Site icon Wielki Buk

„Purezento” Joanna Bator – recenzja

PUREZENTO Joanna Bator

Śmierć przypomina czasami ulatujące zarodniki, toksyczne opary przy kontakcie z nią, kiedy dotyka nas bezpośrednio, wdychamy jej drobinki, zarażamy się nią, niczym podstępnym wirusem. Śmierć osadza się w nas, przenika do krwioobiegu, pędzi prosto do serca i do umysłu. Spowija nas jak swoista ciemność, hipnotyzuje zmysły, omamia. Potrafi zatruwać myśli, przekształcać codzienność, dobijać zwyczajność. Śmierć staje się częścią naszego jestestwa, czymś, od czego już nie sposób się uwolnić, czego nie można do końca pokonać. Jednak, pomimo jej wszechmocy, można ją uśpić, ukoić, oswoić tak, żeby przestała tak boleć, tak torturować, tak bardzo osaczać w chwilach największego zwątpienia. Trzeba nauczyć się ją rozumieć i dopuścić życie, dopuścić rzeczywistość, by nie zdrętwieć i nie zostać otulonym pozornie kojącym kokonem przeszłości.

O tu i teraz, o walce z rekinami ludojadami, o oceanie smutku i życiu po życiu snuje swoją japońską opowieść Joanna Bator. Opowieść, w którą możemy się zasłuchać i jeśli trafi na ten właściwy moment może stać się prawdziwym darem, prawdziwym Purezento.

Samotność była zimna i straszna. Spływała w głąb mojego ciała. Jej życie z dnia na dzień zamieniło się w rozgruchotane skorupy czegoś, czego tak naprawdę nigdy nie było. On zginął zupełnie przypadkiem, myśląc o innej. Zniknął tak szybko, jakby nigdy do końca nie istniał. Jakby nigdy nie byli razem. Pozostała gorzkość na języku, ocean bólu i wspomnienia, które czają się w ciemnościach, atakując znienacka, jak rekiny ludojady. Pani Myōko też pojawia się nagle, ale jej propozycja wydaje się tak niespodziewana, tak odświeżająca, że niemal nieprawdopodobna. Wyjazd do Japonii, opieka nad opuszczonym domem, kot o ludzkich spojrzeniu. I nauka umierającej sztuki kintsugi naprawy tego, co rozbite za pomocą złota.

Dzięki kintsugi to co pęknięte, jest znów całe. Jednak miejsce pęknięcia pozostaje widoczne. Tam, gdzie była rana, jawi się teraz złota blizna. Na zawsze widoczna. Trzeba ją przyjąć. Skaza to część piękna i historii rzeczy. Należy do niej. Zasługuje na szacunek. Całość naprawiona złotem staje się piękniejsza niż przedtem. Jest i nie jest już tym samym.

Proza Joanny Bator ma tutaj słodko-słony smak umami, pachnie morską solą, niesie za sobą skrzek zielonych papug, rozdygotanych cykad o zmierzchu i rozKLAkanego ptactwa. Ma białawą poświatę, jak rozpalone sierpniowe niebo nad Tokio, a w najpiękniejszych chwilach mieni się, jak złoto z pracowni męża Pani Myōko. Purezento to opowieść pełna tęsknoty za tym, co utracone, przed czym uciekało się całe życie, za tym, co zginęło przedwcześnie. To historia żałoby, która przenika aż do kości, która fizycznie boli, która nakazuje unosić się bezwiednie, rozpamiętując w nieskończoność wszystkie niemożliwe do przywrócenia chwile. W tej Japonii umarli krążą tuż obok żywych, pojawiają się pośród cieni, są elementem codziennej nippońskiej melancholii. Ujawniają się w rzeczach małych i błahych, przypominają o tym, co najważniejsze, pozwalają docenić teraźniejszość. I tak, rozbita czarka może stać się metaforą na nowo zlepionego życia, cień wielkiej góry obietnicą czegoś, co czeka na horyzoncie, a niepozorna staruszka dowodem na to, że ktoś jeszcze nad nami czuwa.

Kruchość i ulotność. Trwanie i przemijanie. Każdy mógł je zobaczyć. I podziwiać. Czarka wciąż była piękna. Może nawet piękniejsza? Jej piękno obejmowało to, co całe, i to, co było pęknięte. Zawierało w sobie ból i gojenie, pamięć i przemijanie.

W Purezento zachwyca dbałość o szczegóły, zachowanie konwencji w duchu zen. Tym razem to ocean. Ocean japoński, wszechmocny, potężny, niszczący i tworzący jednocześnie. Ocean, który przenika duszę bohaterki, zamieniając ją w zagubioną rybę pośród wielkich, obcych ławic, która szuka swojej drogi, wpada w morskie prądy i pędzi ku swemu przeznaczeniu. Wokół rekinie ślepe spojrzenia, lodowate smagnięcia, a w głębinach obietnica, światełko czegoś, czego jeszcze nie zna. Nie można nie dostrzec strachu przed wielką falą, przed tsunami, które rujnuje w proch, zabija i nie pozostawia złudzeń. W tej oceanicznej bryzie na zawsze unosi się obietnica przemijalności, z którą być może łatwiej się pogodzić, gdy na języku smakować będzie nie jak maleńka dawka arszeniku, ale wyważone umami.

Joanna Bator powraca do subtelnych japońskich korzeni, bo przecież to w Japonii wszystko się dla niej zaczęło, jako dla pisarki. To Japonia taka jaka pozostaje w sercu kogoś, kto za Japonią tęskni tajemnicza, wypełniona uprzejmością i umiłowaniem tego, co niedoskonałe. To Japonia rozdarta między tradycją a uwielbieniem zachodniej tandety, otoczona melancholijną aurą, ale w pędzie codzienności. To także Japonia, w której zmarli spacerują pośród żyjących, a mimo wszystko przyciąga przybyszów z dalekich, obcych krain. To Japonia, do której chce się wrócić W Purezento czytelnik nie odnajdzie polskiej brutalności tak dobrze znanej z wałbrzyskich historii Bator. Nie odnajdzie także sennego koszmaru Wyspy Łzy i Roku Królika. Jeśli jednak zaczytywaliście się kiedyś w Japońskim wachlarzu, albo kontynuowaliście japońskie wrażenia z Rekinem z Parku Yoyogi to głośne echa tamtych wspomnień odnajdziecie w prostocie przekazu Purezento. W porannej miejskiej mgle widzianej z dachu. W wirujących liściach ginko w ogrodzie u schyłku lata. W krzyku zielonych papug.

Trafia prosto do serca.

Nowy Duży Buk.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem ZNAK. <3

Exit mobile version