„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator

Bombla_CiemnoPrawieNoc

 

„Według Ewy listopad był szczeliną w czasie, pęknięciem między jesienią i długą polską zimą, gdy żyło się na krawędzi, w zawieszeniu, i czekało, aż czas zabliźni się, gdy przyjdą grudniowe mrozy. ‘W listopadzie, Wielbłądko, można wyjść po zapałki i nie wrócić, w listopadzie, jak dobrze się przyjrzysz, to zobaczysz, że w każdej kałuży widać schody, które prowadzą pod ziemię. Nocą odpływy w łazienkach powiększają się tak, że bez trudu mieści się w nich dorosły człowiek. A takie siuśmajtki jak ty muszą uważać nawet na szpary w podłodze i mysie dziury.’ ‘Dlaczego?’ ‘Bo listopad to czas, gdy otwierają się przejścia.’”.

Za oknem zimno i mrocznie. Deszcz siąpi prawie każdego dnia. Wiatr zawiewa wywołując dreszcze przygnębienia. Mgliste poranki zwiastują senne, smutne dni. Niedobitki liści zwisają smętnie z drzew, a pod stopami rozkłada się błotnista maź. Gnijąca skorupa w najbrzydszym z możliwych kolorów. Zniknęły czerwienie i pomarańcze. Wszechobecna żółć zamieniła się w szarość i brud.  Wilgoć i przejmujące zimno przebijają się przez najgrubsze ściany. Nie ma słońca, no może czasami wychyli się zza szarawej poświaty, ale już nie grzeje. Przypomina jedynie, że gdzieś tam jest, schowane za chmurami i czeka na lepsze dni. Wszystko zawarte w jednym słowie – listopad. Miesiąc na skraju, gdy jeszcze nie ma pierzynki śniegu, gdy mróz nie zaróżawia policzków, a wesoły sezon świąteczny dopiero przed nami. Pora ciemna, gdy zmierzch zapada szybciej niż byśmy chcieli. Gdy światło nie dociera we wszystkie zakamarki. Tam czają się potwory. W listopadzie zło staje się podwójnie złe. Jeszcze bardziej widoczne, pogrubione, jakby podkreślone kilkakrotnie. Gdy w listopadzie znika człowiek, nie można być pewnym, że się odnajdzie.

A gdy ginie dziecko?

Taką właśnie listopadową porą, w zawieszeniu pomiędzy jesienią a zimą, toczy się akcja powieści Joanny Bator zatytułowanej „Ciemno, prawie noc”. Rzecz dzieje się w Wałbrzychu, rodzinnym mieście autorki, ukazanym niby kraina z najgorszych koszmarów, odzwierciedlenie wszystkiego, co w polskich miastach najgorsze, najmroczniejsze. Ten Wałbrzych rodem z horroru, dawniej zwany Waldenburgiem, to wyolbrzymiona, powiększona wizja miasta-niby potwora, który pochłania swoich mieszkańców, zatruwa ich umysły i serca. To miejsce, w którym przyszłość jest niejasna, raczej nierealna, natomiast przeszłość wciąż żywa i rzucająca zgniło-czarny cień na wszystko wokół. Wałbrzych mógłby być jednym z najładniejszych miast w Polsce – otoczony lasami, z pięknym zamkiem Książ, zabytkowymi kamienicami, muzeami… Mógłby być jednym z najprężniej rozwijających się ośrodków przemysłowych z fabryką ceramiki, okolicznymi kopalniami, dawnymi zakładami włókiennictwa… Ale nie jest. Miasto pełne biedy, takiej, co już się nie ukryje za warstwą taniej farby, za belą sztucznej trawy. Upadek. Koniec. Nie ma drugiej szansy.

Do Wałbrzycha z wizji Joanny Bator, po trzydziestu latach nieobecności powraca Alicja Tabor, dziennikarka, której zadaniem jest napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Andżelika, Patryk i Kalinka – zniknęły nagle, „jak kamień w wodę”, zdmuchnięte z powierzchni ziemi. Dzieci biedne, z rodzin zepsutych tak, że nic nie jest w stanie ich naprawić. Oczami Alicji obserwujemy patologie, deprawacje, dewiacje tak wielkie, że zupełnie niepojęte dla zwykłego człowieka, o wpojonych podstawowych zasadach moralności. A w samym mieście panuje religijny obłęd. Samozwańczy bałwan-mesjasz od Matki Boskiej Bolesnej, patronki Wałbrzycha, wykrzykuje co wieczór brednie na placu. Wokół niego schorowane dewotki, kupujące kości wykopane z pobliskich mogił poniemieckich, niczym talizmany na boleści i nieszczęścia. Religia wypaczona. Zmutowana. Zła.

To zło, w najczystszej postaci, kumulowało się w Wałbrzychu już w czasach, gdy ten był jeszcze Waldenburgiem. Pod legendarnym zamkiem Książ, gdzie podobno gdzieś schowane są skarby, poukrywane są również mogiły tysięcy ofiar nazistów i armii czerwonej. Lasy i polany pełne są dziur, z których do dzisiaj wystają kości, gdzie w powietrzu czuć nieszczęście, ludzką tragedię, śmierć. Powietrze przegniłe, jakieś osaczające takie, lepkie, które osadza się na człowieku. Powietrze morowe. Trucizna, która nakazuje ludziom znęcać się nad dziećmi, która zmusza do skórowania zwierząt, do nieludzkich tortur, do zadręczania innych istot na śmierć. Wydaje się, że w tej krainie wiecznego mroku, tym królestwie okrucieństwa, są tylko, jak w tej dziecięcej opowiastce do postraszenia, „czarne, czarne lasy, a w nich czarne, czarne domy, w nich czarne, czarne pokoje, a w nich czarne, czarne trumny”. I trupy. Morze trupów przywalone czarną, czarną ziemią.

Jednak w tej czerni absolutnej można natrafić na oazę światła. Po nitce do kłębka. Po sznurze, od jednej perły do drugiej. Tak właśnie napotyka dobrych ludzi Alicja. Mieszkańców Wałbrzycha, którzy jeszcze nie dali omotać się złowieszczym zaklęciom. Kociary, Kocińskie, Kitti-Kitti, które chronią bezdomne zwierzęta. Bibliotekarki bez konkretnej płci. Starzy mieszkańcy, którzy wciąż pamiętają urywki dobra. To wyłącznie dzięki nim potrafi ona znaleźć w sobie siłę i stawić czoła demonom przeszłości. A jakie to są demony! Obłęd, przemoc wypaczona do absurdu, samotność, śmierć bliskich jeszcze bardziej bolesna, podwójnie śmiertelna, bo zabijała też tych, którzy jeszcze żyli. Odbierała resztki witalnych sił. Rozpad rodziny. Rozpad domu. Rozpad więzów. A wszystko to pośród legend o księżnej Daisy. Pośród wspomnień wojennych, które nie są wcale wspomnieniami, ale koszmarami przeszłości. Pośród gnijących strzępów dawnych marzeń. Tymi strzępami żywią się Kotojady – nazwa, jak każda inna, bezkształtność, która przybiera ludzki kształt, istoty, które „trwają i żrą. Przenikają przez ściany, przez ciała, a gdy dostaną się do środka, sprawiają, że wszystko gnije i wypełnia się cuchnącą mgłą…”

 „Ciemno, prawie noc” to jedna z tych powieści niesamowitych, która w miarę czytania, w miarę upływu stron i rozdziałów, wywołuje w czytelniku chroniczny ból brzucha wraz z naturalną potrzebą zwinięcia się w kłębek, w pozycji płodowej, tak by przeczekać najgorsze. W trakcie lektury rodzi się strach. Taki najbardziej pierwotny, jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy potwór w szafie był podwójnie potworny. Joanna Bator wykorzystała element narracji nieomal baśniowej, która działa na podświadomość, wsysa się mackami i siedzi przyczajona. Historia Alicji, która wpadła do króliczej nory wałbrzyskiego koszmaru, by tam przesądził się los jej oraz zaginionych dzieci, zostawia po sobie trwały ślad. Wielkie pole do rozmyślań. Pozostawia też czujny umysł, włącza czerwone światełka, gdy tylko pojawia się drugi człowiek na ciemniejącej ścieżce.

A listopad trwa w najlepsze. I dlatego – uważajcie na siebie. Zamknijcie dokładnie drzwi. Zapalcie lampy. Patrzcie pod nogi – nie wchodźcie w kałuże. Nie gońcie mglistych majaków wśród drzew. I zawsze idźcie w stronę światła, bo gdy raz wdepniecie w ciemne przejście już nigdy możecie się nie odnaleźć.

O.

*Ta powieść to potwór, monolit, Pantagruel żarłoczny, który zagnieżdża się w głowie i nie da się o nim zapomnieć, nawet rozmyślając o różowych słoniach, bo zamiast słoni „Ciemno, prawie noc”. Kawał doskonałej literatury. Przerażająca opowieść. Nowy Duży Buk.

60 thoughts on “„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator

  1. takitutaki pisze:

    oo nowy duży buk 🙂 a jakoś tak z literaturą Pani Bator czekałem aż jakiś bodziec będzie i…. dostałem chyba.. iż gdyż czasem dobrze się zwinąć w kłębek 🙂

  2. lacunerhei pisze:

    Wspaniały cytat! Nigdy nie skłaniałam się ku książkom tej autorki… Błąd. Co za emocje, co za przerażenie! Muszę to przeczytać! 🙂

    – Luka Rhei

  3. tanayah pisze:

    BARDZO przeżywałam tę książkę i niesamowicie mnie wciągnęła. Cieszę się, że i Tobie przypadła do gustu 😀 Muszę koniecznie poczytać więcej prozy Bator.

  4. Ambrose pisze:

    Ha, akurat wczoraj zastanawiałem się wspólnie z moją dziewczyną, czy warto sięgnąć po tę książkę. Wahanie, niepewność, itd., itp., a tu dzisiaj niespodzianka – recenzja tej właśnie pozycji : ) Dzięki za tekst, który z pewnością pozwoli mi podjąć decyzję.

  5. Dofi pisze:

    Pewnie już nie zdążę w listopadzie, ale za to podczas jakiejś samotnej i bezksiężycowej nocy też chyba byłoby dobrze…

    • Bombeletta pisze:

      Wspaniała opowieść – koniecznie przeczytaj 🙂 Czekam na Twoje wrażenia!
      I dziękuję za zaproszenie – konkurs bardzo fajny 🙂 Kuszą „Norweskie Noce”, więc chyba wezmę udział 😀

    • Bombeletta pisze:

      O! Szkoda strasznie… Ja się zupełnie od tej wiarygodności opowieści odcinam w tym wypadku – już same te legendarno-baśniowe elementy wykluczają pełny realizm, ale to każdy po swojemu odczytuje, każdy co innego lubi w książkach i wiadomo – nie każdemu musi się podobać 🙂

      • Kasia pisze:

        Bombeletto, nie chodziło mi o realizm książki, baśniowości, bo samo to, że jest to literatura wyklucza realizm, nawet gdyby starała się ten świat realny odzwierciedlać, nawet gdyby był to pamiętnik czy tzw. literatura faktu, zawsze pozostaje literaturą, zawsze autor coś kreuje. Chodziło mi raczej o to, że w samej postaci Alicji jest coś, co nie przekonuje mnie do jej decyzji, pobudek, zamiarów, jakby w tej postaci było coś niespójnego, a o to chyba Bator nie chodziło. Zapraszam do przeczytania recenzji tej i innych książek na moim blogu 🙂

        • Bombeletta pisze:

          Już wczoraj Cię odwiedziłam, przeczytałam i wszystko rozumiem 🙂
          Podtrzymuję w pełni zachwyt dla „Śpiewaj Ogrody” – piękna opowieść 🙂

  6. Natalia_Lena pisze:

    Niesamowita powieść. ,,Sponiewierała mnie” i myślałam, że z tego mrocznego bagna już nie wyjdę. Mam nadzieję, że Bator stworzy jeszcze inne powieści, oj, jaką ja mam nadzieję…

  7. Lina pisze:

    Stoi na półce i czeka, jeszcze przede mną 🙂
    Pokochałam „Piaskową Górę”, więc liczę na to, że „Ciemno, prawie noc” pokocham również.

  8. Agnieszka pisze:

    Właśnie mruga do mnie żółtą okładką… Kupiona, a jakże, ułożona w stercie – tej ważniejszej, do przeczytania „od razu” – no i leży. Przyznam, że niewiele opinii dało mi tak wielkiego kopa do przeczytania książki, jak Twoja.
    P.S. Boję się zaglądać do Twoich dawniejszych wpisów, bo wychodzę i lecę prosto do wirtualnego koszyka. We wtorek czekam na „S.”…

    • Bombeletta pisze:

      Dziękuję! Ale mi się miło zrobiło 😀
      „Ciemno, prawie noc” idealne teraz na jesienną porę – nie zwlekaj, zachwycisz się 😀 A „S.” – to nie jest zwykła książka – to jest prawdziwa literacka przygoda ❤ Wyczekuję Twoich wrażeń!

  9. BookTrapper pisze:

    Bardzo chcę przeczytać tę książkę. Wstyd przyznać od jak dawna się do niej zabieram. Na półce stoi „Japoński wachlarz” i też czeka na swoją chwilę 🙂 Fantastyczna recenzja.

    • Bombeletta pisze:

      „Japoński wachlarz” to była moja pierwsza przygoda z Bator i wielka miłość do Japonii ❤
      No a "Ciemno, prawie noc" jest do zachwycania się, własnie jesienną porą – zdejmij z półki i zaczytaj się 😀

  10. Wiktor pisze:

    Świetna recenzja!
    Na twórczość Bator, a zwłaszcza na „Ciemno, prawie noc”, czaję się już od dłuższego czasu. Nie wiesz przypadkiem, czy można czytać tę książkę bez znajomości „Piaskowej góry” i „Chmurlandii”? (w sieci wielokrotnie natknąłem się na określenie „Trylogia wałbrzyska”, skąd moje pytanie). W jak dużym stopniu nawiązuje ona do tych pozycji? W jakiej kolejności najlepiej sięgać po te powieści?
    Pozdrawiam. 🙂

  11. piorunwrabarbar pisze:

    Rzeczywiście książka jest bardzo mroczna, wręcz brudna od wszystkich działalności kotojadów, jakie opisuje. Ale tak, jest świetnie skonstruowana i mimo, że to nie moje klimaty, od pewnego momentu zaczęła mnie mocno wciągać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s