Zapowiedzi książkowe: GRUDZIEŃ 2018

Moi Drodzy,

Ufff! Kolejny rok dobiega końca i wreszcie, NARESZCIE, wydawcy postanowili leciuchno odpuścić naszym skołowanym po szaleństwie ostatnich miesięcy portfelom, desperacko nieprzygotowanym na przedświąteczną gorączkę. Niemniej, warto pomyśleć o kilku nadchodzących tytułach i na przykład wykorzystać moje propozycje premier przy pisaniu listów do Świętego Mikołaja/Gwiazdora/Gwiazdki/Dzieciątka/Dziadka Mroza (niepotrzebne skreślić). Czytaj dalej

KSIĄŻKI NA JESIEŃ 2018

Jesień. Moja ulubiona pora roku.

Ostatnie dni babiego lata skrzą się w upalnym słońcu, ale nikogo już ta pogoda nie oszuka, bo słońce nie grzeje jak kilka tygodni temu, powietrze zrobiło się ciężkie, pajęcze, jak za filtrem w kolorze ognia, a wieczorami chłód już doskwiera, czuć powiew zmiany. Zaraz uderzy w nas jesienna aura, to nieuniknione. Kolorowe liście zawirują na wietrze, zatańczą swój ostatni taniec i zasną pośród gnijącej ziemi. Wszystko żółte, czerwone, przepełnione intensywnym zapachem przyrody szykującej się do snu. Czytaj dalej

Bezsenne Środy: „WIATR” Ray Bradbury

Wiatr posiada niezwykłą moc. Potrafi smagać, potrafi szeptać, potrafi zawodzić… Potrafi mamić i otumaniać, zawywać i dąć. Wreszcie porywać, szarpać, rozrywać na strzępy, zmieniając życie na zawsze. Potrafi odmieniać oblicze świata, o czym przekonujemy się w ostatnich miesiącach niezmiennie, nieprzerwanie, odkąd El Niño i La Niña zapanowali nad naszym globem. Potęga tego żywiołu trwa od stuleci. Dawniej składano ofiary i kierowano modły ku delikatnemu Zefirowi prosto ze wschodu, ciepłemu południowemu Notosowi, oraz Boreaszowi, który dął lodowatym podmuchem prosto z północy. Najstraszliwszy, złowrogi, zwiastował zniszczenie i śmierć. Wiatr…

To właśnie ta niszcząca, hucząca siła żywiołu zainspirowała Raya Bradbury, który w swoim kultowym już tomie opowiadań „Październikowa Kraina” snuł opowieść o „Wietrze”. Czytaj dalej

KSIĄŻKI NA JESIEŃ

Moi Drodzy,

Lato już niemal przeminęło… Jesienne nuty rozbrzmiewają coraz intensywniej chłodnym wiatrem z północy, zacinającym deszczem od czasu do czasu, dłuższymi wieczorami, które zwiastują pierwsze koce i ciepłe skarpety. Przed nami rozogniony czerwieniami  i żółcieniami wrzesień, rozstraszony październik z królestwem dyni, oraz listopad mroczny, zacinający, taki, jak u Joanny Bator, gdy nawet kałuże to przejścia do innego świata. Zawierucha nowej pory roku…

Ale także magia. <3 Ta mroczna i ciemna, przynależna Ludziom Jesieni, jak nazwał ich Ray Bradbury, pełna duchów i tajemnic, które skrywają się w snujących mgłach. Ale nie tylko, bo w końcu jesień to czas leniwego rozkitwaszenia, to czas pierwszych gorących czekolad i miękkich swetrów. To dyniowe ciasto, kardamon i cynamon w powietrzu. I palone liście!

Aż chce się zakopać i poczytać co nieco… Na takie jesienne dni i wieczory przygotowałam dla Was 10 wyjątkowych książek – nowszych i starszych, takich, które znajdziecie w księgarniach, ale przede wszystkim w bibliotekach i antykwariatach. Warto o tym pamiętać.

Bo warto czytać. Czytaj dalej

„Jakiś potwór tu nadchodzi” Ray Bradbury – recenzja

Bombla_BezsennaPotworNadchodzi

„CZAROWNICA: Palec mię świerzbi, to dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi!”
Makbet William Shakespeare

Śmierć to jedna z podstawowych motywacji człowieka. Motor jego działań, niewidzialny silnik, który napędza pełnię życia. Każdego dnia zbliża się coraz bardziej, podchodzi spokojnie, niespiesznie, niemal niezauważalnie. Otacza nas i co rusz powraca w przypadkowych konwersacjach, w wiadomościach ze świata, w wypadkach wokół. Śmierć, Śmierć, Śmierć. Czasami niepoliczalna, kryjąca się za niewyobrażalną liczbą, a czasami niczym groźba – wynik choroby, konsekwencja nieostrożności, ostrzeżenie. Nie da się uciec od Śmierci, więc podświadomie poddajemy się lękom, boimy się jej, bo jest totalnie niepojęta, niezrozumiała. Nie da się Śmierci oswoić, nie sposób się od niej odwrócić. A do Śmierci przybliża człowieka nieubłagany Czas. Rozpędzony, nieustępliwy, czas, którego nie sposób zatrzymać. A gdyby tak móc uchwycić chwilę? Cofnąć wskazówki i żyć wiecznie? Czy nie byłby to najpiękniejszy ze snów?

„I think it uses Death as a threat. Death doesn’t exist. It never did, it never will. But we’ve drawn so many pictures of it, so many years, trying to pin it down, comprehend it, we’ve got to thinking of it as an entity, strangely alive and greedy. All it is , however, is a stopped watch, a loss, an end, a darkness. Nothing. And the carnival wisely knows we’re more afraid of Nothing than we are afraid of Something. You can fight Something. But… Nothing?”

Czytaj dalej

BEZSENNE ŚRODY: „The Veldt” Ray Bradbury

Bombla_BezsennaVeldt

 

Pamiętacie wyobrażenia o przyszłości, te sprzed lat? Próby wymyślenia, jak będzie wyglądał świat za pięćdziesiąt, sto, tysiąc lat? Wizjonerskie obrazy science fiction, w których wszystko będzie zmechanizowane, zautomatyzowane, pokryte błyszczącym metalem, wypolerowane na błysk? Nic nie będzie trzeba robić samodzielnie – sprzątanie, pranie, gotowanie, wszystkie możliwe prace domowe będą wykonywane przez specjalne roboty, maszyny, cudna elektroniki. Zamiast lasu – wirtualne drzewa, świergot ptaków w głośnikach. Zamiast morskiej bryzy – sztuczne ustawienie klimatyzacji. Pory roku? To już nie dla nas! Teraz słońce, czy śnieg pojawiają się w sekundę.

Czytaj dalej

„The Halloween Tree” Ray Bradbury

Bombla_HalloweenTree

 

„The smile of the Witch, and the smile of the Cat,
The smile of the Beast, the smile of the Bat,
The smile of the Reaper taking his fee
All cut and glimmer on the Halloween Tree…”

Czy znacie Samhein, celtyckie święto żniw, na koniec lata? A może gdzieś słyszeliście o rzymskim święcie na cześć bogini Pomony? Znacie Dzień Zmarłych, czyli Día de los Muertos obchodzony hucznie w Meksyku? Znacie Wszystkich Świętych, na cześć męczenników kościoła? Znacie słowiańskie Dziady? A może Zaduszki, gdy wspominamy swoich bliskich? Te wszystkie święta, wszystkie te dni, w przedziale od 31 października do 2 listopada, tak naprawdę mieszczą się w jednym słowie, którego korzenie sięgają tak dawnych, jeszcze pogańskich obrzędów, ale które w pełni wykreowane zostało dopiero przez chrześcijan, czyli HALLOWEEN – popularny skrót od All Hallows Eve, czyli Wigilii Wszystkich Świętych. Nie ma różnicy, czy to początek ludzkich dziejów, czy przed, czy po powstaniu religii chrześcijańskiej. Święto bowiem jest jedno, łączy nas wszystkich, a nie dzieli wcale. Od zawsze pozwala przygotować się do zimy, oswoić ze zmianą pór roku. Pożegnać „życie”, kolory i ruch, a powitać „śmierć”, spokój i zimowy sen. Odegnać zło samym dobrem, a niedostatek – bogactwem zapasów. Na przekór strachom. Na przekór niepewności.

Straszną i wzruszającą opowieść o przyjaźni, poświęceniu i sile tradycji opowiada Ray Bradbury w swojej krótkiej powieści z 1972 roku zatytułowanej „The Halloween Tree” (dosł. „Halloweenowe Drzewo”). Nie znajdziecie tu wcale skomercjalizowanej, ugładzonej wizji Wigilii Wszystkich Świętych. Kostiumy, maski, psikusy i cukierki to tylko przykrywka, punkt wyjścia dla uniwersalnej opowieści o święcie, którego głównym bohaterem jest Śmierć. Śmierć, która w tej historii przybiera postać i bardzo konkretne imię. Śmierć, która udowadnia, że Halloween to nie tylko zabawa, nie tylko słodkości i przebieranki, ale jej główna domena, jej czas i jej moment, a o tym nigdy nie można zapomnieć. Duchy, demony, potwory – to wszystko i jeszcze więcej jest tam, gdzie zasłona pomiędzy uniwersum żywych a uniwersum martwych staje się nieomal przezroczysta. Gdy mrok spowija rozświetlone lampionami domy, drgające światełka na cmentarzach i drogi, po których biegają ocukrzone i roześmiane dzieciaki.

 Tak jak biegało ośmiu chłopców w pewną Halloweenową noc. Od domu, do domu, wśród radosnych okrzyków zbierali cukierkowy okup od sąsiadów. Każdy przebrany za innego maszkarona, za szkielety, czarownice, gargulce i żebraków. Cały kalejdoskop dziwactw. I nagle, pomimo masek, pomimo zmienionych głosów, orientują się, że coś jest nie tak! Kogoś brak, kogoś nie ma, ośmiu zamiast dziewięciu – kogo zabrakło? Pipkina, ukochanego Pipkina, który dopełniłby dzieła. Szukają, pytają, by wreszcie skierować się do domu przyjaciela. A tam na ścieżce zjawa, zapłakana, zbolała, ale zanim dowiedzą się, co przytrafiło się Pipkinowi, ten porwany zostaje przez cień i uniesiony w przestworza. Ośmiu chłopców rusza w pościg, by trafić do opuszczonego domu na peryferiach miasteczka. A za domem – Halloweenowe Drzewo. Na każdym z nich wykrojona dynia, każda inna, każda przestawiająca inną postać. I właściciel drzewa i tego domu pełnego dźwięków, który przedstawia się jako Carapace Clavicle Moundshroud. Ten obiecuje chłopcom pomóc odnaleźć zagubionego w czasie i przestrzeni Pipkina, zabierając ich w niezapomnianą podróż przez epoki i miejsca dawno zapomniane, by na koniec nocy dokonać ostatecznego wyboru.

Z początku, po zaledwie paru akapitach, opowieść Raya Bradbury wydawać się może wyłącznie halloweenową historyjką o chłopięcym entuzjazmie w tę wyjątkową noc roku, w miasteczku takim jak wszystkie. Ach, jak bardzo pomyli się ten, co w ten sposób pomyśli! Już po chwili atmosfera zamiera. Brak, pustka, kogoś nie ma. Kogoś, bez kogo Halloween nigdy nie będzie takie samo. A przecież jeszcze wczoraj, jeszcze kilka dni temu bawił się, krzyczał i podskakiwał z przyjaciółmi! Był ich duszą, był bratem, kompanem na dobre i na złe. To „złe” nadeszło teraz, gdy on, uwielbiany przez wszystkich Pipkin, nagle zniknął. Osiem głosów to nie dziewięć. Dysonans. Dysharmonia. Niepokój i to uczucie, że wydarzyło się coś bardzo złego.

„The Halloween Tree” napisana jest w taki sposób, że naskrobać o niej „piękna” odbiera jej cały urok. To taniec słów, melodia, magia, migotanie. Każde zdanie wybija rytm, porywa, jak strumień i jak strumyk niesie czytelnika w oszałamiającym zachwycie. Przypomina wirujące liście na wietrze, motyle w locie, rwące kręcące się wody,  mijające, skrzące się w ostatnich promieniach jesiennego słońca. Kiedy chłopcy biegną na ratunek przyjacielowi są niczym wyciągnięci zza mgiełki, z pary, zza szumu wiatru. Gdy wokół nastaje cisza i przerażenie, tak cichnie całe życie i mrok przejmuje, dosłownie porywa i trzyma mocno w szponach. A potem znów bieg, znów szum. Wstrzymany na ułamki sekund film rozpędza się znowu na szpuli. Czytać zdania Bradburego, to jak zanurzyć się w baśniowej bańce, jak przeniknąć do eterycznego świata ze snów, gdzie nic nie jest pewne, tylko rytm pędzących słów.

“The Halloween Tree” to powiastka niezwykła, straszna i wzruszająca jednocześnie, obok której nie da się po prostu tak sobie obojętnie przejść. Nie da się przeczytać i zapomnieć. Jest w tej historii magia, jest mrok i próba odpowiedzi na te najbardziej fundamentalne pytania. Przemierzać czas i epoki to jedno, ale ratować przyjaciela, wyrywać go ze szponów spragnionej krwi śmierci to zupełnie inna kwestia. Okazuje się, że śmierć ma wiele twarzy, odpowiada przed tysiącem różnych bóstw, a sama pozostaje niezmienna. Pewna i uniwersalna. Bo przecież umrzeć mają pewnego dnia wszyscy. Nic nie trwa wiecznie i nawet na słońce, czy księżyc nadejdzie kiedyś pora. Ale jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie teraz. Halloween, Święto Duchów, Święto Zmarłych,  gdzie śmierć szczerzy się w upiornym uśmiechu, a szkielety tańczą na wietrze, bez względu na swoją nazwę, bez względu na miejsce, to tak naprawdę afirmacja życia. Przypomnienie żywym, że wciąż istnieją. Są i trwają, nawet gdy być i trwać nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.

O.

BEZSENNE ŚRODY: „Skeleton” Ray Bradbury

Bombla_BezsenneSKELETON
 

„A skeleton. One of those jointed, snowy, hard things, one of those foul. Dry, brittle, gouge-eyed, skull-faced, hake-fingered, rattling things that sway from neckchains in abandoned webbed closets, one of those things found on the desert all along and scattered like dice.”

Czy znacie to uczucie, gdy wszystko Was boli, nieomal czujecie każdą, nawet najmniejszą kostkę w Waszym ciele, a na dokładkę macie poczucie jakiegoś takiego wyobcowania? Jakby Wasze ciało wcale nie należało do Was, tylko żyło swoim własnym życiem, jak jakiś pasożyt, napierający na Wasz umysł? Czaszka ściskająca w kleszczach mózg, kręgosłup podtrzymujący postawę i wszystkie te pomniejsze elementy, dzięki którym nasza zewnętrzna powłoka porusza się i działa… Od czasu do czasu, szczególnie w chorobie, gdy majaki przychodzą znienacka, można doznać czegoś podobnego. Jednak, gdyby przyszło Wam przeżywać to poczucie bólu i wyobcowania codziennie? Gdyby Wasze ciało stało się nienaturalną obsesją, przyjacielem i wrogiem jednocześnie, które nie pozwala Wam normalnie funkcjonować? Gdyby wszystko wokół przestało mieć znaczenie i w równaniu pozostalibyście tylko Wy i Wasz szkielet, a gdzieś daleko w tle reszta świata? Dramat obsesji i cielesnego wyobcowania opisał Ray Bradbury w jednym ze swoich opowiadań zatytułowanym „Skeleton” (dosł. „Szkielet”).

Harris cierpi na niezwykle intensywne bóle wszystkich kości. Nie wiadomo, czy to wyłącznie bóle wyimaginowane, wymyślone w dziwnej obsesji, czy może prawdziwe. Trudno powiedzieć, bo pomimo regularnych, jak to u hipochondryka, wizyt u lekarza, ten ignoruje jego symptomy i odsyła co rusz do domu, polecając wypoczynek i oderwanie od „szkieletowych” myśli. Tylko jeden lekarz zdaje się odpowiadać na opętanie Harrisa, niejaki doktor M. Munigant, dziwny człowieczek, który przytakuje, poklepuje, a na dokładkę wręcza swojemu pacjentowi dokładny szkic szkieletu, by ten mógł napatrzeć się do woli. I zachęca go do ponownej wizyty. Jak pewnie się domyślacie odpowiedź na obsesję, wraz z wizualną reprezentacją problemu, jedynie wzmacnia zainteresowanie Harrisa. Rozmyśla ciągle o kościach, czuje je, maca, obserwuje i porównuje… Ból staje się nie do zniesienia, wzmaga obłęd. Szkielet jawi się niczym gotycki symbol śmierci, wewnątrz samego Harrisa, obcy i inny w stosunku do reszty ciała. Oskarża szkielet nawet o niepowodzenia w małżeństwie, czy w pracy. I gdy już nie może wytrzymać, gdy przerażenie i obrzydzenie biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, Harris wzywa do siebie doktora Muniganta, a ten od razu znajduje rozwiązanie. Ale z pewnością nie takie, jakby spodziewał się nasz bohater.

„Skeleton” Raya Bradbury to krótkie i mroczne studium cielesnej obsesji. Harris zaczepia się jednej, pojedynczej myśli i nie może się od niej oderwać, a sprytny doktor tylko jednym gestem podsyca ją i doprowadza do absurdu. Najlepsze jest jednak przedstawienie szkieletowych doznań, które opisane są tak, że emocje bohatera automatycznie przechodzą na czytelnika. To ten moment, gdy czytając na chwilę stajemy się Harrisem, czujemy to co on czuje i przez ułamek sekundy wydaje nam się, że i wewnątrz nas siedzi coś, co nie do końca do nas należy, a ma przecież nad nami władzę. Strach jest tutaj jak najbardziej naturalny, wynikający ze śmiertelności i świadomości ciała. I ten element tajemnicy dziwnego doktora Muniganta, który tylko się uśmiecha, przytakuje i podgryza chlebowego palucha.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo liczę wszystkie moje kości.

O.

*Opowiadanie ”Skeleton” pochodzi z tomu „October Country” Raya Bradbury i jego prześwietną komiksową formę znajdziecie TUTAJ.