WYWIAD z ŁUKASZEM ORBITOWSKIM

Moi Drodzy,

Dzisiaj w ramach cyklu Wielkobukowych wywiadów pisarz, którego proza mówi sama za siebie i nie potrzeba tu zbędnych wstępów. Przed Wami…

ŁUKASZ ORBITOWSKI

Łukasz Orbitowski fot. Aga Krysiuk

ŁUKASZ ORBITOWSKI

Pisarz. I to wystarczy. Zdobywca Paszportu „Polityki” 2016 za „Inną Duszę”, dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike oraz raz do Nagrody Literackiej Gdynia.

Olga Kowalska: Kiedyś w jednym z wywiadów stwierdziłeś, z czym się zresztą zgadzam, że w dzisiejszych czasach dojrzewamy coraz później, uciekamy od dorosłości. Czy ten wydłużający się okres niedojrzałości ma wpływ na literaturę?

Łukasz Orbitowski: Chyba tak, ale nie mam pojęcia w jaki sposób. Bardzo to tajemnicze, bo niedojrzały człowiek może być dojrzałym pisarzem i na odwrót.

Zastanawiałeś się kiedyś skąd w ogóle ta powszechność uwielbienia dla ponownego przeżywania dzieciństwa, ciągłego powtarzania o potrzebie „rozbudzania wewnętrznego dziecka”?

Znów nie wiem, bo wydaje mi się to przedziwne, nierozsądne i głupie. Po pierwsze, dzieciństwo jest czymś okropnym, bez dwóch zdań, najgorszym okresem w życiu, mówiąc wprost: przejebane jest być dzieckiem. Wszyscy takiemu mówią co ma robić, czego zaś mu nie wolno, wydzielają zabawki, pieniądze, organizują czas, wpychają w ramiona wstrętnych ciotek i wloką na jakieś przyjęcia. Pamiętam siebie jako odwrotność Piotrusia Pana. Marzyłem tylko o tym by stać się dorosłym i stanowić o sobie. Łaknąłem wolności wyrażającej się w doświadczaniu życia, w sukcesach i porażkach. Poza tym co konkretnie rozbudzamy, szturchając to wewnętrzne dziecko? Naiwność? Egoizm? Absolutny brak litości? Dzieci są bezwzględne, niewyobrażalnie okrutne. Dzieciństwo jest okropne, ale też trudno wyobrazić sobie gorszego człowieka niż dziecko.

Czy brałeś to wszystko pod uwagę przy tworzeniu „Exodusu”, czy to lektura również dla tego nowego, wiecznie młodego, zagubionego pokolenia?

Oczywiście, ale nie celowo, to znaczy to młode, zagubione pokolenie nie jest jakimś szczególnym punktem odniesienia, targetem dla tej akurat książki. Pisałem ją również z myślą o starym zagubionym pokoleniu. Oczywiście można zadać pytanie: kto w tej książce rozpozna siebie? A kto wskaże palcem – o, kolega!

Stwierdziłeś kiedyś, że nie wierzysz za bardzo w moc sprawczą literatury, w bezpośrednie przełożenie przeczytanych treści na rzeczywistość. Czyli co, autorzy którzy piszą by – cytując – zmieniać świat i wzniecać takie czy inne rewolucje… marnują czas?

Tak, jasne. Jeśli ktoś chce wzniecać rewolucję, powinien zostać rewolucjonistą. Chcesz zmieniać świat? Zapraszamy do wolontariatu. W innym wypadku mamy do czynienia z pomyłką, z pomyleniem własnego powołania. Pisarz ma pisać książki, zdawać relację ze świata, opowiadać o świecie, lub, jeśli tego ostatniego nie umie, opowiadać o sobie samym. Powiedz mi, jaka książka zmieniła świat? Mówimy o literaturze, nie podręcznikach albo manifestach w rodzaju „Mein Kampf” Hitlera. Kiedyś oczywiście takie książki się ukazywały. Ostatnią, jaka rzeczywiście namieszała w strukturach rzeczywistości była „Lolita” Nabokova.

Zdobyłeś mnóstwo nagród, otarłeś się o kolejne… Ma to dla Ciebie jakieś znaczenie? Nagrody dają spełnienie? Poprawiają samopoczucie?

Pamiętam jak dostałem Paszport Polityki ktoś zapytał mojego ojca czy cieszy się z tego powodu. Ojciec udzielił odpowiedzi przeczącej. „Smucę się”, tak rzekł.  Mówiąc poważniej, nagrody cieszą, cieszy też to, że zdarzyły się w moim życiu tak późno, bo wiesz, gdy byłem młody okropnie marzyłem o nagrodach, o splendorach i sławie pisarskiej, której jakoś nie mogłem doświadczyć. I dobrze, bo zdemoralizowałbym się do reszty, mógłbym uwierzyć we własną wspaniałość i kapitalizować własny sukces na drodze arogancji i wycofania się ze świata. Sukces przyszedł przed czterdziestką, kiedy mniej więcej wiedziałem o co chodzi w życiu, miałem inne, pozaliterackie priorytety, więc jak sądzę, zareagowałem zdrowo.

Jedyną nagrodą na której mi zależało, był ten pieprzony Paszport. W jakiś sposób – co niezbyt mi się podobało – jurorzy decydowali o moim życiu i jego przyszłości. W górę czy w dół? Liście czy złoto? Wiesz, to nie jest fajna sytuacja, taka zależność od cudzego gustu, ale przecież my, pisarze, zawsze zakładnikami cudzego gustu jesteśmy. Jak nie jurorów to czytelników. Opowiem ci więc inna historię. W drodze na rozdanie innej, bardzo ważnej nagrody literackiej wylądowaliśmy z moją dziewczyną w dwóch różnych samochodach. Tak się złożyło i nikt w tym drugim samochodzie nie wiedział kim ona jest. Zaczęto rozmawiać o kandydatach i ktoś wyraził opinię, że Orbitowski nie powinien dotać tej nagrody bo zawsze sobie poradzi. W gruncie rzeczy, jak to usłyszałem, ucieszyłem się bardziej niż gdybym dostał tę nagrodę. Dobrze, że taki właśnie jest pogląd na moją osobę. Uważam, że tak właśnie jest. Poradzę sobie.

A w jaki sposób samemu poszukujesz nowych lektur? Patrzysz na to, co zdobywa obecnie nagrody, zerkasz na listy bestsellerów, zagłębiasz się w klasykę, czy w książkowe rekomendacje od zaufanych osób?

Poszukuję co najwyżej starych lektur. Coraz chętniej sięgam do książek, które czytałem wiele lat temu, na przykład powtórzyłem sobie „To” Kinga i Odyseję. Lubię czytać mistyków, na przykład Mistrza Eckharta albo Crowleya, który zresztą zainspirował mnie do nowej powieści. Nowościami zraziłem się na wysokości Knausgarda, czasem jednak koledzy coś podrzucą i się pozachwycam. Przykładem „Ścieżki północy” Flanagana. Nie chcę być na czasie, z nikim się nie gonię, ale czytam mnóstwo polskiej literatury współczesnej. Po prostu przyjaźnię się z pisarzami, a oni wciąż piszą i piszą, nie mogą, kurwa przestać. I podsyłają nowe rzeczy do czytania.

Pytam, bo muszę zapytać – na grupach dyskusyjnych co chwila to wyskakuje – czemu odszedłeś od fantastyki, od grozy?

To raczej fantastyka mnie opuściła. Po latach pisania powieści, opowiadań fantastycznych okazało się, że nie mam już nic więcej do powiedzenia na ten temat. Bądźmy szczerzy, z wyjątkiem w postaci umiarkowanie udanych „Widm” pisałem cały czas jedną i tę samą książkę, którą ujawniałem czytelnikom pod kolejnym tytułem i uwierz mi, mógłbym to robić do końca życia. Tylko zapragnąłem czegoś nowego. Musiałem tylko zdobyć się na uznanie, że proza realistyczna, obyczajowa nie będzie zubożeniem mojej twórczości. A jeśli będzie, to nic nie znaczy. Mogę być twórcą literatury ubogiej.

W swoich wypowiedziach publicznych często wyrażasz się podejrzliwie o tzw. elitach – i choć uciekasz od łatek, wymykasz się im, to ta anty-elitarna, egalitarna, chyba przykleja się do Ciebie częściej niż inne. Czujesz, że jest trafna? Czy po prostu te elity jakieś takie słabe i skapciałe?

Wiesz, w jakiś sposób pochodzę z elit, mój ojciec był profesorem na krakowskiej uczelni. W naszym domu bywał Starmach, Nowosielski. Sprzeciwiłem się temu bardzo mocno we wczesnej młodości. Wybrałem ulicę, ławkę, lufkę i pięść, mówiłem bez przerwy kurwa i szukałem niebezpiecznego życia. W końcu znalazłem, uwierz mi. Kiedy po prawie dwóch dekadach, ku swojemu zaskoczeniu, wylądowałem na salonach okazało się, że moje nastawienie nie uległo zmianie, znalazło jednak wiele innych uzasadnień. Ci ludzie – w ogromnej większości – niczego nie wiedzą i nic nie potrafią, za to sądzą dokładnie na odwrót. Żyją w bańce, którą sami sobie stworzyli, w którą zasysają swoje własne dzieci, tymczasem poza nimi biegnie prawdziwe życie, o którym nie mają pojęcia. Oczywiście kłapią paszczami na prawo i lewo, co jest źle, co dobrze, co należy w tym kraju zrobić, choć gdyby dali im samolocik do sklejenia polepiliby sobie palce. Są też kompletnie nieświadomi swoich ograniczeń intelektualnych. To wszystko mogę wybaczyć, ale pogardy do człowieka prostego, do zwykłych ludzi nigdy nie daruję. Pamiętasz pogardę, jaka spotkała beneficjentów programu 500+? To gadanie o przepijaniu tej kasy. Mam na myśli właśnie coś takiego.

My tu pitu-pitu o książkach i literaturze, a tymczasem ten – nazwijmy go – nowoczesny świat już nam nieco uciekł. Jesteśmy ponoć w przededniu rewolucji technologicznej, prawdziwej wirtualnej rzeczywistości, o której niegdyś nikt nie śnił, może oprócz zaćpanego Philipa K. Dicka czy William Gibsona. Książki to przetrwają?

Jasne, że przetrwają. Śmierć książki ogłaszano wielokrotnie. Miało zabić ją kino, telewizja, wreszcie gry komputerowe. Tymczasem człowiek wciąż chce czytać i będzie chciał, jak sądzę kiedy mnie nie będzie już na świecie. Zwróć uwagę, że nowe technologie owocują nowymi środkami dystrybucji i promocji. Pamiętam czasy kiedy decyzję o samodzielnym wydawani własnych książek podejmowali tylko najbardziej zdesperowani grafomani, a teraz mamy gwiazdy self publishingu, którym zdarza się, podobno, tworzyć literaturę wysokiej klasy. Dostępność też się zwiększa i mogę sobie ściągnąć z Amazonu praktycznie całą klasykę literatury bądź filozofii za darmo, po angielsku. To wszystko jakoś rekompensuje mi jęk i protest dzieci, odrywanych od telefonów, zmuszanych do lektury.

W „Exodusie” mnóstwo odniesień do gier komputerowych, do filmów, do współczesnej popkultury, odniesień, których, dla przykładu, moi rodzice już nie zrozumieją. Czy ktoś żalił się już Tobie, że nie ma pojęcia o czym piszesz?

Jeszcze nie, ale książka jeszcze się nie ukazała. Więc nikt nie wie co napisałem. Ja też nie wiem.

Właśnie… „Exodus” to Twoja pierwsza opowieść, w której ojcostwo wychodzi na pierwszy plan – zastanawiasz się czasem jak będzie wyglądać świat w którym żyć będzie Twój syn? I jak spoglądać będzie na ten Twój, zaprzeszły?

Wydaje mi się, że będzie wyglądał tak jak teraz wygląda, to znaczy radykalnie różny od mojego. Myśmy się już rozdzielili, ja i Julek. Julek ma jedenaście lat i dla niego Internet jest tym pierwszym, najważniejszym światem. Góry i morze zobaczył najpierw w Internecie, potem na żywo, odwrotnie niż ja. Dla mnie sieć, smartfony, gry na konsole są dodatkiem do prawdziwego świata, dla Julka światem prawdziwym. A ten, w którym żyję tym namiastkowym. Dlatego musimy poszukiwać innych rodzajów bliskości, jakiegoś porozumienia. Ja staram się zaglądać do jego świata, on, z rzadka odwróci głowę ku mojemu. Nie mam żadnych złudzeń, jestem w brudnym porcie, od którego odbija piękny okręt. Jestem członem rakiety przeznaczonym do odłączenia.

A w co teraz gracie?

W nic, oczywiście. Każdy z nas gra w coś innego, a jeśli nawet, to przechodzimy jedną to osobno. Łączy nas sympatia do grania, lecz do poszczególnych gier niekoniecznie. Julek uwielbia Minecrafta. Raz spróbowałem i wyszło, że ten światowy hit numer jeden, ta miłość wszystkich dzieci ucieleśnia wszystko, co odrzuca mnie w grach. Mianowicie lubię gry akcyjne, z mnóstwem przeciwników do zabicia, piękne graficznie, o zajmujących lokacjach, słowem zajmujące. Tymczasem Minecraft jest nudny, brzydki, w niektórych wersjach pozbawiony przeciwników, do tego piekielnie skomplikowany. Nic z niego nie rozumiem. Do tego Julek zdradza przerażenie wszelką rywalizacją, co jest chyba typowe dla jego pokolenia. Nie chce grać ze mną w „Fifę”, w wyścigi, w jakiś boks bo boi się, że przegra. Martwi mnie to, bo myśmy za młodu rywalizowali. Chcieliśmy zwyciężać. W grach, w życiu.

Grasz też w coś bez syna, coś tylko dla Ciebie?

Głównie bez niego. Jestem starym graczem o nieco neurotycznych przyzwyczajeniach. Na granie schodzi mi niewiele czasu, powiedzmy pięć godzin w tygodniu, ale zawsze mam rozpoczętą grę i drugą, przygotowaną do grania gdy skończę tę pierwszą. Lubię wymagające, ponure tytuły, jak na przykład ostatniego „Wolfensteina”. Kocham „Dark souls” i „Bloodborne” (ta ostatnia to chyba mja ukochana gra), uważam, że ostatnie „GTA” jest arcydziełem kultury, jak „Północ-północny zachód”, jak „Ojciec chrzestny”. Ale śledzę uważnie obrzeża, gry bardziej ambitne, poruszające głębsze struny człowieku. Ostatnim przykładem jest „Hellblade: Senua revenge” niby prosta rąbanka w świecie mitologii wikingów, ale pokazana z perspektywy chorej psychicznie dziewczyny. Wyobraź sobie teraz świat północy, tych wojowników, bogów, zaświaty obserwowane przez filtr schizofrenii. Mocne i w jakiś sposób kształcące. W każdym razie – poczułem coś na kształt cierpienia chorego.

A napisałbyś warstwę fabularną do jakiejś gry, zakładając że byłaby to produkcja, nad którą miałbyś nieco kontroli?

Bo ja wiem? Z jednej strony, to wielkie marzenie. Z drugiej, nie przepadam za fabułami w grach, więcej nawet, jestem orędownikiem gier bez fabuły. Czy w szachach jest jakaś fabuła? W pokerze, w bilardzie? Otóż nie. Nie było jej w „Asteroids” i „Riveraid”, fabuła w „Dark souls” i „Bloodborne” jest namiastkowa i te gry właściwie radzą sobie bez niej. Także chętnie wymyśliłbym nie fabułę do gry, ale po prostu grę. Tylko boję się, bo nie nadaję się do realizowania własnych marzeń. Marzyłem na przykład o robieniu filmów po czym okazałem się beznadziejnym scenarzystą. Okazało się, że nie umiem tego robić i boję się, że z grami będzie podobnie.

Na koniec pytanie, które muszę zadać wszystkim moim Gościom – czy masz swojego Wielkiego lub Dużego Buka – książkę, którą uwielbiasz i stawiasz ponad innymi?

„Tako rzecze Zaratustra” Nietzchego, „Chłopiec z Georgii” Erskenie Cadwella, Iliadę i Odyseję.

Dzięki śliczne za rozmowę!

❗Jeśli chcecie poznać Łukasza Orbitowskiego ze strony Wam zupełnie nieznanej, to lektura „EXODUSU” jest zwyczajnie koniecznością!

A jeśli chcielibyście, żebym Was do lektury przekonała, to proszę: RECENZJA

O.

7 thoughts on “WYWIAD z ŁUKASZEM ORBITOWSKIM

  1. Kasia pisze:

    Po pierwsze: fajnie wiedzieć, że nie lubi Knausgarda
    A po drugie: jeszcze rok temu na WTK powiedział, że jego świat, to mroczny świat – jakieś duchy, zmory, strachy, błoto itd… Dziwi mnie więc, że właśnie tak mówi o fantastyce.

    A swoją drogą – poza literaturą – Orbitowski, to po prostu fajny facet. Myślę, że przyznasz mi rację.

    • Bombeletta pisze:

      Biedny Knausgard taki nielubiany. 😀
      Co do grozy i fantastyki, to jedno jest pewne – „Exodus” bardzo od tego uciekł. Bardzo. To jest nasze „tu i teraz”, to jest nasza współczesność, w której groza ma zupełnie odmienne oblicze. Ale czuję gdzieś w kościach, że jeszcze Orbitowski powróci do tego, od czego uciekł.
      I tak – to fajny facet i rewelacyjny pisarz. 🙂

  2. rozkminyhadyny pisze:

    Niesamowicie przyjemnie czyta się ten wywiad, jest lekki, jak przerzucanie się lotką w badmintona, ale jednocześnie niesie w sobie wartość i głębię, pozwalając choć trochę poznać Orbitowskiego. Zazdroszczę spotkania na żywo:)

  3. Marzi pisze:

    Rewelacyjny wywiad. Miałam przyjemność zamienić kilka słów z Łukaszem Orbitowskim na tegorocznych KTK, super facet. Pozdrowienia 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s