Site icon Wielki Buk

Bezsenne Środy: „Kłamczucha” E. Lockhart – PATRONAT & recenzja

KŁAMCZUCHA E. Lockhart (Recenzja książki)

Pojawia się w czyimś życiu niby całkiem przypadkiem. Rozsiada się wygodnie na cudzych kanapach, wygrzewa stopy w cudzych kapciach, sączy drinki z cudzych kieliszków, aż pewnego dnia, ani się obejrzeć, a już wydaje się być kolejnym domownikiem, jakby zawsze tu był. Jakby zawsze tu była. Nieoceniona. Niezbędna. Pasuje idealnie, więc aż żal się żegnać, żal wyganiać za drzwi. Zawsze znajdzie się jakaś rola, którą trzeba pilnie wypełnić, zadanie, które trzeba natychmiast wykonać, potrzebne jest ramię, na którym można się wypłakać. To ramię podsuwa się samo, pozwala uwierzyć, że jest tu tylko po to, by służyć pomocą, poradą, wsparciem. Ale w życiu nie ma nic za darmo

E. Lockhart dobrze wie, jak stworzyć opowieść, która do samego końca będzie trzymała w napięciu i bohaterów, którzy potrafią zaskoczyć Kłamczucha jest jedną z nich.

Ta historia zaczyna się od końca. Meksykański kurort, ekskluzywny hotel i dziewczyna, która nic już nie musi. Jule West Williams jest buntowniczką, wojowniczką, superbohaterką. Doprowadziła swoje ciało do perfekcji, jest mistrzynią kamuflażu, a w świetle wieczornych latarni wygląda zjawiskowo, nawet jeśli po ubraniem skrywa niejeden siniak. Kiedy ktoś zapyta ją kim jest, to czeka na niego zaskakująca opowieść rodem z komiksów i kilka łez. Potem znika, by nigdy więcej nie pojawić się w tym samym miejscu. Ale ciągle wraca myślami do przeszłości, do tego, jak wszystko się zaczęło. Do przyjaźni z kimś, kto odmienił jej życie.

Gdyby tylko miała możliwość przeżyć swoje życie jeszcze raz, byłaby lepszym człowiekiem. Albo kimś innym. Byłaby sobą. Albo mniej sobą. Nie była pewna, ponieważ nie wiedziała już, kim w ogóle jest i czy w ogóle istniała jakaś jedna, określona Jule, a nie wiele jej wersji, które przedstawiała zależnie od kontekstu.

To niby jest opowieść, którą już dobrze znamy, ale opowiedziana jest w taki sposób, że czytelnik przez długi czas nieświadomy jest podobieństwa, a to wszystko za sprawą odwróconej konstrukcji fabularnej. E. Lockhart w fascynujący sposób, podobnie jak robiła to w Byliśmy łgarzami, odwraca uwagę od tego, co najistotniejsze, jak iluzjonista tworząc obrazy, które nie istnieją naprawdę. Pozwala uwierzyć w coś, co nigdy się nie wydarzyło, uchyla rąbka tajemnicy, by za chwilę wyciągnąć z kapelusza kolejny niedopowiedziany sekret. Kolejne kłamstwo.

Istnieją siły w twoim ciele, które nigdy cię nie opuszczą, bez względu na twój wygląd, bez względu na to, kto cię kochał albo nie kochał.

Kłamczucha ma w sobie coś z kryminału, ma w sobie coś z dreszczowca, ale przez długi czas wydaje się być niewinną opowieścią o wyjątkowej, silnej, niezwykłej dziewczynie. Opowieść, która snuje się w pełnym słońcu, pośród bogatych, młodych ludzi, w ich wypielęgnowanych przestrzeniach nie może przecież być opowieścią o potworze, który siedzi w cieniu i obserwuje, ucząc się skomplikowanych zasad, jakie rządzą światem, do którego nie przynależy. Nie może być opowieścią o chciwości, o zazdrości, o maskach, które można przybierać zależnie od okoliczności. Nie może być o nienawiści, jeśli cały czas mówi o miłości. Nie może być diabolicznie niepokojącym thrillerem, który sprawi, że już nigdy nie zaufamy przypadkowo spotkanej osobie Nie może być, prawda?

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo nie wiem kim jestem i czy kiedykolwiek istniało moje ja.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona. <3

**Zapraszam na film!

Exit mobile version