„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator

Bombla_CiemnoPrawieNoc

 

„Według Ewy listopad był szczeliną w czasie, pęknięciem między jesienią i długą polską zimą, gdy żyło się na krawędzi, w zawieszeniu, i czekało, aż czas zabliźni się, gdy przyjdą grudniowe mrozy. ‘W listopadzie, Wielbłądko, można wyjść po zapałki i nie wrócić, w listopadzie, jak dobrze się przyjrzysz, to zobaczysz, że w każdej kałuży widać schody, które prowadzą pod ziemię. Nocą odpływy w łazienkach powiększają się tak, że bez trudu mieści się w nich dorosły człowiek. A takie siuśmajtki jak ty muszą uważać nawet na szpary w podłodze i mysie dziury.’ ‘Dlaczego?’ ‘Bo listopad to czas, gdy otwierają się przejścia.’”.

Za oknem zimno i mrocznie. Deszcz siąpi prawie każdego dnia. Wiatr zawiewa wywołując dreszcze przygnębienia. Mgliste poranki zwiastują senne, smutne dni. Niedobitki liści zwisają smętnie z drzew, a pod stopami rozkłada się błotnista maź. Gnijąca skorupa w najbrzydszym z możliwych kolorów. Zniknęły czerwienie i pomarańcze. Wszechobecna żółć zamieniła się w szarość i brud.  Wilgoć i przejmujące zimno przebijają się przez najgrubsze ściany. Nie ma słońca, no może czasami wychyli się zza szarawej poświaty, ale już nie grzeje. Przypomina jedynie, że gdzieś tam jest, schowane za chmurami i czeka na lepsze dni. Wszystko zawarte w jednym słowie – listopad. Miesiąc na skraju, gdy jeszcze nie ma pierzynki śniegu, gdy mróz nie zaróżawia policzków, a wesoły sezon świąteczny dopiero przed nami. Pora ciemna, gdy zmierzch zapada szybciej niż byśmy chcieli. Gdy światło nie dociera we wszystkie zakamarki. Tam czają się potwory. W listopadzie zło staje się podwójnie złe. Jeszcze bardziej widoczne, pogrubione, jakby podkreślone kilkakrotnie. Gdy w listopadzie znika człowiek, nie można być pewnym, że się odnajdzie.

A gdy ginie dziecko?

Taką właśnie listopadową porą, w zawieszeniu pomiędzy jesienią a zimą, toczy się akcja powieści Joanny Bator zatytułowanej „Ciemno, prawie noc”. Rzecz dzieje się w Wałbrzychu, rodzinnym mieście autorki, ukazanym niby kraina z najgorszych koszmarów, odzwierciedlenie wszystkiego, co w polskich miastach najgorsze, najmroczniejsze. Ten Wałbrzych rodem z horroru, dawniej zwany Waldenburgiem, to wyolbrzymiona, powiększona wizja miasta-niby potwora, który pochłania swoich mieszkańców, zatruwa ich umysły i serca. To miejsce, w którym przyszłość jest niejasna, raczej nierealna, natomiast przeszłość wciąż żywa i rzucająca zgniło-czarny cień na wszystko wokół. Wałbrzych mógłby być jednym z najładniejszych miast w Polsce – otoczony lasami, z pięknym zamkiem Książ, zabytkowymi kamienicami, muzeami… Mógłby być jednym z najprężniej rozwijających się ośrodków przemysłowych z fabryką ceramiki, okolicznymi kopalniami, dawnymi zakładami włókiennictwa… Ale nie jest. Miasto pełne biedy, takiej, co już się nie ukryje za warstwą taniej farby, za belą sztucznej trawy. Upadek. Koniec. Nie ma drugiej szansy.

Do Wałbrzycha z wizji Joanny Bator, po trzydziestu latach nieobecności powraca Alicja Tabor, dziennikarka, której zadaniem jest napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Andżelika, Patryk i Kalinka – zniknęły nagle, „jak kamień w wodę”, zdmuchnięte z powierzchni ziemi. Dzieci biedne, z rodzin zepsutych tak, że nic nie jest w stanie ich naprawić. Oczami Alicji obserwujemy patologie, deprawacje, dewiacje tak wielkie, że zupełnie niepojęte dla zwykłego człowieka, o wpojonych podstawowych zasadach moralności. A w samym mieście panuje religijny obłęd. Samozwańczy bałwan-mesjasz od Matki Boskiej Bolesnej, patronki Wałbrzycha, wykrzykuje co wieczór brednie na placu. Wokół niego schorowane dewotki, kupujące kości wykopane z pobliskich mogił poniemieckich, niczym talizmany na boleści i nieszczęścia. Religia wypaczona. Zmutowana. Zła.

To zło, w najczystszej postaci, kumulowało się w Wałbrzychu już w czasach, gdy ten był jeszcze Waldenburgiem. Pod legendarnym zamkiem Książ, gdzie podobno gdzieś schowane są skarby, poukrywane są również mogiły tysięcy ofiar nazistów i armii czerwonej. Lasy i polany pełne są dziur, z których do dzisiaj wystają kości, gdzie w powietrzu czuć nieszczęście, ludzką tragedię, śmierć. Powietrze przegniłe, jakieś osaczające takie, lepkie, które osadza się na człowieku. Powietrze morowe. Trucizna, która nakazuje ludziom znęcać się nad dziećmi, która zmusza do skórowania zwierząt, do nieludzkich tortur, do zadręczania innych istot na śmierć. Wydaje się, że w tej krainie wiecznego mroku, tym królestwie okrucieństwa, są tylko, jak w tej dziecięcej opowiastce do postraszenia, „czarne, czarne lasy, a w nich czarne, czarne domy, w nich czarne, czarne pokoje, a w nich czarne, czarne trumny”. I trupy. Morze trupów przywalone czarną, czarną ziemią.

Jednak w tej czerni absolutnej można natrafić na oazę światła. Po nitce do kłębka. Po sznurze, od jednej perły do drugiej. Tak właśnie napotyka dobrych ludzi Alicja. Mieszkańców Wałbrzycha, którzy jeszcze nie dali omotać się złowieszczym zaklęciom. Kociary, Kocińskie, Kitti-Kitti, które chronią bezdomne zwierzęta. Bibliotekarki bez konkretnej płci. Starzy mieszkańcy, którzy wciąż pamiętają urywki dobra. To wyłącznie dzięki nim potrafi ona znaleźć w sobie siłę i stawić czoła demonom przeszłości. A jakie to są demony! Obłęd, przemoc wypaczona do absurdu, samotność, śmierć bliskich jeszcze bardziej bolesna, podwójnie śmiertelna, bo zabijała też tych, którzy jeszcze żyli. Odbierała resztki witalnych sił. Rozpad rodziny. Rozpad domu. Rozpad więzów. A wszystko to pośród legend o księżnej Daisy. Pośród wspomnień wojennych, które nie są wcale wspomnieniami, ale koszmarami przeszłości. Pośród gnijących strzępów dawnych marzeń. Tymi strzępami żywią się Kotojady – nazwa, jak każda inna, bezkształtność, która przybiera ludzki kształt, istoty, które „trwają i żrą. Przenikają przez ściany, przez ciała, a gdy dostaną się do środka, sprawiają, że wszystko gnije i wypełnia się cuchnącą mgłą…”

 „Ciemno, prawie noc” to jedna z tych powieści niesamowitych, która w miarę czytania, w miarę upływu stron i rozdziałów, wywołuje w czytelniku chroniczny ból brzucha wraz z naturalną potrzebą zwinięcia się w kłębek, w pozycji płodowej, tak by przeczekać najgorsze. W trakcie lektury rodzi się strach. Taki najbardziej pierwotny, jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy potwór w szafie był podwójnie potworny. Joanna Bator wykorzystała element narracji nieomal baśniowej, która działa na podświadomość, wsysa się mackami i siedzi przyczajona. Historia Alicji, która wpadła do króliczej nory wałbrzyskiego koszmaru, by tam przesądził się los jej oraz zaginionych dzieci, zostawia po sobie trwały ślad. Wielkie pole do rozmyślań. Pozostawia też czujny umysł, włącza czerwone światełka, gdy tylko pojawia się drugi człowiek na ciemniejącej ścieżce.

A listopad trwa w najlepsze. I dlatego – uważajcie na siebie. Zamknijcie dokładnie drzwi. Zapalcie lampy. Patrzcie pod nogi – nie wchodźcie w kałuże. Nie gońcie mglistych majaków wśród drzew. I zawsze idźcie w stronę światła, bo gdy raz wdepniecie w ciemne przejście już nigdy możecie się nie odnaleźć.

O.

*Ta powieść to potwór, monolit, Pantagruel żarłoczny, który zagnieżdża się w głowie i nie da się o nim zapomnieć, nawet rozmyślając o różowych słoniach, bo zamiast słoni „Ciemno, prawie noc”. Kawał doskonałej literatury. Przerażająca opowieść. Nowy Duży Buk.

Bezsenne Środy: „Gość Draculi” Bram Stoker

Bombla_BezsenneGośćDraculi

 

„The dead travel fast.”

Czy wiecie, która noc, poza Wigilią Wszystkich Świętych, jest kolejną przeklętą nocą w roku? Kiedy z ciemności wychylają się duchy, wiedźmy i upiory, by odprawiać swe czary? Kiedy bariera pomiędzy światem żywych a umarłych znów staje się nieomal przezroczysta? Jest, moi Drodzy, taka noc. Noc jeszcze nie ciepła, lecz już nie lodowata, zapowiadająca nową porę roku, sezon rozkwitu. Noc, której obchody, już od wieków nieprzerwanie trwają od zachodu słońca, ostatniego dnia kwietnia, aż do świtu. Noc germańska. Noc sabatów. Noc Walpurgii. W tę właśnie noc czarownice podobno mają się zbierać na szczycie Brocken, a przewodzić ma im władczyni krainy zmarłych zwana Hel – córka Lokiego, siostra Fenrira, personifikacja śmierci. W taką noc jak Noc Walpurgii lepiej nie wybierać się samemu na górskie ścieżki. Lepiej nie podróżować samotnie po nieznanych szlakach. Lepiej omijać cmentarzyska i pradawne miejsca kultu. Bo nigdy nie wiadomo, co napotkamy w ciemności po zachodzie słońce, gdy zmierzch otuli wszystko wokół nas nierealną poświatą.

Istnieją jednak śmiałkowie, którzy na własnej skórze, z własnej naiwności, przekonali się, że w Noc Walpurgii lepiej nie kręcić się po nieznanych drogach. Jednym z nich był niby nienazwany, a jednak znany bardzo  Jonathan Harker z opowiadania Brama Stokera zatytułowanego „Gość Draculi”. Zanim przybliżę Wam jego treść, to tylko w ramach ciekawostki napiszę, że opowiadanie to stanowi tak naprawdę wycięty rozdział z samego „Draculi”, który wydała już pośmiertnie, z wyjaśnieniem, żona pisarza. Dla potrzeb tomu, opowiadanie zostało przeredagowane, nazwisko Harkera wykreślone, lecz reszta pozostała niezmieniona.

Brytyjski dżentelmen (Jonathan Harker tak naprawdę) podróżuje do Transylwanii. W drodze, gdzieś w okolicach Monachium, pomimo ostrzeżeń hotelarza i przypadkowych osób jakie spotyka przed wyprawą, postanawia wyruszyć właśnie tego wieczoru, tuż przed zachodem słońca, w Noc Walpurgii. Woźnica, pełen złych przeczuć i zabobonnie przerażony, pędzi na złamanie karku, lecz powóz zatrzymuje się nagle, by z impetem ruszyć po chwili, gdy konie płoszy dziwna, wychudzona sylwetka na pobliskim wzgórzu. Harker zostaje sam, na górsko-leśnych ostępach. Zapada zmrok. W Harkerze narasta niepewność. Jednak jak na brytyjskiego dżentelmena przystało, rusza przed siebie, by zupełnie przypadkiem (chociaż my już wiemy, że Dracula czuwa od początku do końca tej opowieści) trafić do „przeklętej” wioski, opuszczonej przed laty i na przyległy cmentarz. Tam przyjdzie Harkerowi spędzić tę Noc. Jedną z pierwszych nocy, które naznaczą jego życie na zawsze.

Kto czytał już kultową wampirzą powieść Brama Stokera, ten „Gościa Draculi” potraktuje jak cudowny, literacki kąsek, jak ciekawostkę i brakujący element tej historii. Dodam jedynie, że Francis Ford Coppola wykorzystał jego fragmenty w swojej doskonałej ekranizacji. Kto jednak „Draculi” nie zna, ten w idealny sposób będzie miał szansę zaznajomić się z genialnym stylem Stokera, a także formą samej książki. Jakkolwiek by nie było, czytelnik ma szansę pysznie się wystraszyć, jednocześnie bawiąc się wychwytywaniem drobnych szczegółów, które nie tylko wprowadzają nas w draculiczną rzeczywistość, lecz także budują całą atmosferę tej krótkiej historii.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo wilk-nie wilk spogląda na mnie spośród drzew.

*Jeśli chcecie się zaczytać, porwać i omamić przez cmentarne zjawy i hrabiego Draculę, to opowiadanie, zupełnie legalnie, w oryginale znajdziecie do poczytania TUTAJ.

„Dzicy Detektywi” Roberto Bolaño

Bombla_DzicyDetektywi

 

„Jest taki rodzaj literatury dobry, kiedy się nudzisz. Pełno tego. Jest literatura dobra na czas, kiedy jesteś spokojny. To jest najlepsza literatura, tak mi się wydaje. I jest też literatura na smutek. A także na radość. Jest literatura dobra, kiedy jesteś ożywiony. I jest też taka, co pasuje do rozpaczy. Tę ostatnią chcieli uprawiać Ulises Lima i Belano.”

Powieść zwana TOTALNĄ, z wielkich liter, bo to o wielkiej literaturze tu mowa, ma to do siebie, że często wymyka się określonym ramom gatunkowym. Może być, chociaż wcale nie musi, typową powieścią obyczajową, z elementami thrillera bądź kryminału, nawet romansu, przygody, bądź niekoniecznie. Jej zadaniem bowiem jest jak najpełniej, jak najintensywniej odzwierciedlić prawdziwą rzeczywistość. A jak to w życiu bywa, nie istnieją ramy, nikt nie ma monopolu jedynie na komedię, czy tragedię, na dramat, czy bajkowy romans. Wszystkiego po trochu, tak jak w codzienności, w szarej zwyczajności. Skrupulatne jej odwzorowanie, ubranie „życia” w słowa wydaje się być niejako niemożliwe. Totalność i absolut niekoniecznie realne do osiągnięcia. Zbyt wiele emocji, zbyt wiele przeżyć, zbyt wiele człowieka w tym jest, a istoty człowieczeństwa, tej pełnej i całkowitej, nie da się przelać na papier. Niemniej, pisarze podejmują ten ostatni wysiłek. Zagrzebują się w literkach, kreują, budują, aż do opętania. I jeśli od siebie miałabym dodać coś do definicji powieści TOTALNEJ, to będzie to czas. Czas, który taka powieść tworzy – wyrwa w rzeczywistości czytelnika, któremu jest dane, a nie, który sam ten czas poświęca.

Jednym z idealnych przykładów takiej powieści absolutnej jest powieść chilijskiego autora, Roberta Bolaño, który już raz zamącił mi w głowie literackim potworem zwanym „2666”, a teraz znowu wrzucił w książkowy wir, utworzył nowy świat, na chwilę, gdzieś wewnątrz mojego, bym mogła zatopić się w odmętach niezwykłej historii opowiedzianej w jego „Dzikich Detektywach”. Ta tytułowa dzikość obecna jest już od pierwszych stron powieści. Czuć w powietrzu bunt, rewolucję, przemiany polityczne i obyczajowe Ameryki Łacińskiej, dzięki którym już za moment, już za chwilę, rozkwitną szalone twory literackiego świata, wypuszczą pędy, kwiaty i pyłki, obezwładniające wrażliwe umysły. Szaleństwo intelektu. Szaleństwo pióra. Poezja z najczystszej postaci w wielomilionowych miastach, które na zawsze pozostaną wioskami, czy na rozgrzanych, białych pustyniach wokół. Tysiące obgryzionych ołówków. Miliony zapisanych kartek. Setki skradzionych książek. Długie włosy, papieros w zębach, meskal na stole – buntownicy z wyboru. Tacy sami, a zupełnie inni. Przeciw władzy, przeciw utartym ścieżkom przodków, w poszukiwaniu literackiej tożsamości.

Tacy właśnie są „Dzicy Detektywi”. Opętani. Niepokorni. Nieujarzmieni. Jednak zamknięci w słowach Roberta Bolaño. W ponad sześciuset stronach. W trzech częściach. W prawie trzydziestu podrozdziałach. A uwierzcie mi, ciężko jest przytrzymać tych dzikusów w ryzach. Wystarczy odwrócić na chwilę wzrok i myk, już ich nie będzie, tylko szept poetyckich strof na horyzoncie, a w powietrzu przemijający dym z pewnego zioła. A wszystko to dzieje się w Meksyku lat siedemdziesiątych. Szalony rok 1968 pozostawił po sobie pokolenie zbuntowanych. Nonkonformistów, których głównym pragnieniem było tworzyć miejscową awangardę, bohemę poetycką i intelektualną elitę. W ten sposób właśnie powstaje grupa zrzeszająca ambitnych meksykańskich poetów, z misją zrewolucjonizowania tej oto poezji, o dumnej nazwie bebechorealistów. Życiowi aż do bólu, aż do flaków, aż do zachłyśnięcia rzeczywistością.

Założycielami tej dziwnej grupy są Chilijczyk Arturo Belano i Meksykanin Ulises Lima – para awanturników, o których krążą legendy, a którzy stają się niejako głównymi bohaterami tej opowieści. Nikt do końca nie wie, czym ta dwójka się zajmuje. Ktoś, coś tam opowiadał o handlu narkotykami, o przestępczych powiązaniach, o ucieczce przed mafią. Nic pewnego, ale niepowiedziane, że w tych historiach nie ma okruchów prawdy. Z początku o bebechorealistach, w tym o założycielach ruchu, dowiadujemy się ze wspomnień niejakiego Garcii Madero. Niespełna siedemnastoletni chłopak wpada w wir poetyckich uniesień, bierze udział w spotkaniach, zaczytuje się w opasłych tomach i pisze, pisze do utraty tchu. Dojrzewa jego styl, dojrzewa on sam. Nowe towarzystwo jest wręcz bajeczne, jak wyciągnięte z innego świata. Zakochuje się, uprawia miłość, pielęgnuje nowe przyjaźnie… I pewnego dnia, przypadkiem zostaje wplątany w awanturę i odjeżdża w siną dal wraz z Belano i Limą właśnie. Ta podróż prowadzi ich na pustynie Sonory, a jej celem poza ucieczką samą w sobie, jest też odnalezienie poetki, która według Arturo i Ulisesa była niejako pierwszą bebechorealistką – Cesárei Tinajero. Tworzyła w latach dwudziestych, wydała jeden egzemplarz poetyckiego pisma i… wszelki słuch o niej zaginął. Dokładnie tak samo, jak o Belano i Limie. Pozostała część powieści Roberta Bolaño jest bowiem próbą odpowiedzi, co wydarzyło się z tym poetyckim duetem. Kim tak naprawdę byli? Przed czym uciekali całe życie?

„Dzicy Detektywi” są jak literacka zagadka. Jak poetycka zabawa z czytelnikiem. Nic nie jest pewne, więc niczego pewnym być nie można. Podążanie za ciągle urywającym się tropem. Strzępki rzeczywistości wirują, jak w jakimś onirycznej, surrealistycznej wizji. Skrawki informacji migają pomiędzy narratorami, przefiltrowane już przez mijające lata i subiektywną wizję poszczególnych wydarzeń. Czytelnik zbiera relacje świadków, opowieści przyjaciół, znajomych i przypadkowych osób, których życie przecięło się kiedyś, w jakimś punkcie z bebechorealistami. To relacje skrupulatnie zebrane, podpisane, opatrzone miejscem i datą. Są tu byłe kochanki, bracia-poeci, wydawcy, rybacy, emigranci – pełny przekrój tamtego pokolenia. Wspominając Limę i Belano, tak naprawdę wszyscy ci ludzie opowiadają o sobie, o swoim życiu, wspomnieniach lat, które przeminęły bezpowrotnie.

„Dzikich Detektywów” Roberta Bolaño czyta się w napięciu, w oczekiwaniu. Czytelnik rejestruje po kolei wszystkie fakty, zbiera i archiwizuje, przeczuwając, że tak naprawdę nie do końca dowiaduje się tego, czego oczekiwał. Odpowiedź dostaje dopiero na sam koniec, ale nie jest to odpowiedź, jakiej się spodziewa. To po części kolejna zagadka, kolejny element łamigłówki, której podstawą jest życie i śmierć dwóch poetów, poszukiwanie Cesárei Tinajero i wielka, niekończąca się ucieczka. Wiele głosów, różne perspektywy, inne rzeczywistości, a wszystko jak zza pustynnej poświaty. Jest prażące słońce, kurz, droga i wreszcie emocje, które kłębią się, kotłują, by w pewnym momencie sięgnąć zenitu i wybuchnąć pełną parą, znikając szybciej, niż nastąpiła ich erupcja – to co w prozie Bolaño tak typowe i tak znaczące. Totalna totalność. Życie ponad życiem. Wielka literatura, która wciąga i nie wypuszcza ze swoich szponów.

O.

* Za wspaniałą powieść i emocje totalne dziękuję wydawnictwu Muza.

Blogowa Zabawa #3, czyli Liebster/Lobster w wersji MEEE

Bombla_LiebsterME

Trzecia odsłona blogowej zabawy, ale to wszystko dlatego, bo zaprosiła mnie teraz do niej pewna wspaniała Owca, a jak owce meczą, beczą i zadają tak prześwietne pytania (sami zobaczycie), to ja muszę odpowiedzieć! Bo Owcy się nie odmawia, tak tylko zaznaczę.

Pytania są żartobliwe i  zabawne, ale nikogo specjalnie nie nominuję, ani nie wzywam – możecie się spokojnie sami wezwać, jeśli tylko macie na to ochotę 🙂

A ja zaczynam!

Gonią Cię Niemcy! – (dlaczego Niemcy?) w wyobraźni wiruję przez pastwiska i łąki górskie, jak w „Dźwiękach Muzyki”, a okrutny wróg chce zmieść moją Heidi-sielankę z powierzchni ziemi i przegnać na szarotkowe szczyty…

1. Pierwsza książka, jaką zabierasz z półki przed ucieczką to…?

Jako Heidi zwana dla potrzeb filmowych Mariją, wybiegając zabiorę mój śpiewnik, by później wśród skał wyśpiewywać podbudowujące piosenki.
No i może też „Sto lat samotności” Marqueza – zawsze czeka gotowe, na wyciągnięcie ręki.

2. Będziesz biec w stronę gór, czy raczej w stronę morza?

Chyba z stronę gór – tylko tak rosną szarotki i tam jest Szwajcaria. Albo, bo tak naprawdę to jest tylko jedna opcja – w stronę MORZA. Przez WIELKIE M.

3. Odwracasz się, by sprawdzić, czy są już blisko, czy zaciskasz powieki i po prostu pędzisz?

Jak sprawdzę, to możliwe jest przerażenie, omdlenie i wtedy nici ze Szwajcarii, a jak nie sprawdzę, a oczy będą zaciśnięte, to wbiegnę prosto w skalne otchłanie. – trudny wybór. Trudny bardzo.

4. Uratujesz po drodze jakieś zwierzę? Jeżeli tak, to jakie i dlaczego będzie to owca?

Z owcy może być sweter. Może być mleko i oscypek też może być, a ja oscypki lubię. Może być poduszka, bo owce przytulaśne są bardzo. Może też być dobry kompan na górskie szlaki – owce tak łatwo nie wpadają w przepaście. Ale powiedzmy sobie szczerze, żadna owca nie utrzyma się tak o, bez psa pasterskiego. A ja mam dwa, więc to podwójne szczęście.

Niemcy odpuścili, jest już bezpiecznie i leniwie.– siedzę sobie w ciepłym swetrze, zajadam oscypka, owca pobekuje radośnie, a dwa psy śpią wtulone tuż obok. The hills are alive with the sounds of muuuusic…

5. Chciałabyś spisać kiedyś swoje lub cudze przygody – być może zupełnie zmyślone, ale jednak sygnowane Twoim nazwiskiem?

Bardzo, bardzo marzy mi się godna przygodówka sygnowana moim nazwiskiem. Ja nie przeżywam takich przygód i nawet nie za bardzo bym się na nie pisała, ale w głowie jest kilka nazwisk, które z chęcią ruszyłyby powrzaskując „Ahoj, przygodo!”.

6. Gdy zamykasz oczy i wyobrażasz sobie „spokój”, to co widzisz?

Morze. Morze zimą. Szare niebo. Zamglone słońce. Prawie biały piasek pod nogami. Skruszałą pianę przy brzegu. Drobinki lodu marznące w powietrzu. Cisza.

7. Dokończ: nie wyobrażam sobie leniwej niedzieli bez…?

Drzemki i błogiego zaczytania się.

8. Dostajesz ode mnie jednorazowy wehikuł czasu. I co z nim zrobisz?

Nie zmienię historii, bo wcale nie jest powiedziane, że wyszłoby to komukolwiek na dobre. Nie zmienię swojego życia, bo w tym miejscu, w którym jestem jest mi pysznie, ale… obmyśliłabym sobie spotkanie w przeszłości. Spotkanie literackie oczywiście. Może podejrzałabym Lovecrafta, gdy przerażony spacerował po swoim potwornym mieście? Może Virginię Woolf, jeszcze z czasów Bloomsbury, gdy miała mniej smutków? Może Edgara Allana Poe? Nie wiem, nie wiem… Ale byłoby to na pewno jakieś godne małe spotkanie literackie. Bo nie można być zachłannym.

9. Wodzisz palcem po mapie świata. Zatrzymujesz go. Dlaczego akurat w tym miejscu i gdzie ono jest?

Bardzo możliwe, że mój palec zatrzymałby się na Alasce. To niby jest tak, że fascynują mnie miasta, przestrzeń miejska, dużo światła i pęd ulic, ale… jednocześnie marzy mi się izolacja gdzieś w głuszy, tak żeby się wyciszyć i odpocząć totalnie. A że uwielbiam zimno, śniegi i lodówkę absolutną, to Alaska, dodając fascynację cudownym serialem z przystankiem w tytule, wydaje się idealnym miejscem.

10. Twój wzrok częściej przyciągają okładki w kolorze…?

Czarnym. Białym. Czerwonym i chłodnymi odcieniami niebieskiego. Zazwyczaj to nie kolor zwycięża, a typografia. Chociaż ja w ogóle nie jestem za bardzo okładkowa.

11. Odpowiadasz na te pytania z własnej woli, a za Twoimi plecami wcale nie ma żadnej owcy-ninja z gotowymi do użycia shurikenami, prawda?

Wcale nie ma, nic a nic. Nope. Nope. Nope.

I widzicie sami. Taka Owca wspaniała. Takie fajne pytania. Trochę uśmiechu w leniwą niedzielę. A ja wracam do pisania dla Was i zaczytywania się też. Bo warto czytać.

O.

„Sońka” Ignacy Karpowicz

Bombla_Sońka

 

„Zrozumiała, że patrzy nie na królewicza, tylko na anioła śmierci; że będzie mogła opowiedzieć swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważanie. Zrozumiała, że z ostatnim słowem zgaśnie w niej słabe, pełgające światełko – i rozmawiali długo w noc, a potem żyli długo, długo i nareszcie szczęśliwie; poza pamięcią. Sonia zrozumiała, że dlatego tak bardzo się ucieszyła; dlatego że zstąpił w jej progi anioł najprawdziwszy, a nie wyżebrany w cerkwi, sam źródłosłów anioła, posłaniec, malak, wieść kończąca.”

Zacznę inaczej niż zaczynam zazwyczaj. Zacznę od siebie. Podzielę się z Wami pierwszym wrażeniem. Pierwszą chwilą, trwaniem i ostatnim oddechem mijającej kartki. Zacznę od tego, że przyczaiłam się na tę powieść. Schowałam tak trochę i z ukrycia obserwowałam jak siedzi i czeka na moje spojrzenie na półce. Byłam ostrożna, bo uważam, że należy zachować rozsądek przy zbyt dużej i rozległej ilości zachwytów. Mam wtedy takie poczucie, że aż by się chciało na przekór. Chciałoby się tak na pohybel samej sobie, krytykom i innym czytelnikom. Niemniej, obiecuję sobie zawsze bezstronność. Staram się stłumić głosy recenzentów, samego autora, czy jego czytelników. Wymazuję cudze słowa, postanawiając samej zbudować podstawy, podwaliny pierwszego wrażenia.

Czasami nie udaje mi się to zupełnie. A czasami wręcz przeciwnie – historia porywa mnie, unosi i niesie w przestworza tekstu, nieomal magicznie, nieomal nierealnie. Tylko dla mnie. Od nowa tworzy się w mojej wyobraźni. Przytrafiło mi się w ostatnich dniach coś takiego właśnie. Ni stąd, ni zowąd wylądowałam na głębokiej podlaskiej wsi, w środku lata, jak we śnie, jak za mgłą, zamknięta w bańce cudownej, lecz strasznej opowieści. Zasłuchałam się. Chłonęłam. A ona mówiła…

„Dawno, dawno temu…” – tymi słowami narratorka zaczyna snuć swoją historię w ostatniej powieści Ignacego Karpowicza zatytułowanej „Sońka”. Słowami niczym z baśni, śpiewającymi z oddali, wspominając życie przeszłe, jak z innej epoki, innego świata, rzeczywistości, która przestała istnieć. Dawno, dawno temu, gdy świat był zupełnie inny, gdy wiejska wieś była jeszcze bardziej wiejską wsią, a życie z zewnątrz przychodziło z wielkim opóźnieniem, niewielką osadę nawiedziła wojna. Ale jeszcze zanim wojna przyszła do Sońki, to życie tam wcale nie było usłane różami. Przynajmniej nie dla niej.  Wychowywała się bez matki, kobieta swojego ojca, bo zajęła jej miejsce, gdy tylko zaczęła dojrzewać. Na dokładkę dwóch braci, obcych pod jednym dachem. Obora, kury, podwórko, dom – ciężka praca i sen na okrągło, do utraty tchu. I jeden dzień, który na zawsze zmienił jej życie. Sońka nie miała szansy opowiedzieć całej prawdy. Nie miała możliwości wypowiedzieć na głos swojej historii. Ubrać siebie samej w słowa. Dopiero po latach nadarzyła się taka okazja.

Zupełnie przypadkiem, gdy tuż pod jej domem zatrzymał się samochód. Sytuacja niczym z filmu. Absurdalna, prawie surrealistyczna w tym uroczym wiejskim otoczeniu. Odpicowany mercedes, a z niego wysiadł na pół-zgonie niemłody młodzian po trzydziestce, zagubiony reżyser teatralny, twórca poszukujący – Igor Grycowski, który nawet tym Igorem wcale nie jest, bo Ignacym i wcale nie Grycowskim, bo Gryką. Nawet ta Warszawa i wielki świat jakieś takie odległe i inne, obce wśród swoich. Obce tuż obok tak bliskiej, choć nieznanej Sońki.

Igor/Ignacy pod wpływem uroku prawie, trafia do sońkowego domku, gdzieś na granicy z Białorusią, a tam spotyka owczarkową sukę Borbus, ostatnią ze swego rodu, tak jak Sońka jest ostatnia. I kota Jozika, Pasterza Myszy, który swoje również ostatnie, dziewiąte życie przeżywał. Jest też Mućka i jej życiodajne mleko, które ożywia Ignacego, pozwala mu zrodzić pomysł, daje siły, by wysłuchać bajarki.

W tej opowieści jest miłość. Wielka. Co ja piszę – gargantuiczna. Pożerająca. Namiętna i wypełniona dobrobytem. To też miłość zakazana. Bo przecież nazista, najeźdźca nie może kochać wiejskiej dziewczyny z okupowanych terenów. Jest tam śmierć, mord, gwałt, ale rodzi się również życie. Małe, niewinne, zrodzone z kłamstwa. I znowu śmierć. Strata. Brak. Nie ma nic.

Opowieść Sońki przefruwa przez ucho Ignacego, pod pióro Igora, by na końcu rozbrzmieć ustami aktorki grającej Sońkę na teatralnej scenie. Historia widziana wieloma oczami, interpretowana, dopasowywana do nowej rzeczywistości, do uszu słuchacza, dla oczu publiczności, tej prawdziwej i wyimaginowanej. To jej ostatnia opowieść, więcej już mówić nie będzie. Nadejdzie jej czas, wreszcie, po tylu latach oczekiwania. Ostatnie słowa, które w oczach Ignacego przywracają jej witalne siły, przywracają utraconą młodość, nadają złocistą poświatę. Czas przy Sońce to kwestia względna. Raz jest wojenne lato w rozkwicie, raz moment opowieści z Igorem/Ignacym w tle, a zaraz warszawska scena…

W „Sońce” nie chodzi wcale o jej styl. Wcale nie o to, jakim językiem została napisana. Nie do końca ważny jest początek, czy zakończenie. Chodzi o opowieść. O magię słów. O oczyszczenie. Moc tej niedużej książeczki wypływa i atakuje z krótkiej, dosadnej formy powieści, z intensywności i naturalności opisanych w niej przeżyć, ale przede wszystkim z wyjątkowej formy narracyjnej na jaką zdecydował się Karpowicz. Czytelnik tworzy opowieść Sońki wraz z samą bohaterką. Dzieje się tak dlatego, że niby to Sońka opowiada swoją historię, ale jednocześnie wraz z nią opowiadają ją Igor – reżyser teatralny, Ignacy – czyli naturalna, miejscowa wersja Igora, opowiada ją aktorka odgrywająca Sońkę na scenie, a nad wszystkim czuwa główny narrator, który zwraca się bezpośrednio do nas. Opowieść Sońki jest wielowymiarowa i wielogłosowa. Zamyka rozdział pewnego umęczonego życia, daje ukojenie, unosi ku śmierci, by jednocześnie stworzyć nowe życie i zacząć wszystko od początku z innej perspektywy, dla której jej historia stała się inspiracją. Czytelnik, jak ten Ignacy, otrząsający się z wymyślonego Igora, pochłania dzieje życia umierającej kobiety, przeżywa  je na różne sposoby i wychodzi, jak po najpiękniejszej inscenizacji.

Zachwyt „Sońką” nie jest wcale przesadzony. Sam Ignacy Karpowicz nieskromnie wyznał w wywiadzie dla Zwierciadła, że żył po to, by napisać kiedyś „Sońkę”. I wcale mu się nie dziwię. Jeśli niektórzy pisarze potrzebują na tzw. ”powieść życia” tysięcy, a przynajmniej setek stron maszynopisu, wielotomowych, wiekopomnych cudów, które doceniają jedynie krytycy i pojedyncze jednostki czytelnicze, to Karpowiczowi udało się zamknąć swoją opowieść w dwustu stronach (zaznaczył, że całość skrócił) i tyle moi Drodzy jak najzupełniej wystarczyło, by poruszyć obsesyjnego książkoholika. Znajdziecie w tej perełce romans, wojenny dramat, prozę obyczajową, a także meta-opowieść, która wymyka się ustalonym gatunkowym ramom, a tym samym oddaje pokłon samemu czytelnikowi. A czytelnik lubi, jak ktoś go doceni, zauważy i zagada. Zmusi nawet do tworzenia i pozostawi mu całe pole do własnych interpretacji. Oj, bardzo lubi.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Snow, Glass, Apples” Neil Gaiman

Bombla_BezsenneSnow, Glass,Apples
 

“If it were today, I would have her heart cut out, true. But then I would have her head and arms and legs cut off. I would have them disembowel her. And then I would watch, in the town square, as the hangman heated the fire to white-heat with bellows, watch unblinking as he consigned each part of her to the fire. I would have archers around the square, who would shoot any bird or animal who came close to the flames, any raven or dog or hawk or rat. And I would not close my eyes until the princess was ash, and a gentle wind could scatter her like snow.

I did not do this thing, and we pay for our mistakes.”

Któż z nas, obsesyjnych czytelników, nie zna baśni o Królewnie Śnieżce i Siedmiu Krasnoludkach? Któż z nas nie pamięta jej ust w kolorze krwi, włosów czarnych niczym heban i skóry, białej jak śnieg? Któż z nas nie wspomina jej dobroci, jej ciepła i szczerości wypływających prosto z serca? Leśny ludek śpiewał wraz z nią piosenki, a sumienie groźnego myśliwego rozdarło się na myśl o jej śmierci. I jeszcze ta macocha okrutna, zwierciadło szepczące o „najpiękniejszych na świecie” i jabłuszka urocze, pyszne, że aż ślinka ciekła. I wstążki kolorowe i kamienie drogie. A na koniec kryształowa trumna i jeden pocałunek prawdziwej miłości…

Wieki przemijają, lata płyną, pokolenie za pokoleniem znika, a baśnie są, po prostu. Inspirują, zachęcają do literackich eksperymentów, a dzięki swej niezwykłej uniwersalności ich wymowa, głębsze znaczenie, czy sens nigdy się nie zmieniają. Z baśni można czerpać garściami, tak jak czerpie z nich popkultura od lat. Elementy, główne fabularne wątki, założenia, bohaterowie – to wszystko i o wiele więcej odnaleźć można w serialach, filmach, powieściach i opowiadaniach. Tak jak na przykład w niesamowitej, bardzo mrocznej opowieści autorstwa uwielbianego Neila Gaimana zatytułowanej „Snow, Glass, Apples”.

Odwrócone role. Wróg narratorem. Ostatnie wspomnienie. Władczyni krainy, za dawnych czasów zwana Złą Królową, Macochą i Czarownicą, opowiada historię swojej pasierbicy – Śnieżki, która terroryzuje od lat królestwo, zabija podróżnych, nawiedza otaczający królewskie ziemie las. Ta Śnieżka też ma usta czerwone jak krew, ma włosy czarne jak heban i skórę białą jak śnieg. Zimną jak lód. Ma też zęby, zaostrzone, by lepiej móc spijać posokę swoich ofiar. Tak moi Drodzy, ta Śnieżka to wampiryczna istota. Dziewczynka-demon, która niszczy wszystko i wszystkich, nie zważając na nic. Królowa rozkazuje ją zabić, ale wyrwane serce wciąż bije, a Śnieżka, już pusta w środku, martwa-niemartwa poluje pośród drzew. Mijają lata, sytuacja staje się naprawdę dramatyczna, a Królowa wie, że już czas wziąć sprawy w swoje ręce, zanim będzie za późno, zanim stanie się nieodwracalne.

 „Snow, Glass, Apples” Neila Gaimana to opowiadanie tak niepokojące, tak intensywne i brutalne, że aż trudno się od niego oderwać. Królewna Śnieżka w jego wykonaniu to dziewczynka-wampir, która terroryzuje krainę i triumfuje swoją krwiopijnością. Jej historia wypełniona po brzegi lodem i krwawym mrokiem, jak wszystkie dobre baśnie, tak naprawdę. Znajdziecie tu subtelnie wykorzystane wzmianki o pedofilii, nekrofilii, czy kazirodztwie. Nic na siłę, nic prosto w twarz – opowieść między słowami, która mrozi krew w czytelniku i wywołuje dreszcze swoistego obrzydzenia, ale też fascynuje i przyciąga, jak wszystko co nieznane i niezrozumiałe. Z jednej strony, aż by się chciało, by ta historia ujrzała tęczę, by zaświeciło wreszcie słońce i pękły lody. A z drugiej, aż korci, by zanurzyła się w mroczniejszy mrok, serce pulsowało pod stropem, a wampirza bladość spowiła królestwo. Baśń dla dorosłych, spragnionych jeszcze mocniejszych wrażeń, do zaczytywania się nocną porą.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo nie ustaje bicie jej krwiożerczego serca.

O.

*Kto pragnie zanurzyć się w śnieżną krainę opowieści Neila Gaimana ten znajdzie ją zupełnie za darmo, do poczytania TUTAJ.

Podsumowanie miesiąca: PAŹDZIERNIK 2014

Bombla_PodsumowaniePaździernik2014Już listopad! O łaaa! Co to był za cudowny miesiąc! Co za wrażenia, co za wspaniałości wydarzyły się dla Wielkiego Buka! Ile wrażeń i ile szczęścia pozostawił po sobie! Uwielbiam październik, jesień i sezon mroku i dyni, ale jak jeszcze do tego przydarzają mi się takie przemiłe rzeczy, to w ogóle jest wielka radość. 😀

W minionym miesiącu opublikowałam aż 14 tekstów, a wśród nich Bezsenną Środę z książkami doskonałymi na HALLOWEEN, Przygodowy Piątek i informacyjno-dziękczynne notki o tegorocznej edycji eBuki (ale o tym za chwilkę). Z buków przeczytanych, za mną 9 powieści i 2 opowiadania. 5 z nich w języku angielskim i 6 w tłumaczeniach. Podoba mi się, bo sytuacja wyrównana. 6 z nich to były ebooki, a 5 klasycznych papierówek. Niestety znowu zabrakło audiobooków i muszę w końcu czymś przełamać ten impas.

Przeczytane powieści:

  • „Szachownica Flamandzka” Arturo Pérez-Reverte – doskonały, inteligentny thriller z szachownicą w tle, do poczytania TUTAJ.
  • „Głosy Pamano” Jaume Cabré – demony wojny rozszarpują nawet w lata po wojnie, do poczytania TUTAJ.
  • „Kaïken” Jean-Christophe Grangé – krwawe morderstwa o japońskich korzeniach, do poczytania TUTAJ.
  • „Złodziejka Książek” Markus Zusak („The Book Thief”) – bestseller, który w pełni zasługuje na uznanie, wzrusza i przypomina o tym, co ważne, do poczytania TUTAJ.
  • „Rose Madder” Stephen King – o przemocy wobec kobiet i o traumie przebudzenia, do poczytania TUTAJ.
  • „Pod piracką flagą” Michael Crichton (“Pirate Latitudes”) – wspaniała przygoda na Karaibach, hiszpański galeon i butelka rumu, yo ho ho, do poczytania TUTAJ.
  • “Pies Baskerville’ów” Sir Arthur Conan Doyle (“The Hound of Baskervilles”) – moja pierwsza przygoda z Sherlockiem Holmesem i moje kolejne książkowe zauroczenie, do poczytania TUTAJ.
  • “The Halloween Tree” Ray Bradbury – perełka o mocy przyjaźni, o poświęceniu i święcie, które od zawsze miało jeden cel, do poczytania TUTAJ.
  • “Hold the Dark” William Girardi – alaskańska głusz, porwania dzieci i indiańskie legendy spotykają się w świetnym horrorze idealnym na zimowy sezon.

Przeczytane opowiadania:

  • “The Old Nurse’s Tale” Elizabeth Gaskell – duchy i zjawy w najlepszym stylu, do poczytania TUTAJ.
  • “Skeleton” Ray Bradbury – cielesne obsesje, do poczytania TUTAJ.

Pierwsze wydarzenie miesiąca: EBUKA 2014! Co to było za zaskoczenie! O tej niesamowitej wygranej poinformowały mnie Karolina z TanayahCzyta i Ania z WstawTytuł – dziękuję Wam Kochane :* Trzymały rękę na pulsie, siedziały na legendarnym już spotkaniu blogerów i od razu dały znać. Był szok i niedowierzanie, bo ja ściśnięta w samochodzie i przygnieciona przez mojego psiego potwora, który cierpi na klaustrofobię małych wnętrz, przymiażdżona do szyby, w łapce telefon i dzikie okrzyki. Długo nie mogłam uwierzyć – cudowne wyróżnienie 😀

eBuka_2014_OCZKO

I jeszcze raz powtórzę, bo muszę to powtarzać Wam w nieskończoność: DZIĘKUJĘ! To eBuka dla mnie, ale też dla Was, bo dzięki Wam. Pisanie dla Was daje mi masę radości, masę szczęścia i moc pozytywnych wrażeń. Bez Was nie byłoby Wielkiego Buka takiego jaki jest, nie byłoby mojego entuzjazmu i wybuchów szczęścia. Jesteście WSPANIALI!

Drugie wydarzenie miesiąca: PATRONAT nad najnowszą powieścią Remigiusza Mroza „CHÓR ZAPOMNIANYCH GŁOSÓW”! Kolejne gigantyczne zaskoczenie, kolejna porcja zwariowanej wręcz radości i wykrzyknień do samego autora. Powieść, horror sci-fi, ma pojawić się niebawem, bo już w grudniu, a na okładce poza Wielkim Bukiem znajdziecie także moją ukochaną Anitkę z BookReviews – wielka radość 😀

A poniżej możecie podziwiać przykładowy projekt okładki:

NowMróz

Teraz czas na październikowe zdobycze książkowe. Co prawda ominęły mnie Targi, ale uzbierało się buków sporo, a wszystko przez te biedronowe szalone wyprzedaże, które atakują i nie chcą przestać 😀 Dwa zestawy do zaczytywania się obsesyjnego.

ZESTAW 1 (od góry):

ZESTAW1Październik

  • „Człowiek Śmiechu” Wiktor Hugo – cudo francuskiego mistrza powieści zdobyte za bezcen na facebookowej wyprzedaży.
  • „Unicestawienie” Jeff Vandermeer – myślałam i polowałam od jakiegoś czasu, a sprawa rozwiązała się sama, gdy pojawiła się jako dodatek do gazetki.
  • „Druciarz, Krawiec, Żołnierz, Szpieg” John Le Carré – klasyka szpiegowska, która zachwyciła mnie już w wersji filmowej.
  • „Ości” Ignacy Karpowicz – skusiłam się, bo polecała tak bardzo Karolina z TanayahCzyta 🙂
  • „Pierwszy dzień” Marc Levy – podobno świetna przygodówka, a sami wiecie, jak ja przepadam za przygodami.
  • „Pod piracką flagą” Michael Crichton – zdobyte w Biedronie, był zachwyt i pirackie okrzyki, do poczytania TUTAJ.

ZESTAW 2 (od góry):

ZESTAW2październik

  • „Rose Madder” Stephen King – Biedrona oszalała, no a ja nie umiem powiedzieć „nie” Kingowi. Do poczytania TUTAJ.
  • „Zielona Mila” Stephen King – jak wyżej 😉
  • „Zamieć śnieżna i woń migdałów” Camilla Läckberg – wynalezione na rodzinnej półce, a że śnieg, to skusiłam się od razu.
  • „Zaginiony Świat” Michael Crichton – kolejna zdobycz z rodzinnej półki, a że Crichton i znowu dinozaury, to biegnę i zachwycam się jak zwykle.
  • „Bezcenny” Zygmunt Miłoszewski – Anitka z BookReviews pojechała po tej powieści, jak po szmacie, a ja zobaczyłam, że stoi na półce i stwierdziłam, że jednak ugryzę, tak na próbę, bo nigdy nic nie wiadomo 😀
  • „Opiekunowie” Dean Koontz – podobno to jeden z najlepszych horrorów Koontza, a jak horror, zwierzęta i eksperymenty, to jest to coś dla mnie.

W tym miesiącu, tak dla odmiany i nowatorsko, nie zasypałam się wcale e-bookami, zakupiłam natomiast trzy, nad wyraz godne:

EbookiPaździernik2014

  • „Hold The Dark” William Girardi – lodowa Alaska, zgłodniałe watahy wilków i mity, które ożywają pośród wirującego śniegu. Idealna na jesienno-zimowy sezon, będę polecać ją w grudniu.
  • „The Halloween Tree” Ray Bradbury – cudowna powiastka o przyjaźni i poświęceniu; do poczytania TUTAJ.
  • „The Narrow Road to the Deep North” Richard Flanagan – zdobywca tegorocznego Bookera; już niebawem planuję się zachwycać.

A co w nadchodzącym miesiącu? W listopadzie nadchodzą 2 URODZINY BUKA! Nie wiem, czy będzie huczne obchodzenie, ale radość tworzenia na pewno – może jakiś balonik wyskoczy z nagłówka 😉

Co do czytelniczych planów, to wychodzi na to, jak napisała już Marta z LolantaCzyta, że listopad może stać się miesiącem polskiej literatury! A to za sprawą pięciu tytułów, które tak sobie obiecuję i obietnic spełnić nie mogę, a teraz jest dobry czas wreszcie. Kto zagości na blogu z polskiej prozy? Szykują się na pewno Joanna Bator, Wiesław Myśliwski, Ignacy Karpowicz i Jerzy Pilch. WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI – będzie też Olga Tokarczuk!!!

Na dokładkę już za 6 dni premiera najnowszej powieści Stephena Kinga „Przebudzenie” („The Revival”)! Czekam i od razu wgryzam się w powieść, by jak najszybciej podzielić się wrażeniami 😀

Jak widać zaczytania sporo, niezmiennie i radośnie. Bo warto czytać.

O.

 

„Upiór” Adam Mickiewicz

Bombla_Dziady

 

Wampiry, upiory, wąpierze, martwce, wuki i wiesczy – wiele imion, wiele twarzy, jedna krwiopijna legenda. Wspominały o nich podania i miejscowe baśnie. Szeptali o nich we wsiach i na rozdrożach. Szczuli nimi dzieci i opowiadali niestworzone historie po gospodach. Trzymać się z dala od cmentarzy po nocach, od pochówków samobójców, od dziewic utopionych… Pisali o nich John William Polidori, Bram Stoker, Sheridan Le Fanu, Edgar Allan Poe, Anne Rice, czy Charlaine Harris, a to tylko najpopularniejsze nazwiska, te najczęściej wspominane.

Czy kiedykolwiek jednak, wpadłoby Wam do głowy, że jednym z najbardziej wampirycznych pisarzy polskich był jak najbardziej swojski, tak popularny i wykładany wszędzie głos wieszcza, który wybił się w literaturze polskiej i do dziś rozbrzmiewa hucznie – głos Adama Mickiewicza? Tak, moi Drodzy, otóż Adam Mickiewicz, ten sam, a nie inny, co torturuje dzieciaki w szkole, co omawiany jest nadęcie i ze stron zupełnie nieciekawych – ten sam Mickiewicz o wampirach pisał, rozprawiał i opowiadał na odczytach w Europie!

Dla Adama Mickiewicza wampiry uchodziły za element jak najbardziej swojski, nasz, tutejszy, wywodzący się ze słowiańskiego folkloru. Żadna inna kultura nie mogła wykreować bytu tak rozdwojonego, tak zbolałego i na wskroś romantycznego, który zmaga się i walczy z własnym cielesnym żywiołem. Mickiewicz wierzył i propagował odpowiednią wiedzę, podpartą przykładami. Nie stronił od wampirzych tematów, co najlepiej widać po jego wiekopomnym dziele, mrocznym i upiornym w przesłaniu – „Dziadach”. Niestety „Dziady” większości kojarzą się z bolesną lekturą, z przemierzaniem połaci wyrwanych z kontekstu fragmentów tekstu, który dla dzieciaka w gimnazjum, czy liceum niekoniecznie musi być fascynujący.

A gdybym powiedziała Wam, idąc tropem mojej ukochanej Marii Janion, że „Dziady” to twór totalnie i absolutnie wampiryczny? W całości. Od niedokończonych skrawków części pierwszej, przez wstęp do części drugiej, czyli ballady, wraz z symboliczną przemianą Gustawa w Konrada w części trzeciej, aż do czwartej, ostatniej. Szaleństwo folkloru. Taniec upiorów. Zwycięstwo nocy nad dniem.

I dlatego dzisiaj, w ten Dzień Zaduszny, gdy wspominamy zmarłych, mam dla Was mickiewiczowskie cudo – moją ukochaną wampiryczno-upiorną balladę, która wprowadza nas w niesamowitą, niezwykłą atmosferę „Dziadów” – „UPIÓR”.

„Upiór”

Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? – Umarły.

 Patrz, duch nadziei życie mu nadaje,
Gwiazda pamięci promyków użycza,
Umarły wraca na młodości kraje
Szukać lubego oblicza.

Pierś znowu tchnęła, lecz pierś lodowata,
Usta i oczy stanęły otworem,
Na świecie znowu, ale nie dla świata;
Czymże ten człowiek? – Upiorem.

Ci, którzy bliżej cmentarza mieszkali,
Wiedzą, iż upiór ten co rok się budzi,
Na dzień zaduszny mogiłę odwali
I dąży pomiędzy ludzi.

 Aż gdy zadzwonią na niedzielę czwartą,
Wraca się nocą opadły na sile,
Z piersią skrwawioną, jakby dziś rozdartą,
Usypia znowu w mogile.

Pełno jest wieści o nocnym człowieku,
Żyją, co byli na jego pogrzebie;
Słychać, iż zginął w młodocianym wieku,
Podobno zabił sam siebie.

 Teraz zapewne wieczne cierpi kary,
Bo smutnie jęczał i płomieniem buchał;
Niedawno jeden zakrystyjan stary
Obaczył go i podsłuchał.

 Mówi, iż upiór, skoro wyszedł z ziemi,
Oczy na gwiazdę poranną wywrócił,
Załamał ręce i usty chłodnemi
Takową skargę wyrzucił:

 „Duchu przeklęty, po co śród parowu
Nieczułej ziemi ogień życia wzniecasz?
Blasku przeklęty, zagasłeś i znowu,
Po co mi znowu przyświecasz?

„O sprawiedliwy, lecz straszny wyroku!
Ujrzeć ją znowu, poznać się, rozłączyć;
I com ucierpiał, to cierpieć co roku,
I jakem skończył, zakończyć.

„Żebym cię znalazł, muszę między zgrają
Błądzić z długiego, wyszedłszy ukrycia;
Lecz nie dbam, jak mię ludzie powitają;
Wszystkiegom doznał za życia.

 „Kiedyś patrzyła, musiałem jak zbrodzień
Odwracać oczy; słyszałem twe słowa,
Słyszałem co dzień, i musiałem co dzień
Milczeć jak deska grobowa.

„Śmieli się niegdyś przyjaciele młodzi,
Zwali tęsknotę dziwactwem, przesadą;
Starszy ramieniem ściska i odchodzi
Lub mądrą nudzi mię radą.

„Śmieszków i radców zarówno słuchałem,
Choć i sam może nie lepszy od drugich,
Sam bym się gorszył zbytecznym zapałem
Lub śmiał się z żalów zbyt długich.

„Ktoś inny myślał, że obrażam ciebie,
Uwłaczam jego rodawitej dumie;
Przecież ulegał grzeczności, potrzebie,
Udawał, że nie rozumie.

 „Lecz i ja dumny, żem go równie zbadał,
Choć mię nie pyta, chociaż milczeć umiem;
Mówiłem gwałtem, a gdy odpowiadał,
Udałem, że nie rozumiem.

 „Ale kto nie mógł darować mi grzechu,
Ledwie obelgę na ustach przytrzyma,
Niechętne lica gwałci do uśmiechu
I litość kłamie oczyma;

„Takiemu tylko nigdym nie przebaczył,
Wszakżem skargami nigdy ust nie zmazał,
Anim pogardy wymówić nie raczył,
Kiedym mu uśmiech okazał.

„Tegoż dziś doznam, jeśli dziką postać
Cudzemu światu ukażę spod cieni;
Jedni mię będą egzorcyzmem chłostać,
Drudzy uciekną zdziwieni.

„Ten dumą śmieszy, ten litością nudzi,
Inny szyderskie oczy zechce krzywić.
Do jednej idąc, za cóż tyle ludzi
Muszę obrażać lub dziwić?

 „Cóżkolwiek będzie, dawnym pójdę torem:
Szydercom litość, śmiech litościwemu.
Tylko, o luba! tylko ty z upiorem
Powitaj się po dawnemu.

„Spojrzyj i przemów, daruj małą winę,
Że śmiem do ciebie raz jeszcze powrócić,
Mara przeszłości, na jednę godzinę
Obecne szczęście zakłócić.

„Wzrok twój, nawykły do świata i słońca,
Może się trupiej nie ulęknie głowy,
I może raczysz cierpliwie do końca
Grobowej dosłuchać mowy.

„I ścigać myśli po przeszłych obrazach
Błądzące jako pasożytne ziele,

Które śród gmachu starego po głazach
Rozpierzchłe gałązki ściele”.

Pięknego i spokojnego dnia!

O.

„The Halloween Tree” Ray Bradbury

Bombla_HalloweenTree

 

„The smile of the Witch, and the smile of the Cat,
The smile of the Beast, the smile of the Bat,
The smile of the Reaper taking his fee
All cut and glimmer on the Halloween Tree…”

Czy znacie Samhein, celtyckie święto żniw, na koniec lata? A może gdzieś słyszeliście o rzymskim święcie na cześć bogini Pomony? Znacie Dzień Zmarłych, czyli Día de los Muertos obchodzony hucznie w Meksyku? Znacie Wszystkich Świętych, na cześć męczenników kościoła? Znacie słowiańskie Dziady? A może Zaduszki, gdy wspominamy swoich bliskich? Te wszystkie święta, wszystkie te dni, w przedziale od 31 października do 2 listopada, tak naprawdę mieszczą się w jednym słowie, którego korzenie sięgają tak dawnych, jeszcze pogańskich obrzędów, ale które w pełni wykreowane zostało dopiero przez chrześcijan, czyli HALLOWEEN – popularny skrót od All Hallows Eve, czyli Wigilii Wszystkich Świętych. Nie ma różnicy, czy to początek ludzkich dziejów, czy przed, czy po powstaniu religii chrześcijańskiej. Święto bowiem jest jedno, łączy nas wszystkich, a nie dzieli wcale. Od zawsze pozwala przygotować się do zimy, oswoić ze zmianą pór roku. Pożegnać „życie”, kolory i ruch, a powitać „śmierć”, spokój i zimowy sen. Odegnać zło samym dobrem, a niedostatek – bogactwem zapasów. Na przekór strachom. Na przekór niepewności.

Straszną i wzruszającą opowieść o przyjaźni, poświęceniu i sile tradycji opowiada Ray Bradbury w swojej krótkiej powieści z 1972 roku zatytułowanej „The Halloween Tree” (dosł. „Halloweenowe Drzewo”). Nie znajdziecie tu wcale skomercjalizowanej, ugładzonej wizji Wigilii Wszystkich Świętych. Kostiumy, maski, psikusy i cukierki to tylko przykrywka, punkt wyjścia dla uniwersalnej opowieści o święcie, którego głównym bohaterem jest Śmierć. Śmierć, która w tej historii przybiera postać i bardzo konkretne imię. Śmierć, która udowadnia, że Halloween to nie tylko zabawa, nie tylko słodkości i przebieranki, ale jej główna domena, jej czas i jej moment, a o tym nigdy nie można zapomnieć. Duchy, demony, potwory – to wszystko i jeszcze więcej jest tam, gdzie zasłona pomiędzy uniwersum żywych a uniwersum martwych staje się nieomal przezroczysta. Gdy mrok spowija rozświetlone lampionami domy, drgające światełka na cmentarzach i drogi, po których biegają ocukrzone i roześmiane dzieciaki.

 Tak jak biegało ośmiu chłopców w pewną Halloweenową noc. Od domu, do domu, wśród radosnych okrzyków zbierali cukierkowy okup od sąsiadów. Każdy przebrany za innego maszkarona, za szkielety, czarownice, gargulce i żebraków. Cały kalejdoskop dziwactw. I nagle, pomimo masek, pomimo zmienionych głosów, orientują się, że coś jest nie tak! Kogoś brak, kogoś nie ma, ośmiu zamiast dziewięciu – kogo zabrakło? Pipkina, ukochanego Pipkina, który dopełniłby dzieła. Szukają, pytają, by wreszcie skierować się do domu przyjaciela. A tam na ścieżce zjawa, zapłakana, zbolała, ale zanim dowiedzą się, co przytrafiło się Pipkinowi, ten porwany zostaje przez cień i uniesiony w przestworza. Ośmiu chłopców rusza w pościg, by trafić do opuszczonego domu na peryferiach miasteczka. A za domem – Halloweenowe Drzewo. Na każdym z nich wykrojona dynia, każda inna, każda przestawiająca inną postać. I właściciel drzewa i tego domu pełnego dźwięków, który przedstawia się jako Carapace Clavicle Moundshroud. Ten obiecuje chłopcom pomóc odnaleźć zagubionego w czasie i przestrzeni Pipkina, zabierając ich w niezapomnianą podróż przez epoki i miejsca dawno zapomniane, by na koniec nocy dokonać ostatecznego wyboru.

Z początku, po zaledwie paru akapitach, opowieść Raya Bradbury wydawać się może wyłącznie halloweenową historyjką o chłopięcym entuzjazmie w tę wyjątkową noc roku, w miasteczku takim jak wszystkie. Ach, jak bardzo pomyli się ten, co w ten sposób pomyśli! Już po chwili atmosfera zamiera. Brak, pustka, kogoś nie ma. Kogoś, bez kogo Halloween nigdy nie będzie takie samo. A przecież jeszcze wczoraj, jeszcze kilka dni temu bawił się, krzyczał i podskakiwał z przyjaciółmi! Był ich duszą, był bratem, kompanem na dobre i na złe. To „złe” nadeszło teraz, gdy on, uwielbiany przez wszystkich Pipkin, nagle zniknął. Osiem głosów to nie dziewięć. Dysonans. Dysharmonia. Niepokój i to uczucie, że wydarzyło się coś bardzo złego.

„The Halloween Tree” napisana jest w taki sposób, że naskrobać o niej „piękna” odbiera jej cały urok. To taniec słów, melodia, magia, migotanie. Każde zdanie wybija rytm, porywa, jak strumień i jak strumyk niesie czytelnika w oszałamiającym zachwycie. Przypomina wirujące liście na wietrze, motyle w locie, rwące kręcące się wody,  mijające, skrzące się w ostatnich promieniach jesiennego słońca. Kiedy chłopcy biegną na ratunek przyjacielowi są niczym wyciągnięci zza mgiełki, z pary, zza szumu wiatru. Gdy wokół nastaje cisza i przerażenie, tak cichnie całe życie i mrok przejmuje, dosłownie porywa i trzyma mocno w szponach. A potem znów bieg, znów szum. Wstrzymany na ułamki sekund film rozpędza się znowu na szpuli. Czytać zdania Bradburego, to jak zanurzyć się w baśniowej bańce, jak przeniknąć do eterycznego świata ze snów, gdzie nic nie jest pewne, tylko rytm pędzących słów.

“The Halloween Tree” to powiastka niezwykła, straszna i wzruszająca jednocześnie, obok której nie da się po prostu tak sobie obojętnie przejść. Nie da się przeczytać i zapomnieć. Jest w tej historii magia, jest mrok i próba odpowiedzi na te najbardziej fundamentalne pytania. Przemierzać czas i epoki to jedno, ale ratować przyjaciela, wyrywać go ze szponów spragnionej krwi śmierci to zupełnie inna kwestia. Okazuje się, że śmierć ma wiele twarzy, odpowiada przed tysiącem różnych bóstw, a sama pozostaje niezmienna. Pewna i uniwersalna. Bo przecież umrzeć mają pewnego dnia wszyscy. Nic nie trwa wiecznie i nawet na słońce, czy księżyc nadejdzie kiedyś pora. Ale jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie teraz. Halloween, Święto Duchów, Święto Zmarłych,  gdzie śmierć szczerzy się w upiornym uśmiechu, a szkielety tańczą na wietrze, bez względu na swoją nazwę, bez względu na miejsce, to tak naprawdę afirmacja życia. Przypomnienie żywym, że wciąż istnieją. Są i trwają, nawet gdy być i trwać nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: Książki na HALLOWEEN!

Bombla_Halloween

 

 „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?”

Ano właśnie – co to będzie? Co nadchodzi wielkimi krokami? Święto Duchów! Dzień Wszystkich Świętych! Dziady! Halloween! Ta jedna jedyna noc w roku, gdy ta cieniutka bariera pomiędzy naszym światem, a tym zza drugiej strony lustra na kilka godzin zanika i otwiera wrota do królestwa zjaw, duchów, demonów i wszelkich potworów! To czas wyjątkowy, bardzo mroczny i straszny, gdy wszelkie lęki, straszydła i fobie zyskują swój odpowiednik w rzeczywistości. Niczego nie można być pewnym tej nocy. Maska wcale nie musi być maską, a cień na ścianie niekoniecznie zwyczajnym cieniem. Cukierki, psikusy i rozjarzone uśmiechy. Chichot w powietrzu. Zapach palonych liści i rozgrzanych dyń, odstraszających to, co mogłoby nas skrzywdzić. Zapal lampki! Pamiętaj o zmarłych! 31 października, zanim zegar wybije dwunastą, strzeż się ciemności!

Właśnie po to, by z godnością przetrwać tę najstraszniejszą noc w roku, przygotowałam dla Was do okopania się w kocach cały zestaw książkowych propozycji do straszenia się z dystansu 😀 Bo kiedy się straszyć, jak nie w Halloween? Kiedy szczękać zębami, jak nie w Dziady? Kiedy poddawać się lękom, dumnie stawiać im czoła, jak nie tej nocy właśnie?

Specjalnie dla Was, do zaczytania i zachwycania się horrorowo-groźna klasyka w najlepszym wydaniu, tematycznie, żeby łatwiej było Wam wyszukać ulubione straszydło – wszystkie tytuły sprawdzone, przeczytane, o każdym rozpisałam się sporo w swoim czasie i mogę obiecać, że straszą prawdziwie 😀

Cmętarz1. Gdy boisz się DEMONÓW: „Cmętarz Zwieżąt” Stephen King

Nie będę ukrywać – to moja ukochana powieść Mistrza, której kunszt straszenia, budowanie napięcia i rozwiązanie akcji świadczą jedynie o geniuszu Kinga. Niesamowita opowieść o próbie pokonania śmierci. O tych, co wracają, chociaż wrócić wcale nie powinni, bo „śmierć to śmierć”, jak powiedział jeden z bohaterów serialu LOST. Nie można jej pokonać. Nawet, gdy ktoś lub coś stwarza taką iluzję. Z zaświatów już nie ma ucieczki. Nie ma drugiej szansy. Uczucia nie grają roli. Nie mają znaczenia. Nawet na indiańskiej ziemi. Do poczytania TUTAJ.

Kleszcze2. Gdy boisz się DUCHÓW: „W kleszczach lęku” Henry James

Klasyka literatury, która fascynuje czytelników i krytyków od dziesiątek lat. Dwoje dzieci. Aniołków. Istotek perfekcyjnych. Wielki dom i wspomnienie bulwersującego romansu. I jedna guwernantka, która widzi więcej niż powinna. O niewinności na pokaz. O wskazówkach ukrytych w najmniejszych gestach. O tajemnicach i sekretach. Geniusz dwuznaczności. Opowieść idealna. Do poczytania TUTAJ.

dracula3. Gdy boisz się WAMPIRÓW: „Dracula” Bram Stoker

W wampirzej kwestii najlepiej zawsze odwołać się do klasyki, zanim postanowi się sięgnąć do nowoczesnych nastolatkowych wynaturzeń. Absolutna rewelacja i krwiopijczość w najczystszej, prawie pierwotnej postaci. Hrabia Dracula fascynuje, kusi, przyzywa. Jest tu namiętność. Jest miłość. I Zło. Zło, którego korzenie sięgają początków świata. Są też przesądy. I Transylwania. I epistolarna forma wypowiedzi. Nietoperze i wilki też. Trzyma w napięciu do ostatniej strony. Do poczytania TUTAJ.

JekyllHyde4. Gdy boisz się CIEMNEJ STRONY LUDZKIEJ DUSZY: „Dr Jekyll i Pan Hyde” Robert Luis Stevenson

Najpierw pojawia się zamysł. Taka myśl, gdzieś w środku, że człowiek ma dwie twarze. Czasami ta druga twarz, zupełnie ukryta jest okrutna, pierwotna, zawiera w sobie i miesza nasze id i najgorsze instynkty z możliwych.  Nie pomoże żadna maska, nie pomagają wrodzone zasady – coś pęka i wypełza na zewnątrz, by torturować, badać i zabijać. Z dziecięcym wręcz entuzjazmem i ciekawością istoty, która wie, jak zadawać ból i  wywoływać cierpienie. Fascynująca wizja upadku człowieka. Do poczytania TUTAJ.

Frankenstein5. Gdy boisz się ZOMBIE: „Frankenstein” Mary Shelley

To takie zombie, nie-zombie, bo przecież potwora Frankensteina rzadko kojarzy się z powstałymi z grobów. Ale… zanim nakrzyczycie, to przypomnę tylko, że Wiktor Frankenstein stworzył potwora z martwych elementów wisielców i wygrzebanych trupów (więc czuć tutaj młodziutki XIX-wieczny zamysł zombie). I powołał iskrą do życia, by w końcu porzucić w przerażeniu. A jego potwór krąży i zabija, bo pomimo, iż był dobry i poczciwy z natury, to człowiek nie zna litości dla tego, co obce i inne. Smutny i wspaniały kawał doskonałej powieści. Do poczytania TUTAJ.

Wendigo6. Gdy boisz się SAMOTNOŚCI W CIEMNYM LESIE: „Wendigo” Algernon Blackwood

Odległa, pogrążona w październikowej ciszy nadchodzącej zimy kanadyjska dzicz, z dala od cywilizacji. A w niej czterech myśliwych. I puszcza, która należy do rdzennych mieszkańców tych ziem i zamieszkała jest, według ich wierzeń, przez istoty starsze i potężniejsze od ludzi. Spoza czasu. Spoza przestrzeni. Jest tu poczucie osaczenia i osamotnienia. Jest głód i zimno, które przenika do szpiku kości. Są ślady na śniegu prowadzące donikąd. Jest krzyk w zmrożonym powietrzu. I śmierć. Wspaniała wizja potężnej przyrody, która budzi zew pierwotnej wolności. Do poczytania TUTAJ.

SzcześliwaZiemia7. Gdy boisz się ZAMKOWYCH PODZIEMI: „Szczęśliwa Ziemia” Łukasz Orbitowski

Przyjaciele z dziecięcych lat. Ostatnie lato. Taniec w podziemiach i marzenia, które mogą się spełnić. I spełniają się, chociaż ich konsekwencje nie są wcale takie, jak by ktokolwiek się spodziewał. Jest ból. Strata. Tęsknota. Jest stary zamek i tajemnica w jego korytarzach. Żywa legenda. I jest miasteczko bez przyszłości, którego sekrety przechodzą z pokolenia na pokolenie. O sile przyjaźni. O konsekwencjach marzeń. O poświęceniu. Do poczytania TUTAJ.

Nawiedzony8. Gdy boisz się NAWIEDZONYCH DOMÓW: „Nawiedzony” Shirley Jackson

Jeśli istnieje jakaś powieść o nawiedzonym domu, która zaczyna się tak niewiarygodnie jak powieść Shirley Jackson, to aż trudno byłoby mi w to uwierzyć. To historia miejsca, które jest do gruntu złe. Miejsca, które torturuje i zabija swoich mieszkańców. Domu złego. Do pokrzykiwania w ciemnościach. Do poczytania TUTAJ.

WitchWater9. Gdy boisz się CZAROWNIC I CZAROWNIKÓW: „Witch Water” Edward Lee

Powieść perwersyjna. Przesiąknięta seksualnością. Przesycona pradawną wiedzą. O człowieku, który lubił patrzeć. I pewnego dnia, w miejscu, w którym nigdy by się tego nie spodziewał dojrzał coś, co zamiast wyciągnąć go z uzależnienia, wzmocniło jedynie potrzebę obserwacji. Pradawne rytuały. Krwawe ofiary. Kocioł pełen tajemnic. Autor makabry w rozkwicie. Do poczytania TUTAJ.

Nos4A210. Gdy boisz się NIEŚMIERTELNYCH MORDERCÓW: „NOS4A2” Joe Hill

Kiedy Stephen King skacze sobie po gatunkach i zapomina czemu zwany jest Mistrzem Horroru, to jego wspaniały syn kontynuuje dzieło ojca w perfekcyjny, najlepszy sposób z możliwych. To horror przedświąteczny, samochodowy, wampiryczny, ze śniegiem i zapachem pierniczków w powietrzu. Porządnie straszy. Do poczytania TUTAJ.

ZewCthulhu11. Gdy boisz się GŁĘBIN I SZALEŃSTWA: „Zew Cthulhu” H.P. Lovecraft

Opowieść, z której narodziła się moja fascynacja Pradawnym Cthulhu. Obsesja głębin. Szaleństwo tworzenia. Tytaniczne miasto powstałe z morskiej piany. Koszmar, z którego już nie można się otrząsnąć. Próba utrwalenia nieuchwytnego. Obrazy spoza czasu. Kult istoty istniejącej od eonów wieczności. Do zachłyśnięcia się obłędem. Do pogrążenia się w odmętach oceanów. Do poczytania TUTAJ.

Seed12. Gdy boisz się OPĘTANIA: „Seed” Ania Ahlborn

Kiedy dziecko się zmienia, jego zachowanie ni stąd ni zowąd deformuje się nie do poznania, a w oczach pojawia się złośliwy błysk, wiedz, że dzieje się coś niedobrego. Gdy pojawia się wokół niego ciemność, a w głosie słychać nieznaną do tej pory nutę okrucieństwa – nie można tego ignorować. Nie można wypierać. Trzymająca w napięciu historia przekształcania się dziecka w potwora. O utracie niewinności i genetycznej skazie, która powraca, nie dając o sobie zapomnieć. Do poczytania TUTAJ.

Terror13. Gdy boisz się ŚNIEŻNYCH OTCHŁANI: „Terror” Dan Simmons

Horrorowy potwór dla wszystkich wielbicieli morskich opowieści, podróży na krańce świata i legend ożywionych w połaciach wiecznego lodu. Fikcyjna historia o prawdziwej wyprawie w poszukiwaniu przesmyku na północnych szlakach. O szaleństwie jakie rodzi wszechogarniająca biel. O mitach, które znajdują swoje źródło w lodowych jaskiniach. O ludziach, którzy gotowi są na wszystko, by przetrwać. Kolos do zachwycania się. Do poczytania TUTAJ.

Golem14. Gdy boisz się GOLEMÓW: „Golem” Edward Lee

Golem to istota zrodzona z gliny, krwi i słowa. Istota, która ma służyć zemście, a kontrolować ma ją człowiek. Istota bezrozumna, narzędzie, które może stać się najpotężniejszą z broni, gdy przyjdzie taka potrzeba. Istota legendarna, z czasów, które wymagały ostatecznych środków. Lee czepie z żydowskiego folkloru garściami, przekształca i rzeźbi. Wyolbrzymia i nadaje nowe formy. Ożywia mit na nowo. Tworzy nowoczesną legendę. Do poczytania TUTAJ.

To15. Gdy boisz się CLOWNÓW: „To” Stephen King

Zaczynam najulubieńszym spośród Kingów i kończę trzecim najulubieńszym spośród Kingów 😀 To rewelacyjna powieść, by raz na zawsze nabawić się koulrofobii – lęku przed klaunami i uciekać, bądź z godnością trząść się jak osika na ich widok. Pennywise wystraszy najwytrzymalszych. Wciągnie do swojego świata ni to jawy, ni to snu. Zarazi wizjami. Sprawi, że już nigdy nie poczujemy się komfortowo, gdy zauważymy papierową łódeczkę płynącą bystrym nurtem strumyczka. Albo balonik w powietrzu. Bo nigdy nic nie wiadomo. Do poczytania TUTAJ.

A już w piątek będę dla Was mieć kolejny halloweenowy literacki kąsek do straszenia się, zachwycania się i zaczytywania!

Bo warto czytać.

O.