Książki na Walentynki – TOP 10

Książki na Walentynki

Miłosny to czas. Najpiękniejszy czas. Zdolny poruszyć rozkapryszone serca, wzburzyć już wrzącą krew. Feromony wirują w powietrzu, mieszając się z zapachem słodkich perfum, brokatu, piórek i fiurfiurek… To czas buduarów, zalotnych spojrzeń, delikatnego dotyku i pierwszych uniesień.

WALENTYNKI! Dzień Zakochanych! Dzień Szaleńców! Bo zdarza się przecież, że jedno z drugim trudno od siebie odróżnić!

Czytaj dalej

KSIĄŻKI NA ZIMĘ 2017/2018

Książki na zimę 2017

Moi Drodzy,

Zmiana pór roku od zawsze jest dla mnie nie lada wydarzeniem. Niby nic się specjalnie nie zmienia, bo przecież to odwieczny cykl, że po lecie nadchodzi jesień, a po jesieni nadciąga zima, a jednak za każdym razem aż podskakuję z podekscytowania. I dobrze wiecie dlaczego! To dla mnie idealna okazja, by podzielić się z Wami wyjątkowymi lekturami na nowy sezon, a za tym przepadam bardzo bardzo! Czytaj dalej

„Oliver Twist” Charles Dickens – recenzja #CzytamDickensa


Bombla_OliverTwist

Dziewiętnastowieczna Anglia pod rządami Królowej Wiktorii to było miejsce szczególnych kontrastów, wielkich industrialnych wzlotów i równie imponujących społecznych upadków. To czas niezrównanego bogactwa, wielkich majątków ziemskich, balów, pantalonów i zalotnych uśmiechów pośród romantycznych gestów, jednak z drugiej strony to najbardziej przyziemne, śmierdzące, błotniste miejskie zaułki, które skrajna, wygłodniała biedota obrała za swój dom i swoją siedzibę. To czas białych rękawiczek i czarnych od węgla dłoni. To czas powozów strojnych w koronki i lśniące skóry oraz czas łajna rozdeptanego pośród kocich łbów. To czas uroczych dziewczynek w bielutkich sukieneczkach i umorusanych chłopców, którzy wiedzą, jak omamić przechodnia i wydusić pensa, lub dwa. To także czas Angielskiego Prawa o Ubogich, którzy musieli pracować ponad siły, ponad miarę, by udowodnić, że mają prawo żyć, by być pozornie wolnym, a od urodzenia nosząc kajdany systemu, w który wpadli nie ze swojej winy.

Czytaj dalej

Akcja: Czytam Charlesa Dickensa na Święta! #CzytamDickensa

Bombla_CzytamDickensa

Moi Drodzy,

Oficjalnie zaczynamy akcję:

CZYTAM CHARLESA DICKENSA NA ŚWIĘTA!

#CzytamDickensa

Kto śledzi Wielkiego Buka od dłuższego czasu, ten być może zauważył, że co roku, od samego początku w okresie przedświątecznym zaczytuję się w twórczości Charlesa Dickensa. Trzy lata temu była to przepiękna „Opowieśc Wigilijna”, dwa lata temu moje najukochańsze „Wielkie Nadzieje”, a rok temu wspaniały „David Copperfield”.

W tym roku czeka już na mnie „Oliver Twist”, ale pomyślałam sobie, że może chcielibyście do mnie dołączyć? 🙂

Stąd zrodził się pomysł na tę mini-akcję Czytam Charlesa Dickensa na Święta.

Czytaj dalej

„David Copperfield” Charles Dickens

Bombla_DavidCopperfield

 

„The old unhappy feeling pervaded my life. It was deepened if it were changed at all; but it was as ever, and adressed me like a strain of sorrowful music faintly heard in the night. I loved my wife dearly, and I was happy; but the happiness I had vaguely anticipated, once, was not the happiness I enjoyed, and there was always something wanting.”

Szczęście. Ulotne chwile, drobne momenty, które próbujemy zbierać przez całe życie. Szczęśliwość nieuchwytna, trudna do osiągnięcia, a jednak tworząca podstawy naszych duchowo-uczuciowych potrzeb. Szczęście w miłości, szczęście w finansach, szczęście w pracy – najważniejszy komponent każdych życzeń, tak urodzinowych, jak noworocznych. Szczęście stało się celem samym w sobie. Każdy chce przecież do niego dążyć. Niedoprecyzowane, przysłonięte komercyjną bańką ułudy, zawsze jest gdzieś tam, dopiero przed nami. Bardzo rzadko udaje się je dostrzec tuż obok, ukryte pod maską zwykłej, spokojnej codzienności. Lepiej pędzić przed siebie, ze złotą łuną wyłaniającą się gdzieś znad niedoścignionego horyzontu, niż docenić jego promyki miło ogrzewające nas wokół.

O takim nieuchwytnym szczęściu ukrytym w marzeniach opowiada jedna z najbardziej znanych powieści Charlesa Dickensa zatytułowana „David Copperfield”. Zarówno w przedmowach do oryginalnego wydania, jak i w tekstach autorskich do kolejnych, napisanych już po latach, ta brytyjska legenda literatury wspomina, że „David Copperfield” to jego ulubiona ze wszystkich powieści, natomiast samego bohatera nazywa ukochanym dzieckiem i przyznaje, że to właśnie z nim najtrudniej było mu się rozstać. I nic w tym dziwnego – ponad dziewięćset stron monumentalnej historii chłopca, później młodego mężczyzny i w końcu dojrzałego pisarza, tytułowego Davida Copperfielda, który po latach powraca we wspomnieniach do czasów smutnej młodości, by opowiedzieć dzieje swojego życia. Powstała z tego historia typowo, a nawet stereotypowo dickensowska, gorzko-słodka, dokładnie w takiej kolejności, gdzie cierpienie łączy się z nieocenioną wiarą w lepsze jutro, a szczęście staje się podstawowym, a czasami nawet jedynym marzeniem.

Okładkowy07

Historia rozpoczyna się, gdy David Copperfield rodzi się pewnej nocy, by na przekór wszystkim i wszelkim okolicznościom okazać się chłopcem. Pomimo braku ojca, z matką, która sama jest jeszcze nieomal dzieckiem, pod czujnym okiem ukochanej służącej, spędza kilka lat idyllicznego dzieciństwa, by wkrótce okazać się piątym kołem u wozu, gdy matka ponownie wychodzi za mąż. Smutne i zawiłe okoliczności sprawiają, że wkrótce mały Davy zostaje sierotą, pozbawionym złudzeń o przewrotnej naturze wszechświata. Zmuszony do bardzo ciężkiej pracy, w wieku dziesięciu lat ucieka w poszukiwaniu dawno utraconej rodziny. Gwiazdy raz mu sprzyjają, raz odbierają nadzieję, a smutki i próby przybliżają powolutku wyolbrzymione przez wyobraźnię pragnienia. David przeżywa miłości i zdrady, wielkie straty i piękne niespodzianki. Czas mija, świat się zmienia, okoliczności również, ale bohater odnajduje się we wszystkich zawiłościach losu, przyjmując także ciosy, jakie szykuje dla niego opatrzność. Jednocześnie dba o to, by na zawsze pozostać sobą, tak, by po latach mógł we wspomnieniach bez wstydu powrócić do lat minionych.

Pisząc o powieści „typowo, a nawet stereotypowo dickensowskiej” mam na myśli podobieństwo poruszanych w „Davidzie Copperfieldzie” tematów, a także motywów, które znajdziemy także chociażby w jego „Wielkich nadziejach”, czy we flagowym dziele, jakim jest „Opowieść Wigilijna”. Jest tu klasyczna walka słabych i silnych, miejska gra o władzę, która przypomina walkę o dominację w dżungli. Królują dżentelmani i damy, dziedziczone bogactwo, rodzinne majątki, których utrzymanie jest kwestią honoru. Głównym założeniem jest jednak ciężka praca, a wszelkie marudzenie, ociąganie się i lenistwo, także wyższych klas, nie są wcale mile widziane. Tak mężczyźni, jak i kobiety muszą mieć jakieś zajęcie, nawet jeśli takim zajęciem jest opieka nad pannami na wydaniu, czy organizowanie kwest dobroczynnych. Społeczeństwo jest podzielone, zazwyczaj to ci bogaci okazują się źli i przewrotni, a biedne, poczciwe dusze mają złote serca i potrafią dzielić się nawet ostatnim okruchem ze stołu. Jednak Charles Dickens zawsze pozostawia furtkę dla tych zimnych i zdystansowanych, tak, by w odpowiednim momencie mogli powrócić na łono rodziny, bliskich, czy przyjaciół i w pełni odkupić się za swoją niegodziwą przeszłość.

Natomiast głównym motywem w „Davidzie Copperfieldzie” wydaje się być właśnie przede wszystkim pogoń za szczęściem opisywaną już z perspektywy czasu, wieku i doświadczenia narratora. Za szczęściem jako niepojętą ideą, szczęściem, jako marzeniem, uczuciem absolutnego spełnienia, najbardziej tego rodzinnego. David szuka go od samego początku, od chwili, gdy tak naprawdę traci matkę na rzecz nowego mężczyzny u jej boku. Potem, już w szkole, daleko poza domem, szuka więzów w przyjaźni, ale te również zostają mu odebrane w okrutny sposób. Chłopak jest odrzucany, wystawiany na trudne próby, niemniej wciąż pozostaje gdzieś daleko jedna pewna osoba, do której może powrócić, gdy świat okaże się zbyt okrutny. Ale David poszukuje dalej. Nawet miłość, niestety, okazuje się niepełna, gdy jego młodziutka żona, nieomal kopia matki, okazuje się być nie tym, czego oczekiwał. A to, czego oczekuje nasz bohater to pełnia. Pełnia rodzinnego ciepła, pełnia uczuć, pełnia związku – przez lata przebywając z ludźmi, którzy stanowili jedynie namiastkę, to jedno marzenie pozostaje długo jeszcze niespełnione, ale jak to bywa w dickensowskich wyobrażeniach – wciąż jednak jest realne, bo bardzo bliskie.

„David Copperfield” Charlesa Dickensa to monumentalny portret wikoriańskiego społeczeństwa, obszerny portret codzienności tamtego okresu historycznego i jednocześnie piękna powieść o dorastaniu. I wcale nie chodzi tu o dorastanie fizyczne, a psychiczne, dorastanie do zrozumienia, z czego naprawdę składa się życie, czym tak naprawdę jest to szczęście, którego poszukuje tytułowy bohater. To wszystko zamknięte w doskonale skonstruowanej powieści, pełnej wzruszających momentów, chwytających za serce chwil i z galerią perfekcyjnie wykreowanych postaci, barwnych i żywych, takich, które od razu stają w pełnej krasie przed oczami czytelnika. To klasyka w najlepszym tego słowa znaczeniu, jedna z tych historii, do których wraca się po latach, by tak jak sam bohater rozstrzygnąć o wartości młodzieńczych marzeń, skonfrontować nadzieje dawne i przyszłe, na nowo odtworzyć siebie i pojąć istotę ulotnej szczęśliwości.

KomiksWielkobukowy07

O.

*A teraz czas na… ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE 😀ŻyczeniaŚwiąteczne

BEZSENNE ŚRODY: „The Signal-Man” Charles Dickens

Bombla_BezsenneTHESIGNALMAN

 

„Halloa! Below there!”

Gdy rozmyślam o miejscach, które uznać można by z założenia za nawiedzone, z tendencją do zjawisk paranormalnych, to w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy lokacje oczywiste, odizolowane i opuszczone, gdzie ludzie pojawiają się raczej rzadko, albo w bardzo określonym celu lub całkiem przypadkiem, jak cmentarze, ruiny, stare zamczyska, piwnice, opuszczone groty, czy leśne uroczyska. Rzadziej już wpadają w myśli miejsca użyteczności publicznej, gdzie ludzi zawsze jest pełno, a przynajmniej całkiem sporo przewija się ich dziennie i przemierza ścieżki wzdłuż i wszerz, na przykład szpitalne korytarze, lotniskowe poczekalnie, czy perony stacji kolejowych. Za to zupełnie już w takich chwilach nie myślę o miejscach zdawałoby się całkiem zwyczajnych, nietypowych niby, ale jednak normalnych, istniejących po prostu i całkiem neutralnych, czyli torach lub zwyczajnych tunelach przejazdowych, tuż przy chatce dróżnika. A właśnie w takim miejscu pojawia się zjawa w opowiadaniu tytana dziewiętnastowiecznej angielskiej prozy, czyli Charlesa Dickensa, zatytułowanego „The Signal-Man”.

Pewnego mglistego, zimnego dnia narrator opowieści zachodzi podczas spaceru w okolice domku dróżnika, tuż przy wjeździe do pobliskiego tunelu. Zaintrygowany stojącym u dołu nasypu mężczyzną, schodzi i zagaja rozmowę. Dróżnik jednak wydaje się być co najmniej nerwowy, zerka co chwilę w stronę tunelu i palącej się tam lampki. W jego oczach maluje się przerażenie, uciekają mu słowa i myśli, a sam narrator wzmaga w nim poczucie niepewności. Jednak ten nie daje za wygraną i niejako wymusza na dróżniku wyznanie. Umawia się z nim na kolejny wieczór, by nocną porą wysłuchać opowieści o dziwnej zjawie, która podobno pojawia się u ziejącego wylotu tunelu i ostrzega przed mającym się wydarzyć wypadkiem na tej konkretnej kolejowej trasie. Jak dotąd jej „przepowiednie” sprawdzały się co do joty, a w ostatnich dniach duch pojawia się już każdego dnia i macha, usiłując przekazać coś ważnego, dając sygnał na torach. Już wkrótce okaże się przed czym próbował ostrzec biednego dróżnika.

Charles Dickens, w jedynie sobie znany sposób, perfekcyjnie buduje napięcie i tworzy niezapomnianą atmosferę wokół miejsca wydarzeń. Podobnie jak narrator, mamy wrażenie, że zostaliśmy dopuszczeni do wielkiej tajemnicy, jakiegoś niezrozumiałego sekretu, który skrywa tunel i nasyp, a który nie wszyscy są w stanie pojąć zmysłami. Z jednej strony czujemy się zdjęci bezbrzeżnym strachem, a z drugiej – chcemy zobaczyć zarys postaci i poznać zagrożenie. Czuć w tej opowieści Dickensa i ducha jego epoki, której towarzyszyła fascynacja wszystkimi zjawiskami paranormalnymi. Sam autor należał do legendarnego już Klubu Duchów, który istnieje nawet do dziś, a którego członkowie zajmowali się śledzeniem zjaw, przypadków nawiedzeń i niewyjaśnionych obecności. Te niezwykłe fascynacje dostrzec można właśnie w narratorze „The Signal-Man”, który brnie naprzód i zadaje kolejne pytanie, próbując przeniknąć sekret. Jednak czasami to, co niezrozumiałe powinno raczej pozostać w sferze niewypowiedzianego. Lepiej pogodzić się z faktami, zanim zabłyśnie czerwona lampka i już będzie za późno.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo widzę go jak stoi i macha do mnie u wylotu tunelu.

O.

*Opowiadanie „The Signal-Man” znajdziecie w tomie „Three Ghost Stories” dostępnym całkiem za darmo i legalnie, w oryginale na stronie Project Gutenberg TUTAJ.

„Wielkie Nadzieje” Charles Dickens

Bombla_WielkieNadzieje

 

„Suffering has been stronger than all other teaching, and has taught me to understand what your heart used to be. I have been bent and broken, but – I hope – into a better shape.”

„Great Expectations”

Dzisiaj dzień uroczysty. Dzień obżarstwa, rodzinnych spotkań i prezentów. Czas spokoju i błogiego relaksu wieczorną porą, gdy można w końcu oderwać się od codziennego życia i zwolnić bieg. Właśnie dlatego, nie przez przypadek, podobnie jak w zeszłym roku, na wigilijny wieczór wybrałam dla Was powieść idealną, autorstwa Charlesa Dickensa. Twórczość tego pisarza od zawsze i nieodłącznie kojarzy mi się ze okresem około-świątecznym i ogólnie zimowym. Przywodzi na myśl mgliste wrzosowiska, mokre ulice Londynu, deszcze i śniegi. Jest w niej coś przytłaczającego, ciężkiego i właśnie takiego, co sprawia, że mrocznym i mroźnym sezonie czyta się go najlepiej. Z pewnością przyczynia się także do tego niełatwa tematyka, pogrążeni w cierpieniu i smutku bohaterowie oraz panująca w jego świecie niesprawiedliwość, wychylająca się na każdym kroku.

Historią zawodu, niezrozumienia i złamanego serca jest jedna z najpiękniejszych powieści literatury angielskiej i jednocześnie jedna z najlepszych w dorobku Dickensa, czyli „Wielkie Nadzieje”. To historia niewyobrażalnych kontrastów, doskonale obrazująca społeczne i industrialne zmiany, jakie zaszły i jakie wciąż zachodziły w tym czasie w XIX-wiecznej Anglii. Epoka wiktoriańska odznaczała się zachodzącymi na szeroką skalę przemianami kraju, którego mieszkańcy z dotąd licznie zasiedlonych terenów wiejskich tłumnie przenieśli się do będących w stałym rozwoju miast. Londyn stał się mekką dla wszystkich, którzy szukali pracy, łatwego zysku i lepszych warunków życia, jednak masowe przenosiny tylko nielicznym pozwoliły polepszyć warunki bytu. Podział klas stał się jeszcze bardziej widoczny, a reguły przynależności do tych najwyższych, jeszcze bardziej restrykcyjne. Ulice Londynu wypełniał nieustający zgiełk, a wśród tłumów można było dojrzeć cały przekrój sfer, od arystokratycznej śmietanki po najbiedniejszych, wygłodzonych żebraków.

W takim kształtującym się od nowa świecie urodził się Pip. To osierocony chłopak, którego wychowania podjęła się kochająca go, ale surowa siostra i jej dobroduszny mąż – kowal Joe. Mieszkają w małym domku, na angielskiej wsi w hrabstwie Kent, obok nadrzecznych bagien i cmentarza. To właśnie w tej mglistej atmosferze Pip dorasta, gdzieś w środku przekonany o swojej wyjątkowości i o tym, że opatrzność stworzyła go do wyższych celów. Pewnego dnia, gdy rozmyśla na grobie swoich rodziców, znikąd wyłania się zbiegły więzień, terroryzuje chłopca i zmusza, by ten przyniósł mu jedzenie i narzędzia do przecięcia kajdanów. Zastraszony chłopiec zgadza się, uwalnia mężczyznę, nie wiedząc nawet, że właśnie uśmiechnęło się do niego przeznaczenie. Jeszcze wiele czasu minie, zanim Pip będzie miał szansę się o tym przekonać.

Pip dorasta, a jego kolejny wielki dzień nastaje, gdy jeden z jego dalekich krewnych zabiera go w odwiedziny do starej posiadłości Satis House. To miejsce jest niczym zatrzymane w czasie, a jego posiadaczką jest ekscentryczna i, jak to dziwne miejsce, jakby „zakurzona” Miss Havisham. Tam poznaje śliczną protegowaną właścicielki – Estellę – wyniosłą, młodą osóbkę, której serce jest równie zimne, jak serce jej opiekunki. Dziewczynka odrzuca Pipa z założenia, jako niegodnego chłopaka z nizin, a on natomiast, na swoje nieszczęście zakochuje się w niej i wtedy podejmuje decyzję, że tylko dla Estelli wyniesie samego siebie ponad stan i zostanie bogatym dżentelmenem. Przeznaczenie znów uśmiecha się do niego i powraca pod postacią prawnika, który oznajmia chłopcu i jego rodzinie, że tajemniczy dobroczyńca pragnie sfinansować naukę Pipa w Londynie i sprawić, że prosty chłopak faktycznie stanie się bogatym młodzieńcem. Ale nawet tam, nawet gdy miną lata, cel Pipa będzie jeden – zdobyć serce Estelli.

Tytułowe wielkie nadzieje (z ang. great expectations), to nic innego, jak umożliwienie młodemu człowiekowi predyspozycji do pobierania nauki i zdobycia godnego wykształcenia, by ten wypełnił oczekiwany plan i w przyszłości został godnym obywatelem klasy wyższej. Wielkie nadzieje to również oczekiwanie w ogóle, że może w końcu coś, gdzieś, ziszczą się najskrytsze marzenia. Także szczera wiara, że coś może się udać i pójść zgodnie z planem, a ten plan ustalony jest z góry, dla każdego człowieka. Bohaterowie powieści Dickensa pielęgnują właśnie takie wielkie nadzieje i oczekiwania. Ich wzrok wciąż wędruje naprzód, ich przeszłość jest jedynie motorem do tworzenia przyszłości, a ich motywacje nie mają zawieszenia w teraźniejszości. Ale nie bez powodu mówi się, że „nadzieja jest matką głupich”, bo i w tym przypadku to przykre powiedzenie sprawdza się co do joty. Nadzieje i marzenia pryskają, raz za razem, przynosząc za sobą kolejne smutki i stracone złudzenia.

Podążając śladem Pipa, wynurzając się z jego przydomowych, dobrze znanych mgieł, stajemy się świadkami zmiany jego punktu widzenia wraz ze zmianą warunków życia – jego wstydu i niemożności pogodzenia się z prawdziwym pochodzeniem. Chłopak przez większość życia czuje się gorszy, Estella tylko utwierdza go w tym przekonaniu, a podziwiana z daleka Miss Havisham przyklaskuje podopiecznej. Tożsamość Pipa chwieje się przez całą powieść, jego los miejscami staje się bardzo niepewny, a wszystko w wiecznym poczuciu nieszczęścia i nadchodzącej, nienazwanej katastrofy. I tylko czasami, tylko momentami, można złapać się na poszukiwaniu iskierki na horyzoncie i próbować przekonać samego siebie, że nie wszystko jeszcze stracone. Wciąż jest szansa, by starte w proch marzenia spełniły się. Może. Kiedyś. Pewnego dnia.

O.

„Opowieść Wigilijna” Charles Dickens

Bombla_CrhistmasCarol2

„Opowieść Wigilijna” to historia, do której powracam każdego roku. Nie wyobrażam sobie grudnia bez tej pięknej zimowej opowieści. Charles Dickens we wspaniały i niepowtarzalny sposób pozwala nam zanurzyć się w przedświąteczną atmosferę wiktoriańskiej Anglii. Nie jest to jednak obrazek jak ze starej uroczej pocztówki, a raczej smutny przekrój przez brytyjskie społeczeństwo. Nic nie ucieknie przed wzrokiem tego pisarza, który wielokrotnie poruszał temat biedy i różnic między ludźmi. Który widział i sam przeżył smutki i problemy nękające rodziny z marginesu, osierocone dzieci i żebraków.

W tym roku postanowiłam spojrzeć na „Opowieść Wigiliją” inaczej. Zostawiając za sobą obrazy ludzkiej nędzy i społecznej rozpaczy skupiłam się na postaci głównego bohatera i jego głębokiej melancholii i samotności.

Od kiedy pamiętam Ebenezer Scrooge stanowił symbol chciwości. Był uznany za człowieka zimnego i bez serca. Wydarzenia przedświątecznej nocy były konieczne, by zmienić go przede wszystkim dla innych, by otworzył serce i… swoją sakiewkę. A co z samym Ebenezerem? Kim jest człowiek, który posłużył Dickensowi za przykład przemiany idealnej?

Ebenezer Scrooge z pewnością nie jest postacią, na której możemy się wzorować. Idąc tym tropem stwierdzam, że Scrooge to raczej antybohater. Jego działania są z założenia złe, samolubne i antypatyczne. Jest „starym grzesznikiem”, którego rysy twarzy, a nawet postura wyznaczają zło. Samotny, bez bliskiej rodziny i bez przyjaciół, o zaciętych ustach, zimnym oceniającym spojrzeniu… Za Scroogem idzie ciemność i chłód, a w prozie Dickensa to symbole śmierci. Śmiercią zaczyna się sama powieść i to dzięki śmierci Scrooge ma szansę poznać samego siebie, wędrując w czasie pod opieką duchów.

Skąd przeświadczenie o zagubieniu tego dickensowskiego antybohatera? Już na samym początku poznajemy codzienność Scrooge’a. Dla niego liczy się tylko biznes. Biznes jest wszystkim. Biznes to Scrooge. I Marley. Wychodzi na to, że wszystko jedno jakim nazwiskiem zwrócimy się do Ebenezera, gdyż reaguje zarówno na swoje, jak zmarłego przed laty wspólnika. Dla niego forma działania jest całkowicie obojętna, podobnie jak dla jego towarzyszy w biznesie. Liczą się tylko ostateczny wynik i zysk, jaki czerpią z danego układu. Życie Scrooge’a to seria transakcji, wyliczeń opłacalności, tabelek strat i podpisywania powiadomień o eksmisji ubogich lokatorów.

Scrooge sam siebie zdehumanizował. Utracił integralność na rzecz biurokracji, tej najgorszego sortu, tej którą rządzi jedynie pieniądz i w której nie ma miejsca na jakiekolwiek uczucia, bo uczucia to „brednie”, humbug, co powtarza raz po raz. Ma się wrażenie, że Scrooge to maszyna, kalkulator, któremu na niczym nie zależy. Jednak czy jest chciwy i samolubny z serca, czy to profesja i uwielbienie pracy doprowadziły go w takie, a nie inne miejsce? W końcu on sam nic nie zyskuje na tym, co robi, sam siebie ogranicza i… wszyscy wokół niego wydają się mieć tego świadomość, tylko nie on sam.

Czas Świąt Bożego Narodzenia jest niezwykły, bo pozwala zapatrzonym w zaczarowaną pocztówkową wizję, otworzyć oczy na to, co dzieje się wokół i przypomnieć o co w Świętach tak naprawdę chodzi. To właśnie teraz najłatwiej podjąć decyzję o zmianie, nadrobić zaległości w działalności charytatywnej i dzięki udzielonej komuś pomocy samemu poczuć się lepszym człowiekiem.

Ebenezer Scrooge nie potrafi przełamać się i wyjść poza stworzony przez siebie świat. Co roku powtarza te same, smutne frazy, przegania ludzi w potrzebie, przymyka oczy na nieszczęścia, których jest świadkiem, a nawet odgania swojego ukochanego siostrzeńca! O tak, bo Scrooge kocha go bardzo. Tak samo, jak jego zmarłą matkę, swoją siostrę, tylko tak jakoś nie umie już tego pokazać. Zagubił się we własnych rytuałach, rutynie codzienności, okrutnej i niezmiennej od lat. Zjawa Jacob’a Marley’a przybywa właśnie po to, by go obudzić i uwolnić z kajdanów, które sam na siebie nakłada, a które nękać go będę po śmierci, jeśli nic w swoim życiu nie zmieni.

Gdy Marley zwraca się bezpośrednio do Scrooge’a, imiennie, przekonuje go o jego własnej cielesności i człowieczeństwie, bo przecież odczuwany przez niego strach to wyjątkowo ludzkie uczucie. Na tą jedną noc, nasz antybohater staje się nareszcie sobą, by ostatecznie uświadomić sobie, jakim wielkim był głupcem, że zmarnował życie, największy dar, jaki możemy otrzymać. By to życie odzyskać, chociażby częściowo, Scrooge musi wyjść z cienia, opuścić mrok, którym się otacza i na nowo narodzić się dla świata, tym razem w jasności.

Nie przez przypadek pierwsza zjawa, Duch Przeszłych Świąt, cały otoczony jest światłem. Jego celem jest pokazanie Scrooge’owi tego co było jasne w jego historii, czyli dobre i pełne życia. Były to czasy, gdy pieniądze nie były jedynym celem, a Ebenezer miał możliwość wyboru. Kiedy jeszcze liczył się drugi człowiek: koledzy, siostra, ukochana Belle. Ich odrzucenie poskutkowało zgorzniałą, wyalienowaną egzystencją. Konfrontacja z przeszłością wywołuje wstyd, ale także ponownie otwiera serce Scrooge’a, a Duch Przeszłości dzieli się z nim swoim światłem.

Duch Tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia (ubolewam nad nieprzetłumaczalnością pięknych wyrażeń Dickensa) pokazuje mu to, co stanie się, kiedy wydarzenia będą biegły wybraną przez Scrooge’a ścieżką. Czyli, gdy nic się nie zmieni, a Ignorancja i Bieda będą panowały na ziemi. Niby szara codzienność, znane twarze, a jednak te obrazy świątecznej radości w każdym, nawet najbiedniejszym zakątku miasta poruszają naszego antybohatera niezrównanie. Ten Duch otwiera Scrooge’owi oczy i kieruje jego wzrok na innych. Po raz kolejny Scrooge wstydzi się i rozumie, jak bardzo zmarnował życie.

Gdy pojawia się Duch Świąt, które Mają Nadejść (of Christmas Yet to Come), Ebenezer już wie, że zmiana jest konieczna i nieunikniona. Świadomość utraty tak wielu ludzi i ich miłości nie pozwoli mu już powrócić do tego, co było. Duch Przyszłości otwiera mu umysł i w dramatyczny sposób ukazuje, jak mógłby się taki smutny żywot zakończyć. Duch ten jawi się jako mroczna, ciemna zjawa, niosąca smutek i śmierć. Wizje, jakie niesie ze sobą np. okradzenia ciała czy pokazanie nagrobnej płyty z nazwiskiem Ebenezera wywołują w Scrooge’u silniejsze emocje i większą potrzebę przemiany niż cokolwiek do tej pory.

Dickens po mistrzowsku pokazuje nam, że nie warto marnować życia. Daje nadzieję, że nigdy nie jest zbyt późno, by obrócić własny los. Udowadnia również, że pieniądze potrafią naprawiać życie i mają wielką siłę, ale tylko wtedy, gdy to nie namnażanie ich jest celem, ale dzielenie się z potrzebującymi.

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam i sobie, byśmy nie stali się Scrooge’ami. Byśmy otworzyli serca, oczy i umysły! Żyjmy teraz i dziś zarówno ze wspomnieniem przeszłości w sercach jak i z pomysłem na przyszłość! Nie tylko w Święta Bożego Narodzenia, ale zawsze, o każdej porze roku.

Wesołych Świąt!

O.

P.S. Poniżej piękna piosenka z genialnej muppetowej adaptacji powieści „Muppet Christmas Carol” Jima Hansona śpiewana przez Maleńkiego Tima.