Site icon Wielki Buk

Bezsenne Środy: „Amityville Horror” Jay Anson recenzja PATRONACKA

Opowieść o nawiedzonej posiadłości, która przeszła już do historii światowej grozy „Amityville Horror” Jaya Ansona.

Między prawdą a fikcją, między rzeczywistością a zmyśleniem, między jawą a snem. Historia posiadłości przy Ocean Avenue 112 na Long Island od prawie pół wieku działa na masową wyobraźnię, inspiruje twórców popkultury i niezmiennie fascynuje. Kto chociaż trochę interesuje się horrorem, ten z pewnością kojarzy jakąś wersję tej opowieści. Niektórzy słyszeli tylko o zbrodni, której ofiarami padli członkowie rodziny DeFeo. Inni poznali jedynie koszmar, który wydarzył się po czasie, gdy posiadłość przejęli nowi domownicy. Jeszcze inni pewnie kojarzą charakterystyczny dom, o oknach, które spoglądają swoimi mrocznymi ślepiami. Jedno jest pewne w Amityville wydarzyło się coś strasznego, a duch tej tragedii przenika kolejne epoki.

przeł. Maciej Machała

13 listopada 1974 roku w domu przy Ocean Avenue 112 w Amityville niejaki Ronald DeFeo wymordował całą swoją rodzinę, strzelając do nich ze strzelby w tył głowy z bliskiej odległości. Nikt niczego nie słyszał. Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie podejrzewał. Ronald twierdził, że w domu słyszał głosy, które nakazały mu dokonać morderstwa. Został skazany na dożywocie. Rok później do tej właśnie zakupionej za bezcen posesji wprowadziła się rodzina Lutzów George i Kathleen z trójką dzieci. Uciekli stamtąd po miesiącu męczarni. Powód? Słyszeli głosy, byli świadkami niewyjaśnionych wydarzeń, czuli obcą obecność. Dom zmienił też ich samych. Co naprawdę przytrafiło się w Amityville?

Dom przy Ocean Avenue 112 w Amityville

H.P. Lovecraft uważał, że niektóre domy po prostu rodzą się złe. Coś jest nie tak w ich konstrukcji. Jakiś zgrzyt, jakieś kąty niepojęte, atmosfera czającej się ciemności. Czasami ziemia pod nimi bywa przeklęta. Zapomniane cmentarze, miejsca pradawnych kultów, szczątki czegoś, co należało do starego porządku świata. W ich wnętrzach trudna do wyjaśnienia obecność. A to pokoje, w których panoszą się lodowate prądy lub upalne wiry. A to szepty, które słychać po korytarzach i kątach. A to tajemnicze pomieszczenia, których nie było w planach budowlanych. Takie domy opisywano od wieków. Takie domy pojawiały się w legendach i w baśniach. Takim domem okazała się być posiadłość, do której trafili Lutzowie.

Na ile „Amityville Horror” traktować poważnie? To wszystko zależy od czytelnika. Do jego rąk trafia opis wszystkich tych dni, jakie rodzina Lutzów spędziła w posiadłości oraz spostrzeżeń pozostałych świadków wydarzeń okolicznego księdza czy nawet Eda i Lorraine Warrenów. Opis doświadczeń niewyjaśnionych, trudnych do wytłumaczenia nawet po tych wszystkich latach. Książkę Jaya Ansona najlepiej czytać jako pełnokrwisty horror z elementem rzeczywistym, ale raczej nie do końca na poważnie, z pewnym przymrużeniem oka. Nie wiadomo do końca ile w opisach wydarzeń jest prawdy, ile jest wyobrażeń, a ile czystego wyrachowania. Kto pragnie wierzyć niechaj wierzy. Kto woli „Amityville Horror” traktować jako fikcję droga wolna. Na pewno jest to lektura przednia, która uporządkuje pewne informacje, rozstrzygnie niejasności i wystraszy, gdy zapadnie zmrok. Tym bardziej, gdy do serca weźmiemy sobie słowa księdza Johna Nicoli, które wprowadzają nas w tę opowieść:

„Bo mądry człowiek wie, że nie wie wszystkiego, a roztropny szanuje to, nad czym nie ma kontroli.”

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo czuję obecność, która czai się w rogu.

O.

*Zapraszam na film i na KONKURS!

Exit mobile version