Bezsenne Środy: JAK ZABIJA LAS?

TO PRZYSZŁO Z LASU. Jak większość dziwnych rzeczy.

Oto motto tej Bezsennej Środy zaczerpnięte z przerażającego tomu „Przez Las” Emily Carroll.

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: JAK ZABIJA ZIMA?

Zima w horrorze

Zima… Nam, książkoholikom, zima kojarzy się z czasem niemal magicznym – wyciągamy ciepłe skarpety, urocze kubeczki do gorącej czekolady, mięciuchne koce, a potem zaszywamy się z książką w dłoni, pielęgnujemy swojego wewnętrznego hobbita i rozmyślamy o bałwankach, świeżym śniegu i wypadzie na sanki.

Tylko, że zima to nie tylko bałwanki, świeży śnieżek i wypad na sanki… O nie. Zima ZABIJA! Zabija okrutnie i bez wahania. Mimo, że większość z nas nie znosi upałów, a ja sama darzę zimę wyjątkową sympatią, to właśnie zimą drastycznie wzrastają w Europie wskaźniki umieralności.

Czytaj dalej

Bezsenne Środy: TOP 7 potworów

Potwór. Ten, którego boimy się ponad wszystko inne. Ciemność wewnątrz nas. Każdy ma taką bestię, która siedzi w jego głowie i czasami potrafi przybrać najdziwniejsze formy. Ujawnia się wtedy, gdy najmniej tego oczekujemy, nagle wyskakuje znienacka z najgłębszych pokładów umysłu… Czytaj dalej

Klasyka grozy ZA DARMO! (horrory dostępne w domenie publicznej)

Klasyka grozy za darmo (HORRORY ZA DARMO)

Moi Drodzy,

Nie mogło być inaczej – w Nowym Roku bezsenność powraca na Wielkiego Buka! Pojawią się starsze tytuły, pojawią się nowości, powrócą również kryminały i zbrodnie, a na początek… KLASYKA GROZY! Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „The Whisperers” Algernon Blackwood

Bombla_TheWhisperers

Życie pisarza nigdy nie jest tak usłane różami, jak mogłoby się wydawać postronnym obserwatorom, nieobeznanym z kulisami pisarskiej codzienności. Wena to kapryśna dzikuska, raz pojawia się tak po prostu, łasi się i przymila, by uciec w najmniej oczekiwanym momencie wraz z całym zapasem fabularno-konstrukcyjnych pomysłów. Pisarze bywają impulsywni, łapią inspirację za ogon i cisną do utraty tchu, gonią, gdy ucieka, a są tacy, którzy cierpliwie czekają. Oswajanie weny staje się ich rutyną. Wyczekują obrazów, małych elementów do sklejenia w całość w przyszłości. Czasami ta cierpliwość zostaje nagrodzona w bardzo niecodzienny sposób…

O pisarskich inspiracjach, o kapryśnej wenie, o pomysłach, które przychodzą ni stąd, ni zowąd napisał Algernon Blackwood w swoim krótkim opowiadaniu “The Whisperers” (dosł. „Szepczący”).

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „Blackwood’s Baby” Laird Barron

Bombla_Blackwood'sBaby

W odizolowanych leśnych ostępach dzikiej północy jest coś dziewiczego, coś pierwotnego, co zatraciły już szeroko zwiedzane , przetuptane wzdłuż i wszerz parki krajobrazowe, czy puszcze wśród popularnych górskich szlaków. Trudno już dzisiaj natrafić na takie miejsca, pełne sekretów, niewidzialnych ścieżek i drzew, które wydają się być czymś o wiele więcej, niż jedynie roślinami. Ale takie miejsca z pewnością jeszcze istnieją, szczególnie tam, gdzie od zawsze krążyły legendy, gdzie czas się zatrzymał, a pęd świata na chwilę wstrzymał oddech.

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „The Wolves of God” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneWolvesOfGod

Czasami nachodzą człowieka takie myśli o ucieczce od cywilizacji. O zaszyciu się gdzieś w leśnej głuszy, gdzieś w górskich ostępach, na odludziu, tak, by przez nikogo nie być niepokojonym. Marzenie o pustelnictwie, powrocie do natury, do źródeł człowieczeństwa. Ta naiwna wiara w jedność natury i człowieka, w możliwość egzystowania wspólnie, uzupełniając się i oddając sobie to, co najlepsze…

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „Secret Worship” Algernon Blackwood

Bombla_BEZSENNESecretWorship

 

„Thickly the memories crowded upon him. The picture of the small village dreaming its unselfish life on the mountain-tops, clean, whole-some, simple, searching vigorously for its God, and training hundreds of boys in a grand way, rose up in his mind with all the power of an obsession. He felt once more the old mystical enthusiasm, deeper than the sea and more wonderful than the star; he heard again the winds sighing from leagues of forest over the red roofs in the moonlight; he heard the Brothers’ voices talking of the things beyond this life as though they had actually experienced them in the body.”

Ze wspomnieniami i powrotami do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa, bywa tak, że mogą okazać się wyjątkowo złudne. Osaczają nas znienacka. Przywołuje je czyjś gest, zapach, słowo. Przed oczami staje nam obraz sprzed lat, niczym déjà vu, jednak jeszcze bardziej wyostrzony, o wiele intensywniejszy, tak jakby ktoś zdjął z niego filtr i na nowo wyświetlił w głowie. Dziecięce wspomnienia cechuje bolesna wręcz subiektywność doznań – myśli płyną w jednym, wyznaczonym kierunku i każda zjawa z przeszłości staje się pewniejsza od poprzedniej. To był TEN konkretny dzień. TA konkretna chwila. Wszystko wydarzyło się w TEN konkretny sposób. Nie inaczej. A kiedy ktoś próbuje to wspomnienie naprostować, przywrócić nas na ziemię i udowodnić, że wszystko to było jedynie iluzją, sztuczką umysłu, projekcją dziecięcej wyobraźni zapisanej w naszej głowie, to nie chcemy w to uwierzyć. Szczególnie gdy do konkretnych momentów początków życia przypisane są intensywne, skrajne, pozytywne bądź negatywne emocje. Pozostaje po nich silny ślad. Taki raczej już nie do wymazania. Chyba, że przydarzy się konfrontacja z rzeczywistością. Powrót do miejsc magicznych. I wtedy okazać się może, że dżungla pod domem była jedynie krzakiem, gigantyczna góra marnym usypiskiem, a tajemnicze zamczysko zapadłą ruderą. Może także okazać się, że dobro, które płynęło z tych miejsc, wcale dobrem nie było. Kamuflowało się i mamiło, tak jak przydarzyło się to bohaterowi tajemniczego opowiadania Algernona Blackwooda zatytułowanego „Secret Worship”.

Niejaki Harris powraca do domu ze służbowego wyjazdu i przemierzając Niemcy wpada na pomysł, by zboczyć na chwilę ze szlaku, aby odwiedzić pewne wyjątkowe miejsce ze swoich lat młodzieńczych. Mowa tutaj o malutkiej wiosce, osadzie tak naprawdę, ukrytej wśród lasów, wysoko w górach. Tam, w izolacji i oddaleniu od wszelkiej cywilizacji, mieści się gmach wyjątkowej szkoły, prowadzonej przez Bractwo mnichów. Bohater nasz spędził w jej murach dwa lata. Do tej pory, gdy rozmyślał o tamtych miesiącach, to raczej wspominał poczucie uwięzienia i olbrzymiej tęsknoty, jednak teraz, trzydzieści lat później, szkoła jawi mu się niczym magiczna, urocza enklawa, wypełniona rytuałami i misteriami. W wyobraźni już widzi siebie wśród swoich kolegów i Braci-nauczycieli, otoczonych dziką przyrodą i nieprzebranym pięknem oazy spokoju. Im bliżej, tym perfekcyjny obraz staje się wyraźniejszy i pewniejszy. Harris wysiada na maleńkiej stacji i już tylko posiłek w zajeździe dzieli go od wyprawy w góry. Swoim zamysłem dzieli się z jednym z gości, księdzem, który w zdziwieniu i cichym przerażeniu słucha historii o szkole ukrytej w górach. Próbuje ostrzec Harrisa, próbuje dać mu do zrozumienia, że to nie jest już miejsce, które pamięta. Ale Harris nie słucha i oburzony wyrusza do szkoły Bractwa.

Algernon Blackwood w „Secret Worship” osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia poprzez odpowiednie operowanie otoczeniem. Naturalne odizolowanie górzystego terenu, gra świateł, układ pokoi, nawet pora dnia i czas służą mu za podstawowe narzędzia, gdy przychodzi pora na wykreowanie grozy. A jego wisienką na torcie jest okrutna tajemnica, której strzeże ukryte w górach Bractwo. Kiedy dochodzi do rozwiązania zagadki, gdy stajemy się świadkami kolejnych wydarzeń, podobnie nam, jak Harrisowi nie chce się wierzyć w to, co właśnie się przytrafia. Idylliczna wizja, którą przez cały czas w głowie kreował sobie bohater, niejako przesłania logiczny punkt widzenia samego czytelnika. Wiemy, czego możemy się spodziewać. Ba, my wiemy dokładnie, czego mamy się spodziewać, ale gdy przychodzi co do czego, to jesteśmy tak omamieni, że przeszłość Harrisa przenika w teraźniejszość i nie pozostaje nam nic innego, jak on – patrzeć i z coraz większym przerażeniem uświadamiać sobie, jak wielki błąd popełniliśmy.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo powracam we wspomnieniach do wczesnych lat dziecięcych.

O.

*Kogo zafascynowała historia tajemniczego Bractwa ukrytego wśród Alp, ten odnajdzie opowiadanie Algernona Blackwooda TUTAJ.

BEZSENNE ŚRODY: „The Glamour of the Snow” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneGlamourOfTheSnow

 

„A delicious happiness was in his blood. Over the edge of the hills across the valley rose the moon. He saw her silver sheet the world of snow. Snow covered all. It smothered sound and distance. It smothered houses, streets, and human beings. It smothered–life.”

Człowiek od zawsze próbuje ujarzmić Naturę. Poskromić zwierzęce instynkty, nadać wszystkiemu sens i rozłożyć na czynniki pierwsze. Podzielić, podbić i stanąć na szczycie zwycięskiego stosu z ciał pokonanych. Ach, jak doskonale byłoby przeczesać wszystkie głębiny, przelecieć kosmos wzdłuż i wszerz, ukształtować drzewa pod nasze widzimisię, ujarzmić całą faunę i florę. Sklasyfikować wszystko po kolei, sfotografować i poukładać w ładne równe kolumny w niekończących się tabelkach lub bliźniaczo podobnych do siebie rzędach folderów i segregatorów. Nie byłoby żadnych pytań. Nie byłoby dociekań. Nie byłoby wyobraźni. Nie byłoby baśni. Nie byłoby wierzeń. Opowieści robotów, mechanicznie dążących do samozagłady.

Na szczęście ta smutna wizja jeszcze nam nie grozi. Bo Natura wciąż ma kilka asów w rękawie. Potrafi nas mamić i bawić się naszą naiwną wiarą w nieskończone możliwości. Jednym tchnieniem potrafi przywrócić pierwotny porządek rzeczy. Pokazać człowiekowi, gdzie jego miejsce. O takiej wszechwładnej mocy płynącej z majestatycznych gór, okrytych zimowymi połaciami śniegu opowiada Algernon Blackwood w pięknym, mroźnym opowiadaniu „The Glamour of The Snow”, tak na przekór słońcu i na przekór wakacyjnej porze.

W środku zimowego sezonu narciarskiego, w alpejskim miasteczku pełnym turystów, wolne chwile w jednym z hoteli spędza Hibbert – pisarz, marzyciel, samotnik, który swój czas dzieli pomiędzy zapiskami, podziwianiem górskich widoków i korzystaniem z miejscowych rozrywek. Hibbert ma w sobie coś, co odróżnia go od wszystkich innych ludzi wokół, a przynajmniej tak jemu samemu się wydaje – łączy go głęboka więź z Naturą, bezkresną siłą, przed którą nie można uciec. Pewnej nocy Hibbert znudzony tańcami, odczuwa olbrzymią potrzebę pojeżdżenia na łyżwach. Wkrótce do przepełnionego dziecięcą radością mężczyzny dołącza na tafli tajemnicza dziewczyna o lodowatych dłoniach i nieuchwytnym spojrzeniu, która szepce mu obietnice, nęci i mami, kreśląc wspólnie figury na lodzie. Zafascynowany Hibbert próbuje dowiedzieć się kim jest, skąd przybywa, gdzie mieszka, ale zanim cokolwiek mogłoby się wyjaśnić, dziewczyna znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Na nic zdają się poszukiwania. Na nic rozpytywanie i rozglądanie się wśród hotelowych gości. Ale już niebawem dziewczyna znów pojawi się wieczorną porą i Hibbert wyruszy za nią w ciemną, śnieżną noc, by przekonać się jaką tajemnicę skrywa nieznajoma.

Nie przypadkiem Natura zarówno u mnie w tekście, jak i w samym opowiadaniu Blackwooda pisana jest z wielkiej litery. Ma wzbudzić respekt. Przerażenie. Dać do zrozumienia czytelnikowi, że tutaj nie będzie żartów. Natura to bezwzględna siła, której mocy nigdy nie będzie można okiełznać. Ba, zrozumieć nawet w pełni. Wysoko w górach, gdy zawodzą zmysły, a wokół leży jedynie śnieg, który szaleńczo wiruje wokół odbierając czujność, Natura ma swoje królestwo i w pełni może ukazać moc jaką operuje. To dzicz i niebezpieczeństwo w najczystszej postaci, które otępiają i strącają człowieka w otchłań szaleństwa. Algernon Blackwood w „The Glamour of The Snow” odtworzył niejako baśniową Królową Śniegu, która kusi zdradzieckimi uśmiechami, by w końcu porwać i odebrać wszystkie siły. Hibbert jak dawniej u Andersena chłopczyk Kaj, zostaje wciągnięty w lodowy żywioł, ubezwłasnowolniony przez wspomnienie, przez obietnicę szczęścia. Jest w tej opowieści ostrzeżenie. Jest coś, co przypomina nam, że przysłowiowe „szkiełko i oko” nie uratują nas, gdy przyjdzie stawić czoła bezwzględnym siłom Natury.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo lodowe palce zaciskają się na mojej dłoni.

O.

*Kto poszukuje zimy w środku lata lub tak jak ja tęskni już za lodowym podmuchem, bądź zauroczony pragnie zanurzyć się w śnieżną otchłań, ten odnajdzie „The Glamour of The Snow” w pełnej, oryginalnej wersji TUTAJ.

**Opowiadanie znalezione i polecone przez niezastąpioną Martę z LolantaCzyta – dziękuje Kochana :*

BEZSENNE ŚRODY: „Wierzby” Algernon Blackwood

Bombla_BezsenneWierzby

 

„When common objects in this way become charged with the suggestion of horror, they stimulate the imagination far more than things of unusual appearance; and these bushes, crowding huddled about us, assumed for me in the darkness a bizarre grotesquerie of appearance that lent to them somehow the aspect of purposeful and living creatures. Their very ordinariness, I felt, masked what was malignant and hostile to us. The forces of the region drew nearer with the coming of night. They were focusing upon our island, and more particularly upon ourselves. For thus, somehow, in the terms of the imagination, did my really indescribable sensations in this extraordinary place present themselves.”

Tak to już bywa, że jak się raz wpadnie w sidła horroru, to jakoś tak trudno się z nich wywlec o własnych siłach. Jeden autor prowadzi do drugiego, a kolejne opowieści kierują nas do innych. Tak właśnie było z twórczością Algernona Blackwooda, na którego w moich bukowych podróżach natrafiłam zupełnie przypadkiem, nie przez kogo innego jak przez H.P. Lovecrafta i pobocznie przez Stephena Kinga. No bo jeśli Samotnik z Providence pisze w swoich tekstach, że opowiadanie „Wierzby” jest najlepszą opowieścią grozy jaka kiedykolwiek powstała, a Mistrz Horroru odwołuje się do „Wendigo” tego właśnie brytyjskiego pisarza, to nie pozostaje mi nic innego jak rzucić się i czytać. I zachłysnąć się totalnie, bo twórczość Algernona Blackwooda to perełka weird fiction. Zostawia po sobie czystą, nieskalaną grozę i dziesiątki pytań bez odpowiedzi. 

Na pięknych i modrych wodach Dunaju, dwóch przyjaciół zorganizowało sobie spływ kajakami. Nie mogli wybrać piękniejszej pory roku. Nie mogli wymarzyć piękniejszej lokacji. Okolica jest dosłownie idylliczna – przyroda w najczystszej postaci. Brzegi rzeki wydają się być nietknięte stopą człowieka, liście zdają się błyskać i tańczyć na wietrze, słońce przyświeca, a nurt rzeki lekko niesie dwóch podróżników. Tylko dlaczego w odwiedzanych po drodze wioskach mieszkańcy proszą ich, by nie płynęli w dół rzeki? Czemu wykonują znak krzyża na samo wspomnienie o wysepkach na rzece? Dlaczego wierzby nad wodą zdają się złowieszczo dotykać ich ramion? Coś dziwnego ogarnia przyjaciół, mąci ich spokój i mami wyobraźnię. Woda okazuje się pozornie bezpieczna, jej bystre nurty potrafią spędzać kajak na kamienne mielizny. Słońce oślepia zamiast ogrzewać. Drzewa nie szumią już, ale huczą złowrogo. A pewnego dnia, na powierzchni pędzącej wody przyjaciele dostrzegają dziwny kształt, przypominający ciało topielca. Rozmyślają nad powrotem do cywilizacji. Przerwaniem podróży. Ale zanim zdążą cokolwiek zrobić, jakkolwiek zareagować, okaże się, że na zawrócenie z obranego szlaku już od dawna było za późno.

Nie przez przypadek „Wierzby” zyskały w gatunku miano opowieści kultowej. Sennie i zjawiskowo wprowadzają nas w świat odizolowanej, nietkniętej przyrody, gdzie nic nie jest już przychylne człowiekowi. To prawdziwa naturalna dzicz, która zdaje się uważnie śledzić kroki tych, co odważą się w nią wstąpić, nastawiać pułapki, by w końcu nie wypuścić ze swoich szponów. A z pewnością nie o zdrowych zmysłach. Dziewicze połacie lasów znad Dunaju hipnotyzują i wciągają. Wydają się być jednocześnie piękne, jak i nieskończenie przerażające. W opowieści Blackwooda nabierają niemal mistycznego charakteru. Jego Wierzby reprezentują niepokonaną moc natury i są wszystkim tym, czym człowiek nigdy nie będzie. Są tym, czego ludzkość nigdy nie pojmie i nie zdobędzie. Ich szept, ich ruchy, niezwykły kamuflaż – one kreują zupełnie nową rzeczywistość, tworzą zupełnie nowe warunki.  Nad modrymi wodami Dunaju już niczego nie można być pewnym.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo gałęzie za oknem szepczą złowrogo, tańcząc na wietrze.

O.

*Opowiadanie „Wierzby” (org. „The Willows”) całkiem za darmo, po angielsku, znajdziecie na stronie Project Gutenberg TUTAJ (klik! klik!), podobnie jak inne jego opowieści – bardzo warto znać 😀

**A kto jeszcze się nie przekonał, a jest zaintrygowany może poczytać o prześwietnym opowiadaniu „Wendigo”, o którym pisałam w zeszłym roku TUTAJ (klik! klik!).