
Sześć nowych kryminałów, w tym „Bezprawie” Remigiusza Mroza.

„Bezprawie” Remigiusz Mróz
Hip hop hurra! Dwudziesty tom Chyłki przed nami! Dwudzieste spotkanie z prawniczą ekipą! Dwudziesty raz Chyłka i Zordon stawią czoła moralnym dylematom na sali sądowej! Dwadzieścia tomów, a to wcale nie koniec! Co więcej, ta seria jest najważniejszą częścią mrozowego uniwersum, w którym łączą się jego pozostałe serie, a wszystko zmierza do epicznej, widowiskowej, szalonej konkluzji. I podejrzewam, że nawet ta konkluzja będzie zaledwie początkiem.
Dla przypomnienia, zaczęło się od „Kasacji”. To w pierwszym tomie poznajemy bezpośrednią i bezkompromisową prawniczkę Joannę Chyłkę, jedną z najsilniejszy graczy w warszawskiej kancelarii Żelazny & McVey. To właśnie tam wkrótce zaczyna praktykować Zordon Oryński, który z poczciwego prawnika przeistoczy się w partnera i towarzysza Chyłki. Na dobre i na złe. Przede wszystkim złe. Bo przecież przeciw złu w najgorszej postaci stawiają czoła nasi bohaterowie.
A „Bezprawie”? Nie chcę spoilerów, ale kilka będzie, bo inaczej się nie da. W jubileuszowym tomie, po ogromnym kryzysie i zniknięciu, wraca Zordon, by połączyć znowu siły z Chyłką na sali sądowej. Tym razem walczą nie tylko o swojego klienta, ale także, a może przede wszystkim – przeciw systemowi. I muszą postawić na mniejsze zło, żeby uratować siebie i swoich bliskich. Całość jest klamrą, która domyka wątki i przygotowuje całą ekipę do ostatecznej walki, która nadejdzie w tomie „Konfrontacja”.
Przyznam, że tylko nieliczni potrafią w dwudziestym tomie wciąż trzymać napięcie i uwagę czytelnika tak jak robi to Remigiusz Mróz. Jego Chyłka wciąż jest najbardziej chyłkowa. Zordon wciąż jest takim po prostu Zordonem (po przejściach, ale mimo wszystko!), i nawet rodzicielstwo jakieś im takie wychodzi niehalo. Pasuje do ich zupełnie niepasujących charakterów. Za to na sali sądowej wciąż są duetem nie do zdarcia. Jak w najlepszych tasiemcowych serialach.
Ta seria ma w sobie coś, co przyciągnęło do niej tysiące czytelników. I sprawia, że nie mogą się oderwać nawet, jeśli kończą książkę wkurzeni. Po prostu czekają na kolejną i pomimo bulwersów, frustracji – czytają z wypiekami na twarzy. Sama akurat za serią z Chyłką aż tak nie przepadam, ale i tak dzielnie nadrabiam zaległości w lekturze. Dlaczego? Bo bez Chyłki nie ma uniwersum Mroza. To spoiwo i podstawa całej ogromnej opowieści, w której tzw. złoczyńcy łączą się, by stanąć naprzeciw wszystkim po stronie dobra. Ze wszystkich serii. Tak jak w Marvelu – trzeba być na bieżąco.
Jak czytać więc Chyłkę? Zacząć od „Kasacji” i lecieć od początku, bo dopiero w okolicy 18 tomu pojawia się spójne przejście do morderczego spin-offu „Langer”. I teraz tak, jak dojdziecie do tego momentu (18. tomu Chyłki) to: czytacie „Langer”, „Paderborn”, „Ozyrys” – tutaj przerwa na „Substytucję” – wtedy „Arachnia” i wreszcie „Bezprawie”. I wtedy czekamy na „Konfrontację”. Uff.
3,5/5 bo czasami to już przeginka, ale wciąż trzyma fason.
„Jej chłopak” Freida McFadden
Jedna z moich ulubionych powieści Freidy McFadden! Bardzo prosta i dzięki temu spójna i w miarę sensowna. Sydney i jej sąsiadki z beztroską szukają partnerów w popularnej appce. Jednak gdy przyjaciółka Sydney z kamienicy zostaje brutalnie zamordowana, to coś zaczyna się zmieniać. Jak się okazuje to nie jedyne takie morderstwo w okolicy. A w tle historia Toma, który od dziecka czuł, że coś z nim jest nie tak. Dopracowane wątki, zaskakujący zwrot akcji i finał, który bardzo mnie ucieszył. Tak lubię bardzo! Nawet jeśli, niektóre decyzje naszej bohaterki są po prostu głupie.
4/5
„Sierociniec” Jakub Rutka
Po „Domu Zła” już wiedziałam, że Jakub Rutka to pisarz, którego muszę śledzić. I miałam rację! Tym razem to mroczna i niepokojąca historia psycholog, która pracuje w placówce dla osieroconych dzieciaków. Niestety, dwoje dzieci znika, a to początek koszmaru. Powoli zanurza się w przeszłości tak placówki, jak i swojej. A to, co odkryje okaże się miażdżące.
Jeden z wątków (i to najciekawszych moim zdaniem) pozostał zupełnie niewyjaśniony w powieści i to mnie trochę zaskoczyło. A mogło być idealnie.
4,5/5

„Basior” Piotr Kościelny
Pierwsze cztery tomy serii z komisarzem Sikorą uwielbiam. Uwielbiam samego komisarza Sikorę. Ale od trzech ostatnich tomów jestem trochę zmęczona. Sprawa uciekinierów z zakładu psychiatrycznego, kazirodczego rodzeństwa i kanibala z Czech (nie wspominając, gdzie go idzie dalej) dłuży się, a ich zbrodnie zrobiły się karykaturalne, chaotyczne, totalnie poparane. Wolę pojedyncze, spójne wątki, bez takiego obrzydliwego obłędu zbiorowego.
2/5
„Kobieta na klifie” Sonia Rosa
Brrr… Główna bohaterka tej powieści jest niestrawna. Boże, jak bardzo! Nienawidzi wszystkich wokół, wszystkich wokół też oskarża o swoje niepowodzenie. Mieszka w małym brytyjskim miasteczku, nie ma pracy, jest kochanką żonatego faceta, który postanawia w końcu zerwać ten związek. Ale ona nie jest w stanie odpuścić. Nawiązania do „Fatalnego zauroczenia” nieprzypadkowe, chociaż mogłoby być nieco bardziej realistycznie. Czytało się szybko, ale bez większej satysfakcji.
2,5/5
„Krótka noc, długi krzyk” Robert Małecki
To jest najlepszy kryminał w tym zestawieniu. Bardzo posępny, miejscami groteskowy i dziwaczny. Historia byłego policjanta, który po latach, już schorowany i u kresu drogi, musi zmierzyć się z przeszłością. A w zasadzie – jedną sprawą, która ujawniła i zakończyła tak wiele. Przeszłość tutaj występuje pod postacią jego dawnego partnera z policji, który odwiedza go, by wyrównać rachunki. Czyta się wspaniale – z dziko bijącym sercem.
5/5
Bo warto czytać.
O.
*We współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.
