wojną, zanim Francja utraciła terytorium i wszyscy musieli się ewakuować. Nastoletnia Francuzka nawiązuje gorący, naznaczony perwersją romans z bogatym, dorosłym Chińczykiem. Mało tu uczuć, więcej ciała i budzącej się do życia seksualności. Utrata niewinności, konflikty rodzinne i społeczne, słodko-gorzki smak zakazanego romansu. A wszystko w intensywnym, buzującym, rozerotyzowanym stylu Marguerite Duras. Pozycja obowiązkowa.

KochanicaFrancuza„Kochanica Francuza” John Fowles („The French Lieutenant’s Woman”)

Historia nietypowa, bo o trzech całkowicie różnych zakończeniach, w zależności od nastroju i potrzeb czytelnika. Połowa XIX wieku. Nadmorskie miasteczko na brytyjskim wybrzeżu. To tam, po latach udręki, próbuje ułożyć sobie życie Sarah Woodruff, kobieta wyklęta, o złej sławie tytułowej „kochanicy Francuza”. Tam poznaje ją młody Karol Smithson, którzy przyjeżdża w odwiedziny do narzeczonej. Bezkompromisowa, niezależna i lekko niezrównoważona Sarah przyciąga tego dżentelmena jak magnes, a jej nowoczesna postawa niejako zmusza go do zweryfikowania swoich purytańskich poglądów. Warto poznać.

KochanekLady„Kochanek lady Chatterley” David Herbert Lawrence („Lady Chatterley’s Lover”)

Idealny przepis na intensywny w doznania romans. Ona, Constance Chatterley, jest angielską arystokratką. On, Oliver Mellors – ubogim leśniczym. Ona, odrzucona i psychicznie stłumiona przez kalekiego męża, szuka nowych miłosnych doznań. On nie ma nic przeciwko zalotom delikatnej, wrażliwej kobiety z wyższych sfer. Rozpoczyna się mocno cielesny, zakazany romans, z konfliktem klas w tle.  Powieść swoiście legendarna, spowita mgiełką skandalu, wielokrotnie ulegała przymusowej cenzurze ze względu na swoje otwarte i szczegółowe opisy seksualnych praktyk.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

„Księżna de Clèves” Madame de La Fayette („La princesse de Clèves”)

Dramatyczna opowieść o miłosnym trójkącie, którego… nie było. Piękna, szesnastoletnia panna de Chartres wychodzi za mąż za księcia de Clèves, niestety bez miłości. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew zasadom wpojonym przez matkę, dziewczyna zakochuje się w znanym dworskim kobieciarzu, który ją adoruje. Rozkwita uczucie, które nie powinno w ogóle mieć miejsca, w młodziutkiej księżnej rodzą się wyrzuty sumienia, które prowadzą ją do smutnego zakończenia. Powieść urocza, „wykwintna” – absolutny francuski klasyk.

Rozważna„Rozważna i romantyczna” Jane Austen („Sense and Sensibility”)

Powiedzmy sobie szczerze – nie ma literatury romantycznej bez Jane Austen. To moja trzecia ulubiona powieść autorki (po „Emmie” i „Dumie i uprzedzeniu”). I jak to u tej brytyjskiej pisarki bywa są dwie zupełnie różne siostry, obie na wydaniu, jest książę z bajki, który okazuje się zwykłą żabą, jest poczciwy nieudacznik, który okazuje się tym wymarzonym. Jest pierwsza miłość, małe namiętności, złamane serca, nieporozumienia, magiczne wyznania i masa perypetii, które łączą wszystko idealnie w austenowską całość. Klasyka romansu.

Poniżej, dla przypomnienia i do poczytania, mam też dla Was zeszłoroczne wpisy z cyklu Uczta Miłości Wielkiego Buka 2013:

A mi nie pozostaje nic innego, jak życzyć Wam pięknych chwil z książką w łapkach 🙂

O.

„Annabel Lee” Edgar Allan Poe

Bombla_Podstawa_AnnabelLee

Już jutro Walentynki. Święto miłości. Dzień zakochanych. A dzisiaj, w ramach nietypowej zapowiedzi, małego tematycznego preludium, chciałam się z Wami podzielić jednym z najpiękniejszych utworów o miłości jakie znam. Pióra autora, którego tak bardzo cenię i podziwiam, że nigdy nie potrafię się zebrać, by samej coś o nim napisać. Może tak będzie lepiej? W końcu, kto jak kto, ale on sam, tym jednym wierszem potrafi przekazać więcej niż ja stronicami peanów na jego cześć.

O pierwszej i ostatniej wielkiej miłości. O miłości straconej. Miłości przeklętej. Specjalnie dla Was – „Annabel Lee” Edgara Allana Poe

Annabel Lee

It was many and many a year ago,
In a kingdom by the sea,
That a maiden there lived whom you may know
By the name of ANNABEL LEE;
And this maiden she lived with no other thought
Than to love and be loved by me.

I was a child and she was a child,
In this kingdom by the sea;
But we loved with a love that was more than love-
I and my Annabel Lee;
With a love that the winged seraphs of heaven
Coveted her and me.

And this was the reason that, long ago,
In this kingdom by the sea,
A wind blew out of a cloud, chilling
My beautiful Annabel Lee;
So that her highborn kinsman came
And bore her away from me,
To shut her up in a sepulchre
In this kingdom by the sea.

The angels, not half so happy in heaven,
Went envying her and me-
Yes!- that was the reason (as all men know,
In this kingdom by the sea)
That the wind came out of the cloud by night,
Chilling and killing my Annabel Lee.

But our love it was stronger by far than the love
Of those who were older than we-
Of many far wiser than we-
And neither the angels in heaven above,
Nor the demons down under the sea,
Can ever dissever my soul from the soul
Of the beautiful Annabel Lee.

For the moon never beams without bringing me dreams
Of the beautiful Annabel Lee;
And the stars never rise but I feel the bright eyes
Of the beautiful Annabel Lee;
And so, all the night-tide, I lie down by the side
Of my darling- my darling- my life and my bride,
In the sepulchre there by the sea,
In her tomb by the sounding sea.

Edgar Allan Poe

Do jutra!

O.