Smaczek Literacki: Wywiad ze Stephenem Kingiem

Bombla_StephenWywiadCzy wszyscy pamiętamy kultową opowieść o nawiedzonym hotelu, czyli „Lśnienie”? Jeśli pamiętacie i lubicie, i tak jak ja nie możecie doczekać się sequela pt. „Doctor Sleep”, to polecam najświeższy wywiad ze Stephenem Kingiem, który udostępniam dzięki portalowi Entertainment Weekly 🙂 Do znalezienia pod tym linkiem:

http://shelf-life.ew.com/2013/02/01/stephen-king-the-shining-doctor-sleep-preview/

Ukochany mistrz horroru daje, niemogącym się już doczekać fanom, wskazówki, książkowe ploteczki i zdradza niektóre elementy fabuły. Opowiada o tym, jak to jest powracać do postaci Danny’ego po prawie 35 latach od wydania „Lśnienia” i mówi o sequelach w ogóle. Zdradza też w jaki sposób wpadł na główny zalążek historii. Z zadziornym Kingowskim przymrużeniem oka zapowiada strach i terror, za którym sam już się troszkę we własnych powieściach stęsknił 🙂

Polecam!

O.

„Romeo i Julia” William Shakespeare

Bombla_RomeoJuliaUcztę Miłości Wielkiego Buka uważam za oficjalnie rozpoczętą! Czas zasiąść wygodnie i zasłuchać się w „zakochane” opowieści. Powspominać, porozmyślać i pomarzyć. Troszkę się zapomnieć i dać porwać … bohaterom.

A jeśli pisać o miłości, to nie wyobrażam sobie nie zacząć od William’a Shakespeare’a. Można spierać się czy to na pewno on napisał wszystkie swoje dzieła, można udowadniać, że Shakespeare tak naprawdę była kobietą, czy wykłócać się, że nikt taki jak Shakespeare wcale nie istniał, ale z pewnością nie można podważyć tego, że William Shakespeare jest absolutnym klasykiem pośród klasyków. Jest kanonem, literacką ostoją i kotwicą zawsze i na zawsze, nawet wtedy, kiedy wszystkie inne dzieła nas zawiodą. Mistrz archetypów i metafor, twórca niezapomnianych cytatów i galerii wyjątkowych postaci. Totalnie ponadczasowy. Pisał o wszystkim co ludzkie i ważne dla istoty człowieczeństwa, więc także o miłości. A jeśli Shakespeare i miłość, to na pewno mowa o historii „Romea i Julii”.

Może uznacie to za nudne. W końcu „Romeo i Julia” „przerabiane i obrabiane” są na wszystkie strony na każdym etapie nauki w szkole. Jednak zachęcam wszystkich uprzedzonych do powrotu do tego dramatu. Bo jest to historia stara jak świat. Wyjątkowo filmowa. Młody chłopak zakochuje się w młodej dziewczynie. Z wzajemnością. Wystarczyła sekunda, jedno spojrzenie, by zdecydować się rzucić wszystko i wskoczyć w szalony wir miłości. Takie to bezwstydne. Naiwne. Takie młodzieńcze. Do tego jednocześnie bardzo tragiczne i paradoksalnie bardzo piękne.

Julia to czternastoletnia dziewczynka (nawet na tamte czasy, to trochę za młoda). Romeo to buzujący hormonami nastolatek. Skąd oni mogli wiedzieć cokolwiek o głębokich uczuciach? Jak to się stało, że nawet po 400 latach od powstania dzieła ta opętana uczuciem para wciąż będzie uważana za symbol prawdziwej i szczerej miłości?

Pewnie wszyscy pamiętamy początek, ale tylko tak dla uściślenia przypomnę. Rzecz dzieje się w Weronie, we Włoszech, gdzie dwa skłócone od pokoleń rody sieją spustoszenie na ulicach i wywołują raz po raz sprzeczki. Nasz bohater Romeo, syn z rodu Montecchich jest zakochany po uszy w niejakiej Rozalii. Przynajmniej myśli, że jest w niej zakochany, bo jak się okazuje Rozalia jest tylko przelotną miłostką, bardziej skierowaną na cielesność i pożądanie. Cierpiący chłopak, by zapomnieć o złamanym sercu postanawia, pomimo wszystko, iść na bal, na którym ma gościć jego wybranka. Tak się składa, że bal ten zorganizowany jest w domu wrogiego rodu, czyli Capulettich.

I tu zaczyna się nasz dramat. Wśród gości, co oczywiste, jest Julia. Kiedy tylko młodzi spoglądają na siebie uderza ich miłosny grom. Tylko w ten sposób jestem w stanie opisać siłę ich uczucia. Cała akcja trwa niecałe trzy dni. W tym czasie naszym tytułowym bohaterom udaje się zakochać całkowicie i totalnie. Chociaż jaśniejszym czasownikiem, wyrażającym pełnię ich uczucia, będzie „pokochać”. Całują się, przysięgają sobie dozgonną miłość, zaręczają się, tajemnie pobierają, spędzają namiętną noc, planują ucieczkę i… umierają w swoich ramionach, gdy ich plan legnie w gruzach. Całkowite szaleństwo. Ale nie bez przyczyny patron zakochanych jest również patronem szaleńców.

Kiedy spoglądam na tę historię z perspektywy czasu, zauważam ten niewiarygodny dynamizm całej akcji.  Nie ma tu czasu na przemyślenia. Nie ma czasu na pojęcie tego rozumem. Romea i Julię kierują serca i tylko serca. Nic więcej. I właśnie dlatego są ponadczasowi. Wpisują się w każdą epokę, w każdy czas, nawet ten najtrudniejszy, bo gdzieś w głębi duszy część z nas pragnęłaby przeżyć taką niesamowitą, całkowitą i totalną miłosną przygodę. Oczywiście niekoniecznie zakończoną śmiercią, ale chociażby namiastkę tego co przeżyli Romeo i Julia.

Kiedy pominiemy historyczny kontekst i epokę, w jakiej wydarzenia te miały miejsce, uda nam sie dojrzeć w Julii i Romeo dwoje buntowników. Parę, która pokonała wszelkie granice, właśnie dzięki swojej miłości. Udało im się zakończyć wieloletni konflikt. Zapłacili za to największą cenę, ale inaczej nie byłoby w tym uczuciu tej pełni. Tego dopełnienia, jaką była śmierć.

Uważam, że nie bez przyczyny Shakespeare stworzył za parę głównych bohaterów ludzi tak młodych. Tak naprawdę jeszcze trochę dzieci. Albo raczej istoty na granicy dziecięstwa i dorosłości. Tylko w tym wieku właśnie taka „miłość aż po grób” byłaby możliwa. Ich gorące uczucie wprowadza całkowity chaos do ustalonego przez dorosłych porządku. Nagle nic nie ma punktu odniesienia. Status quo zostaje obalone i aż do ich śmierci nie ma zastępstwa. I Julia i Romeo decydują się odrzucić WSZYSTKO na rzecz swojej miłości. Wyzbywają się swoich pozycji, urodzenia, przywilejów i… nazwiska. To jest jedno z największych poświęceń. Chcą uciec, zostawiając za sobą swoją tożsamość, by połączyć się jako dwoje całkowicie innych ludzi.

Co za tym wszystkim idzie, ani razu Julia czy Romeo nie zastanowili się nad skutkami, jakie wywołają ich działania. Zaślepieni miłością zapominają o wszystkim i wszystkich dookoła. Nawet kiedy giną ludzie, traci to wartość, bo tylko ich miłość ma sens. Są razem. Przeciwko sobie. Przeciwko światu. Nawet gdy przychodzi śmierć, żadne z nich się nie waha. Odbierają sobie życie zanim jeszcze sprawdzą dokładnie, czy na pewno ukochana osoba nie żyje. Romeo mówi, że jest „błaznem losu” my widzimy, że przecież to jego wybory i jego decyzje kierują go ku przepaści. Ale to właśnie ta bezlitosna siła uczucia! Ta siła niepokonanych hormonów, która burzy krew i podpala serce. Tak bardzo typowa dla niepokornych i młodych.

Pisząc ten tekst widzę jak bardzo rzeczywista jest ta historia. Jak aktualna. I jak wiele podobnych opowiedziały nam inne opowieści, te książkowe i filmowe. Ile wariacji kochanków z Werony już widzieliśmy. Inne epoki. Inne światy. A tak bliskie, bo tak ludzkie. Tak jak tragiczna opowieść Romea i Julii. Bez granic. Bez uprzedzeń. Aż „śmierć ich nie rozłączy.”

O.

Walentynkowa Uczta Miłości

Bombla_WALENTYNKIAch, ach, ach! Amorki, serduszka, czerwone piórka, miśki, czekoladki  i wszystkie inne atrybuty zakochanych. Zapach miłości i szaleństwa w powietrzu. A to znaczy, że przed nami Walentynki! Święto zakochanych i szaleńców, bo zdarza się, że jedno z drugim trudno od siebie odróżnić 😉

A jeśli Dzień Świętego Walentego, jeśli miłość i amorki, to jako łowczyni opowieści również szykuję łuk i zabieram się na porządne polowanie, by już za kilka dni zaprosić Was na UCZTĘ MIŁOŚCI Wielkiego Buka!

Gdyby ktoś sie zmartwił, że Buk zamieni się w różowy puchowy obłoczek słodkości, to od razu piszę, żeby sie nie martwił 🙂 W ciągu dwóch tygodni podzielę sie z Wami sześcioma upolowanymi miłosnymi opowieściami, ale takimi, które pokazują różne oblicza miłości, tak by nikogo mi przypadkiem nie zemdliło i nie znudziło.  Będzie więc o miłości bezgranicznej i młodzieńczej, zakazanej i szalonej,  nieszczęśliwej i zdradzonej, libertyńskiej i seksualnej i oczywiście o tej idealnej miłości, prosto z marzeń. A całość zakończę moim własnym bukowym rankingiem romantycznych powieści wszechczasów.

Początek MIŁOSNEJ UCZTY już w piątek!

O.

Rereading: Część 2

Bombla_ReReading2Powracając do tematu re-readingu, czyli ponownej lektury… Dla przypomnienia co to i skąd się wzięło link do części pierwszej:

http://wielkibuk.com/2013/01/15/rereading-czesc-1/

Profesor Patricia Meyer w swoim książkowym eksperymencie skupiła się również na jednym z ciekawszych aspektów ponownej lektury jakim jest powrót do książek z dzieciństwa. Taki był nawet jej pierwotny cel. Pragnęła odnaleźć w ukochanych książkach sprzed lat to, co odczuwała sięgając pierwszy raz po daną opowieść. Ponadto, chciała również spojrzeć na nie okiem osoby dojrzałej, obeznanej z książkami, bo w końcu wieloletniej specjalistki od literatury.

Książki dla dzieci pisane są przez dorosłych, to oczywiste. Jednak właśnie dzięki temu stają się, w gruncie rzeczy, o wiele bardziej uniwersalne i potrafią cieszyć całe pokolenia. Mały czytelnik w lekturze, czy w słuchaniu odczytywanych mu opowieści (wtedy jest małych słuchaczem, ale opowieści to opowieści, obojętne jak przekazywane dalej) skupia się przede wszystkim na fabule, zazwyczaj delikatnie uproszczonej. Przygody przeżywane przez głównych bohaterów przekłada na swoje własne, małe jeszcze doświadczenia i  świetnie bawi się odnajdując różne analogie. Utożsamia się z bohaterami i z ich codziennością, dopasowując ją, w wyobraźni, do własnego życia.

A co dzieje się kiedy wracamy do książek z dzieciństwa po latach przerwy? Czy da się odwzorować to pierwsze „czyste” spotkanie z lekturą? Sądzę, że na swój dziwny sposób można powrócić i odtworzyć wspomnienie pierwszej lektury, bo nasz dojrzały, doświadczony życiem umysł pozwala wejść na całkowicie inny poziom książki dla dzieci. Taki, który dla małego czytelnika jest całkowicie ukryty, ale istnieje paralelnie do niego. Dorosły czytelnik spogląda na taką opowieść, jak na rodzaj pewnej alegorii, czy metafory w zależności od tego na jakim etapie życia obecnie się znajduje.

Powiem Wam (a raczej napiszę), że odczytywanie na nowo książek z dzieciństwa sprawia mi ogromną frajdę 🙂 Doszukiwanie się ukrytych wątków i odkrywanie zatajonych sensów sprawia, że czuję się jak jakiś detektyw na tropie. Dla mnie takie powroty to jak przejście na „drugą stronę lustra” i jednocześnie rodzaj autentycznego oświecenia. Dla przykładu, cały czas jestem zaskoczona czytając książki o moich ukochanych Muminkach, bo ilość filozofii, życiowych prawd i przesłań ukrytych w opowieściach Tove Jansson jest niezliczona, a przecież z założenia historie o trollach powinny być totalnie dziecinne! Najlepsze w nich jednak jest to, że ta ich „dziecięcość” nadaje im w moich oczach status bardzo starych, poczciwych przyjaciół, do których wraca się z przyjemnością i którzy nigdy Cię nie zawiodą.

I w ten sposób, specjalnie dla Was przygotowałam ranking moich ukochanych książek z dzieciństwa, do których wracam regularnie na poprawę nastroju, po poradę, po filozoficzne wsparcie, po pocieszenie, w chorobie i tak po prostu, bo się stęskniłam 🙂 

Muminki1. Seria opowieści z Doliny Muminków Tove Jansson

Nikogo nie zdziwię pisząc, że to moje ukochane lektury z dzieciństwa. Nikogo też nie powinno dziwić, że powracam do nich co roku, o różnych porach, w zależności od nastroju. Pełne melancholii, ukrytej tęsknoty i przypowieści o życiu. Niewiarygodnie smutne, takie właśnie idealnie skandynawskie, północne duchem. Dla wszystkich, którym niestraszna zima i dmący północny wicher.

Bullerbyn2. „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren

Moja pierwsza książka, którą pochłonęłam w jeden dzień, czym bynajmniej wcale nie zaskoczyłam domowników. Jedna z najzabawniejszych i najbardziej uroczych książek dzieciństwa. Przez lata żałowałam, że nie mieszkam w skandynawskiej wiosce, po nocach śniłam o poziomkowych polankach, skokach na sianie i polowaniu na raki. Czasami, jeszcze teraz, zdarza mi się zapomnieć i powracać do tych beztroskich dziecięcych marzeń.

Madika3. „Madika z Czerwcowego Wzgórza” Astrid Lindgren

Mogę bez wstydu napisać, że pani Lindgren jest literacką idolką moich dziecięcych lat. Kolejna moja niezapomniana bohaterka. Troszkę szalona, odważna Madika, której „pomysły lęgną się w głowie szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć” 🙂 Latała na parasolce, jeździła po zamarzniętej rzece, tropiła duchy, wkładała groch do nosa (siostrze), bawiła się w Mojżesza i biła ze znienawidzoną Mią. Dla mnie niezastąpiona i kultowa. Wracam często i ciągle pękam ze śmiechu.

Andersen4. Baśnie Andersena i Baśnie Braci Grimm

„Królowa śniegu”, „Mała Syrenka”, „Dziewczynka z Zapałkami”, „Świniopas”, „Czerwone Trzewiczki”, „Choinka”, „Latający Kufer”… „Jaś i Małgosia”, „Czerwony Kapturek”, „Stoliczku, nakryj się”, „Dwunastu Braci i ulubiona z ulubionych makabryczna „Jednooczka, Dwuoczka i Trójoczka”. To tyle niektóre, najlepsze, chwytają za serce, uczą i przerażają grozą. Sami wiecie. Te baśnie, tradycyjnie przekazywane z pokolenia na pokolenie, bronią się same.

Wilde5. Baśnie Oscara Wilde’a

Trafiły do mnie jako nagroda w drugiej klasie szkoły podstawowej. Przeczytane zostały jednym tchem zanim jeszcze skończyły się uroczystości (jak widzicie od zawsze byłam nawiedzoną czytelniczką), czym bardzo zmartwiłam wychowawczynię 😉 Mało znane w Polsce, a szkoda, bo wybitne. A do tego tak smutne, że trzeba czytać z chusteczkami pod ręka, bo przyrzekam, że inaczej nie da rady. Dla zapoznania się, na początek polecam opowiadania pt. „Szczęśliwy Książę”, „Syn Gwiazd” i „Młody Król”.

O.

„Cmętarz Zwieżąt” Stephen King

Bombla_PetSemataryŚmierć to trudny temat. Mroczny i ciężki. Bardzo niepokojący. Ale trudno od śmierci uciec. Trudno się przed nią ukryć. Jeszcze trudniej przewidzieć. Kiedy umiera ktoś starszy łatwiej może pojąć przemijanie, ale kiedy umiera dziecko, zrozumieć nie sposób. Dawniej śmierć była towarzyszką codzienności. Umierały kobiety w połogu, niemowlęta przy porodzie, dzieci na choroby, mężczyźni na wojennym froncie… Mało kto dożywał sędziwego wieku. Śmierć była rzeczywistością. Dzisiaj jest inaczej. Od samego tematu śmierci pragnie się uciec, odwlec i zapomnieć. O śmierci się nie rozmawia, bo nie wypada. Nikt na śmierć nie czeka. Wolimy unikać wszelkich rozważań, żeby nie zapeszać i ukryć głęboko w zakamarkach nieświadomości. Ale kiedy wreszcie śmierć nadchodzi najtrudniej jest się z nią pogodzić.

„Cmętarz Zwieżąt” Stephena King’a (błędy są w pełni świadome, tytuł oryginału „Pet Sematary”) to opowieść o niemożności pogodzenia się z odejściem bliskich, ale także przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie: jak daleko posunie się człowiek, by cofnąć śmierć? Czy da się przed nią uciec? A może istnieje coś gorszego od śmierci?

Bezmiar tragedii w „Cmętarzu Zwieżąt” zaczyna się całkiem niewinnie, bo od przeprowadzki pewnej rodziny do małego miasteczka Ludlow w Maine. Każdy kto zna Stephena Kinga domyśla się, że w Maine nie ma normalnych miasteczek i zawsze w okolicach dzieje się coś dziwnego. Tutaj dziwna jest DROGA, przelotowa stanówka, na której, zginęło mnóstwo domowych pupili z okolicy. Nie bez przyczyny napisałam mnóstwo, bo faktycznie ta „droga” ma tendencje do dziwnego „przyciągania i kuszenia” małych bezbronnych istot. Drugim dziwnym elementem jest tytułowy „pet sematary”, czyli cmętarz zwieżąt, na którym miejscowe dzieci (stąd dziecięce błędy w pisowni) chowają zabite na drodze ukochane zwierzaki. Cmentarz znajduje się w pobliskim lesie, za domem bohaterów i  jest  trochę niesamowitym miejscem, które jednak przede wszystkim wywołuje strach w dorosłych.

To właśnie ten strach, próba ucieczki przed tematem śmierci, paradoksalnie przyzywa śmierć w powieści Kinga. Rachel, straumatyzowana w dzieciństwie przez długie umieranie starszej siostry, za wszelką cenę unika rozmów o śmierci ze swoją córką. Wpada w histerię, gdy trafiają przypadkiem na „cmętarz”. Dzieci mają tą wyjątkową umiejętność przyjmowania trudnych zagadnień w sposób naturalny i dziewczynka nie wykazuje paniki ani strachu, ale reaguje na zachowanie rodziców i histeria matki udziela się dziecku. King idealnie pokazuje, że strach przed śmiercią jest problemem przede wszystkim dorosłych.

Wizyta na „cmętarzu”, reakcja żony i zachowanie dzieci, wywołują na nowo w Louis’ie, głównym bohaterze (który jako lekarz ze śmiercią jest przecież zaznajomiony), lęk. A na ten lęk czekało przez wieki pewne miejsce ukryte daleko w lesie. Miejsce, które jest prawdziwym starym i odwiecznym cmentarzyskiem. Miejsce, które, jak mawiał H.P. Lovecraft, ma duszę. W tym wypadku to miejsce jest bardzo pierwotne i złe, leżące na dawnym terytorium plemienia Mi’kmaq. Według legendy, o czym niestety zbyt późno dowiaduje sie nasz bohater, cmentarz nawiedza teraz indiański demon Wendigo. Co prawda Indian już tam od dawien dawna nie ma, ale wiecie przecież, że jeśli znajduje się chociaż jedna osoba wierząca, to demon wciąż istnieje (według teorii z „Amerykańskich Bogów” Gaimana). A co wiemy o Wendigo? Wendigo to istota, duch, demon, która nawiedzała ludzi, zabijała i zmuszała do aktów kanibalizmu. Według podań, Wendigo jest zawsze w poszukiwaniu nowych ofiar i nigdy nie poprzestaje na jednej. Karmi się śmiercią i potrzebuje jej, chociaż jego czas już dawno przeminął.

Stąd DROGA i jej prawdziwy związek. Zwierzęta giną, przyzywane instynktownie przez dawnego demona lasu, jako jego ofiary. Chowane są w samym lesie, rytualnie przez dzieci, dla których śmierć to konieczność istnienia życia. W prosty sposób zamyka się koło wypadków. Ale kiedy ktoś próbuje śmierć oszukać, jak Louis? Kiedy w sztuczny sposób wypiera konieczność pogodzenia się z odejściem? Naturalny cykl zostaje zaburzony. To zaburzenie w opowieści Kinga (którą czytałam, jak legendę, historię, którą można dzielić się przez pokolenia) spowodowane jest kłamstwem i próbą ukrycia śmierci ukochanego kota córki.

Stephen King w typowy dla siebie, mroczny sposób pokazał, jak strach może przywołać nieszczęście, jeśli zachowane są odpowiednie warunki, odpowiedni czas, a przede wszystkim „idealne” miejsce. Miejsce przesiąknięte złem, starszym od zła, które znają współcześni. Takim, którego nie da pokonać, a jedynie ograniczyć i okiełznać znaną mu magią. Lawina tragedii w „Cmętarzu Zwieżąt”: śmierć Victora, śmierć Church’a, śmierć Gage’a, to nie jest przypadkowy ciąg zdarzeń, ale powiązany ciąg ofiar, spowodowany wywołanym strachem. Przeznaczenia w Ludlow nie można oszukać, bo po prostu przeznaczenie i los nie mają z tymi wydarzeniami nic wspólnego.  Jest tam tylko pradawna śmierć, a od niej nie ma ucieczki.

O.

P.S. Na dokładkę do lektury, specjalnie dla Was, moja ukochana piosenka „Pet Sematary” The Ramones, oparta w pełni na książce, z fragmentami z filmu pod tym samym tytułem:)

„And the night when the moon is bright.
Someone cries, something ain’t right…”

„W Kleszczach Lęku” Henry James

Bombla_KleszczeLekuPisząc ten tekst miałam dylemat, czy „W Kleszczach Lęku” Henry’ego James’a opisać i zinterpretować  jako mroczny horror, czy może raczej jako thriller psychologiczny. Doszłam do wniosku, że o ile powieść ta posiada i wywołuje w czytelniku emocje identyczne z opowieściami grozy, o tyle nie taka była jej główna intencja. W związku z tym, przy pomocy niezastąpionej Marii Janion i jej eseju „Pułapka James’a”, wgłębiłam się w to, co w powieści jest ukryte, a co można odkryć spoglądając tylko pod pewnym kątem. 

Ta anamorfoza obecna we  „W Kleszczach Lęku”, czyli zmiana obrazu, przy zmianie perspektywy, od lat intryguje i sądzę, że interpretacji jest tyle samo, co samych interpretatorów. Jakby nie było, jest to jedna z najbardziej dwuznacznych opowieści w literaturze pięknej, przepełniona symbolami i niedomówieniami, a ponowne odczytywanie zawsze daje inny obraz, zwodzi, sprowadza czytelnika na manowce i każe rozpoczynać grę od nowa. Co więcej, nigdy nie daje odpowiedzi, nie zaspokaja rozwiązaniem, pozostaje całkowicie otwarta na odbiór, obojętnie z jakiej strony do niej podejdziemy.  Ale najlepiej zacząć od początku 🙂

Polski tytuł „W kleszczach lęku” jest odrobinkę mylący. Nawet nie mylący, bo kleszcze i lęk istnieją w powieści, jak najbardziej, ale jego poetyckość pomija niestety jedną bardzo istotną kwestię. Pomija to, co najbardziej znaczące dla głównego wątku, czyli „skręt śruby”. Pojawia się on w tytule „Turn of the Screw” oraz zaraz na początku, kiedy przysłuchujemy się opowieści Douglas’a: „If the child gives the effect another turn of the screw, what do you say to two children?”(w polskim przekładzie Witolda Pospieszały: „Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwojgu dzieci…?). Tłumacz potraktował to jako oczywistą metaforę, poetycką i piękną, jednak odbiera ona to co w oryginale jest najważniejsze, czyli MECHANIZM podkręcania napięcia. Mechanizm, którym kieruje dwoje dzieci i który nadaje nam kierunek czytania i podwójne widzenie całości.

Według Janion, tutaj zgadzam się z nią bezsprzecznie, fakt, że ten skręt jest podwójny wyznacza nam możliwość podwójnej perspektywy, narzuconą już przez samego James’a i przez jego sposób prowadzenia narracji. A w czym przejawia się podwójne widzenie, ta wyjątkowa anamorfoza opowieści James’a? Przede wszystkim dwójką dzieci, rodzeństwem, które wprawia w ruch całą historię. Miles jest dziesięcioletnim chłopcem, Flora młodszą, kilkuletnią dziewczynką. Mamy więc tutaj pierwiastek męski i żeński postaci dziecięcej, a jak dodamy duchy Peter’a Quinta i Miss Jessel, to także w postaci dorosłej. Już na samym początku sposób narracji staje się podwójny, bo wspomnienia guwernantki odczytywane są po latach przez Douglas’a, czyli męski głos, który czyta wyznanie kobiety. Niby słowo w słowo, ale jednak. Co więcej, obecna jest różnica postrzegania pomiędzy dorosłym i dzieckiem (kolejna dwoistość), co jest zapalnikiem opowieści, bez którego Douglas w ogóle nie podjąłby się całego wyzwania. Pytaniem kluczowym było, czy osoba dorosła, opiekun jest w stanie przejść na drugą stronę postrzegania, tak jak dziecko, które z założenia jest istotą podatną i wrażliwą na doznania nie z tego świata. Czyli pytanie o to, co jest prawdziwe i realne, a co eteryczne i nierealne, gdzie leży ta cienka granica i czy w ogóle taka granica istnieje?

„Pamiętam, że wszystko rozpoczęło się szeregiem kolejnych wzlotów i upadków, jak gdyby huśtawką poruszającą się na przemian w sposób właściwy i błędny.” Im zapędzamy się dalej w meandry opowieści i jesteśmy wciągani coraz głębiej w historię guwernantki, tym bardziej udziela się nam, czytelnikom, ta dziwna podwójność wszystkiego. Z jednej strony obraz dzieci jest sielsko-anielski, są idealne i przesłodkie, by zaraz zostać nazwanymi przebiegłymi i fałszywymi. Nagle czytelnikowi przez myśl nie może przejść, że jeszcze kilka stron temu myślał inaczej. Idąc tym tropem, z jednej strony skontrastowana jest niewinność typowa dla małych dzieci z wielkim zepsuciem. Czystość Miles’a i Flory zaraz obok deprawacji i zła Quint’a i Miss Jessel. Te dwa obrazy istnieją równocześnie i z czasem zaczynają nakładać się na siebie. Widząc Miles’a nie możemy nie widzieć Quint’a, a spoglądając na Florę od razu narzuca się obraz Miss Jessel. W ten sposób łączą się ze sobą przeciwstawne rzeczywistość, czy jawa ze złudzeniem i snem. Razem z guwernantką tracimy zdolność postrzegania prawdy i wpadamy w niedomówienia, których ta książka jest pełna. Na niczym nie można polegać, bo nawet zmysły zawodzą. Jednocześnie dostrzegamy w dzieciach piękno, by od razu odkryć niewiarygodną brzydotę. Podziwiamy światło dnia, by być zaskoczonym przez ciemność. Nakładają się na siebie odgłosy i „pożera” je nagle przejmująca cisza. Aż wreszcie dostrzegamy to, co narzuca się prawie od razu, czyli życie symbolizowane przez dzieci i śmierć symbolizowana przez obydwa duchy. To wszystko zaskakuje nas niespodziewanie, bo świat wykreowany przez James’a jest bardzo ulotny, złudny, nasze pole percepcji jest w ciągłym ruchu, a to co jawne i ukryte miesza się i „przepływa” przed naszymi oczami.

Interpretacja staje się podwójna także dlatego, że obserwujemy wydarzenia oczami opiekunki oraz kierujemy się swoją wyobraźnią. Możemy przypuszczać, że duchy istnieją naprawdę, a jeśli podejrzewamy, że duchów nie ma, że guwernantka oszalała, to również wskazujemy na nasze własne szaleństwo, bo jej oczami śledzimy całą historię. A jeśli nie możemy ufać zmysłom, to co nam pozostaje? James’owi za pomocą prostych środków narracyjnych udało się zapętlić nas i zgubić we własnym odczytywaniu powieści!

W takim razie co wydarzyło się w Bly? Po lekturze powieści James’a i ja także wpadłam w interpretatorską pułapkę.  Wyszłam z założenia, że tam już wcale nie było dzieci. Dziwne? Już tłumaczę, co mam na myśli. Oczywiście brak dzieci nie jest tutaj dosłowny. Istnieją, są cielesne i żyją, ale… tylko jako naczynia dla Quint’a i Miss Jessel. Są inkarnacją swoich opiekunów. Tropem było dla mnie wyjątkowo sztuczne zachowanie Miles’a i Flory. Oboje są pokazani jako istoty prawie magiczne, idealne. Kiedy analizujemy ich zachowanie, tak jak guwernantka, coś jednak w tym zachowaniu jest nie tak. Nie ma w nim dziecięcego entuzjazmu, nie ma tam dziecinności. One są przerysowanie grzeczne, niewinne tylko na pokaz. Kiedy odwraca się od nich wzrok okazuje się, że prowadzą swoje dziwne gry, zupełnie niezwiązane z byciem dziećmi. Są, szczególnie Miles, przesiąknięci seksualnością. On rozmawia z guwernantką nie tak jak chłopiec rozmawia z dorosłym, tylko tak jak mężczyzna z kobietą. On jest w pełni świadomy. Tak jak świadomy i seksualnie zdeprawowany był Quint. Za życia oskarżony o bycie złym, zboczonym (wzmianki o molestowaniu dzieci i służby przewijają się przez całą powieść) wchodzi w ciało chłopca, by ukrywać się za twarzą małego gentlemana. Za to Miss Jessel wchodzi w ciało niewinnej Flory, by znów poczuć się czystą i dziewiczą. Jeśli prawdziwi Miles i Flora są jeszcze gdzieś w swoich ciałach, to są to tylko uśpione duchy, najprawdopodobniej bardzo skrzywdzone i całkowicie wycofane.  Tylko wiara guwernantki w dziecięcą niewinność powoduje, że Quint musi odejść, a wraz z nim odchodzi Miles, którego już dawno tam nie było…

Moja interpretacja może nie jest doskonała, nie jest pełna i sama pozostawia wiele niedomówień, ale jest i pewnie za kilka lat, jak powrócę do „W kleszczach lęku” wymyślę coś nowego. Po to właśnie ta historia istnieje, a interpretowanie jej to wyzwanie samo w sobie rzucone nam przez Henry’ego James’a.

O.

„Bighead” Edward Lee

Bombla_Bighead

Napiszę Wam całkiem szczerze, że nie planowałam wpisu o „Bighead” Edward’a Lee na Buku. Miał to być raczej mój mały przerywnik, kolejny horror do kolekcji, nic nadzwyczajnego. Jednak jak tylko zaczęłam czytać, wiedziałam, że nie uda mi się powstrzymać od podzielenia się z Wami tą opowieścią. Bo widzicie, jak się okazało, według internetowych recenzji i recenzji tej książki w ogóle, „Bighead” jest NAJOBRZYDLIWSZĄ  historią opowiedzianą kiedykolwiek, przez kogokolwiek. Jako uodporniona na wszelkie okrucieństwo i obrzydlistwo (w końcu bycie badaczką twórczości Markiza de Sade zobowiązuje) podjęłam wyzwanie, a sama lektura zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.

Czytaj dalej

Rereading: część 1

ReReading_BlogRereading, czyli ponowne czytanie. Powrót do książek z przeszłości. Niby nic niezwykłego, a jednak. O tym, że rereading jest fenomenem dowiedziałam się czytając artykuł „Chwała półkownikom” w grudniowym numerze magazynu Książki. Dziwne, bo przecież wracanie do opowieści z przeszłości nie jest niczym nowym, ale jak widać wszystko da się wypromować, nawet coś tak oczywistego.

Jak z każdym fenomenem zaczęło się niewinnie. Pewna starsza profesor, pani Patricia Meyer Spacks, napisała książkę „On rereading”. Książka ta jest opisem jej powrotów do najważniejszych książek życia, jej emocji i wspomnień, jakie wywołała ponowna lektura. Trzeba dodać, że pani Spacks przez lata wykładała literaturę jako profesor na University of Virginia, więc książek w jej życiu przewinęło się sporo. Eksperyment z rereadingiem zaczęła, gdy przeszła na emeryturę, trwał rok, a „On rereading” jest jego zwieńczeniem. Książkę wydano i… stała sie bestsellerem, a w środowisku intelektualistów zawrzało. Okazało się, że wielbicieli „ponownej lektury” jest mnóstwo. Co więcej, czytelnicy wyróżniają różne metody rereadingu. Mamy tutaj najbardziej otwartych, którzy powracają co jakiś czas do książek z dzieciństwa. Są też tacy, co mają jedną ukochaną książkę, którą czytają raz w roku. Istnieją także rereadingowi maniacy, czyli ludzie, którzy w jakimś momencie życia postanowili, że będą czytać, tylko to, co czytali już wcześniej i nic nowego. Śledząc wybitne historyczne jednostki dowiedziono również, że rereading zdobył już dawno temu olbrzymią popularność, ale dopiero teraz, po wydaniu książki profesor Spacks powrócił na literackie salony. Jak widać o rereadingu mówi się i pisze.

Skąd taka popularność tego nowego-nienowego fenomenu? Może dlatego, że ponowna lektura jest nie tylko modna, ale również wyjątkowa. Za każdym razem, gdy wracamy do książek jesteśmy już innymi ludźmi, naznaczonymi nowymi doświadczeniami i dzięki temu odbiór lektury jest inny. Nie ma dwóch takich samych odczytań. Za to wybrana książka jest niezmienna, jest stałą i wyjątkowym punktem odniesienia. Jak ładnie napisał Wojciech Nowicki w swoim artykule: „Chyba o to właśnie chodzi w czytaniu w kółko. O budowanie wyspy własnej, jednoosobowej, o pewność następnego zdania (…).”

Jako czytelniczka zakochana w literaturze od dziecka (u nas to rodzinne) nigdy nie potrafiłabym zostać rereaderką, która ogranicza czytanie do kilkunastu książek. Co prawda myśl, że nigdy nie uda mi się przeczytać WSZYSTKIEGO bywa porażająca, to i tak dążę nieustannie do tego, by przeczytać i poznać jak najwięcej. Po to właśnie są opowieści, by zostać odkryte, odnalezione i poznane. Mnisia lektura niech pozostanie w średniowiecznych wspomnieniach.

Jednak pomimo obsesji poznawania nowych historii, sama również lubię powracać do ulubionych książek. Niektóre czytałam tylko raz i tęsknię za nimi, jak za długo wyczekiwanymi przyjaciółmi, a niektóre są ze mną zawsze. Czasami czytam tylko fragmenty, a czasami wracam do nich w całości regularnie, raz w roku, czy raz na dwa lata.

Specjalnie dla Was przygotowałam ranking moich ulubionych rereadingowych lektur  i Was również zachęcam do podzielenia się doświadczeniami z ponowną lekturą.

Na początek opowieści upolowane przed laty, do których wracam regularnie, książki ukochane i niezapomniane:

StoLat1. „Sto lat samotności” Gabriel Garcia Márquez

Historia wielopokoleniowej rodziny Buendia z fikcyjnej kolumbijskiej wioski Macondo. Historia niesamowita, wciągająca, pełna niewiarygodnych zwrotów akcji. Arcydzieło realizmu magicznego.

Lovecraft

2. “Antologia: ponad 50 dziwnych opowieści” H.P. Lovecraft (“Anthology: More than 50 Weird Tales”)

Najbardziej inspirujący, najlepszy i najgenialniejszy mistrz horroru. Wywołał Przedwiecznych z najczarniejszych otchłani wszechświata. Wśród ulubionych powieści przerażające „Kolor z przestworzy”, „Koty Ultharu”, „Widmo nad Innsmouth”, „Zew Cthulhu” i  „Koszmar w Dunwich”.

Poe3. „Opowieści Niesamowite” Edgar Allan Poe

Klasyk powieści grozy. Poetycki, gotycki, porażający. Wśród ulubionych opowiadań „Ligeja”, „William Wilson”, „Czarny Kot”, „Zagłada domu Usherów” i „Złoty Żuk”. Do czytania w oryginale lub w pięknym tłumaczeniu Bolesława Leśmiana.

Plath4. „Szklany Klosz” Sylvia Plath

Ponadczasowa opowieść o dojrzewaniu młodej dziewczyny i poszukiwaniu siebie. Depresyjna i ponura, tak jak depresyjne i ponure było życie samej autorki, ale pełne wnikliwych komentarzy, które jak na razie wcale się nie starzeją.

EatPrey5. „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert

Miało to być tylko urocze letnie czytadło, a stało się moim literackim kamieniem milowym, który zmobilizował mnie do zmian, bez których dzisiaj nie byłabym tym kim jestem, nawet jeśli brzmi to nieco naiwnie 😉 Od tamtej chwili powracam do tej opowieści co roku i jeszcze nie mam dość.

C.D.N.

O.

„Amerykańscy Bogowie”

Bombla_AmericanGodsCytat
 

„Too much talking these days. Talk talk talk. This country would get along much better if people learned how to suffer in silence.”

„Ideas are more difficult to kill than people, but they can be killed, in the end.”

„What should I believe? thought Shadow, and the voice came back to him from somewhere deep beneath the world, in a bass rumble: believe everything.”

„Amerykańscy Bogowie” Neil Gaiman

Bombel_AmericanGods„A czy uwierzyłabyś, że wszyscy bogowie, jakich kiedykolwiek wykreowała ludzkość, wciąż żyją wśród nas?”. No właśnie… Co by było, gdyby bóstwa zamiast znikać, wycofywać się do odwiecznych, zapomnianych krain, żyły wciąż pośród nas, tak jak zwykli ludzie? Gdyby każdy z nich, nawet najpotężniejszy, prowadził normalne życie, gdzieś w wybranym miejscu na świecie? Co by się stało, gdyby ich istnieniu zagrażała sama ludzkość i nowi bogowie przez nią stworzeni? 

Neil Gaiman w „Amerykańskich Bogach” wykreował właśnie taki zagrożony świat bóstw, bożków i duchów. Natomiast głównym założeniem, na którym opiera się fabuła jest idea, że one istnieją dopóki ktoś w nie wierzy. Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba na świecie wierząca, to już wystarczy, by dane bóstwo przetrwało. Za główne miejsce wydarzeń, nie bez powodu, wybrał Stany Zjednoczone. To kraj o bardzo rozłożystych korzeniach kulturowych i religijnych. Ze względu na swoją przeszłość i historię, jak również ze względu na wszystkich, którzy przez wieki przybywali i odkrywali Amerykę na nowo, kraj ten jest wielkim „kotłem”, w którym mieszały się, łączyły się  i tworzyły całkowicie nowe zjawiska wyznaniowe (i wciąż się tworzą). Niektóre z tych kultów wciąż są bardzo żywe, pomimo że minęły już wieki od ich pojawienia się na tej części kuli ziemskiej. Nie wspominając również o pierwotnych kulturach i religiach samej Ameryki, zanim jeszcze pojawili się tutaj Europejczycy.

„Amerykańscy Bogowie”, to powieść intensywnie metafizyczna. Próbuje odpowiedzieć na pytanie męczące ludzkość od zawsze, czyli: skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy? I nie owija w bawełnę. Dosłownie dotyka treści, które zazwyczaj są zawoalowane i bardzo często ukryte za niezrozumiałymi metaforami. Tutaj nie ma metafor. Bogowie istnieją. Są dosłowni. Chcą przetrwać i cierpią, bo z każdym dniem stają się coraz słabsi. Na ich miejscu pojawiają sie nowe twory, w powieści Gaimana bardzo sztuczne, o cechach wyjątkowo odrażających. Są to bóstwa typowo współczesne, którym ludzie (Stany symbolizują tutaj całą ludzkość, właśnie dzięki bogactwu swojej etnicznej różnorodności) każdego dnia składają hołd nie zdając sobie z tego sprawy. To kreatury społeczeństw konsumpcyjnych (w tym najbardziej negatywnym znaczeniu), plastikowe i kuszące, kolorowe i pełne wdzięku, ale tylko z daleka. Z bliska odrażające i gnijące, pragnące jedynie „ewolucji, degeneracji i rewolucji” jednocześnie. To Media, Internet, Pieniądz itp. Czyste zło, bo sprawiają, że ludzkość zapomina o tym co najważniejsze i traci swoją tożsamość.

Właśnie ta tożsamość, a raczej jej „krzyczący” z nicości brak jest moim zdaniem najważniejszym wątkiem „Amerykańskich Bogów”. Bo jak można wierzyć w coś, cokolwiek, jeśli samemu nie ma się pojęcia kim jest się naprawdę? Jeśli jest się nawet dla siebie tak niezdefiniowanym, tak bez żadnych konkretnych wyróżniających cech, snującym się pomiędzy innymi, że zamiast człowieka stajesz się jego cieniem?

Bo właśnie głównym bohaterem tej powieści jest Shadow (czyli po angielsku: cień). Poznajemy go w momencie, gdy już za chwilę ma jakby narodzić się na nowo i rozpocząć całkowicie nowe, ulepszone życie. To skazaniec, który na dniach wychodzi z więzienia, po trzech latach odsiadywania kary za ciężkie pobicie. Shadow czuje się lepszym człowiekiem. Żałuje popełnionych czynów, sam siebie resocjalizuje i przygotowuje na powrót do świata na zewnątrz. Czyta filozofów, unika więziennych sprzeczek i nie daje manipulować się współwięźniom. Jest cichy, spokojny i zdystansowany. Prawie tak, jakby w ogóle go nie było… Ale Shadow nie jest zwykłym człowiekiem. I nie tylko człowiekiem. (Nie chciałabym nikomu psuć lektury, więc nie zdradzę najważniejszych zwrotów akcji).

I w tym momencie powieść staje się trochę mitologiczną przypowieścią o wybrańcu bogów. Shadow jest wyjątkowy i potrzebny, by starzy bogowie odzyskali świat ludzi. Chociaż na chwilę, chociaż tylko niewielki kawałeczek tego świata.

Neil Gaiman wykorzystał w powieści panteon bóstw mitologii nordyckiej i germańskiej, bożki starosłowiańskie i irlandzkie, bóstwa karaibskie, afrykańskie, staroegipskie, bogów hinduizmu i wierzeń indiańskich. Czerpał inspiracje z folkloru, starych opowieści i pieśni, zabobonów i małych codziennych wierzeń, o elementach pogańskich, do dzisiaj traktowanych jako formy rytuałów.

I w tej dziwnej, trochę szalonej nowej rzeczywistości Shadow musi odnaleźć siebie i sens swojego życia. Oddaje się temu bez słowa i wyrusza w podróż, jako specjalny pracownik pewnego pana o nazwisku Wednesday (Tutaj muszę nadmienić, że jego imię, choć niby oznacza dzień tygodnia, to zawiera derywat zdradzający jego prawdziwą tożsamość). Tożsamości Shadow’a musimy domyślić się sami. Wskazówką jest wszystko, co mu się przydarza, jego reakcje i budujący się z czasem charakter. Nie jest to łatwe zadanie, bo sam główny bohater jest zagubiony. Wskazówek na to kim jest Shadow jest wiele i ukryte są w całej fabule powieści. Po kolei dowiadujemy się, że należy do „zapomnianych”, zauważamy, że pomimo niefortunnej przeszłości Shadow, to symbol niewinności i dobra. Nie może umknąć nam, że potrafi wybaczyć wszystko, bo przecież sam sobie również przebaczył, przebaczył żonie i staremu przyjacielowi. Pamięta, że jemu życie również dało drugą szansę.

Poza tym, a może przede wszystkim, „Amerykańscy Bogowie” to również próba odpowiedzi na trudne pytanie o tożsamość samych Stanów Zjednoczonych. Próba pokazania, że być może amerykańskie społeczeństwo powinno zatrzymać się, zastanowić nad sobą i obrać nowy kierunek, bo jak powtarzają niejednokrotnie bohaterowie: „To nie jest kraina dla bogów”. Może trzeba spróbować zwrócić się do tego co bardziej pierwotne i naturalne, a odrzucić sztuczne, narzucone przez siebie ramy. Może zadać również pytanie o istotę wiary. Może to także jest próba pokazania, że warto wierzyć, bo nasza wiara nie zamiera gdzieś w niebycie, ale ma większy sens, nadaje treść życiu i pozwala odnaleźć prawdziwego siebie. A gdy już dowiemy się kim jesteśmy tylko od nas samych będzie zależeć dokąd pójdziemy i jaki będzie ostateczny cel naszej podróży.

O.