„Turkusowe Szale” Remigiusz Mróz

Bombla_TurkusoweSzale

 

„Ktoś musi spać, więc my czuwamy,
I przyczajeni pośród chmur,
Na obcym niebie załatwiamy.
Prastary nasz rasowy spór.

A kiedy Niemiec się zapali,
Aby rozjaśnić sobą mgły,
Ryby radują się w Kanale,
Bo martwy Niemiec nie jest zły.

Uhu… Uhu.. Uhu… wołają tak,
Po nocach Lwowskie Puchacze,
Uhu… Uhu… Uhu… lecą na szlak.”

Od jakiegoś już czasu Remigiusz Mróz daje polskim czytelnikom porządne lekcje polskiej historii ubrane w słowa tak, że nie pozostaje nam nic innego, jak zaczytywać się, pokrzykiwać w trakcie, a na końcu prosić, bądź błagać, o więcej. Spod pióra tego autora wychodzi wojenna przygoda w najczystszej postaci, jednak okraszona odpowiednią ilością faktów historycznych w taki sposób, że czytelnik jest w stanie po prostu uwierzyć w prawdziwość przedstawianych wydarzeń, nawet jeśli kolejne perypetie to wyłącznie literacka fikcja, oparta na rozdrobnionych faktach. Zachwyca uniwersalność snutych opowieści, w których odnajdują się nie tylko wielbiciele epoki, nie tylko znawcy historii, ale czytelnicy starsi i młodsi, tak jak na porządną przygodę przystało.

W swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Turkusowe szale”, z rozszarpanych i okupowanych ziem polskich, tym razem Remigiusz Mróz przenosi nas w brytyjsko-kontynentalne przestworza. Trafiamy do bazy RAF-u, czyli brytyjskich sił powietrznych, w 1940 roku, w której stacjonują również pododdziały polskiego lotnictwa. Nie ma sensu wspominać Dywizjonu 303, bo to nie o nim jest ta opowieść. W zamian dostajemy historię mniej znanej grupy lotników, a mianowicie 307 Nocnego Myśliwskiego Dywizjonu zwanego również dywizjonem Lwowskich Puchaczy, niemniej równie fascynującą, bo taką, w której oprócz polskiej eskadry i brytyjskich asów przestworzy dostajemy na dokładkę… szpiega. Remigiusz Mróz znowu sięga do źródeł. Czerpie garściami z pamiętników, inspiruje się zapiskami, dziennikami i fotografiami. Fikcja literacka miesza się z wydarzeniami rzeczywistymi, prawdziwe miejsca zyskują nowe, wymyślone znaczenia, a nierozwikłane tajemnice dostają kolejne możliwe rozwiązania. Jest walka, jest zdrada i kawał porządnej akcji.

W brytyjskiej bazie RAF-u przebywa jedna z ostatnich grup polskich lotników. Dywizjon 303 szaleje na niebie tworząc legendę, a oni, Dywizjon 307, bezczynnie spędzają czas w bazie na nieskończonych szkoleniach, odwołanych lotach i przesiadując w pobliskich pubach. Chcą się bić, ale nikt ich do walki nie chce na razie przyłączyć. Polacy są buńczuczni i nieokrzesani. Nie rozumieją, że ich postawa nie ułatwia nikomu życia w bazie. Nie ma dla nich maszyn, poza przestarzałymi i znienawidzonymi defiantami, które nie bez przyczyny nazywa się „latającymi trumnami”. Kolejni dowódcy odchodzą, wymieniani przez następnych. Rosną konflikty między Polakami i Brytyjczykami. Rośnie wzajemna niechęć. Jednak w końcu zaczyna się czas, w którym piloci będą mieli szansę się wykazać. Rzesza naciera i znienawidzony wróg zbliża się do bram. A tak naprawdę wróg jest bliżej niż im się zdaje, bo ktoś sabotuje działania Dywizjonu od wewnątrz, narażając życie kolejnych lotników.

O ile w Parabellum sympatia do bohaterów rodzi się natychmiastowo, a każdy z nich zbudowany jest tak, że w pełni rozumiemy motywacje i po części nawet możemy się z nimi utożsamiać, to w „Turkusowych szalach” nie jest łatwo znaleźć sobie kogoś do podziwiania. Ignorancja, olewactwo, niby-zuchwałość objawiająca się ryzykownymi figurami w powietrzu, jak chociażby przelatywanie nisko samolotem nad dziewczynami… Skąd my to znamy? Może Miramar? Może elitarne Top Gun? Tylko zamiast elity i mavericków, których brawurę uzupełnia powietrzny geniusz i szacunek do przestworzy, dostajemy rozwydrzonych chłopaków, których tłumaczy jedynie trauma wojny i potrzeba dokopania niemieckiemu wrogowi. Zamiast sympatii, to niczym ci biedni Brytyjczycy, nie pozostaje nic innego jak patrzeć z dystansu i zastanawiać się, czego te polskie chłopaki szukają w ich bazie. Brak szacunku do kogokolwiek i czegokolwiek, ignorowanie rozkazów i przełożonych, grubiaństwo i pijaństwo – cały zbiór stereotypów zebrany w jednej jednostce, w dywizjonie 307. Ze świecą szukać tu dżentelmenów, rozsądku, czy dobrego wychowania. Mistrzów lotnictwa również brak. Średnie kwalifikacje, niechęć do nauki i prostactwo w stosunku do innych narodów zamiast tej oczekiwanej sympatii wywołały we mnie jedynie zażenowanie. Chłopaki z kompanii Obelta w Parabellum odznaczali się gigantyczną odwagą podpiętą umiejętnościami, tutaj pozostaje jedynie wyolbrzymiony patriotyzm i nadwątlony honor, bo ile można wyzywać Brytyjczyków od „herbaciarzy”, ile ignorować rozkazy, ile podrywać pracujące w bazie kobiety na średnio smaczne teksty? Lwowskie Puchacze musiały się nieźle nagimnastykować, by w końcu zapracować sobie na szacunek czytelnika, mój szacunek, i zdradzę Wam, że udało im się tego dokonać z nawiązką.

„Turkusowe szale” to kolejna doskonała wojenna przygoda serwowana przez mistrza tego gatunku, jakim w ostatnim czasie stał się Remigiusz Mróz. Znowu moc emocji, znowu pęd naprzód i świergot kartek pod palcami, a wokół wiatr, bo tak szybko przelatują. Pomimo mojej zupełnie subiektywnej, może nie niechęci, bo to zbyt mocne słowo, ale dystansu, jaki zachowałam wobec postaci, to jednak trzymałam za nich kciuki, chciałam, żeby im się powiodło i bywały chwile dumy i radości. Druga Wojna Światowa spod pióra Mroza znowu nabrała rumieńców. Zrodziła kolejnych godnych zapamiętania bohaterów. Akcja, sensacja i dramat. Tym razem w przestworzach i na obcej ziemi, jednak w imię tego, co tak nagle odebrane i zamordowane. Wolność w powietrzu daje szansę na wolność na ziemi. Pozwala na rewanż i na zemstę, chociaż nigdy ta zemsta nie będzie wystarczająca. „Turkusowe szale” przypomniały o tym wszystkim na nowo. I napiszę Wam wprost – ta część historii dawno nie była tak fascynująca.

O.

*Za lot w przestworza, gdy choróbsko trzymało mnie przykutą do poduchy dziękuję samemu Remigiuszowi Mrozowi 🙂

**A Wam moi Drodzy tylko przypominam, że #IdzieMróz i w dodatku już niebawem wraca PARABELLUM!

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

UWAGA: KWARANTANNA na Wielkim Buku

kWARANTANNA

Moi Drodzy,

Rozpacz i dramat! Po kilku latach spokoju dorwało mnie paskudne choróbsko 🙁 Niestety, do odwołania, czyli najprawdopodobniej do środy, na Wielkim Buku ogłaszam KWARANTANNĘ – teren skażony.

Idę leżeć i smarkać. I czytać.

Bo warto czytać.

O.

PRZYGODOWE PIĄTKI: „20 000 mil podmorskiej żeglugi” Juliusz Verne

Bombla_Przygodowe20000MilPodmorskiejŻeglugi

 

„Wielkie głębie Oceanu są nam całkowicie nieznane. Co się dzieje w tych przepaściach bezdennych? Jakie istoty mieszkają i mogą mieszkać na głębokości dwunastu czy piętnastu mil pod powierzchnią wód! Jaki jest organizm tych zwierząt? Zaledwie domyślać się można!”

Wśród milionów milionów książek i tysięcy tysięcy istniejących opowieści wydawać się może przesadą pisanie o absolutnych klasykach, czy historiach niezapomnianych. A jednak, gdy sięgniemy po takie niezwykłe dzieła sztuki literackiej, to od razu czujemy z czym mamy do czynienia. Kolejne strony pozostawiają po sobie absolutny zachwyt, rozdziały – rozdziawione w oczarowaniu twarze, a gdy jest już po wszystkim, łzy stają w oczach, że było się świadkiem tak cudownie wykreowanej przygody. Moim osobistym kryterium wspaniałości jest to uczucie, które pojawia się tuż po ostatniej stronie, gdy czytnik gaśnie lub pod palcami czuć tylko tył okładki. Gdy rodzi się gdzieś w głębi umysłu potrzeba i chęć wielka, by szybko spakować się, rzucić wszystko i wyruszyć gdzieś tam, hen hen, byle dalej od cywilizacji, za bohaterami przeczytanej książki.

Taką właśnie idealną powieścią przygodową, która wciąga bez reszty i nie pozwala o sobie zapomnieć jest powieść Juliusza Verne’a „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Nie przez przypadek ten francuski pisarz, w ponad sto lat po swojej śmierci, wciąż należy do jednych z najpoczytniejszych na świecie i stawiany jest tuż obok Charlesa Dickensa, Jane Austen i Victora Hugo, a liczba sprzedanych egzemplarzy jego powieści liczy się niemal w setce milionów! To ewenement na skalę światową i marzenie każdego twórcy. W wieku szalejącej nowoczesności, gdy wynalazki prześcigają się w kolejce o patent, a świat wokół nas staje się coraz bardziej przezroczysty, jego twory wciąż dowodzą potęgi wyobraźni i oddziałują na czytelnika, jak mało co.

W roku 1866 na morzach i oceanach świata statki, okręty i łodzie zaczęły napotykać olbrzymią, nieznaną istotę. Nawiedzający wody potwór wynurzał się znienacka, wyrzucał z siebie spienioną wodę, i w końcu uciekał szybciej niż jakiekolwiek znane zwierzę. Szybko rozniosły się plotki o legendarnych Moby Dickach, krakenach i innych niestworzonych mitycznych stworzeniach. Rząd Stanów Zjednoczonych zorganizował ekspedycję mającą na celu wyśledzenie i zniszczenie owego potwora, do której dołączyli m.in. profesor Arronax, jego lokaj Conseil i harpunnik kanadyjski – Ned Land. Jakim zaskoczeniem dla nich okazało się odkrycie owego postrachu mórz! Była to niespotykanego projektu łódź podwodna – olbrzym kryształowo-metalowy, który mógł zanurzać się na niedostępne do tej pory nikomu głębokości. Łódź zwie się Nautilus, a jej kapitanem jest Nemo – tajemniczy, niezwyciężony idealista, który odwrócił się od świata, by przemierzać morskie otchłanie i nigdy więcej nie postawić stopy na suchym lądzie. Trójka bohaterów trafia na pokład Nautilusa, by po części z przymusu, po części z własnej woli dołączyć do załogi Kapitana Nemo i odkryć tajemnice ziemskich wód. Co spotkają w nieprzebytych ciemnościach głębin? Kim jest kapitan i jego załoga? Czy uda im się kiedykolwiek powrócić do domu?

 „20 000 mil podmorskiej żeglugi” to wspaniała literacka uczta dla każdego wygłodniałego poszukiwacza powieściowych przygód, każdego miłośnika podmorskiej przyrody i każdego wielbiciela doskonale skonstruowanej fabuły. Od pierwszej strony Juliusz Verne stopniowo zanurza nas w swój świat widziany oczami dziewiętnastowiecznego badacza i odkrywcy. Poprzez słowa, kolejne niezapomniane dialogi, autor pozwala nam poczuć doznania bohaterów i ich potrzebę kontynuowania wyprawy na Nautilusie. Nie można nie wspomnieć o Kapitanie Nemo, który jest postacią tak niezwykłą, tak nietuzinkową, że nawet jego tajemniczość i swoisty despotyzm nie drażnią, tylko wywołują jeszcze większą fascynację. Tak jak bohaterowie uwięzieni na pokładzie Nautilusa chcemy dać się prowadzić za rękę, byle móc zobaczyć co kryje się za kolejną rafą, skałą, czy podwodnym wrakiem. Pod koniec sami z siebie jesteśmy gotowi  wpaść prosto w macki potwora, byle zobaczyć i móc przeżyć to na własnej skórze. Aż by się chciało rzucić wszystko, wejść na pokład podwodnego okrętu, niczym James Cameron w swojej pionierskiej wyprawie na dno Rowu Mariańskiego, by móc wykrzykiwać za Kapitanem:

„Tak, kocham morze! Morze jest wszystkim! Pokrywa ono siedem dziesiątych powierzchni naszego globu. Jego tchnienie jest czyste i zdrowe. Jest to niezmierzona pustynia, gdzie jednak człowiek nie jest nigdy sam, bo wszędzie czuje wokoło siebie życie drgające. Morze, dźwignia potężnego i cudownego istnienia, całe jest ruchem i miłością. Jest to żyjąca nieskończoność.”

AHOJ PRZYGODO dla: niepoznanych podwodnych otchłani, dla jedynych w swoim rodzaju opisów jedzenia i planowanej wyżerki (dla wszystkich ciekawskich żarłoków)i oczywiście dla genialnego Kapitana Nemo wraz z jego cudownym Nautilusem. Dodatkowy okrzyk radości dla tajemnic skrywających się w wodach oceanów.

O.

*Kto pragnie zanurzyć się morską toń i na pokładzie Nautilusa wraz u boku Kapitana Nemo przeżyć „20 000 mil podmorskiej żeglugi” ten znajdzie pełny tekst powieści, po polsku, zupełnie za darmo na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „Love Letters from the Rain Forest” Edward Lee & Jack Ketchum

Bombla_BEZSENNELoveLetters

 

„He’d already discovered several dozen unindexed thallophytesbodied fungus. Zoned polyphores, clitopili, tricholomas, rough-stemmed paneoli. The grid-by-grid burning of the forests was making passage to areas virtually unexplored. The collection teams were all going nuts – new insects, new reptiles, new birds, new plants. Everywhere. And lots of new fungi.”

Nie wiem jak to wyglądało u Was, ale odkąd pamiętam fascynowały mnie tematy przyrodnicze. Od dzieciństwa wgapiałam się w ekran, chłonąc każde słowo sir Davida Attenborough, który w „Na ścieżkach życia” krył się w krzakach, czy za skałami i przybliżał świat natury, do którego nie miałam dostępu. Mikro i makrokosmosy, w których kryły się miriady nieodgadnionych tajemnic. Sekretów do tej pory niezbadanych jeszcze przez ludzkie oko. Czułam, że tak naprawdę wszystko może wciąż ukrywać się przed ludzkim okiem – nowe gatunki, niepoznane brakujące ogniwa, a może nawet dinozaury gdzieś tam, w tropikalnym lesie? Ta potrzeba zbadania najbardziej intrygujących tajemnic natury zwróciła się w stronę miłości do wszystkiego co pochodzi z oceanicznych głębin, do marzeń o Cthulhu i innych cudach podwodnego świata.

Z drugiej zaś strony, od zawsze widziałam siebie na wyprawie w głąb Amazonii, by niczym jakiś Indiana Jones historii naturalnej i biologii, odkrywać dziewicze tereny, przedzierać się przez dżunglę, znajdując odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Niefortunnym byłoby jednak odkryć coś, co wcale nie powinno było być nigdy odkryte. Powiedzmy, że na przykład byłby to wyjątkowo drapieżny, zaraźliwy i żarłoczny gatunek pewnego grzyba… Tak jak to przytrafiło się bohaterowi doskonałego opowiadania Edwarda Lee i Jacka Ketchuma zatytułowanego „Love Letters from the Rain Forest”.

Howard Moley jest specjalistą od grzybów. Wybitny w swojej dziedzinie, prawdziwy pasjonat, a w dodatku tak się złożyło, że udało mu się zdobyć stypendium i ruszyć wraz z pokaźną uniwersytecką drużyną badaczy w głąb amazońskiej dżungli. Na kampusie, w Stanach, zostawił swoją „dziewczynę”, niejaką Clarę Holmes, która według wszystkich i jej samej sądzi, że Howardowi jak tej przysłowiowej ślepej kurze trafiło się ziarno. Howard, nudziarz i obsesyjny nerd, naprawdę się w niej zakochał, a Clara, korzystając z wolności, chodzi do łóżka z kim popadnie, nie odpisując na kolejne listy Howarda. A Howard ma o czym opowiadać – otóż, pewnego dnia, podczas spaceru po dżungli odkrył truchło oposa, a na nim wyjątkowy, piękny i unikatowy nieznany gatunek czerwonego grzyba. Grzyb okazuje się być wyjątkowo agresywny, szybko się rozprzestrzenia, a kolejni członkowie ekipy Howarda umierają w męczarniach. Natomiast Clara ma dość Howarda i postanawia raz na zawsze zakończyć ten „związek”, wysyłając mu swój ostatni i jedyny list, na który wkrótce doczeka się odpowiedzi, już po jego śmierci.

Edward Lee i Jack Ketchum połączyli pisarskie siły, tworząc opowiadanie doskonale łączące seksualny mrok znany z historii Lee wraz z tajemnicą i zemstą znaną z książek Ketchuma. A wokół tego wszystkiego sekret amazońskiej dżungli – nie da się przejść obok tej historii obojętnie. Zarówno Lee, jak i Ketchum to mistrzowie grozy, w której tak naprawdę główną rolę odgrywa człowiek. Człowiek jako potwór, człowiek jako nieszczęście dla drugiego człowieka. I tutaj jest podobnie, chociaż dodatkowym elementem, podkreślającym Inność pozostaje wciąż nieznany gatunek grzyba odkryty przez Howarda. I zemsta, której ten grzyb się posłuży, w czym ja widzę akurat zemstę podwójną, bo skierowaną tak w kierunku Clary, jak i tych, którzy zdecydowali się spenetrować dolinę Amazonki, nieodwracalnie ją niszcząc. I kolejny raz, na kilku stronach otrzymujemy prosty, mroczny i smutny komunikat dla gatunku ludzkiego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo rozmyślam o tajemnicach, jakie wciąż skrywa natura.

O.

*Opowiadanie pochodzi z tomu „Sleep Disorder” autorstwa Edwarda Lee i Jacka Ketchuma – duet doskonały 🙂

Bukowa jesień 2014

Bombla_BukowaJesień2014

Moi Drodzy!

Jak cudownie, ach, jak wspaniale, bo już jesień na progu! Tuż tuż, zapuka i zacznie się moja ukochana pora roku 😀 Będzie wiało, będzie padło, będzie zimno i przyjemnie. Rześkie, chłodne powietrze, przyjemny wicherek od czasu do czasu – to zdecydowanie to co lubię najbardziej na świecie. Na dokładkę era spadających, szumiących liści i kasztanów, które zebrałam skrycie, zanim miejscowe dzieciaki zauważyły co się święci. Wszystko żółte, czerwone i przepełnione intensywnym zapachem przyrody szykującej się do snu.

Poza tym to czas dyń, kabaczków i cukiń różnorakich, więc nic tylko się obżerać i gotować w wielkiej radości. Dni staną się coraz krótsze. Przyjdzie pora gorących herbat z sokiem malinowym lub imbirem. Ewentualnie gorącej czekolady. Wieczory wełnianych skarpet i przesiadywania pod kocem z bukiem w ręku. Czas pysznych ciast, z dyniowcem na czele i oczekiwania na jedno z ulubionych świąt w roku, czyli Halloween.

Tak, tak, nic tylko się zachwycać 😀 Jak co roku, jesienną porą sięgam po lektury mroczniejsze, najlepiej ze straszydłem jakimś w tle, bo straszydła i gotyk idealnie sprawdzają się, gdy za oknem mrocznie i siąpi deszcz. Przydają się też książki dłuższe, grubaśniejsze, mocno sycące o intensywnych smakach. I taka właśnie będzie ta jesień – przepyszna.

Z tej okazji przygotowałam dla Was mój zupełnie subiektywny wybór lektur idealnych na nadchodzący wietrzno-deszczowy czas, wraz z kilkoma zapowiedziami moich kolejnych buków:

Northanger1. „Opactwo Northanger” Jane Austen („Northanger Abbey”)

Cudowna i jedyna w swoim rodzaju Jane stworzyła prześwietną parodię powieści gotyckich, tak modnych w początku dziewiętnastego wieku. Jest w tej powieści wszystko, co tak klasyczne dla jej prozy: humor, Bath, inteligentna bohaterka i cała masa fabularnych perypetii. Ale najważniejsza w tej powieści jest tajemnicza posiadłość, w której, co bardzo możliwe, skrywane są brudne sekrety i mroczne rodzinne tajemnice. Świetna zabawa w klasycznym stylu.

Całą powieść znajdziecie do poczytania na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

Poganka2. „Poganka” Narcyza Żmichowska

Perfekcyjnie romantyczna. Genialnie gotycka. Mroczna i namiętna, w zasadzie modelowa dla gatunku. A w dodatku kryje w sobie moc perełek do odnalezienia, jak wszystkie powieści szkatułkowe. Grupa przyjaciół zbiera się umilając sobie jesienno-zimowe wieczory opowieściami i dyskusjami na różnorakie tematy. Jedną z osób jest Benjamin, o którego losach niewielu dotąd słyszało. Pewnej nocy postanawia podzielić się z grupą swoją niezwykłą opowieścią o wielkiej miłości do pogańskiej Aspazji, dla której rzucił wszystko i zatracił się w jej wspaniałym zamku. Pięknie napisana i niezwykle niepokojąca.

Całą powieść znajdziecie na stronie Wolnych Lektur do TUTAJ.

Wywiad3.  „Wywiad z wampirem” Anne Rice

Nadszedł już czas, bym w końcu zapoznała się z prozą Anne Rice i jej wampirzym cyklem, którym podbiła tylu czytelników na całym świecie. Uwielbiam ekranizację i zachwyca mnie już myśl o obłąkanej Luizjanie, po ulicach której przechadzali się Lestat i Louis. Czuję, że to będzie kawał krwistej lektury!

 

Upiór opery4. „Upiór opery” Gaston Leroux („Le Fantôme de L’Opéra”)

Pewnie niewielu z Was wie, iż ten znany i tak uwielbiany musical Andrew Lloyda Webera (jaki to jest muzyczny szał!), jakim jest historia zamieszkującego w podziemiach paryskiej opery upiora i jego wynaturzonej miłości do młodziutkiej Christine, tak naprawdę oparty jest o powieść. Wciąż jeszcze wyczekuje lektury na półce, ale wiem, że to kawał doskonałego buka na długie jesienne wieczory.

Wersję angielską powieści znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

SomethingWicked5. „Something Wicked This Way Comes” Ray Bradbury

Ta opowieść za mną chodzi, okrąża mnie i zbliża się nieubłaganie. Co więcej, mam nawet za sobą już sześć bardzo intrygujących rozdziałów, jednak z nieznanych przyczyn przerwałam lekturę jakiś czas temu – zostawiłam sobie na jesień chyba. Dlaczego? Bo akcja tej strasznej historii rozgrywa się w październiku, gdy do amerykańskiego miasteczka, tuż przed Halloween, zajeżdża tajemnicze wesołe miasteczko. Coś dziwnego zaczyna dziać się z mieszkańcami, a zagadkę odkryć ma dwóch nastoletnich przyjaciół. Spodziewajcie się tej jesieni na Wielkim Buku.

Złodziejka6. “Złodziejka Książek” Markus Zusak

Ach, ile ja się o tej powieści pozytywnych recenzji naczytałam i nasłuchałam! Ochy, achy, zachwyty i podkrzykiwania. A na dokładkę nawet jedna negatywna recenzja od Marty, która przekazała mi książkę 😀 Nie mogę w takim wypadku nie przeczytać. Już widzę, że szykuje się lektura pełna wzruszeń i pochlipywania. Wkrótce zabieram się za czytanie.

Salem7. “Miasteczko Salem” Stephen King („Salem’s Lot”)

Nie ma to jak Mistrz Horroru! Cały kunszt Kinga widać właśnie w tej doskonałej opowieści o wampirze, który pojawia się w tytułowym miasteczku i zaczyna siać spustoszenie wśród mieszkańców. Jest krwawo, strasznie i doskonale kingowo – ciary na plecach gwarantowane. Właśnie za takim klimatem tęsknię w jego nowych książkach.

Otranto8. “Zamczysko w Otranto” Horace Walpole („The Castle of Otranto”)

Jedna z pierwszych bestsellerowych powieści gotyckich swoich czasów. Oparta na micie znalezionego przed wiekami rękopisu opowiada dzieje zamczyska, które zamieszkuje ród księcia Manfreda. Labirynty, ciemne korytarze, lochy i śmierć, która zdaje się czyhać za każdym załomkiem. A wszystko to w oparach zdrady z przeszłości, kłamstwa i mordu. Klasyka gatunku, niesamowita do dzisiaj.

Carmilla9. “Carmilla” Joseph Sheridan Le Fanu

Jeśli jest coś bardziej zmysłowego od dziewiętnastowiecznego wampira, stanowiącego obraz ówczesnej cyganerii, to jest to kobieta-wampir, która ni stąd ni zowąd pojawia się w odosobnionym zamku, by uwieść serce młodziutkiej, naiwnej córki jego właściciela. Jest tu nieujarzmiona kobiecość i tajemnica sprzed lat. Do poczytania TUTAJ.

A na dokładkę pełny tekst opowiadania na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

TejmnicaZamku10. „Tajemnica zamku Karpaty” Juliusz Verne

Ach, ten Verne! Uwielbiam przygodę! Tej jesieni na pewno będę musiała odwiedzić tajemniczy zamek w Rumunii, który od lat stoi opuszczony, budząc grozę w okolicznych mieszkańcach. Tak się akurat składa, że okolica ta przynależy legendarnie do niejakiego Hrabiego Draculi. Do zamczyska rusza wyprawa, by rozwiązać zagadkę tego niezwykłego miejsca. Już niebawem na Wielkim Buku!

A czego wyczekuję w nadchodzącym sezonie jesienno-zimowym w literaturze? Tytuły są dwa i już nie mogę się ich doczekać.

ZapowiedziJesień

  • „Przebudzenie” Stephen King („Revival”) – sam King napisał na Twitterze, że będzie to porządny, mięsisty horror, do prawdziwego straszenia. Bardzo chcę mu wierzyć i liczę, że to będzie ten King, za którym tak tęskniłam. Przekonam się już 11 listopada (w Polsce premiera 13 listopada nakładem wydawnictwa Prószyński i Ska).
  • „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – to będzie dopiero KAWAŁ przepysznego buka! Szykuje się literacka uczta do zachwytów, epicka i z historycznym rozmachem. Pojawi się w październiku nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Wydawnictwa zapowiadają perełkowe nowości, z których ja ogromnie polecam Wam dwa tytuły, o których już pisałam na Buku:

PolecankiJesień

  • „Wszystko, co lśni” Eleanor Cattor („The Luminaries”) – tytuł wychodzi nakładem Wydawnictwa Literackiego już w październiku; powieść ZACHWYCAJĄCA, do poczytania TUTAJ.
  • “Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale (“English Passengers”) – już za kilka dni, bo 30 września, pojawi się nakładem Wydawnictwa Wiatr od Morza; CUDO, do poczytania TUTAJ.

To będzie piękny nowy sezon  i szykuje się masa porządnego zaczytania 😀

Bo warto czytać.

O.

P.S. A czy Wy już macie bukowe plany na jesień?

„Otwórz oczy, zaraz świt” Mateusz Czarnecki (PRZEDPREMIEROWO!)

Bombla_OtwórzOczy
 

„Ona umarła Teo. I nigdy – nigdy – więcej nie będzie twoja. A ty się obudź. I zacznij żyć swoim życiem, które wypływać będzie z ciebie samego, a nie z żadnego przymusu. Przestań karmić się tym, co mówią inni. Idź przed siebie, doświadczaj, czuj, oddychaj, żyj, zachwycaj się, odczuwaj emocje i naucz się je nazywać. I mówić o nich. Przeżyj coś naprawdę, dogłębnie i tak jak chcesz ty, a nie wszyscy dookoła.”

Indie już od wieków stanowią łakomy kąsek podróżniczy dla mieszkańców zachodniej półkuli. Kuszą swoją niezwykłą egzotyką, kulturą i obietnicami duchowej odnowy. Wydają się tętniące życiem, wypełnione po brzegi intensywnymi zapachami przypraw, otoczone najpełniejszymi barwami, z tańczącymi, uśmiechniętymi ludźmi, którzy cieszą się na widok niekończących się fal turystów, czy podróżników. Mamią odkrywaniem duchowości, przysposobionymi aśramami i pustelniami, w których na nowo można odkryć siebie, joginistycznymi praktykami i buddyzmem, którego ścieżką pragnie się podążyć. Urok Indii nie gaśnie, nawet gdy kolejne reportaże pokazują obraz zgoła odmienny od przesłodzonych bollywoodzkich obrazków, czy pozowanych zdjęć z turystycznego prospektu. Co więcej, jeszcze bardziej kraj ten fascynuje kontrastem, tak bardzo niezrozumiałym na zachodzie. Ekstremalna, niewyobrażalna bieda na tle ociekających złotem pałaców. Przepełnione smrodem i kurzem uliczki tuż obok najnowocześniejszych pasaży i deptaków. Jest tu wszystko, czego dusza zapragnie. Spragniona dusza człowieka, który zapętlony w codzienności marzy jedynie o drastycznym oderwaniu się od swojego życia.

Takim uciekinierem, wymęczonym trybami „doskonałej” egzystencji jest Teo – bohater debiutanckiej powieści Mateusza Czarneckiego „Otwórz oczy, zaraz świt”. Teo, od Teodora, oznacza „dar od Boga”. Według starożytnych imię to naznacza marzyciela o wzniosłych ideałach, delikatnego, o wielkim sercu. Podobno kieruje nim intuicja. Jest wrażliwy na krzywdę innych. I taki właśnie jest bohater tej powieści. Modelowa postać do modelowej odnowy wewnętrznej. Tak jak tysiące przed nim, tak i Teo, uciekając przed życiem, wyrusza w podróż do mitycznych Indii, napotykając po drodze wielką miłość, wielki zawód i … własne szczęście. Może nie będzie to idealne spełnienie, ale będzie należało tylko i wyłącznie do niego. A wszystko to w kraju, którego prawdziwy obraz nijak ma się do tego serwowanego przez biura turystyczne i pełne sztucznego uroku filmy. Indie w oczach Teo są jak najbardziej prawdziwe, niemal namacalne. Autor nie pomija opisów zaśmieconych, zakurzonych ulic, po których biegają szczury, karaluchy, a bezdomni śpią rozłożeni na matach. Nie ucieka od gwałtów na turystkach, od politycznych zawirowań, czy religijnych absurdów. Bohater pozostaje otwarty na wszystkie tematy, godzi się z nimi i przekazuje nam, czytelnikom, byśmy w jak najintensywniejszy sposób mogli towarzyszyć mu w tej jedynej w swoim rodzaju przygodzie.

Teo, Teodor, Doruś ma wszystko to, o czym marzą miliony. Własną, świetnie prosperującą firmę z konkretną pozycją na rynku. Na dokładkę ma też zarząd tej firmy, na którego czele stoi. W garażu legendarny sportowy samochód, na ciele perfekcyjnie skrojone koszule i garnitury, a w łóżku niemalże modelkę o równie wysokiej pozycji, jak on. Ma pieniądze, mieszkania, świetlaną przyszłość przed sobą. Tylko coś mu w tym jego perfekcyjnym życiu nie do końca styka. Postanawia więc, po raz pierwszy w życiu, spontanicznie wyjechać z dnia na dzień. Kierunek – Indie. Ląduje w Bombaju, dalej jedzie do mekki turystów w Goa, medytuje, ale w drodze powrotnej, czekając na lot do kraju, poznaje przeuroczą muzułmankę Amirę. Razem, na przekór wszystkiemu, spędzają kilka szalonych dni, zakochując się w sobie do nieprzytomności. Zderzenie dwóch różnych kultur, różnych religii i światopoglądów. Tak naprawdę z góry skazane na niepowodzenie. Niemniej Teo chce całkowicie zmienić swoje życie. I wraz z tą decyzją jego szklana kula pęka, spokój burzy się, on traci to, nad czym pracował przez lata i znów ląduje w Indiach, by spróbować zacząć wszystko od nowa.

Teo zdaje się być idealnym odzwierciedleniem wszystkich ambitnych przedstawicieli swojego pokolenia. Nie skończył jeszcze trzydziestki, a już jest zmęczony życiem. Przykuty kredytami, podatkami, wszelkimi zobowiązaniami nie potrafi oderwać się nawet na chwilę od bilansów, faktur, czy pozycji na giełdzie. Ręce automatycznie układają mu się pod klawiaturę, kierownicę, albo telefon, w zależności, czy umawia się na spotkanie, odpisuje na maila, czy akurat wykręca samochód z podziemnego parkingu biura. Każdy dzień mija mu na powielaniu tych samych czynności – kopiuj, wklej. Automatyczne powtarzanie, bez większych emocji, bez zastanowienia. Nie ma uczuć, a jedynie układy i zależności. Zawsze coś za coś. Wychowywany przez nadgorliwych rodziców, którzy „chcieli jak najlepiej”, został wpędzony w wyścig szczurów i kręcił się tak bez celu, nie za bardzo zdając sobie sprawy, że nic na końcu go nie czeka. Indie, a tym samym radykalna zmiana otoczenia, są jego odpowiedzią na konieczność zmiany perspektywy. Na potrzebę przewartościowania wszystkiego, zanim obudzi się pewnego dnia, złamany i pusty dojdzie do wniosku, że wcale nie o to mu chodziło.

Powieść Mateusza Czarneckiego to bardzo osobista, subiektywna lektura. Przenika przez nią szczerość i autentyczność tak poszczególnych doznań, jak i wydarzeń. Widać, że to samo życie było inspiracją do napisania „Otwórz oczy, zaraz świt”. To lektura ciepła i niezwykle sympatyczna. Co prawda autor nie odkrywa w żaden sposób cudów duchowej odnowy, nie znajdziemy tu fabularnych twistów, ani żadnych większych zaskoczeń, jednak przyjemność z czytania przychodzi niemal natychmiastowo. Łatwo odnaleźć cząstkę siebie w szamoczącym się z samym sobą Teo, którego myśli z czasem uspokajają się i wyciszają. Całość zachęca do zmiany. Nawet jeśli wszystko wokół wydaje się być perfekcyjne i spokojnie pędzić ustalonym torem, to w powieści znajdziemy inspirację do lekkiego zboczenia z ustalonej trasy. Nie musi to być od razu podróż na drugi koniec świata, nie muszą być to Indie, czy inne orientalne kierunki. Ba, nie musi być to nawet długa podróż – wystarczy już oderwanie się od biurka, od pracy, od kalendarzy i zegarów. Zrozumienie, że nic złego nie wydarzy się, gdy na chwilę oddalimy się od tego, co trzyma nas w ryzach, weźmiemy głęboki oddech i zdystansujemy się do samych siebie. I pamiętajcie, że nie musi to być już zaraz, teraz. Jak to ładnie ujął przyjaciel Teo: „ Szukaj prawdziwego siebie, który w tobie samym na pewno jest gdzieś zakopany. I nie przestawaj, póki nie odnajdziesz. Nie umierasz przecież za pięć minut, ciągle jest o co walczyć.”

O.

*Za kawałek Indii i pozytywne myśli dziękuję wydawnictwu AL REVÉS i samemu autorowi Mateuszowi Czarneckiemu 🙂

**Przypominam także tutaj o KONKURSIE NA KONIEC LATA, który trwa jeszcze TYLKO DZISIAJ do północy na profilu facebookowym Wielkiego Buka TUTAJ, a w którym wygrać można egzemplarz „Otwórz oczy, zaraz świt” z autografem 😀

„Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale (PRZEDPREMIEROWO!)

Bombla_Anglicy

 

„Wstyd mnie przepełniał, że tak się dałem złapać. Bo tak naprawdę ta książka mówiła: NO DALEJ, CZARNY CZŁOWIEKU, UMRZYJ TERAZ SŁODKĄ ŚMIERCIĄ, UMRZYJ SPOKOJNY, UŚMIECHNIĘTY I PEŁEN WDZIĘCZNOŚCI – TO JEST OSTATNIA RZECZ, KTÓRĄ MASZ DLA NAS ZROBIĆ.”

Wielcy odkrywcy. Konkwistadorzy. Legendarni zdobywcy. Wspaniali władcy wolnych ziem. Królowie cywilizacji. Światełko w tunelu dla wszystkich tubylców żyjących do tej pory w ciemnościach. Kolejno odkrywane punkty na mapach globu. Kolejne podbijane ludy. Następne flagi powiewające dumnie na wietrze Nowych Lepszych Światów. Pełni dobrej woli. Pełni wiary w możliwości białego człowieka. Dumni ze swojej pozornej wyższości. Wiek dziewiętnasty to wiek ostatnich wielkich odkryć. Może nawet nie tyle odkryć, ale ostatnich zdobyczy kolonizacyjnych. Po wielkich partiach kontynentów przyszedł czas na oceaniczne wyspy i wysepki, na których pod nową władzą wkrótce dogorywały tubylcze masy. Za białym człowiekiem od wieków szły nieznane choroby, śmierć endemicznych plemion i upadek całych cywilizacji. Rasowa nienawiść, gwałty i niewolnictwo. Rozpacz ze złotym krzyżem na czele. W imieniu lepszej wiary i lepszego jutra. W oczach kolonistów miało być tak pięknie. „Czarni”, jak z pogardą ich nazywano, mieli poddańczo i z uśmiechem przyjąć ich kulturę, język i przede wszystkim religię, bez zbędnych pytań, bo pytania kreują wolną myśl. A wolna myśl może prowadzić do buntu. Ten schemat powtarzał się wszędzie, ale próbowali dalej. Jedną z ostatnich wolnych wysp, aż do początków dziewiętnastego wieku, pozostała Tasmania zwana Ziemią van Diemena.

O przerażającym upadku pierwotnej cywilizacji opowiada niezwykła powieść brytyjskiego autora Matthew Kneale’a zatytułowana „Anglicy na pokładzie” (org. „English Passengers”). Do opowiedzenia jedynej w swoim rodzaju historii, której bohaterowie stają się niejako świadkami powolnej śmierci rdzennej Tasmanii, pisarz wykorzystał niezwykłą formę przypominającą marynistyczne opowieści dawnych lat, dając każdej z postaci jej własny, indywidualny głos oraz wpływ na bieg wydarzeń. Dwudziestu jeden narratorów. Różne światy. Różne pozycje społeczne. I przede wszystkim różne cele. A wszystko rozpocznie się od opowieści pewnego kapitana, który przez ciąg niefortunnych przypadków, zmuszony zostanie przyjąć na pokład swojego statku trzech pasażerów. Anglików, którzy wybierają się w przedziwną podróż na drugą półkulę. Zabierze ich tam statek, o symbolicznym imieniu Sincerity, czyli szczerość, który ze szczerością nie ma tak naprawdę nic wspólnego. Bo widzicie, to statek przemytników, który z założenia ma stwarzać iluzję dobra, iluzję prawdy, niosąc za sobą kłamstwo i rządzę zysku. Ta nazwa to doskonała metafora na los jaki spotkał wyspę. Odpowiedź na prawdziwe intencje kolonialistów.

A wszystko zaczęło się od pewnego angielskiego biskupa, który zupełnie nieopatrznie wypowiedział na mańskim (załoga Sincerity pochodzi z Wyspy Man) statku słowo, które według marynarskich zabobonów przynosi nieszczęście. Od tej pory dla załogi Kapitana Kewleya zaczyna się ciąg nieustającego pecha, który prowadzi do konieczności wprowadzenia na pokład trzech angielskich pasażerów – uczestników wyprawy na Tasmanię, która w umyśle jednego z nich – pastora Wilsona – ma być podobno odpowiedzią na boski ogród Eden, z którego wygnani zostali Adam i Ewa. I tak Kapitan, będąc zmuszonym do ucieczki przed celnikami, wyrusza w podróż. Cel jego i załogi jest prosty: sprzedać ukrywany w podwójnym kadłubie towar. Cel pastora: udowodnić zwariowaną teorię o pochodzeniu człowieka. Cel towarzyszącego mu lekarza: zdobyć cenne „okazy”, które mają posłużyć do dokonania ostatecznej klasyfikacji ludzkich ras. Po drodze mijają kolejne podbite przez kolonizatorów porty – identyczne miasteczka, które nie różnią się nijak od każdego innego na wszystkich przejętych szerokościach geograficznych.

Gdy rejs trwa, a ekspedycja ma jeszcze wiele mil morskich do pokonania, do opowieści przyłączają się pozostali narratorzy rozrysowując smutną historię Tasmanii, której upadek nie trwał nawet pięćdziesięciu lat. Poznajemy losy aborygeńskich plemion, wybitych, zniewolonych, na siłę przesiedlonych i wcielonych w niezrozumiałą dla nich kulturę. Dzieje kolejnych gubernatorów i ich żon, których idealistyczne wizje doskonałej współpracy między rdzenną ludnoścą a nowymi mieszkańcami miały się nijak do rzeczywistości, jaką zastali na miejscu. Historie byłych skazańców, którzy gwałcili miejscowe kobiety, traktując je gorzej od stad swoich owiec. Przed oczami migają nam próby „ucywilizowania”. Przemoc, o której nikt nie chciał mówić, a nawet przyznać się otwarcie. Kłamstwa i chciwość wyzierając spomiędzy kolejnych zdań bohaterów, które z czasem zabiły ideę Boga, właśnie w imieniu tego Boga. Religia stała się przyczyną i ofiarą, bo kolejni niosący słowo boże kolonizatorzy przestali rozpoznawać jego znaczenie.

Najbardziej bolesne jednak w całej tej opowieści jest to, że Matthew Kneale tak wiernie odwzorował dziewiętnastowieczną mentalność, łącząc fikcyjna fabułę z po części prawdziwymi wydarzeniami oraz nadając swoim bohaterom cechy osób, które miały swój pierwowzór w rzeczywistości. Wyjątkowym elementem jest oddanie głosu członkom aborygeńskiego plemienia, którego głównym reprezentantem stał się Peevey. Jego dzieje łączą początek i koniec tej opowieści. To przede wszystkim z jego ust dowiadujemy się jaki los spotkał przesiedlonych tubylców. Słyszymy o Wyspie Flindersa, o fałszywych kazaniach, o niespełnionych obietnicach. W tej perspektywie problemy Kapitana Kewleya i jego opętanych wizjami pasażerów wydają się być co najmniej zabawne. Drugim najmocniejszym głosem „Anglików na pokładzie” jest ten przynależący do spotworniałego umysłu doktora Pottera, którego obrzydliwa rozprawa Przeznaczenie narodów: O przyszłym losie ras ludzkich okazuje się być oparta o prawdziwy tytuł, który stał się bestsellerem swoich czasów! Trzecia postać to pastor Wilson, który w przerysowany sposób próbuje obalić darwinistyczne teorie o powstaniu człowieka, nawet za cenę sprowadzenia własnej religii do poziomu absurdalnej mrzonki.

„Anglicy na pokładzie” to powieść niesamowita. Podobnie jak podwójny kadłub Sincerity, tak i sam tekst niesie za sobą podwójne znaczenie. Z jednej strony znajdziemy tutaj jedyny w swoim rodzaju humor, doskonałe kreacje postaci i niezapomnianą opowieść o podróżnikach i idealistach. Z drugiej, z każdym kolejnym rozdziałem widzimy, jakie przesłanie próbuje ta historia przekazać – Tasmania, jeśli kiedykolwiek mogła stanowić chociażby symboliczną namiastkę biblijnego raju, to urok ten przeminął bezpowrotnie wraz z pierwszą obutą stopą białego człowieka. Przez tekst przenika smutek. Żal. Tęsknota za tym co utracone już na zawsze, a co mogło być naprawdę unikatowym. Zamiast życia przyszła śmierć. Zamiast dobra – zło w najczystszej postaci. Zło wynikające z nadgorliwości i z tego, co nazywamy dobrymi chęciami. Ślepa wiara, zapatrzenie w „jedyny prawidłowy porządek rzeczy” i niemoc zrozumienia zabiły to, co mogło dopiero rozkwitnąć. I na koniec wychodzi na to, że tak naprawdę to wcale nie Bóg wygnał ludzi z Edenu, ale człowiek odszedł sam. Dokonał ostatecznego wyboru. I oddalił się na własne życzenie.

O.

Posłowie: Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała Wam o cudownym przedsięwzięciu, jakiego podjęło się Wydawnictwo Wiatr od Morza z Michałem Alenowiczem na czele, by wydać tę wspaniałą powieść. Otóż, „Anglicy na pokładzie” przetłumaczeni zostali przez… 21 tłumaczy! To coś niezwykłego w świecie literatury, gdy każdy z bohaterów powieści zyskuje swój własny, wyjątkowy głos, tym bardziej podkreślony przez element, który nadaje mu jego tłumacz. A tutaj, moi Drodzy, wykonano KAWAŁ doskonałej roboty. Wszyscy narratorzy są inni, czuć ich odrębność, unikatowy, autentyczny styl wypowiedzi. Jednak najlepsze jest to, że odbiór całości jest niezwykle spójny, a wszystkie opowieści idealnie łączą się w jedną pełną historię.

Jeśli książka ta trafi w Wasze ręce (a premiera już 30 września!!!), to koniecznie zwróćcie uwagę na troje moich ulubionych bohaterów – oszalałego doktora Pottera (ta bezosobowa forma wypowiedzi!), dumnego mańskiego Kapitana Kewleya (idealne odwzorowanie marynarza) i na Peevaya, którego historia chwyciła mnie za serce.

*A za możliwość tej cudownej lektury dziękuję nie komu innemu, jak Michałowi Alenowiczowi z Wydawnictwa Wiatr od Morza 🙂

BEZSENNE ŚRODY: „Rękopis znaleziony w butli” Edgar Allan Poe

Bombla_BezsenneRękopis

 

„Było to oczywistością, że mkniemy na oślep ku jakiemuś porywającemu odkryciu – ku jakiejś niewysłowionej tajemnicy, której świadomość jest brzemienna śmiercią.”

Wyobraźcie sobie świat, który wciąż jest jeszcze pełny nieodkrytych tajemnic. Świat, którego częściowe, wyrywkowe mapy mają puste, białe miejsca, a na ich granicach widnieją kreatury z legend. Pomyślcie o podróżnikach, o marynarzach, którzy zerkali na horyzont w oczekiwaniu i przerażeniu zarazem, czy tuż za kolejnymi wzburzonymi bałwanami, za kolejnym wirem nie pojawią się przysłowiowe smoki. Wyobraźcie sobie pierwsze dalekie wyprawy, gdy oceany kryły niezbadane sekrety, a każdy kolejny sztorm mógł być tym ostatnim. Pomyślcie o tych, którzy tracili na falach życie, popadali w obłęd, wracali pełni strachu i niewysłowionego lęku. Pomyślcie o okrętach, które nigdy nie powracały z rejsów. Pomyślcie o tych, których marzenie o jeszcze jednej spienionej fali poniosło zbyt daleko. Tak jak niegdyś morze skusiło legendarnego kapitana ze strasznej legendy o Latającym Holendrze. Podobno ten spowity czernią galeon wciąż można zobaczyć na afrykańskich wodach. I podobno wciąż jego widmo niesie za sobą śmierć. O mrocznym spotkaniu, które było tym ostatnim napisał zainspirowany marynarskimi opowieściami Edgar Allan Poe w swoim opowiadaniu „Rękopis znaleziony w butli”.

W bliźniaczy rejs Latającego Holendra, do jawajskiego portu Batawia w Indonezji, płynie narrator, którego rękopis po latach trafił w nasze ręce. Samotny, z dala od bliskich i rodzinnego kraju, szuka przeznaczenia na obcych kontynentach. Jednak ten rejs nie będzie dla niego szczęśliwym. Znienacka, po kilku dniach od rozpoczęcia podróży, w statek uderza gigantyczna fala, która zmiata z pokładu wszystkich… poza samym narratorem i pewnym starym Szwedem, którzy cudem ocaleli z katastrofy. Okręt, niesiony obłąkanymi wiatrami tajfunu, porywa ich i pędzi na spotkanie niedoścignionego horyzontu, gdy nagle wpada prosto na gigantyczny galeon i rozbija się w proch. Tylko jeden rozbitek przetrwał i cudem wdrapał się na jego pokład, by spotkać milczącą załogę, która za nic ma sobie jego obecność. Nikt go nie zauważa. Nikt się o nic nie pyta. Galeon na pełnych żaglach przecina potężne fale i pędzie ku narastającej czerni. Nadchodzi czas na spisanie opowieści.

„Rękopis znaleziony w butli” jest jedynym z tych opowiadań Poe, które najbardziej działają na wyobraźnię. Morska otchłań, która do dzisiaj pozostaje w jakiś sposób nieodgadniona, wtedy, w rozkwicie kolonizacyjno-odkrywczej ery, gdy ostatnie puste kropki znikały z map świata, była doskonałym tematem do snucia opowieści. Świat mitów powoli zanikał, jednak Poe w jedynie znany sobie mistrzowski sposób ożywił legendę i wtłoczył w rzeczywistość owładniętą manią „szkiełka i oka”. Latający Holender mógł być prawdziwy, a mógł być jedynie przedśmiertnym mirażem. Mógł wynurzyć się z tytanicznych otchłani biegunów i płynąć ku przeznaczeniu. Ale mógł być też jedynie widziadłem owładniętego przerażeniem umysłu. A czy rękopis był prawdziwy? Czy można przeczyć wyłowionej opowieści? A co jeśli naprawdę, na krańcach, gdy wszystko zmierza już ku ostatecznej czeluści, pozostaje jedynie czekać na nieuniknione? Na uderzenie pierwszej lodowatej fali?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę skrzypienie okrętowych lin.

O.

* Kto ma ochotę na morską wyprawę na nieznane wody i spotkanie Latającego Holendra ten znajdzie „Rękopis znaleziony w butli” w cudownym tłumaczeniu Bolesława Leśmiana na stronie Wolnych Lektur TUTAJ.

„Emma” Jane Austen

Bombla_Emma

 

„Nie kierują mną żadne pobudki, które zazwyczaj skłaniają kobiety do małżeństwa. Gdybym się zakochała, a, to co innego, ale nigdy jeszcze się nie zakochałam, nie leży to w mojej naturze i zdaje się, że nigdy się chyba nie zakocham. A wyjść za mąż bez miłości byłoby w mojej sytuacji kompletnym głupstwem. Nie szukam majątku, nie szukam celu w życiu, nie pragnę wysokiej pozycji, niewiele kobiet czuje się tak dalece panią mężowskiego domu, jak ja – Hartfield; nigdy też nigdzie nie byłabym tak kochana i szanowana; tu, w oczach mojego ojca, jestem zawsze pierwsza i mam zawsze rację.”

Z niektórymi opowieściami jest tak, że nigdy się nie starzeją. Mijają lata. Zmieniają się epoki. Przekształcają mody i gusta. A one trwają i odnajdują się w każdej kolejnej rzeczywistości. Grono ich odbiorców poszerza się i rozrasta, a uwielbienie i podziw przechodzą z pokolenia na pokolenie. Te opowieści są po prostu uniwersalne. Pasują do wszystkiego i zawsze znajdzie się w nich chociaż jeden element, z którym po części można się identyfikować, a z pewnością odnieść do otaczającego nas świata. Sądzę, że tak właśnie jest z powieściami Jane Austen. Wielbiona wśród zachodnich czytelników na całym świecie, z czasem zyskała sławę jakiej z pewnością nie spodziewała się za życia. Ekranizacje, inscenizacje, czy kontynuacje jej historii, z czołową „Dumą i uprzedzeniem”, stały się podstawą niejednego fanklubu zrzeszającego jej miłośników.

Twórczość Jane Austen to dla dorosłych prawie jak baśnie, w których w końcu książę przyjedzie na białym koniu, ukłoni się grzecznie i zabierze do lepszego świata we dwoje. Perfekcyjny romans, o którym jedynie można pomarzyć, tak nierealny, jak nierealna była historia o Królewnie Śnieżce, czy Pięknej i Bestii. Świat wykreowany jak z ówczesnego żurnala – arystokraci, wysokiej klasy towarzystwo, wieczne pikniki, proszone obiady i bale, na których ziszczało się przeznaczenie. Niemniej świat kuszący. I pomimo tych mamiących świecidełek wciąż w jakiś sposób adekwatny. Bo przecież uczucia się nie zmieniają. Pragnienia wciąż pozostają pragnieniami, nawet w dwieście lat później.

Powieścią, w której odnaleźć może się współczesna dziewczyna u progu dorosłości jest moja ulubiona z historii Jane Austen, czyli „Emma”. Jak każda z powieści tej uwielbianej angielskiej pisarki, tak i ta oparta jest o miłosne perypetie, przekomarzanie się i skryte podkochiwanie, tak by na końcu ziściły się marzenia wszystkich i szczęście zagościło w sercach. Jednak, tak jak kiedyś, dawno temu, „Emma” wydawała mi się właśnie taką uroczą komedią omyłek, pełną iluzji i gry pozorów, tak dzisiaj dostrzegam w niej niejako historię o wiele głębszą, której problemy bohaterów znajdują odzwierciedlenia także i dzisiaj. Jest to oczywiście bardzo różowy, pudrowo-koronkowy świat, pełen dobrych manier i pięknych wyrażeń. Zło zdaje się w ogóle nie przenikać do tej wyimaginowanej krainy, a jego przebłyski (jeśli w ogóle się pojawiają) są równie pastelowe, co otoczenie bohaterów. Panny na wydaniu, spore majątki i wymyślne fortele, by zdobyć wybrankę bądź wybranka swojego serca. A w tle ostateczne decyzje, które jeśli raz podjęte, zmienią wszystko na zawsze.

Emma Woodhouse wraz z ukochanym ojcem mieszkają razem w sporej posiadłości, otoczeni służbą, przyjaciółmi i masą gości, która przelewa się przez ich dom. Emma ma wszystko czego pragnie. Jest bogata, ładna i inteligentna. W dodatku, po śmierci matki i zamążpójściu starszej siostry, została panią domu, z całkowitą kontrolą nad rodziną i domownikami. Życie Emmy upływa na uroczych przyjemnościach – spacerach, proszonych wieczorkach karcianych (w jej posiadłości) i przyjmowaniu przyjaciół. Nie ma żadnych konkretnych pasji. Uwielbia wiele rzeczy, ale żadnej nie potrafiła poświęcić należytej uwagi. W ramach spędzania wolnego czasu, którego ma całkiem sporo, Emma zajmuje się kojarzeniem zaprzyjaźnionych par. Podobno, bo tak sama sobie wmówiła, to dzięki niej jej wieloletnia opiekunka znalazła męża i niedawno wyprowadziła się do własnego domu. Teraz przyszła kolej na nową przyjaciółkę Emmy, czyli młodziutką, głupiutką i zagubioną Harriet Smith. Zaczyna się polowanie na miłość, perypetie i ciąg wydarzeń, w które zaplątani zostają okoliczni kawalerowie z Georgem Knightley w roli jedynego głosu rozsądku w tym całym zaistniałym chaosie. Emma nie wie jeszcze, że wprowadzając w ruch machinę zalotów wkrótce sama wpadnie we własne sidła i przekona się, że miłość była tuż, tuż, za rogiem.

Na tle wszystkich pozostałych kobiecych postaci wykreowanych przez Jane Austen, Emma jest wyjątkowa. Spośród wszystkich tytułów, na które składają się cechy charakteru („Rozważna i Romantyczna”), emocje („Duma i Uprzedzenie”), czy komentarz sytuacyjny („Perswazje”), jedynie Emma zyskała tytuł wyłącznie dla siebie. Nie ma tu miejsca na rozdwojenie. Nie ma miejsca dla drugiej osoby. Jest Emma i Emma już wystarczy. To ona stanowi główną oś opowieści, to wokół niej krąży fabuła i to ona jest podstawą wszystkich zaistniałych perypetii. Na dokładkę, Emma jako jedyna główna bohaterka Austen ma ponad pozostałymi przewagę w postaci wysokiego statusu społecznego. Ona niczego nie musi, jedynie może. Podstawą jej życia jest wybór, co zdaje się być tym bardziej unikatowe na tle bohaterek epoki. Panna Woodhouse ma pozycję w towarzystwie, posiada zapewniony i, co ważne, zabezpieczony majątek oraz rodzinę, która wspiera ją we wszystkich zachciankach, czy pomysłach. Emma niczym nie musi się martwić, bo sama kreuje swój los. Ma w rękach wszystkie karty swojego przeznaczenia, co pozwala jej na przeżywanie chwil w spokojnej szczęśliwości.

Tylko dlaczego w takim razie Emma wcale nie wydaje się być spełniona? Czemu widać, że w jej przypadku istnieją jedynie chwile zadowolenia, a szczęście jest jedynie pozorne? Dlaczego, gdy z horyzontu znikają kolejne przyjaciółki, znajomi i goście, gdy zostaje sama ze swoimi myślami popada w melancholię? Emma boi się. Z jednej strony jej postać to doskonałe odzwierciedlenie marzeń każdej wchodzącej w dorosłość dziewczyny tamtych czasów (i naszych również). Jest niezależna, wykształcona i lubiana. Ma wszystko, czego mogłaby pragnąć. Wokół niej działa kołowrotek miłosnych szaleństw. Każdy, zarówno kobiety jak i mężczyźni,  zdaje się poszukiwać jedynie „dobrej partii”. Miłość w powietrzu. Miłość na salonach. Miłość w półsłówkach i żarcikach. Emmie zdaje się, że niczym władca marionetek ma jakikolwiek wpływ na uczucia innych, a tak naprawdę sama niewiele wie o miłości. Podjęte przez nią działania to mało wyrafinowana manipulacja, która jedynie szkodzi zamiast ułatwiać. W gruncie rzeczy ona boi się zmian i podejmowania ostatecznych decyzji. Wygodnie jej jest udawać ciągle, że samotność to wyjście, którego najbardziej pragnie. Dzięki temu na zawsze zachowa swoje status quo. Będzie tylko córką, tylko siostrą i tylko przyjaciółką. Te same obowiązki, bez konieczności obracania życia do góry nogami. W końcu miłość to życiowe tornado, poświęcenie i kompromis – to, co z takim trudem przychodzi naszej bohaterce.

Historia „Emmy” zawiera w sobie wszystko to, co tak uwielbiam w powieściach Jane Austen, a co sprawia, że z trudem przychodzi oderwanie się od lektury. Jest tu pokrętna fabuła, perfekcyjnie skonstruowane postacie i główni bohaterowie, którym nie sposób nie kibicować. Wspaniałym smaczkiem są doskonałe dialogi, jedyne w swoim rodzaju, a tak typowe dla pisarstwa Austen. Jednak przede wszystkim, to co sprawia, że „Emma” stała się moją najukochańszą powieścią z jej dorobku jest… sama Emma. Urzekła mnie jej metamorfoza i jej walka z własnymi słabościami, by w końcu przełamać strach i przyznać się tak przed światem, jak i przed sobą, że nikt nie ma ostatecznych odpowiedzi, a miłość przychodzi czasami znienacka, skąd najmniej można się jej spodziewać.

O.