BEZSENNE ŚRODY: „Skeleton” Ray Bradbury

Bombla_BezsenneSKELETON
 

„A skeleton. One of those jointed, snowy, hard things, one of those foul. Dry, brittle, gouge-eyed, skull-faced, hake-fingered, rattling things that sway from neckchains in abandoned webbed closets, one of those things found on the desert all along and scattered like dice.”

Czy znacie to uczucie, gdy wszystko Was boli, nieomal czujecie każdą, nawet najmniejszą kostkę w Waszym ciele, a na dokładkę macie poczucie jakiegoś takiego wyobcowania? Jakby Wasze ciało wcale nie należało do Was, tylko żyło swoim własnym życiem, jak jakiś pasożyt, napierający na Wasz umysł? Czaszka ściskająca w kleszczach mózg, kręgosłup podtrzymujący postawę i wszystkie te pomniejsze elementy, dzięki którym nasza zewnętrzna powłoka porusza się i działa… Od czasu do czasu, szczególnie w chorobie, gdy majaki przychodzą znienacka, można doznać czegoś podobnego. Jednak, gdyby przyszło Wam przeżywać to poczucie bólu i wyobcowania codziennie? Gdyby Wasze ciało stało się nienaturalną obsesją, przyjacielem i wrogiem jednocześnie, które nie pozwala Wam normalnie funkcjonować? Gdyby wszystko wokół przestało mieć znaczenie i w równaniu pozostalibyście tylko Wy i Wasz szkielet, a gdzieś daleko w tle reszta świata? Dramat obsesji i cielesnego wyobcowania opisał Ray Bradbury w jednym ze swoich opowiadań zatytułowanym „Skeleton” (dosł. „Szkielet”).

Harris cierpi na niezwykle intensywne bóle wszystkich kości. Nie wiadomo, czy to wyłącznie bóle wyimaginowane, wymyślone w dziwnej obsesji, czy może prawdziwe. Trudno powiedzieć, bo pomimo regularnych, jak to u hipochondryka, wizyt u lekarza, ten ignoruje jego symptomy i odsyła co rusz do domu, polecając wypoczynek i oderwanie od „szkieletowych” myśli. Tylko jeden lekarz zdaje się odpowiadać na opętanie Harrisa, niejaki doktor M. Munigant, dziwny człowieczek, który przytakuje, poklepuje, a na dokładkę wręcza swojemu pacjentowi dokładny szkic szkieletu, by ten mógł napatrzeć się do woli. I zachęca go do ponownej wizyty. Jak pewnie się domyślacie odpowiedź na obsesję, wraz z wizualną reprezentacją problemu, jedynie wzmacnia zainteresowanie Harrisa. Rozmyśla ciągle o kościach, czuje je, maca, obserwuje i porównuje… Ból staje się nie do zniesienia, wzmaga obłęd. Szkielet jawi się niczym gotycki symbol śmierci, wewnątrz samego Harrisa, obcy i inny w stosunku do reszty ciała. Oskarża szkielet nawet o niepowodzenia w małżeństwie, czy w pracy. I gdy już nie może wytrzymać, gdy przerażenie i obrzydzenie biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, Harris wzywa do siebie doktora Muniganta, a ten od razu znajduje rozwiązanie. Ale z pewnością nie takie, jakby spodziewał się nasz bohater.

„Skeleton” Raya Bradbury to krótkie i mroczne studium cielesnej obsesji. Harris zaczepia się jednej, pojedynczej myśli i nie może się od niej oderwać, a sprytny doktor tylko jednym gestem podsyca ją i doprowadza do absurdu. Najlepsze jest jednak przedstawienie szkieletowych doznań, które opisane są tak, że emocje bohatera automatycznie przechodzą na czytelnika. To ten moment, gdy czytając na chwilę stajemy się Harrisem, czujemy to co on czuje i przez ułamek sekundy wydaje nam się, że i wewnątrz nas siedzi coś, co nie do końca do nas należy, a ma przecież nad nami władzę. Strach jest tutaj jak najbardziej naturalny, wynikający ze śmiertelności i świadomości ciała. I ten element tajemnicy dziwnego doktora Muniganta, który tylko się uśmiecha, przytakuje i podgryza chlebowego palucha.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo liczę wszystkie moje kości.

O.

*Opowiadanie ”Skeleton” pochodzi z tomu „October Country” Raya Bradbury i jego prześwietną komiksową formę znajdziecie TUTAJ.

„Rose Madder” Stephen King

Bombla_RoseMadder

 

„Chodź tutaj, musimy porozmawiać w cztery oczy.”

„ My name is Luka
I live on the second floor
I live upstairs from you
Yes, I think you’ve seen me before

If you hear something late at night
Some kind of trouble, some kind of fight
Just don’t ask me what it was…”

Przemoc w małżeństwie, przemoc wobec kobiet i przemoc w rodzinie to codzienny dramat milionów ludzi. Nie ma nawet sensu podawać konkretnych statystyk, bo wystarczy uważnie rozejrzeć się wokół, usłyszeć krzyki za ścianą, rozpaczliwe wołanie o pomoc, by przekonać się o rozległości problemu. Skłonność do przemocy bywa dziedziczna, bywa wrodzona, ale także nabyta. Bo kiedy ktoś znęca się latami nad drugim człowiekiem, szczególnie nad dzieckiem, systematycznie psychicznie i fizycznie torturuje go, molestuje, gwałci, doprowadzając na skraj obłędu, to istnieje zawsze spora szansa, że to dziecko, będzie miało spore trudności ze stworzeniem normalnych więzi. O ile nie poradzi sobie z traumą, o ile w jakiś sposób nie uwolni się od przeszłości. Pozostaną blizny, tak fizyczne, jak psychiczne, pozostanie lęk, a na jego zaufanie będzie trzeba sobie zapracować. Strach już na zawsze zagnieździ się w takiej osobie, nawet jeśli głęboko ukryty i złagodzony nowo zdobytym szczęściem.

O przebudzeniu z koszmaru i ucieczce z małżeńskiego piekła opowiada brutalny thriller Stephena Kinga, zatytułowany „Rose Madder” z 1995 roku. King niejednokrotnie już poruszał temat przemocy domowej w swoich książkach, a wielu z jego bohaterów, tak pierwszoplanowych, jak i pobocznych, było ofiarami psychopatycznych członków swoich rodzin. Pijani ojcowie, oszalałe matki, opętani mężowie… cały kalejdoskop makabrycznych emocji, okrucieństwa, cierpienia i bólu. Nigdy niewypowiedziane słowa, tłumione krzyki i niemoc, brak zrozumienia motywacji kogoś, kto zamiast kochać i wspierać, niszczy i krzywdzi. W „Rose Madder” ten temat powraca w zdwojonym natężeniu. Relacja kat-ofiara przedstawiona jest w dużym powiększeniu, a przemoc potrojona, tak by przeniknąć do czytelnika, zwrócić uwagę na ogrom problemu, pokazać, że to, co może wydawać się tak oddalone, istnieje bliżej niż nam się wydaje.

Powieść rozpoczyna się gigantycznym kopem, szokiem, który aż wcina w fotel. Poznajemy Rosie Daniels. Jest rok 1985. Młoda kobieta siedzi w kącie, z trudem łapie oddech i właśnie traci swoje dziecko. Dosłownie, na naszych oczach, w rwących skurczach, w metalicznym zapachu krwi. Wypływa z niej, na podłogę, jej upragniona córeczka. Wystarczyło kilka idealnie wymierzonych ciosów w brzuch. W końcu, parafrazując nieco: „Jak nie to, to będziesz miała inne dziecko”. To jej „ukochany” mąż Norman. Potwór w ludzkiej skórze. Demon, który zniszczył jej życie. Rosie nie ma gdzie szukać pomocy. W ich miasteczku Norman jest bohaterem. Policjantem, który rozbił narkotykowy gang i ujął niejednego sprawcę. A takich się chroni. Nawet jeśli po godzinach maltretują żonę, a poza domem na przykład zabijają innych ludzi, najpierw torturując w bestialski sposób. Rosie przeżyła już niejedno. Utrata dziecka, połamane żebra, przebite płuco, złamany nos, uszkodzone nerki od ciągłych ciosów… Żyje w koszmarze. W bańce okrucieństwa. W królestwie Normana. Ale pewnego dnia Rosie wybudzi się z tego koszmaru i ucieknie. Wystarczy jedna kropla krwi na śnieżnobiałej pościeli.

To wybudzenie będzie niczym powolne dochodzenie do siebie ze śpiączki. Nie nastąpi za jednym zamachem. Potrzeba będzie całych tygodni i mnóstwo szczęścia, by w końcu Rosie w pełni sobie uświadomiła kim tak naprawdę był jej mąż, co jej zrobił i jak bardzo zaważyło to na jej życiu. Ona ciągle czuje się winna, nawet gdy jej nowo poznane przyjaciółki z domu dla kobiet maltretowanych, wyjaśnią jej, że nie jest jedyna i to nie ona odpowiada za czyny Normana. To nie ona stworzyła go takim, jakim on jest. Norman natomiast jest podręcznikowym wręcz przypadkiem człowieka, którego ukształtowały chore relacje z ojcem. Molestowany, bity, po latach odgrywa na swoich ofiarach scenki z ich życia rodzinnego, dodając coraz to nowsze, bardziej wyrafinowane elementy. Jego seksualność również zostaje zaburzona. Norman wszędzie widzi „lesby, pedałów i kurwy”, a wraz z ucieczką Rosie dosłownie ucieka w świat swojej chorej, zdeformowanej wyobraźni. Ma omamy, wizje, prowadzi wyimaginowane konwersacje ze zmarłymi… Nie potrafi dłużej nosić maski idealnego gliny, więc wyjeżdżając w poszukiwaniu uciekinierki przekształca się w prawdziwą bestię. W pewnym momencie całkiem dosłownie, gdy w ostatecznej konfrontacji trafia do tajemniczego obrazu, który Rosie zupełnie przypadkiem odnalazła w jednym z lombardów.

„Rose Madder” jest bardzo nierówna fabularnie, szczególnie w konstrukcji wątku paranormalnego. Ostatnie powieści Kinga również mają ten problem, o ile nie trzymają się obranego od początku toru i nie wpadają w przerysowanie („Joyland” na szczęście wymknął się temu uogólnieniu i wypadł znakomicie na tle wydanych w ostatnich kilku latach książek Mistrza), to gubią się gdzieś po drodze w chaosie wydarzeń. W „Rose Madder” każdy element podstawowej fabuły jest pieczołowicie dopracowany, napięcie serwowane w historii Rosie i Normana wręcz niezwykłe i gdzieś, nagle na sam koniec, gdy przychodzi nam wraz bohaterką wkroczyć w świat tytułowego obrazu, gdzie dokonana się ostateczna konfrontacja – napięcie mija zastąpione przegadaną akcją o udziwnionych konceptach ni to mitologicznych, ni to religijnych, których symboliczność przekracza zrozumienie nawet dociekliwego czytelnika – bo czy na przykład komuś przyszłoby do głowy, że Dorcas-Wendy z obrazu odnosi się do Tabity, imienia, które nosi żona Stephena Kinga, Tabitha King? Co intrygujące, po latach, sam pisarz w swoim „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” napisał, że „Rose Madder” jest, obok „Bezsenności”, powieścią „sztywną, która stara się aż za bardzo”. I nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z tą samokrytyką w pełni.

„Rose Madder”, jak zazwyczaj większość tekstów, które wyszły spod pióra Stephena Kinga, czyta się niemal jednym tchem, z walącym sercem i narastającym przerażeniem. Strach Rosie udziela się czytelnikowi, a wizja opętanego szaleńczą manią Normana, zostaje wyolbrzymiona aż do absurdu. Nie ma w tym nic zabawnego, nie ma w tym nic przesadzonego. King w taki sposób poprowadził tę historię, że przenikając do okrutnego świata bohaterki, poznając kolejne odsłony psychozy Normana, tak jak Rosie i my mamy ochotę uciekać, kryć się i nigdy nie wracać. Kingowi udało się w niesamowicie wizualny sposób odmalować tragedię kobiety, nad którą znęca się ten, który obiecał ją kochać i chronić. Tragedie skrywane przez lata, wypierane do podświadomości, byle przetrwać kolejny dzień, byle ON nie wpadł w szał. Przemoc wobec kobiet, trauma utraty dziecka, małżeński dramat  zamknięte w jednej historii. Pomimo nierówności, pomimo tego przegadanego zakończenia, „Rose Madder” w pełni broni się jako doskonały thriller, od którego trudno będzie się Wam oderwać, a przede wszystkim zwróci Wam uwagę na nieszczęścia i koszmary, które co rusz możemy napotkać na naszej drodze.

O.

*Za polecenie „Rose Madder” dziękuję Michałowi z bloga TakiTuTaki.

Wielki Buk w FINALE tegorocznej e-Buki!!!

eBuka_2014_530

Moi Drodzy!

Ach jaka niesamowita niespodzianka! Jakie wyróżnienie! Wielki Buk trafił do finału tegorocznej e-Buki!!! 😀

I to w jakim cudownym, doborowym towarzystwie blogowym! TUTAJ znajdziecie wszystkie blogi, które dostały się do finału 😀

A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować Wam BARDZO BARDZO BARDZO – jesteście KOCHANI! Dziękuję za czytanie, odwiedzanie, komentowanie i polecanie! Pisanie dla Was to gigantyczna, gargantuiczna radocha 😀

Już jutro o klasycznej okołopołudniowej porze szykuję dla Was nowy wpis, a ja wracam do czytania.

Bo warto czytać.

O.

 

„Złodziejka Książek” Markus Zusak

Bombla_ZłodziejkaKsiążek

 

„The Germans loved to burn things. Shops, synagogues, Reichstags, houses, personal items, slain people and, of course, books. They enjoyed a good-burning all right – which gave people who were partial to books the opportunity to get their hands on certain publications that they otherwise wouldn’t have. One person who was that way inclined, as we know, was a thin-boned girl named Liesel Meminger.”

Na średniowiecznych obrazach przedstawiających danse macabre ze śmiercią tańczą niemal wszyscy. Wśród pląsających postaci znajdziemy królów, markizy, biskupów, chłopów, prostytutki, mieszczan i wielu, wielu innych. Wszyscy równi w tym szaleństwie tańca. Przekrój społecznych warstw w obliczu uśmiechających się szkieletów. Ale wiecie kogo raczej nie uda się Wam dostrzec pomiędzy nimi? Dziecka.

Zupełnie inaczej danse macabre przedstawiano by na obrazach (lub w tym wypadku fotografiach) po 1939 roku. Wśród szczerzących się trupów musiałyby znajdować się nadwęglone niemowlęta obojga płci. Wychudzeni chłopcy i dziewczęta w każdym wieku. Kobiety i mężczyźni o wielkich, smutnych oczach i wklęśniętych z głodu policzkach. Niektórzy z gwieździstą opaską na ramieniu. Inni z wyrytym podpisem „komunista” lub „Cygan” na piersi. Niekończący się korowód pogrążonych w agonii twarzy, zmaltretowanych ciał o powyginanych członkach, oczu bez żadnej nadziei. Taniec wokół bydlęcych wagonów, pryszniców, które wcale nie były prysznicami, wokół bezimiennych grobów, płonących stosów i krematoriów. Wokół ciemnych piwnic, korytarzy, wokół tlących się ruin. I tam dostrzeglibyście być może dziewczynkę, ściskającą w rękach książkę.

Powieść Markusa Zusaka zatytułowana „Złodziejka Książek” nieomal z miejsca stała się bestsellerem na światową skalę, fenomenem literackim, który wszedł do kanonu klasyki, zdobywając całe naręcza nagród i wyróżnień, jeszcze zanim wyruszył na podbój serc czytelników spoza krajów anglojęzycznych. Ten niesamowity sukces nie ma kogo dziwić, bo „Złodziejka Książek” to po prostu piękna lektura. Nic dodać, nic ująć. Niczym w „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri, tutaj w uproszczony sposób, u boku samej Śmierci, wyruszamy w podróż, by podążając śladami przeszłości, powoli odkrywać cztery lata życia Liesel Meminger. Lata wojny. Głodu, strachu  i nieszczęść, a jednocześnie, zupełnie na przekór światu – rodzinnego ciepła i małych radości. Śmierć to nasza constant, nasza stała i pewna siła, która jest jedną z nielicznych, jakim w pełni można zaufać. Naszym jedynym wiarygodnym punktem odniesienia. Śmierć z niespotykaną szczerością dzieli się wspomnieniami z nazistowskich Niemiec, gdzie poznała tę małą złodziejkę książek o niezwykłej sile przetrwania. Opowiada o realiach tamtego życia, o schronach w piwnicy, o strachu przed donosami i utracie bliskich, o tęsknocie, o miłości i przyjaźni, tak samo intensywnych wśród niemieckich obywateli, jak u reszty świata. Obnaża propagandę, cierpienia milionów, kłamstwa Hitlera, które nijak miały się do rzeczywistości. Śmierć niczego nie ukrywa, bo nie ma takiej potrzeby, więc my możemy jej ufać bezgranicznie i dać się prowadzić w ciemności.

W tych ciemnościach, w wagonie pociągu, po raz pierwszy spotykamy tak Liesel, jak i samą narratorkę, czyli Śmierć. Przychodzi po małego brata dziewczynki, która w przerażeniu spogląda na odchodzącego chłopca. Potem już tylko rozpacz i pogrzeb… i kradzież pierwszej książki. Ale dramat skończy się chociaż na ulotną chwilę, bo Liesel trafia do rodziny zastępczej – Hansa i Rosy Hubermann z ulicy Himmel  w niemieckim miasteczku Molching. Liesel co noc śni koszmary, których ukojenia podejmuje się jej nowy Papa. Zaczyna nocne lekcje czytania, rozpoczynając od jej pierwszej skradzionej książki, czyli „Podręcznika grabarza”. Wkrótce Hitler napada na Polskę, rozpoczyna się Druga Wojna Światowa, wszystko wokół przekształca się i nabiera odcieni szarości. A Liesel żyje i korzysta ze wszystkiego, jak może, tak jak każda dziewczynka, jak każda nastolatka. Gra w piłkę, kradnie jabłka i książki, uczy się czytać. Ma szczęście dorastać w domu, w którym nie ma nazistowskiej propagandy. Jest dobro w najczystszej postaci. Ludzie, którzy nie wahają się poświęcić życia, by chronić kogoś, na kim spoczywa wyrok śmierci, tylko dlatego, że jest Żydem. W tej historii jest jeszcze miłość, która kryje się za każdym zakrętem, byle z dala od zdradzieckich oczu popleczników Führera. Dużo miłości.

Historia Liesel Meminger, tytułowej Złodziejki Książek, tak naprawdę nie jest jedynie opowieścią o niej samej. To przede wszystkim opowieść o sile i magii słów, które mogą porywać miliony. Słowa tworzą, budują i mobilizują. Niestety także ranią, torturują i zabijają. Knują i obmyślają zdradzieckie plany. Niewielu w historii świata było takich poskromicieli słów, jak Adolf Hitler. Za nim poszły miliony. Skusił ich bredniami ubranymi w świecidełka i udowodnił, że silnym jest ten, kto umie posługiwać się słowem. Nawet tak zdeformowanym. Nawet tak nienawistnym i obleczonym w kłamstwa. Słowa na propagandowych plakatach, na językach, w „jedynej dobrej” książce z walką w tytule. Żyd. Spalić. Zabić. Wygnać. Wróg. Tysiącletnia Rzesza. Słowa, których Markus Zusak nie boi się używać w swojej powieści i dzięki temu narracja Śmierci staje się jeszcze bardziej wiarygodna. Jeszcze bardziej namacalna. Opisuje opętanie wykrzyknieniami na chwałę Hitlera, obłęd radości na palone stosy książek, niepokój na korowód więźniów prowadzonych na rzeź. I ten wszechwładny strach, który również skrywają słowa. Szept, jęki, krzyki rozpaczy – wszystko się w nich mieści. Niepodważalna moc, która daje i odbiera życie. A wśród nich Liesel. Wirująca, tańcząca między literami, otulająca się zdaniami, niosąca ukojenie spragnionych opowieści. Z nią też tańczy Śmierć, ale tym razem w hołdzie życiu.

„Złodziejka Książek” to ten rodzaj powieści, która może wyrwać Wam serce na raz, albo zabierać je po kawałku, z każdą kolejną stroną. Jej spektakularny sukces wcale nie dziwi, tym bardziej, że traumy Drugiej Wojny Światowej wciąż nie śpią, a ożywają co rusz we wspomnieniach, podkradane przez popkulturę, by przypominać o latach tragedii, której nie sposób opisać. To piekło innego rodzaju, które ujęte w konkretne słowa rozsypuje się w niepojęte liczby, w dym i proch. Wyłapać można jedynie emocje, tak żywe w tym królestwie Śmierci. Smutek i radość jednocześnie, miłość i nienawiść, złość i uległość – cały kalejdoskop wrażeń. Do przeżywania wciąż od nowa. Markus Zusak ze słów wyrzeźbił uniwersalną powieść dla wszystkich, która może odmieniać życie (chociaż wcale nie musi). Powieść, która może wzbudzać miłość do książek (chociaż nie do wszystkich). Powieść, która może rodzić życie (ale czuwać nad nim będzie Śmierć).

O.

*Za tę cudną opowieść dziękuję Marcie z bloga LolantaCzyta – dziękuję Kochana :*

BEZSENNE ŚRODY: „The Old Nurse’s Story” Elizabeth Gaskell

Bombla_BezsenneOldNursesStory

 

“Hester! keep her from that child! It will lure her to her death! That evil child! Tell her it is a wicked, naughty child’ Then, Mrs Stark hurried me out of the room; where, indeed, I was glad enough to go; but Miss Furnivall kept shrieking out, 'Oh! have mercy! Wilt Thou never forgive! It is many a long year ago…”

Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, a zakazy istnieją właśnie po to, żeby je łamać. Być może coś w tym jest. Jakaś wrodzona ciekawość, pragnienie przeżycia niezwykłej przygody potrafią skusić człowieka tak bardzo, że traci zdrowy rozsądek i robi coś na przekór logice. Niektóre zakazy są jedynie umowne. Jakieś kulturowe tabu. Fizyczna przeszkoda. Coś, co niejeden śmiałek może pokonać, a potem chwalić się już nie głupotą, ale odwagą.  Jednak istnieją zakazy, których złamanie niesie za sobą prawdziwe zagrożenie, a śmierć jest jedynie wypadkową innych wydarzeń. Bo powiedzmy sobie szczerze – są takie miejsca, których lepiej nie odwiedzać. Korytarze, do których lepiej nie wchodzić. Ogrody, po których ścieżkach lepiej nie spacerować. W takim miejscach załamała się czasoprzestrzeń. Pojawiła wyrwa, która istnieje wbrew wszelkim prawom fizyki. W niej zamknięte są ostatnie chwile tych, których emocje nie zdołały zniknąć w chwili śmierci. Ostatni krzyk, groźba zemsty, szept, który sprowadza na manowce…  Opowieść o nieukojonym bólu, który nawiedza ziemie pewnej posiadłości opowiada Elizabeth Gaskell w jednym ze swoich najpopularniejszych gotyckich opowiadań zatytułowanym „The Old Nurse’s Story” (dosł. Opowieść Starej Niani).

Stara Niania snuje opowieść o latach młodości, gdy podjęła się opieki na osieroconą córką swoich państwa, teraz dorosłą kobietą i matką dzieci, które słuchają tej historii. Panna Rosamond była cudowną, przemiłą dziewczynką. Jedynaczką, więc po śmierci rodziców, aby zapewnić panience dobre wychowanie, wraz z nianią przenoszą się do posiadłości starej ciotki – panny Furnivall w Manor House. Mała Rosamond staje się oczkiem w głowie domowników, a jej wesołe szczebiotanie rozwesela pogrążony w mroku dom. To wielka i stara posiadłość,  w swoich zakamarkach kryjąca rodzinne sekrety i tragedie z przeszłości. Znajdziecie tam portrety odwrócone tyłem do ściany, zamknięte skrzydło korytarza, do którego nie można zaglądać, a nocą usłyszycie smutne tony organów, które pomimo, iż zepsute, rozbrzmiewają melodią wśród ciemności. Niania stara się nie spuszczać z oczu małej Rosamond, jednak pewnego dnia, po wizycie w kościele, dziewczynki nie ma tam, gdzie ją zostawiła. Po godzinach poszukiwań znajdują dziecko przemarznięte do szpiku kości, które po przebudzeniu opowiada o innej małej dziewczynce, której tropem podążyła w śnieg i kobiecie, do której ta ją zaprowadziła. A mieszkańcy domu milczą.

Czytając „Opowieść Starej Niani” Elizabeth Gaskell z pewnością odczujecie wrażenie, że to wszystko już znacie, temat jest tak popularny, a każdy jej element już gdzieś się pojawił na Waszej czytelniczej drodze. W klasyce grozy jest właśnie coś takiego, że wykorzystywana na setki możliwych sposobów, sama w sobie staje się… przestarzała i taka zwyczajna. Jednak groza serwowana przez autorkę, to prawdziwy gotycki łakomy kąsek dla każdego miłośnika dobrego straszenia. Pomimo, iż motywy są już ograne, to tajemnica Manor House wciąż potrafi zmrozić krew w żyłach. Elementy paranormalne idealnie łączą się ze światem rzeczywistym, a magiczna zimowa atmosfera staje się niemal lodowo-potworna, gdy w grę wchodzi życie małej dziewczynki. Horror, w którym duchy odgrywają główną rolę, a sekrety posiadłości ożywają z chwili na chwilę, z czasem przeradza się w uniwersalną opowieść o bezduszności i okrucieństwie, których nie naprawi już nic, nawet mijający czas.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę grę organów wśród hulającego wiatru.

O.

*Komu spodobał się przedsmak gotyckiej opowieści Elizabeth Gaskell, ten znajdzie ”The Old Nurse’s Story” do przeczytania i postraszenia się całkiem za darmo znajdziecie TUTAJ.

„Kaïken” Jean-Christophe Grangé

Bombla_Kaiken

 

„Japonia działa jak trucizna. (…) Japonia odgrywała na Zachodzie rolę sztucznego ujścia, rozładującego napięcie. Zamiast zastanowić się nad tamtejszymi problemami, snuto rojenia o azjatyckim edenie, japońskim ideale, pełnym spokoju i równowagi.”

Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni. Oczami wyobraźni widzimy spacerujące gejsze pod papierowymi parasolkami, a wokół ich drobnych sylwetek otulonych jedwabnymi kimonami wirujące różowe płatki kwiatów. W uszach rozbrzmiewają samurajskie okrzyki i prawie słychać głosy pojedynków, drgającą stal ostrych jak brzytwa mieczy. Ogrody zen, których niezwykłe projekty odbierają dech w piersiach. Skomplikowane układy ikebany. Wnętrza, w których nie ma nic ponad to, co ma być. Ceremonia herbaty. Przepisowe ukłony. Delikatne uśmiechy. Dziesiątki codziennych rytuałów, których tajemniczość i skrupulatność wykonywania tak bardzo kusi przytłoczonych nadmiarem gaijinów, czyli cudzoziemców. Po drugiej wojnie światowej, gdy w ten magiczny świat legend i kodeksów, jakim była Japonia, wtoczyły się buciory turystów, ci zachłysnęli się tym, co oferowała orientalna część cywilizacji, a Japończycy nauczyli się wystawiać swoje rytuały na sprzedaż, już w wersji pop, nieświadomym niczego klientom.

O zgubnych skutkach orientalnych obsesji, o dziedzictwie kulturowym, od którego nie sposób uciec oraz o genach, których nic nie pokona opowiada doskonale skonstruowany thriller Jean-Christophe’a Grangé zatytułowany „Kaïken”. Japonia staje się punktem wyjścia dla fabuły opowieści, jest jego podstawową osią i tłem, w którym operują poszczególni bohaterowie. Japonia jako kraj i jako kultura, której elementy wykorzystał autor, by w pełni wykreować swoją główną postać, oficera policji – Olivera Passana. Ten, tak w życiu prywatnym, jak i w pracy, stara się, po części świadomie, po części intuicyjnie, postępować według zasad etycznych samurajów, czyli kodeksu wojownika – bushidō. Otacza się wszystkim co japońskie, począwszy od przedmiotów codziennego użytku, a kończąc na żonie, Naoko, która co prawda odrzuca japońskie tradycje, jednak idealnie wpisuje się w nowoczesny wizerunek Japonki. Passan jest wojownikiem, oddanym policji i sprawom, których się podejmuje. Jednak jego życie w doskonałej, niemniej totalnie sztucznej japońskiej bańce, powoli pęka i rozpada się w gruzy. A na dodatek, szalony morderca szaleje po dzielnicach Paryża i w bestialski sposób morduje kobiety w ciąży.

Passan wie, kim jest zbrodniarz. Wie to również czytelnik, który podąża z policjantem jego tropem. To pierwsze śledztwo, które wydaje się być głównym wątkiem powieści, tak naprawdę służy przede wszystkim temu, by pokazać czytelnikowi kim jest Passan, czym kieruje się w życiu i jakie wartości wyznaje. To także dobra okazja, by poznać jego rodzinę, obserwować jej rozpad, a także przyuważyć relacje pomiędzy nim a współpracownikami. Passan jest bezkompromisowy, często impulsywny, jednak zawsze honorowy. Poszukiwanie dowodów, które pomogą mu ująć szaleńca, ale i jego te poszukiwania zabiorą w podróż w przeszłość, do czasów swojej młodości, dzieciństwa, osamotnienia. Kultura Japonii stała się jego punktem zaczepienia, odegrała niezwykle istotą rolę w budowaniu jego światopoglądu i określiła go jako człowieka, jakim jest teraz. Gdy śledztwo dobiega końca, a okazuje się, że ktoś wciąż zagraża jego rodzinie, Passan już nie stanowi dla nas tajemnicy i będąc przekonanym o jego prawości możemy bez uprzedzeń towarzyszyć w rozwikłaniu tajemnicy, która tym razem dotyczyć będzie jego własnego, małego świata.

Grangé zdecydował się na nietypowy sposób prowadzenia fabuły. Ten, kto w dedukcyjny sposób, po nitce do kłębka, niczym legendarny Sherlock Holmes lubi zbierać strzępki informacji, cenne wskazówki i znajdować niepasujące elementy, by tuż przed finałem wykrzyknąć „Już wiem, kto jest mordercą!”, udowadniając to na sto różnych sposobów, ten po lekturze „Kaïkena” może być zawiedziony. Czytelnik przez cały czas pozostaje nieświadomy, bo po prostu autor nie dzieli się z nim informacjami. Tak jak nasz bohater Passan, tak i my skupiamy umysł na zupełnie innych kwestiach, bo w ogóle nie bierzmy pod uwagę rozwiązania, jakie serwowane jest nam na samym końcu. Z jednej strony taki zabieg tworzy naprawdę intrygujący element zaskoczenia, a z drugiej drażni, bo przecież wydawało się, że to będzie historia o zupełnie czymś i kimś innym. Grangé mami czytelnika genetyką, mami legendami o feniksach i odrodzeniu, ale tak naprawdę kluczem do całej intrygi jest właśnie Japonia i tytułowy kaïken – rytualny nóż żon samurajów, którym popełniały Jigaki – honorowe samobójstwo.

Passan jak nowoczesny samuraj, walczący dla ukochanej ojczyzny, niosąc sprawiedliwość, kieruje się zasadami, których ze świecą szukać wśród współczesnych. Niestety, jego japońska fascynacja, która w trudnych chwilach dała mu oparcie, którego potrzebował, z biegiem lat zamieniła się w chorobliwą obsesję, w której wszystko musi działać według jednego prawidłowego, wyobrażonego przez niego wzorca. I ta obsesja, jak również zakotwiczenie w marzeniu o nieistniejącej Japonii, sprawiają, że Passan traci rozeznanie w tym co realne, namacalne, a tym, co jedynie wyobrażone. Ma piękną, kochającą żonę, ale tylko dlatego, że w jego oczach nie stanowi doskonałej żony samuraja, tylko dlatego, że odrzuciła po części japońskie tradycje – on odrzuca ją. Wydaje mu się, że jest bardziej japoński od Japonki, przez co traci rozeznanie i nie zauważa, że ideał, który sam sobie stworzył w głowie, był tylko rojeniem, mrzonką gaijina o orientalnej krainie, której nigdy nie było.

„Kaïken” Jean-Christophe’a Grangé to brutalny thriller, który od początku do końca trzyma w napięciu, a dzięki meandrom i zawijasom fabularnym sprawia, że nie można się od niego oderwać. Pomimo, iż początkowe wątki mają jedynie przedsmak tego, co dzieje się naprawdę, a nic nie zapowiada finału, to czytelnik spragniony wyjątkowych wrażeń i mocnej intrygi będzie zadowolony i w pełni usatysfakcjonowany. Do myślenia daje cała japońska otoczka, sztucznie wykreowany świat, w którym schował się Passan, żeby nadać swojemu życiu głębszy sens. To takie krzywe zwierciadło całej zachodniej cywilizacji, która zamiast szukać ukojenia w swoich korzeniach, wyprawia się na daleki wschód, by tam, w zupełnym niezrozumieniu podstawowych zasad, czerpać garściami powierzchowne elementy i w groteskowy sposób nadawać im większe znaczenie. Cała filozofia zen, wabi-sabi, tradycje samurajów i gejsz – cała kultura Japonii – to wyłącznie jej dziedzictwo i przeszłość, którego nie pojmie żaden gaijin, żadna przebrana za postać z mangi dziewczynka, żadna upozowana na uroczą Japonkę kobieta. Kraj Kwitnącej Wiśni na zawsze pozostanie tajemnicą, a jego sekrety – za wyuczonym, dyskretnym uśmiechem jego mieszkańców.

O.

 

„Głosy Pamano” Jaume Cabré

Bombla_GłosyPamano
 

„Nadejdzie dzień, kiedy niebo znów będzie niebieskie. Ludzkość się uśmiechnie i już nie będzie grzechem wykuwanie prawdziwych nazwisk w kamieniu.”

Trauma Drugiej Wojny Światowej. Niezliczone ofiary. Tak wielka liczba, tak porażająca, że aż niewyobrażalna. Zapierająca dech w piersiach. Królestwo tortur,  nieludzkich zbrodni, przerażenia. Świat na pewien czas stał się krainą śmierci. Po wszystkim został ból i szok. Jak ludzkość mogła do tego dopuścić? Jak wytłumaczyć się z całego bestialstwa? Jak wyjaśnić tak wielką nienawiść do drugiego człowieka? W Hiszpanii okres terroru, donosicielstwa i walki o sprawiedliwość przedłużył się aż do roku 1975. Rządy generała Franco to domena faszystów, czyli ugrupowania politycznego zwanego falangą hiszpańską. Kontynuując ideologie zaczerpnięte po części z haseł tysiącletniej Rzeszy, ludzie caudillo, jak nazywano Franco, głosili antysemityzm, skrajny nacjonalizm, gloryfikowali siłę i przemoc. Można było służyć tylko jednej prawidłowej stronie. Ktokolwiek o podejrzanych ideach, inny lub próbujący naprawiać, czy zbawiać świat, ten automatycznie stawał się wrogiem. Ludzie znikali. Szeptano o cichych egzekucjach. Znajdywano anonimowe groby. Inni natomiast dochodzili do władzy, wzbogacali się i siali zniszczenie. Tak, jak w małym, górskim miasteczku, nieopodal rzeki Pamano…

Historię jego mieszkańców, których relacje już na zawsze naznaczyły wojenne doświadczenia, opowiada jeden z najwybitniejszych katalońskich twórców, Jaume Cabré, w jednej ze swoich głośniejszych powieści zatytułowanych „Głosy Pamano”. Torena, schowana wśród pirenejskich szczytów, mogłaby być idylliczną przystanią, schronieniem i uzdrowiskiem. Co więcej, wyposażona w doskonałe stoki narciarskie, mogłaby być jedynie ośrodkiem turystycznym, niosącym radość i spokój. Mogłaby… Jednak miasteczko to kryje w sobie okrutne tajemnice, których odkrycia podejmie się pewna cicha nauczycielka Tina, gdy zupełnie przypadkiem, w niszy za tablicą w budynku dawnej szkoły przygotowanej do zburzenia, znajdzie pudełko, a w nim pełne żalu i wyrzutów sumienia listy niejakiego Oriola Fontellesa do nigdy niepoznanej córki. Kolejne wyznania ujawniają przemilczaną historię, której wątki wzbudzają uśpione nienawiści, namiętności i miłości. Z mroków niepamięci wychodzą prawdy, o których nikt nie chciał nigdy więcej mówić, a demony wojny znów pragną zebrać swoje żniwo.

Wojna stanowi tu podstawowe tło. Jest nieuniknioną rzeczywistością, codziennością, atmosferą życia Toreny. Jednak wszystko zaczyna się od zbrodni i rządzy zemsty. A mści się kobieta. Nie byle kto, bo jedna z najbogatszych w Hiszpanii, najbardziej wpływowych i silnych, która gotowa poświęcić jest wiele, by pozbyć się tych, którzy w jej oczach na to zasłużyli. Elisenda Vilabrú, postrach Toreny, władczyni marionetek, która kieruje się życiową dewizą: Nie odstępuj od zrobienia tego, co powinnaś zrobić, jeśli uważasz, że tak zrobić powinnaś. I Elisenda robi to. Zleca zabójstwa, mści się za śmierć ukochanego ojca i brata, po kolei zdobywa władzę, ukrywając się za kotarą świątobliwości. Zło tańczy u niej z dobrem, tak, że nikt do końca nie jest pewny, kim jest ta kobieta, która uzyskała prywatną audiencję u samego papieża, a lata wcześniej podobno była na kolacji z generałem Franco.

„Głosy Pamano” czyta się trochę tak jak najlepszy kryminał. Miejscami nawet wyrafinowany thriller, gdzie autor wciąż igra z czytelnikiem. Mami go czasem, który jest płynny i w jednym zdaniu potrafi skakać o całe dekady, zawracać raz do lat trzydziestych, by nagle wynurzyć się w latach dwutysięcznych. Myśli bohaterów przenikają się, a wszystkie wydarzenia splatają dzięki listom wkrótce beatyfikowanego Oriola Fontellesa. Tina jest naszym przewodnikiem po tym świecie skąpanym w oparach nienawiści. Nic nie pozostaje niezapomniane. Na jaw wychodzą wszelkie krzywdy, wspomnienia i sekrety. Ożywają tak ofiary, jak bestie, które podjęły się ich zgładzenia. To Tina wprowadza nas w to królestwo śmierci, jakim gdzieś dawno temu stała się sielankowa Torena.

Mówią, że rzekę Pamano słyszą w miasteczku jedynie ci, którzy mają umrzeć. Zdaje się, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, tym bardziej, że tytułowe głosy, które rozbrzmiewają wśród nurtów i wirów rzeki to krzyki rozpaczy, zawodzenie przerażonych, surowe wykrzyknienia rozkazów. Nienawiść w pigułce, ukryta w górskich wodach. Wśród nich dosłyszeć można szepty konspiracyjnych umów, odgłosy skrywanej przed oczami rozkoszy, a nawet zapewnień o miłości i wierności na wieki. W nurtach szemrzą obietnice, które nigdy nie mają być spełnione. Zwierzenia, o których dawno temu zapomniano. Pamano to zdławiony tumult powojennych relacji. To symfonia wypełniona po brzegi bólem, cierpieniem i zdradą. To wezwanie do zemsty i walki o prawdę. Zbrodnia, której nie da się wymazać z historii miasteczka, ciągnie za sobą kolejne zbrodnie, równie przerażające, w imię zwyczajnej sprawiedliwości. Bestialstwo rodzi absurdalne multiplikowanie się przemocy. Przeszłość napiera na przyszłość, a teraźniejszość zawraca co rusz myślami do dawnych lat.

„Głosy Pamano” to historia po brzegi wypełniona bólem i wspomnieniem wojny, od której nawet po latach nie można uciec. Rozliczanie z przeszłości, wywlekanie doświadczeń tym bardziej w kraju tak sprzecznych doświadczeń, jakim jest Hiszpania, wywołuje wciąż sporo emocji. Wiadomo – wojna rządzi się swoimi prawami. Zmieniają się zasady, a granice pomiędzy tym co dobre, a tym co złe niebezpiecznie się zacierają. Rzeczywistość jawi się jak przez jakiś krwawy filtr, gdzie przelatują wypierane zbrodnie, twarze tych, którzy poświęcili się w imię wolności, głosy, na które nie ma odpowiedzi. Brutalna codzienność i walka o przetrwanie, nie zważając na nic wokół. Bo życie drugiego człowieka ma taką wartość, jak on sam potrzebny jest w niszczeniu innych. Bez wyrzutów sumienia. Bez serca.

Lekturze tej niezwykłej powieści Jaume Cabré towarzyszy przez cały czas uczucie, że wszystkie te wydarzenia mogły naprawdę mieć miejsce. Wraz z odnalezieniem przez Tinę listów, my razem z nią przenosimy się do Toreny czasów wojny i z niemym wykrzyknieniem na twarzy, nerwowo bijącym sercem obserwujemy bitwę o duszę człowieka. Wojna się skończyła dawno temu, ale tak naprawdę wciąż trwa. Powraca na nowo w każdym kolejnym zdaniu. W każdym dialogu. W każdej następnej scenie. Bohaterów naznacza jej doświadczenie, nawet pośrednie.  I strach przenika do szpiku kości, gdy zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele się zmieniło, bo to nie wojna wykreowała ludzi, ale sami ludzie stworzyli wojnę.

O.

*Za tę wspaniałą powieść dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

BEZSENNE ŚRODY: „Dobrane Małżeństwo” Stephen King

Bombla_BEZSENNEDobraneMałżeństwo

 

„Zgadzali się. Kiedy się nie zgadzali, szli na kompromis. Ale najczęściej jednak się zgadzali. Podobnie myśleli.
‘Jak ci się układa w małżeństwie?’
To było udane małżeństwo. Dobre.”

Czy można poznać totalnie, na wylot drugiego człowieka? Czy możemy być w stu procentach pewni jego myśli, marzeń, pragnień? Czy nawet przebywając z kimś przez dwadzieścia, pięćdziesiąt lat jesteśmy w stanie powiedzieć kim tak naprawdę była ta żyjąca tuż obok istota? Wychodząc z założenia tak często wspominanego Sartre’a, że piekło to drugi człowiek, odpowiedź nasuwa się sama. Mogą minąć wieki, a umysł osoby tuż obok nas w większości pozostanie tajemnicą. Bo przecież niemal każdy z nas ma swoje sekrety. Czasami są to jedynie marzenia, jakieś poplątane myśli, plany, o których nikt nie ma pojęcia. Czasami te sekrety są tak straszne, tak mroczne, że na zawsze muszą pozostać w cieniu. A gdy ktoś by się o nich dowiedział, moglibyśmy mieć prawdziwe kłopoty. Wtedy lepiej nie odkrywać wszystkich kart. Lepiej się przyczaić. Może nigdy nie będziemy musieli zrywać maski? O nieświadomym życiu w cieniu wielkich zbrodni opowiada oparta o prawdziwe wydarzenia historia spisana przez Stephena Kinga zatytułowana „Dobrane Małżeństwo”.

Bob i Darcy. Dwadzieścia siedem lat razem. Dwadzieścia siedem lat udanego małżeństwa. Partnerstwa. Rodziny. Dwadzieścia siedem lat miłości. Smutków i radości. Dwadzieścia siedem lat wspólnych rytuałów. Codzienności. Tych lepszych i gorszych chwil we dwoje. Zwyczajnych i wyjątkowych. Dni pracy i świąt. Idealne małżeństwo. Dobrane. I godne pozazdroszczenia. Aż do tego złowieszczego dnia, gdy Darcy, zupełnie przypadkiem, w garażu odkrywa magazyn sado-maso „Związane dziwki”. Ale to nie sprośne pisemko mrozi krew w jej żyłach. Bo przekopując się dalej przez rzeczy męża, idąc za tropem, znajduje szkatułkę, a w niej dokumenty Marjorie Duvall. Problem polega na tym, że Marjorie Duvall jest jedną z kolejnych ofiar seryjnego mordercy zwanego Beką. Jedną z wielu ofiar brutalnych zabójstw, jakich dokonał w ostatnich latach. Darcy sprawdza daty i miejsca kolejnych zbrodni, które idealnie pokrywają się z wyjazdami jej męża. Sekretne życie. Mordercze alter ego, uśpione w ich „idealnym” domu. A Bob już niebawem ma wrócić z podróży. Tym razem szybciej niż zwykle, bo w głosie Darcy wyczuł, że coś jest nie tak. Odkryła jego drugą tożsamość i teraz będzie musiała za to zapłacić.

Stephen King w posłowiu do tej opowieści przypomniał, że wydarzyła się naprawdę. Prawdziwym mordercą był niejako Dennis Rader, który w niecałe szesnaście lat skatował dziesięć osób, same kobiety i dzieci. Jego żona, która żyła u jego boku przez ponad trzydzieści lat, nie miała pojęcia o drugiej, potwornej naturze swojego męża. Wielu oskarżało ją i nie mogło dać wiary, że nie wiedziała. Ale Stephen King uwierzył jej. I w ten sposób poprowadził swoją opowieść, byśmy i my byli skłonni uwierzyć. Czasami maski są zbyt dobre. Kamuflaż za doskonały. Wyuczone gesty, powielane czynności aż za dobrze odgrywane. Nawet udawanie miłości może stać się sztuką i celem czyjegoś życia. Historia „Dobranego Małżeństwa” przeraża i gra na naszych najniższych instynktach. Bo przecież chcemy ufać. Chcemy zawierzyć, że ta najbliższa nam osoba to dobry człowiek. Że nie ma nic do ukrycia. Stephen King wprowadza niepewność. Prowokuje do zadawania niewygodnych pytań. I na końcu także i my wychodzimy z założenia, że nie jest możliwe, by poznać drugiego człowieka tak naprawdę. Nawet tego, kogo kochamy najbardziej na świecie.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo w każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek…

O.

*Opowiadanie pochodzi z jednego z moich ulubionych kingowych tomów „Czarna Bezgwiezdna Noc”, który polecam Wam bardzo bardzo – znajdziecie w nim cztery opowiadania, cztery nowele tak naprawdę, każda przerażająca. Każda niesamowita.

**A kiedy już przeczytacie „Dobrane Małżeństwo” to pamiętajcie, że w tym roku wchodzi do kin film na jego podstawie, zatytułowany „Dobre Małżeństwo” i już widzę, że wyszło im to PERFEKCYJNIE 😀 Do pooglądania zwiastun TUTAJ i poniżej:

„Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte

Bombla_SzachownicaFlamandzka

 

„A więc szachy mogły być i takie – pomyślał młodzieniec grający czarnymi. Ostatecznym upokorzeniem, niezasłużoną klęską, nagrodą dla tego , kto niczym nie ryzykuje. Tak to odczuwał w owym momencie, siedząc przed szachownicą, na której widać było nie tyle porozstawiane głupie bierki, ale namacalne odbicie ludzkiego losu, życia i śmierci, bohaterstwa i ofiary.”

Ktoś powiedział kiedyś, że szachy to więcej niż zwykła gra, czy rywalizacja. Szachy to wojna, teatr i śmierć. Gra królów. Rozrywka władców. Walka dwóch wielkich umysłów. Gra, w której nie liczy się jedynie przyswojenie zasad i umiejętność posługiwania się bierkami, ale przede wszystkim inteligencja, spryt i strategia. Szachownica to nie tylko plansza. To życie samo w sobie. Alegoria istnienia i walki o przetrwanie. Dwie przeciwległe armie, dwóch królów – czarny i biały, w otoczeniu swojej wyrafinowanej świty. Każda rozgrywka to bitwa o wszystko. Nieskończona liczba kombinacji, wyrachowanie posunięć, dreszcz emocji. To czysty artyzm i triumf myśli nad działaniem. Szachami można odegrać każde posunięcie. Wbić każdy sztylet. Zmiażdżyć każdego przeciwnika. Czysto i bezboleśnie. Albo podstępem. Kryjąc się za jedną figurą, a pozorując ruch zupełnie innej. Cierpliwie. Bez pośpiechu. Bo przecież nie ma się dokąd spieszyć. I tylko zakończenie jest zawsze jedno. Tak samo przewidywalne. Szach, mat! I opada kurtyna.

O niesamowitej partii szachowej sprzed pięciuset lat opowiada wyjątkowy thriller Arturo Pérez-Reverte z 1990 roku zatytułowany „Szachownica Flamandzka”. To historia ukrytej tajemnicy, której rozwiązania doszukiwać trzeba się nie tylko na samej szachownicy, ale w rzeczywistości, której ta szachownica stała się odzwierciedleniem. A może na odwrót? To rzeczywistość dopasowała się do układu bierek? Jakkolwiek by nie było, szachownica posłużyła pisarzowi za punkt wyjścia. Stała się kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa sprzed wieków i odpowiedzią na zbrodnie, które dzieją się tu i teraz, wikłając bohaterów w coraz to wymyślniejsze konfiguracje, niosąc nieubłagane zagrożenie z każdej możliwej strony. Tylko jedna figura może przetrwać. Tylko jeden król zwyciężyć.

Julia jest młodą konserwatorką dzieł sztuki i pewnego dnia trafia jej się prawdziwa malarska perła – obraz Partia Szachów flamandzkiego artysty Pietera van Huysa. Dzieło niebawem ma zostać wystawione na aukcję, a celem Julii ma być jak najpiękniejsze odświeżenie całości, tak by zyskał najwyższą możliwą cenę. Wielkim zaskoczeniem okazuje się odkrycie pod warstwą farby tajemniczej inskrypcji, łacińskiego pytania, zagadki: Kto zabił rycerza? Obserwując scenę z obrazu, a w szczególności szachownicę, która tworzy jego serce, prawidłowo przetłumaczone pytanie może także brzmieć: Kto zbił konika? Pytanie intrygujące i fascynujące, tym bardziej, gdy wziąć pod uwagę historyczne tło w jakim powstała Partia Szachów i postacie na niej przedstawione. Ktoś zginął, ktoś kogoś zabił, a odpowiedzi należy wyszukać poprzez rozegranie rozgrywki z obrazu. Julii pomaga wieloletni przyjaciel i opiekun antykwariusz Cesar oraz wybitny szachista Muñoz, który rekonstruuje kolejne ruchy i odkrywa  sekrety. A wokół nich zaczynają ginąć kolejne osoby, bo ktoś przenosi partię z obrazu do prawdziwego życia, w którym rolę bierek odgrywają kolejni bohaterowie.

Współczesnych czytelników zaskoczyć może niespieszne tempo akcji i  spokój w jakim rozgrywają się wydarzenia w „Szachownicy Flamandzkiej”. Nie ma tu pościgów. Nie znajdziecie strzelanin, czy pogoni. Nikt nie krzyczy. Nawet śmierć przychodzi po cichu. Bardzo teatralnie i pokazowo. Po florencku, jak powiedziałby jeden bohaterów. Kolejne ruchy bierek, kolejne ruchy postaci. Metodycznie i z rozmysłem. Działania są wymierzone i wyliczone. Próba odpowiedzi przeciwników przewidziana w kilku możliwych wariantach. Jest w tym wyrachowanie i swoista magia znana jeszcze sprzed ery totalnej cyfryzacji wszystkiego. Kiedy nie było zdobyczy najnowszej techniki, a życie toczyło się spokojniej, szczególnie w środowisku artystów, marszandów i antykwariuszy. W końcu partię szachów najlepiej rozgrywa się z realnym przeciwnikiem, któremu można, gdy skonfrontowany, bez przeszkód spojrzeć w oczy. Przeciwnikiem namacalnym, który, nawet jeśli niewidoczny, ukryty w cieniu, to wciąż tam jest, a jego ruchy wypływają z emocji i pożądania zwycięstwa. Z pragnienia śmierci przeciwnika. To wszystko nadaje fabule thrillera Reverte niezwykłej tajemniczości. Również lekkiego sznytu retro, chociaż minęło dopiero niecałe ćwierćwiecze odkąd „Szachownica flamandzka” powstała.

Kluczem do rozwikłania całości jest oczywiście tytułowa szachownica. Kto nie zna reguł szachowych z pewnością z początku zgubi się w zagadce, dlatego też warto sobie odświeżyć zasady i przynajmniej zapoznać się z podstawowymi ruchami, jakie mogą wykonywać poszczególne bierki szachowe, tym bardziej, że ich realne odzwierciedlenie znajdujemy w bohaterach powieści. Jest Czarna Królowa i Biała Królowa, są rycerze, koniki i wieże. Nawet piony się tam gdzieś kręcą, tak by wypełnić miejsca pomiędzy głównymi graczami. W partii rozgrywanej na obrazie van Huysa, tak jak w sumie każdej partii szachów, odczuć można przemoc. Potrzebę zadania bólu, osaczania przeciwnika, tak by w najmniej sprzyjającej dla niego chwili – zadać ten ostateczny cios.

„Szachownica flamandzka” Arturo Pérez-Reverte  to thriller inteligentny i dopracowany do perfekcji. Jest coś takiego w atmosferze tej powieści, co stwarza pozory jakoby to właśnie my, czytelnicy, bierzemy udział w partii rozgrywanej między bohaterami. Wrażenie to podkreśla też sam obraz mistrza van Huysa, który wciąga bez reszty i działa na wyobraźnię, chociaż nigdy nie widzimy całości, jedynie rozrysowane przez Muñoza schematy kolejnych ruchów szachownicy. Czujemy się częścią całej tej intrygi, główkujemy i próbujemy przewidywać co za chwilę się wydarzy, której bierce przyjdzie zniknąć z planszy. Rozwiązanie akcji jest zaskakujące i świetnie wytłumaczone, chociaż nie polega wcale na pościgu, pogoni, czy jakiejkolwiek gonitwie za mordercą, ale kontynuuje styl całości powieści i nagle wychodzi poza ramy obrazu, poza ramy fabularne, odpowiadając na kolejne pytania. Na zakończenie możemy mieć poczucie wygania z tego pięknego, pełnego sekretów świata sztuki, gdzie nic nie jest oczywiste, wszystko i wszyscy mają dwie twarze, nie ma jedynie czerni i bieli, jak na szachownicy, ale wiele odcieni szarości. Tak jak w prawdziwym życiu.

O.

Podsumowanie miesiąca: WRZESIEŃ 2014

Bombla_PodsumowanieWRZESIEŃ2014

Ja tu lu lu lu, piszę sobie i czytam i nawet nie zdążyłam się do końca zorientować, że przecież minął już wrzesień i nadszedł czas na podsumowanie miesiąca! Takie szaleństwo zagubienia się w czasie 🙂 Ale jestem. Trochę spóźniona,  jednak pozwolę sobie to zrzucić na opóźnienia chorobowe jakie zaszły w ostatnich dniach. Wrzesień był wyjątkowo zaczytany! Aż się zdziwiłam jak bardzo, biorąc pod uwagę nawał pracy i innych obowiązków. A to cieszy i raduje bardzo.

Opublikowałam na Buku aż 16 tekstów! W tym 5 Bezsennych Śród (uwielbiam Was straszyć i wychodzi, że wciąż lubicie być straszeni), kolejny Przygodowy Piątek, który również bardzo Was się spodobał (jaka radość!) oraz odsłonę blogowej zabawy 10 Książek Mojego Życia. Na dokładkę zaczęła się Bukowa Jesień, więc poleciłam Wam kilka idealnych lektur na chłodne wieczory i… przeżyłam kwarantannę na blogu.

Przeczytałam 9 powieści i 3 opowiadania, co dało mi wyjątkowo godny wynik. Zaskakujące, że tym razem jedynie te trzy opowiadania były w języku angielskim, a pozostałe teksty po polsku – intrygująca nowość. I znowu żadnego audiobooka, niestety. Co więcej, tylko cztery teksty były ebookami, a rządziła u mnie w tym miesiącu tradycyjna książka – również bardzo ciekawe odejście od normy, ale chyba w końcu zaczynam nadrabiać te wszystkie lektury, które wyczekują na mnie na półce 🙂

Powieści przeczytane w tym miesiącu:

  • „Lodowisko” Roberto Bolaño – małe arcydzieło chilijskiego pisarza; do poczytania TUTAJ.
  • Przegląd Końca Świata: „Deadline” i „Blackout” Miry Grant – uczucia mieszane, a o całej serii do poczytania TUTAJ.
  • „Jalo” Iljas Churi – wspaniała powieść o demonach wojny, która rodzi wielkie oburzenie na głównego bohatera; do poczytania TUTAJ.
  • „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale („English Passengers”) – mocna i zaskakująca inicjatywa wydawnictwa Wiatr od Morza; do poczytania TUTAJ.
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiut, o którym zrobiło się ostatnio głośno; do poczytania TUTAJ.
  • „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne („20 000 Leagues Under the Sea”) – podwodna przygoda z Kapitanem Nemo; do poczytania TUTAJ.
  • „Emma” Jane Austen – absolutny klasyk boskiej Jane; do poczytania TUTAJ.
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – przestworza i szpieg w kolejnej wojennej przygodzie autora; do poczytania TUTAJ.
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – na wykończeniu i niebawem na Buku!

Przeczytane opowiadania:

  • „Monkey’s Paw” W.W. Jacobs – czyli o życzeniach, które mogą się spełnić; do poczytania TUTAJ.
  • „Nocny Pociąg z Mięsem” Clive Barker („Midnight Meat Train”) – czyli o tajemnicach wielkiego miasta; do poczytania TUTAJ.
  • „Secret Worship” Algernon Blackwood – czyli wspomnień czar; do poczytania TUTAJ.

We wrześniu zdobyłam cały szalony tłum buków! Mogę tylko Wam napisać, że jak rodzice najeżdżają na antykwariat, a przy okazji zahaczają o mój dom, to kończy się to całym zestawem książek 😀

ZESTAW 1 (od góry):

Wrzesień2014ZESTAW1

  • „Lunatyczna Kraina” Mia Couto – cudność zdobyta na bukowej wyprzedaży u Luki Rhei;
  • „Podmorska wyspa” Isabel Allende – weszłam na wyprzedaż do Muzy i wyszłam z takim kąskiem;
  • „Sieroce pociągi” Christina Baker Kline – niespodzianka wygrana od Agnieszki z Książkowo;
  • „Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz – kolejna wspaniała wojenna przygoda od samego Mroza – dziękuję!;
  • „Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki – debiutancka powieść od wydawnictwa AL. REVES;
  • [buzz] i [bubble] Anders de la Motte – czyli kontynuacja prześwietnego [geim], przywiezione przez rodziców (możecie pamiętać z sesji z prezentami);

ZESTAW 2 (od góry):  

Wrzesień2014ZESTAW2

  • „Klub Dumas” Arturo Pérez-Reverte – kolejna zdobycz z wyprzedaży w Muzie; totalny szał!;
  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – jak wyżej, już czytam i zachwycam się;
  • „Zabić Drozda” Harper Lee („To Kill A Mockinbird”) – absolutny amerykański klasyk z domowej półki;
  • „Królowa Południa” Arturo Pérez-Reverte – antykwaryczna zdobycz od Mamy i Taty;
  • „Tajemnica Zamku Karpaty” Juliusz Verne – yup, rodzice zaszaleli i wygrzebali specjalnie dla mnie;
  • „Głosy Pamano” Jame Cabré – wspaniałość bukowa od wydawnictwa Marginesy;

Na dokładkę pojawiło się sporo nowych ebooków na czytniku (ach, ten BookBub), spośród których wybrałam pięć (od lewej):

EbookiWrzesień2014

  • „Kaiken” Jean-Christophe Grangé – trochę polecany przez Tommy’ego i bardzo polecany przez Sylwię, więc koniec końców nie mogłam się powstrzymać;
  • „The Shuddering” Ania Ahblorn – kolejna powieść grozy od tej wyjątkowej autorki, polecana szczególnie przez moją kochaną Goshię;
  • „Deep Black Sea” David M. Salkin – no tak: głębiny, horror, tajemnica; chyba nie muszę pisać nic więcej 🙂
  • „Fell’s Hollow” A.J. Abbiati – bo nawiedzone miasteczka nie nudzą się nigdy;
  • „Preta’s Realm” J. Thorn – skusiłam się, bo straszna straszność się zapowiada;

Wydarzenie miesiąca: eBuka2014

Ebuka2014

Do konkursu zgłosiła mnie Monika z Wyrażone Słowami – jeszcze raz dziękuję, Kochana :* Zaczęło się głosowanie na Nagrodę Czytelników i TUTAJ możecie kliknąć, żeby dowiedzieć się szczegółów.
A ja chciałabym przy okazji eBuki i zbliżających się drugich urodzin Buka (szaleństwo, bo to już za miesiąc!), tak przedwcześnie, PODZIĘKOWAĆ WAM OGROMNIE KOCHANI– za czytanie, zaglądanie i komentowanie! Jesteście niezastąpieni i pisanie z myślą, że tam gdzieś jesteście to podwójna, a nawet potrójna frajda! <3

A co szykuje się w październiku? Przede wszystkim… Halloween! Święto Duchów! Zaduszki! Z moim uwielbieniem do grozy wszelakiej, to nie ma się co dziwić, że tak lubię 😀 Tak sobie myślę, że może nawet coś specjalnego z tej okazji wyczaruję dla Was. No a ponadto już mam całą listę lektur do końca miesiąca – klasycznie. A chciałoby się wykroić JESZCZE więcej czasu na JESZCZE więcej buków! Tego Wam życzę 🙂

Bo warto czytać.

O.