
Dystopie, antyutopie, niedoskonałe światy, w których COŚ poszło nie tak.
„Łowcy bólu” Bora Chung
Ale to było mocne! Ufff! I właśnie po takie książki nie można sięgać nałogowo, trzeba je dawkować, żeby nie zwariować od całego tego natłoku myśli. Bora Chung ma niezwykły talent do brania rzeczy bardzo ludzkich – ciała, cierpienia, pragnienia, samotności – i przepuszczania ich przez filtr groteski, fantastyki i absurdu. Stworzyła dystopię na granicy futurystycznego kryminału, zresztą, tak jest właśnie zbudowana.
W tym świecie nie ma bólu. Teoretycznie. Pewna korporacja wynalazła bezproblemowy, bezpieczny i nieuzależniający lek, który ogranicza receptory bólu do zera. Ale, pewna wspólnota, idąc za naukami dawnych filozofów, uznała ból za konieczny element istnienia, by zrozumieć sens życia i doświadczyć zbawienia. Działają w podziemiu i… łowią ból. Niebezpieczna sekta czy może ostatni świadomi ludzie?
Z jednej strony mamy wielką korporację. Oni sprzedają brak bólu. Ba. Nawet euforię, bo ich specyfik jest też traktowany rekreacyjnie. Z drugiej strony mamy wspólnotę, której mantrą jest „Ból jest drogą do zbawienia.” W zasadzie, na tym etapie, terrorystyczną sektę, która tworzy SZTUCZNY ból i wtedy zachwycają się sensem. Robią to całkiem świadomie, używając jeszcze innego laboratoryjnego specyfiku, który ból znacznie intensyfikuje.
To jest dystopia dwóch skrajności. Rozkoszy i tortur. U Chung bardzo szybko okazuje się, że nawet coś tak podstawowego i ludzkiego jak cierpienie może zostać zamienione w towar. Można je mierzyć, wyceniać, kontrolować i przede wszystkim na nim zarabiać. I właśnie to najbardziej interesuje mnie w tej książce: nie sam fantastyczny pomysł, ale pytanie o to, co kapitalizm potrafi zrobić z naszym ciałem, kiedy odkryje, że da się na nim zbudować kolejny rynek.
I to jest dla mnie świetny punkt wyjścia do rozmowy o dystopiach w ogóle. Bo świat „Łowców bólu” nie przeraża dlatego, że jest kompletnie obcy. Przeciwnie, przeraża właśnie dlatego, że mechanizmy, które nim rządzą, są bardzo znajome. Chung przesuwa je tylko trochę dalej i pokazuje rzeczywistość, w której nawet nasze cierpienie przestaje należeć wyłącznie do nas. I chyba właśnie wtedy dystopia działa na mnie najmocniej: kiedy zamiast myśleć „co za koszmarny świat”, zaczynam myśleć „właściwie… jak daleko my jesteśmy od czegoś takiego?” I nie będę udawać, pierwsza bym stanęła w kolejce po tak epiczną przeciwbólówkę.
„Nowy wspaniały świat” Aldous Huxley
Bo co, jeśli najskuteczniejsza dystopia to wcale nie ta, z której wszyscy chcą uciec? Huxley wymyślił świat, w którym ludzie mają być zadowoleni: dostają rozrywkę, seks, narkotyk na każdy gorszy moment i właściwie żadnego powodu, żeby zadawać niewygodne pytania. I to jest dla mnie najbardziej niepokojące – tutaj nie trzeba nikogo terroryzować, jeśli można go nauczyć, żeby pokochał własne więzienie. Zostajemy z pytaniem: ile jesteśmy gotowi oddać w zamian za wygodę i święty spokój.
„Igrzyska śmierci” Suzanne Collins
I tutaj przyznajmy jedno: my też oglądalibyśmy Igrzyska. To jest chyba najbardziej niewygodna rzecz, jaką robi Suzanne Collins – nie pozwala nam patrzeć na Kapitol wyłącznie z bezpiecznej pozycji moralnej wyższości, bo cały ten koszmar został przecież zaprojektowany jako świetne widowisko. Są kostiumy, romanse, wywiady, celebryci, sponsorzy, narracje budowane pod publiczność. Tylko w środku tego wszystkiego naprawdę umierają dzieci. I dlatego „Igrzyska śmierci” są dla mnie czymś znacznie ciekawszym niż historią o dziewczynie walczącej ze złym systemem: to dystopia, która pyta, jak wiele przemocy jesteśmy w stanie zaakceptować, kiedy ktoś odpowiednio atrakcyjnie ją opakuje.
„451 stopni Fahrenheita” Ray Bradbury
451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której pali się papier. To przerażająca wizja świata przyszłości, w której książki są zakazane, palone na stosach, a ludzie spragnieni wiedzy ścigani jako zdrajcy i przestępcy. Jedna z najbardziej niesamowitych i przejmujących powieści o książkach i sile, jaką posiada literatura. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli literatury.
„Opowieść podręcznej” Margaret Atwood
U Atwood przeraża mnie coś zupełnie innego: jak szybko człowiek może stracić rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały mu się oczywiste. W Gileadzie ciało kobiety przestaje należeć do niej i staje się czymś, czym państwo może zarządzać, ponieważ uznało, że ma do tego wystarczająco ważny powód. Ale. „Opowieść podręcznej” jest też opowieścią o pamięci o tym, że bohaterka pamięta świat sprzed Gileadu i pamięta moment, kiedy kolejne granice były przesuwane. I właśnie to stopniowe oswajanie rzeczy wcześniej nie do pomyślenia jest dla mnie dużo bardziej przerażające niż czerwone stroje i cała ikonografia tej powieści.
„Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro
Jeśli istnieje dystopia, którą można przeczytać i przez sporą część książki prawie zapomnieć, że czyta się dystopię, to dla mnie jest nią „Nie opuszczaj mnie”. Melancholijna. Druzgocząca. Piękna. Historia elitarnej szkoły i jej niezwykłych uczniów. Uczniów, którzy nie mogą opuszczać jej murów. I chociaż nie wiedzą za wiele, to gdy przychodzą odpowiedzi – nic nie jest już takie jak przedtem. I właśnie tutaj najmocniej wróciłabym do „Łowców bólu”, bo obie książki stawiają bardzo niewygodne pytanie: co dzieje się z człowiekiem, kiedy jego ciało zaczynamy postrzegać przede wszystkim przez pryzmat tego, do czego może przydać się innym?
„Wielki marsz” Stephen King
Stu wybranych, nastoletnich chłopaków do corocznej wyjątkowej imprezy. Reguły są proste: idziesz przed siebie, nie zatrzymujesz się, nie hamujesz, idziesz i nie wiesz, gdzie to wszystko się kończy. Kto złamie reguły, ten ginie, a w czasie lektury nawet czytelnika bolą nogi, nawet my czujemy zakwasy. Najbardziej przerażające jest jednak to, że ten marsz jest widowiskiem: ludzie stoją przy trasie, kibicują, ekscytują się, chcą zobaczyć zwycięzcę, jakby śmierć kolejnych dzieci była po prostu częścią zasad gry. I trudno nie zestawić tego z „Igrzyskami śmierci”. Powieść Kinga to dobry punkt wyjścia dla dystopii w ogóle.
Bo warto czytać.
O.
*We współpracy z Wydawnictwem ZNAK.
