WYWIAD z Remigiuszem Mrozem

Moi Drodzy,

Po raz pierwszy na Wielkim Buku – pełnokrwisty WYWIAD i tym samym rozpoczęcie nowego cyklu na blogu.

Na pierwszy ogień:

REMIGIUSZ MRÓZ

Fot. Sławomir Mielnik

 

Pisarz, który niczym Dżyngis-chan przebojem zdobywa tak polski rynek literatury popularnej, jak i serca swoich czytelników. Profesjonalny żongler gatunkami, który wydaje kilka powieści rocznie, tym samym wzbudzając tumany niepewności w literackim światku. Miejcie się na baczności! #IdzieMróz

Olga Kowalska: Powiedz mi Remigiuszu, czemu oni tak się Ciebie boją w tej Gazecie? Pytania o „dobijanie literatury”, nazywanie Ciebie pobłażliwie „zorganizowanym dorosłym chłopczykiem” – sukces literacki i pracowitość nie są w Polsce mile widziane? Drażnią w oczy?

Remigiusz Mróz: A może pracoholizm jest po prostu podejrzany? (śmiech) To by przynajmniej tłumaczyło, skąd te teorie spiskowe o grupie autorów, którzy wspólnie piszą pod pseudonimem „Remigiusz Mróz”. Ale poważnie mówiąc – pewne rzeczy są absolutnie zrozumiałe, bo pojawiłem się pewnego dnia znikąd, nie stała za mną żadna wielka machina wydawnicza, nie wspierała mnie głośna kampania marketingowa, nie pracowałem wcześniej w redakcji żadnej wysokonakładowej gazety i nie spędzałem wieczorów w restauracjach ze znanymi dziennikarzami. Kiedy zaczynałem, pełnią szczęścia było dla mnie to, że wydawca wykupił tygodniową promocję na dole strony głównej empiku, gdzie książka pojawiła się jako jedna z kilkudziesięciu miniaturek. I nie byłem wyjątkiem – większość zaczynających autorów mogła liczyć wyłącznie na takie PR-owe fajerwerki. Tym bardziej cieszę się, obserwując, jak teraz oficyny wspierają osoby wchodzące na rynek, bo wyraźnie zmieniło się podejście do polskich debiutantów.

Ale uciekam trochę od odpowiedzi. Moje książki pojawiły się w przestrzeni publicznej dlatego, że zaczęli pokazywać je w niej czytelnicy i blogerzy. Nagle jak filip z konopi wyskoczył autor niezwiązany ze środowiskiem – człowiek z zewnątrz – a jego powieści znalazły się na księgarskich listach bestsellerów. To musiało wiązać się z określoną niepewnością, podejrzliwością i dystansem. W dodatku dwadzieścia parę lat i tyle wydanych książek? Coś musi być z tym facetem nie w porządku, twierdzili co poniektórzy. Kiedy jednak pytałem, co konkretnie, najczęściej odpowiadali, że nie wiedzą, bo nie czytali jeszcze żadnej książki.

Koncentracja, dyscyplina, regularność – pracujesz dużo, na własny rachunek i nie wstydzisz się tego. Kalwinistyczny etos pracy – ludziom trudno uwierzyć, że takie życie może być satysfakcjonujące, prawda?

Pewnie! Najczęstsze pytania w wywiadach dotyczą tego, jak znajduję czas na przyjemności, co robię w wolnym czasie… albo czy wiem, co w ogóle kryje się pod tym pojęciem. Kiedyś dziwiło mnie, że wiele osób tak często dopytuje o ulubione seriale, książki, rodzaj rozrywki, sport… właściwie o wszystko, co się z pisaniem nie wiąże. Ale może to zainteresowanie wynika właśnie z tego, o czym mówisz?

Ostatecznie pisanie to dla mnie najlepsza rozrywka – wychodzi więc na to, że moja codzienna rutyna to nie etos pracy, a zwykły hedonizm!

Jesteś jednym z niewielu polskich pisarzy tak otwartych na swoich fanów i pozytywnie do nich nastawionych – wszędzie spotkania, osobiste wpisy, odpowiedzi na komentarze. Czy przydarzyła Ci się z tego powodu jakaś przykrość, a może wręcz na odwrót – przyjemna historia warta opowiedzenia?

Przykrości zdarzają się od wielkiego dzwonu, ale jedna z nich wiąże się z tym, o co pytałaś na początku. Otóż na ostatnich targach książki w Warszawie zauważyłem na stoisku wydawcy pewnego szanowanego jegomościa, którego bardzo cenię. Korzystając z tego, że mnie nie rozpoznał, wskazałem jedną ze swoich książek i zrobiłem to, przed czym przestrzega od lat Stephen King – zagaiłem, czy aby nie czytał którejś powieści tego autora. Odparł, że nie, bo od takich to on trzyma się z daleka. Zapytałem więc, która książka zrobiła na nim aż tak złe wrażenie – odpowiedział, że jeszcze żadnej nie czytał, ale nie musi. Wystarczy mu świadomość, że Mróz tyle wydaje.

Tych miłych akcentów jest jednak znacznie więcej – na tyle, że trudno mi je wymienić. Niesamowite wrażenie robi na mnie, kiedy na spotkaniach autorskich pojawiają się osoby niepełnosprawne, dla których taka wizyta wiąże się częstokroć z gigantycznymi komplikacjami. To naprawdę daje paliwo do pisania. Podobnie jak sytuacje, kiedy spotykam się z całymi familiami i okazuje się, że moje książki czytają wnukowie, dzieci, rodzice, dziadkowie… a potem dyskutują o nich przy takiej czy innej rodzinnej okazji. Taki przekrój wiekowy, a właściwie pokoleniowy, pozwala mi sądzić, że w miarę dobrze wykonuję swoją robotę. A najbardziej cieszy mnie, kiedy dowiaduję się, że w moich książkach zaczytują się także stulatkowie.

Zauważyłam, że podobnie jak James Patterson czy John Grisham nie wstydzisz się swojej przynależności do literatury popularnej. Jak myślisz, dlaczego krytyka literacka tak po macoszemu traktuje najpopularniejsze gatunki wśród czytelników?

Ja Ci dam Grishama i Pattersona stawiać w jednym szeregu! Ten drugi z pisaniem na dobrą sprawę nie ma wiele wspólnego, tak w przenośni, jak i dosłownie – bo właściwie książki piszą za niego młodzi autorzy. Ale pewnie, uważam, że przynależności do literatury gatunkowej nie powinno się wstydzić – wbił mi to do głowy przede wszystkim Stephen King. Kiedy zaczynał, znani krytycy określali go mianem „literackiego odpowiednika Big Maca”, sam zresztą w końcu też zaczął tak o sobie mówić. A jednak dwa lata temu otrzymał National Medal of Arts, najbardziej prestiżowe odznaczenie artystyczne w Stanach. Czym to tłumaczył? Przede wszystkim tym, że zwyczajnie „przeczekał” swoich krytyków. Do tej pory większość bowiem zdążyła kopnąć w kalendarz.

Przeskakując do innego jeszcze autora… Andrew Klavan w jednym ze swoich programów powiedział, że kryminał i thriller to ostatnie gatunki w literaturze, które sprzeciwiają się panoszącemu się relatywizmowi moralnemu. Tutaj zawsze dobro pozostaje dobrem, nawet jeśli niedoskonałym, a zło pozostaje złem. Zgadasz się z tym stwierdzeniem?

Wydaje mi się, że jest wprost odwrotnie – coraz bardziej eksploatują relatywizm, eksperymentują z nowymi formami turpizmu i kreślą wizje społeczeństw w nowych odcieniach szarości. Sam Klavan zresztą jest niezwykle wielowymiarową, niejednoznaczną postacią – godzi konserwatywny światopogląd i poparcie dla Donalda Trumpa z ideami wyraźnie lewicowymi, jak choćby dążenie do legalizacji związków osób tej samej płci. A może po prostu cechuje się pragmatyzmem? Tak jak poniekąd kryminały i thrillery? W tych powieściach częstokroć wszystko sprowadza się właśnie do rozwiązań praktycznych. Konstruujemy naszych bohaterów tak, by reagowali na zmieniające się zdarzenia według potrzeb, nie idei. I być może właśnie dlatego gdzieś zaciera się granica między dobrem a złem, przynajmniej w moim przekonaniu.

Poza kryminałem i thrillerem, napisałeś powieści w wielu innych gatunkach – a jakiego gatunku na razie NIE znajdziemy w Twojej szufladzie pełnej pomysłów?

W tej metaforycznej znajdują się chyba wszystkie, natomiast jeśli chodzi o tę wirtualną, w której chowam wszystkie napisane dotychczas powieści, brakuje obyczaju, romansu i pochodnych. Oprócz tego gatunków Ci u mnie pod dostatkiem. Są dwa tomiszcza fantasy, dwie powieści science-fiction, kilka horrorów, trochę sensacji i jeszcze więcej pozycji historycznych…

Sporo, naprawdę sporo. Paul Tremblay w swojej powieści opisał ciekawą koncepcję „głowy pełnej duchów”, czyli tego, że żaden twórca fabuł nie działa już dzisiaj w próżni. Nie odnosisz czasami takiego wrażenia, że wszystko już było, a gatunek jakim jest kryminał czy thriller powiela się w nieskończoność?

Wydaje mi się, że na początku każdemu pisarzowi towarzyszy podobna obawa. Szybko przekonuje się jednak, że nawet jeśli wpadł na taki sam pomysł, jak ktoś przed nim, wykonanie sprawia, że tak naprawdę nic się nie powiela. Weźmy Behawiorystę i motyw związany z partycypacją społeczną w niemoralnych, niejednokrotnie ohydnych zdarzeniach – wielu autorów bierze podobne wątki na tapet, uwydatniając niebezpieczeństwa związane z coraz bardziej zglobalizowanym i „interaktywnym” światem. W gruncie rzeczy jednak nasze powieści fabularnie niewiele łączy, choć pozornie zaczynamy od tego samego punktu wyjścia.

Jakich pisarzy uznajesz za swoje największe inspiracje, ojców-założycieli swojej prozy?

Ojciec założyciel jest tylko jeden – Stephen King. Za ojca chrzestnego wziąłbym sobie Stiega Larssona, za dobrych wujków natomiast Jo Nesbø, Jeffreya Archera, Håkana Nessera i Kena Folletta. Każdy z nich wniósł coś do mojego warsztatu, a przynajmniej taką mam nadzieję. Dlatego tak wiele satysfakcji sprawiają mi porównania do nich czy innych pisarzy, w książkach których sam się zaczytuję.

A czy mógłbyś zdradzić kilka najważniejszych inspiracji, którymi kierowałeś się tworząc swoją nową tajemniczą powieść, „Czarną Madonnę” ? Tak literackich, jak i w ogóle popkulturowych?

Ojciec założyciel to główna inspiracja zarówno literacka, jak i popkulturowa. Mam nadzieję, że w tej powieści jego wpływ będzie widoczny – na razie dostrzegła go moja redaktor prowadząca, co było jednym z największych komplementów, jakie usłyszałem. Samym przyczynkiem do napisania tej książki była prosta myśl – chciałem sprawdzić, czy potrafię wystraszyć samego siebie. I starczy powiedzieć, że po postawieniu ostatniej kropki, uznałem, że nigdy więcej nie zapędzę się tak daleko w tym konkretnym gatunku.

A wracając do przeszłości… Dlaczego zdecydowałeś się pisać jako swoje alter ego – Ove Logmansbø? Czy przeczytamy coś jeszcze spod jego pióra?

Chciałem się sprawdzić, bo zawsze przychodzi taki moment, że pisarz zaczyna zastanawiać się, na ile jego sukces jest zrządzeniem losu, a na ile wynikiem ciężkiej pracy, talentu, interwencji opatrzności, pomocy z zaświatów czy też kosmicznego natchnienia przesyłanego z odległego o wiele parseków, obcego świata. Nie ma lepszej metody, niż przyjęcie pseudonimu – więc się na to zdecydowałem. Przy okazji sprawdziłem, jak odmiennie wydawcy podchodzą do zagranicznego debiutanta i zaplanowałem sobie cykl książek, w którym poszczególne tomy miały być swoistym literackim hołdem dla moich ulubionych autorów skandynawskich – Nesbø, Nessera, Hjortha i Rosenfeldta czy Larssona.

Wspominam o cyklu, bo planowałem, że tomów będzie więcej. Liczyłem, że uda mi się utrzymywać tajemnicę przez dłużej niż rok – niestety dziennikarstwo śledcze okazało się górą i skończyło się na trylogii.

A jak idą prace nad ekranizacjami Twoich powieści? Czy bierzesz w nich aktywny udział? Czy tak jak Stephen King pojawisz się jako jakaś postać w tle, niespodzianka dla Twoich fanów?

To byłaby piękna tragedia – więc podsunę pomysł producentom (śmiech). Staram się trzymać jak najdalej od tego procesu, zostawiając to profesjonalistom. Jest mi jednak ogromnie miło, że konsultują ze mną mnóstwo rzeczy i na bieżąco o wszystkim informują.

A co do konkretów – na ekranach najpierw zobaczymy Chyłkę. Nastąpiła pewna zmiana koncepcyjna, przez co obecnie trwają rozmowy z największymi graczami na rynku telewizyjnym w Polsce. Mam nadzieję, że niebawem zostaną zakończone, partner zostanie wybrany, a my będziemy mogli na wakacje zdradzić coś więcej.

Robert Heinlein powiedział kiedyś, że chociaż pisania nie należy się wstydzić, to należy pisać w odosobnieniu, a potem dokładnie umyć ręce. Wychodzisz z pisaniem do ludzi, czy raczej chowasz się w ciemnym kącie, w całkowitym odosobnieniu?

Gorzej, chowam się jak Gollum w jaskiniach. Zamykam się sam na sam ze swoimi bohaterami i nie wychodzę dopóty, dopóki nie stwierdzę, że z czystym sumieniem wypuszczają mnie ze swego świata. Potem, jeszcze cały utytłany opowieścią, redaguję ją wstępnie i wysyłam do redaktorów. Dopiero wtedy mogę umyć ręce. Czekam, aż nad materiałem poznęca się kilka osób, po czym znów zanurzam się po łokcie.

Swoją drogą polecam Heinleina, szczególnie Żołnierzy kosmosu. To świetna książka, właściwie niemająca wiele wspólnego z głośną adaptacją.

Uwielbiam obie, więc dokładam się do tej rekomendacji! Wracając jednak do naszej rozmowy, to ostatnio jak sam przyznałeś, przypadkowo zainspirowałam Cię jedną piosenką – czy często inspirujesz się muzyką? Jeśli tak, to jaką? A czego słuchasz w wolnym czasie, tak dla przyjemności?

Dość często. Sabaton i Iron Maiden natchnęli mnie do napisania Turkusowych szali, w pewnej piosence In Flames pojawiło się tak wyeksponowane słowo „forced”, że stało się przyczynkiem do wymyślenia nazwiska „Forst”. Oprócz tego zawsze staram się otaczać muzyką odpowiednią do książki, nad którą pracuję. Dlatego przy pisaniu trylogii farerskiej słuchałem przede wszystkim Týru, ale także Korpiklaani i innych folkowych kapel ze Skandynawii.

To daje też pojęcie o moich gustach muzycznych. Lubię mocne brzmienia, w szczególności te z północy. Lubuję się też w rockowych starociach – obecnie katuję na przykład Uriah Heep i każdy dzień zaczynam od Easy livin’.

A jak to w ogóle było z tym pisarstwem? Ruszyłeś za głosem serca, szukałeś odskoczni od prawniczych formalności?

Od podstawówki układałem mniej lub bardziej wydumane opowieści. Zawsze towarzyszyła mi potrzeba tworzenia jakichś historii, choć najczęściej z nikim się nimi nie dzieliłem. Potem przyszedł czas na wiersze, których popełniłem ponad sto; i artykuły, które pisałem w ramach prowadzenia internetowego magazynu. Słowo pisane zawsze było mi wiernym kompanem, podobnie jak wewnętrzny imperatyw opowiadania sobie historii.

Czy możesz zdradzić co też czeka Twoich fanów w najbliższej przyszłości? Nad czym pracujesz w tym miesiącu, albo w następnym?

W tym miesiącu redaguję nową, szóstą Chyłkę. Tym razem sprawa dotyczy przeszłości, ale niezbyt zamierzchłej, bo związanej z opozycją w czasach PRL-u. To niespecjalnie wyeksploatowany, a zarazem niezwykle urodzajny grunt dla prawniczo-kryminalnej intrygi. Jest dość zamotana, ale szczęśliwie na końcu wszystko się rozplata. W lipcu siadam do pisania… właściwie nie jestem pewien czego. Mam kilka pomysłów, w tym jeden gigantyczny. Przyglądam się im na bieżąco i sprawdzam, który postanowi wciągnąć mnie jak grząskie piaski.

Czy masz swojego Wielkiego lub Dużego Buka – książkę, którą uwielbiasz i polecasz z całego serca?

Jeśli chodzi o literaturę niegatunkową, to wielkim bukiem jest Traktat o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. Tytuł może nie zwala z nóg, ale zapewniam, że to wyjątkowa książka. Czytać można ją bez końca, od deski do deski, za każdym razem odkrywając w niej inny urok.

Jeśli chodzi o pozycje gatunkowe, to sporo rozrywki dostarczyły mi Więzień urodzenia Jeffreya Archera, Kolor prawa Marka Gimeneza, Dallas ’63 Stephena Kinga, trylogia Stiega Larssona, Pielgrzym Terry’ego Hayesa, Ostatnie królestwo Bernarda Cornwella, Cycero Roberta Harrisa, Nie mów nikomu Harlana Cobena, a ostatnio Za zamkniętymi drzwiami B.A. Paris… właściwie trochę tego jest, ale chyba nie ma się co dziwić. Literatura tętni porywającymi historiami.

Dzięki śliczne za wywiad i czekam z niecierpliwością na „Czarną Madonnę”!

Premiera już 19 lipca i szykuje nam się pełnokrwisty horror religijny. ❤

O.

29 thoughts on “WYWIAD z Remigiuszem Mrozem

    • Bombeletta pisze:

      Niestety – nie mam takiej opcji, bo ze względu na pracę i inne zobowiązania nie mogę podróżować… Ale jak kiedyś to się zmieni, to na pewno wywiady pisemne uzupełnię o video. 🙂

  1. Mudd pisze:

    Świetny wywiad. 🙂 I widzę, że też zwróciłaś uwagę na to, jak potraktowano Mroza w tamtej edycji „Książek” Gazety. Zaatakowali go w pełni otwarcie i zdecydowanie poniżej pasa…

    Dowiedziałem się naprawdę wielu rzeczy tutaj, mam nadzieję że kolejne wywiady będą równie udane. 🙂

  2. Damian pisze:

    Wspaniale że miałaś okazję przeprowadzić taki wywiad! Korzystając z okazji wiesz może jaki tytuł będzie nosić 6 tom z Chyłką, bo gdzieś na instagramie widziałem ale nie mogę tego znaleźć, z góry dziękuję za odpowiedź 🙂 Pozdrawiam

  3. Angelika Oleszczuk pisze:

    Świetny wywiad! Gratuluję! 🙂 Czytało się bardzo dobrze, długość jest wręcz idealna i naprawdę dużo ciekawych informacji, a także trafne pytania 🙂 Powodzenia z następnymi wywiadami! Z kim planujesz następny? 🙂

    • Bombeletta pisze:

      Dziękuję Kochana! :*
      To jest taka pół-niespodzianka, bo wspominałam już o tym na FB, ale kolejny wywiad, jeśli się uda, będzie z Magdaleną Parys. ❤

  4. NieFikcyjna pisze:

    Świetny wywiad – no ale co się dziwić, kiedy i rozmówca taki dobry! 🙂 Nie wiem dlaczego, ale często, czytając czy oglądając wywiady, mam wrażenie, że autorzy nie odpowiadają do końca na zadawane im pytania – u Mroza tego nie czuję, bo nie dość, że odpowie, to rozgada się jeszcze naokoło. I jest to jakieś takie… prawdziwe. 🙂 Jakby to była zwykła rozmowa przy kawce i ciasteczku, a nie wywiad. 😉

  5. Jola pisze:

    Zdecydowanie Mróz to bardzo płodny autor i chociaż nie czytałam jeszcze nic tego autora, to cieszę się, że wyskakuje z lodówki, bo to oznacza, że mój chłopak ciagle ma co czytać, bo jest zakochany w jego książkach! Ja na razie matematykę twórczości się nie wypowiadam, ale właśnie najbardziej nie lubię tych, którzy kierują się zasadą – nie znam się, to się wypowiem… wiadomo, nie trafi się w gusta każdego, ale przynajmniej wypadałoby spróbować jeśli chce się komentować i krytykować.

    • Bombeletta pisze:

      Polecam Ci sięgnąć chociaż po jedną powieść – cykl z Chyłką jest miodzio, jeśli lubisz kryminały sądownicze i świetne kobiece bohaterki, albo brutalny cykl thrillerów z melancholijnym komisarzem Forstem, ale nowy horror, który dopiero nadchodzi. 🙂 Sprawdź, bo warto dać się zmrozić, chociaż raz. 😀

      • Jola pisze:

        Zaczęłam niedawno właśnie przygodę z komisarzem Frostem, ale ciagle coś innego jest ważniejsze i przeczytałam tylko 14 stron, a przy takiej ilości również nie można w żaden sposób ocenić wartość książki. Ale na pewno kiedyś spróbuję się zmrozić, a nie tylko lekko schłodzić 😉

  6. Renata pisze:

    Olu wywiad był niesamowity ❤ Nie dość, że rewelacyjna blogerka to jeszcze jeden z dwóch autorów nr 1 dla mnie ❤ Dzięki

  7. Agnieszka Bednarska. pisze:

    Remigiusz nie tylko swietnie pisze, ale i gawedziarz z niego pierwsza klasa! Lubie wybrane jego ksiazki. Rozpietosc tematyczna ma tak szeroka, ze jest z czego wybierac.
    A w nim samym lubie luz z jakim do siebie podchodzi. Nie gwiazdorzy, nie zadziera nosa.
    Facet ma talent i szczescie i zdaje sie docenia to, czyli jest zadowolony, a przecietny Polak – malkontent tego nie lubi, wiec krytykuje. Wiekszosc mu jednak kibicuje, w tym ja.

    • Bombeletta pisze:

      Tak, Remigiusz ma do siebie dystans i to jest w nim prześwietne. 🙂 Do tego pracowitość i szacunek do pracy swojej i innych.
      Również kibicuję mu z całego serducha!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s