Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Moi Drodzy,

W ramach Wielkobukowego cyklu wywiadów zapraszam Was na rozmowę z wyjątkowym polskim pisarzem i znawcą popkultury. Przed Wami:

JAKUB ĆWIEK

Pisarz, publicysta, gawędziarz i stand-upowiec o duszy rockandrollowca, zakochany w popkulturze. Debiutował w 2005 roku zbiorem opowiadań „Kłamca”, a jego twórczość wielokrotnie była nominowana do prestiżowych nagród.

Olga Kowalska:  Uwielbiasz Stany Zjednoczone, tego nie da się ukryć. Jesteś jednym z nielicznych polskich autorów i ludzi związanych z kulturą, którzy nie wypierają się wpływu amerykańskiej popkultury na nasze postrzeganie świata – czy czujesz się z tym w Polsce nieco osamotniony? Czy chciałbyś, żeby więcej osób przyznało się wreszcie, że nie da się od tego uciec we współczesnej kulturze Zachodu?

Jakub Ćwiek: Szczerze mówiąc zupełnie nie zależy mi na tym, żeby inni autorzy, czy nawet spora grupa czytelnicza usiłująca za wszelką cenę odciąć się od amerykańskiej popkultury, przyznawała mi rację. To trochę jak z kształtem ziemi, globalnym ociepleniem czy zasadnością szczepionek – zawsze znajdzie się gdzieś grupa ludzi zaprzeczająca faktom i inna, mniejsza, zbijająca na tym kapitał. To coś, z czym zwyczajnie trzeba się pogodzić, przyjąć i robić swoje.

W tym miejscu pozwolę sobie jednak na doprecyzowanie – choć jestem ogromnym fanem popkultury amerykańskiej, daleko mi od przyjmowania jej bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie, uważam, że zrobiła wiele złego, że wykształciła lub wzmocniła w nas mnóstwo zachowań, które dziś trudno wyplenić, a które szkodzą nam jako społeczeństwu. Ot chociażby bardzo mocne osadzenie w świadomości stereotypów płciowych – uważam, że nie było w ubiegłym wieku większego hamulca rozwoju dla równouprawnienia właśnie niż popkultura. I te nieliczne – choć ważne – przykłady stawania w kontrze, wyznaczania nowych wzorców czy choć sugerowania ich, nie były i wciąż nie są wystarczające.

To natomiast, co chciałbym, to żeby ludzie nauczyli się z popkultury właściwie korzystać i jako dawcy i jako biorcy. A tego bez zrozumienia nie będzie.

Sama regularnie eksploruję kulturę Stanów Zjednoczonych, zarówno w tym narodowym, jak i regionalnym ujęciu, dlatego też często zastanawiam się – skąd w ogóle bierze się to pokutujące w Europie przeświadczenie, że wszystko co w kulturze amerykańskie znaczy gorsze? Może Ty znasz odpowiedź?

Amerykańska kultura stawia na wygodę i zaspakajanie oczekiwań odbiorcy. Obecnie bardzo dużo w niej  patologii w postaci schlebiania gustom najbardziej prymitywnym, szykowania kultury pod maksymalne i błyskawiczne spieniężenie. Liczy się pierwszy dzień, pierwszy weekend, krociowe zyski. I to ma prawo budzić niepokój. Z drugiej strony Ci, którzy potępiają amerykańską kulturę często zapominają, że jednym z najważniejszych zadań sztuki, warunkiem sine qua non sensu jej funkcjonowania jest docieranie do odbiorców i wpływanie na nich. Sztuka nie jest nic warta w oderwaniu od odbiorcy, a najwyższą jej formą jest według mnie taka, która nie idąc na kompromis, nie gnąc karku, jest wyrażona tak, by wzbudzała reakcję i działała na odbiorcę masowego. Łatwo jest być snobem. Wystarczy do tego paru kolegów, wino i trochę niesprawiedliwych komentarzy wziętych z niepełnego odbioru.

A co w tej amerykańskości podoba Ci się najbardziej? Czujesz, że masz tę amerykańską duszę?

Nie wierzę w amerykańską duszę, bo dusza, zakładając, że w jakimś czy to duchowym czy poetyckim sensie istnieje, nie ma narodowości. Ale mam w sobie pioniera, poszukiwacza przygód, człowieka, który raz po raz zaczyna z czymś od nowa, a jedyne co ma to zapał. Jest we mnie otwartość na nowe spotkania, głód ludzi, ich opowieści, chęć budowania fajnych rzeczy, a czasem pragnienie, by odjechać bez słowa w stronę zachodzącego słońca. W Ameryce podoba mi się jej niejednorodność, jej ogrom i to, że wciąż za wiele rzeczy płaci się tam opowieściami. Doceniam tę walutę.

Przechodząc do Twojej twórczości… Twoi czytelnicy przyzwyczajeni są raczej do tej „fantastycznej” strony Twojej twórczości w duchu „Chłopców” czy „Kłamcy”. „Drobinki nieśmiertelności” odchodzą od typowej fantastyki, w zamian ocierając się o klasyczne amerykańskie opowieści rodem z werand, przydrożnych barów i podejrzanych knajpek. Skąd ten pomysł na zmianę gatunku?

Ja w zasadzie nic nie zmieniłem. Zmiana jest w głowie czytelnika, w jego przywiązaniu do etykiet. Ja od zawsze opowiadam historie z pogranicza dwóch światów – tego w jakim żyjemy i tego jaki tworzymy sobie popkulturą. One się zlewają, ściśle dopasowują, bywa, że ciężko dostrzec granice czy punkty styku. Beletrystyka to zawsze kłamstwo, bo nie ma znaczenia czy prawdy jest w niej dziewięćdziesiąt czy pięć procent, jeśli nie ma jej w stu procentach, to efektem finalnym jest fikcja.  Z drugiej strony jestem zwolennikiem teorii, że dobra opowieść jest zawsze historią o ludziach i ma nam coś do przekazania o nich właśnie. I wtedy nieważne czy do mówienia o nich użyjemy smoków, droidów czy bogów, finalnie to opowieść o nas samych i świecie, który współtworzymy. „Kłamca” był o naszym życiu w popkulturze wczorajszej (religie, mitologie) i dzisiejszej (herosi i heroiny współczesnych mediów), „Chłopcy” to opowieść o dojrzewaniu i cenie za bycie wiecznym dzieckiem. Dreszcz wpisuje się trochę w jedno, trochę w drugie, a „Grimm City” to skąpana w klasycznym noir próba zrozumienia funkcji, roli i wpływu religii na nasze myślenie.

„Drobinki nieśmiertelności” to opowieści, które powstawały jak wszystkie inne. Po prostu nie potrzebowały fantastycznych elementów, by wybrzmieć tak, jak chciałem i przekazać to, co chcę.

Widać, że dobrze czujesz się snując takie historie. Zaszyłbyś się w spelunkach, uciekłbyś na te bezdroża, pędziłbyś żywot gawędziarza gdybyś mógł?

Ależ ja dokładnie to robię. Ta książka to przede wszystkim wynik jednej z takich podróży, owszem, zorganizowanej paczką przyjaciół i znajomych, ale nadal szalonej, zwariowanej, nastawionej na zderzanie się z opowieściami. Poza nią natomiast bardzo dużo jeżdżę, spotykam nowych ludzi, w ruchu spędzam często więcej niż połowę roku. Opowiadam, słucham, czasem ktoś mi postawi obiad za zmyśloną historię, czasem ja komuś za dzieje jego życia. Jestem wędrownym gawędziarzem. Chwilowo jeszcze nie na pełen etat, ale już dość, by tak właśnie się określać.

To przypadek, że pisząc o Stanach wybrałeś właśnie formę opowiadań, czyli najbardziej amerykańskiej sztuki literackiej?

To świadomy wybór. Chciałem opowiedzieć o różnorodnej Ameryce jaką widzę, jaką poznaję, jakiej daję się zwieść. Żadna inna forma nie oddała by tego tak jak chciałem.

Po Twoich opowieściach widać również fascynację Południem – masz swoje ulubione wspomnienie z Waszej podróży po Stanach właśnie z tamtych rejonów? Coś osobliwego?

Tak, myślę, że fascynacja to właściwe słowo. Trochę próbuję sobie w głowie zdekonstruować południowego simple mana, o którym śpiewali Lynard Skynard. Z jednej strony szukam tej prostoty, sprowadzającej się do prostych zasad co jest w porządku, a co nie, do minimalizacji potrzeb, do umiłowania prostych zjawisk, kochania rodziny i bliskich, stawania odważnie i bezkompromisowo po ich stronie. Z drugiej Południe do dziś pokazuje do czego taka rzekoma prostota często prowadzi – rasizm, homofobia, ślepe podążanie za wskazaniami pastorów, księży, duchowych guru. To, co zapamiętałem najlepiej to niebywała, nawet jak na wysokie standardy moich amerykańskich doświadczeń, gościnność Południowców. Byli nie tylko mili, ale i uczynni, gotowi zawsze do pomocy wykraczającej poza standard kontaktów międzyludzkich do jakiego przywykłem. Rzecz w tym, że gdy mówiłem o tym amerykańskim znajomym, reakcja zawsze była jedna: oczywiście, że byli uprzejmi. Jesteś biały.  I faktycznie, da się zauważyć, że te uprzedzenia są wpisane tak głęboko, że nikt już o nich nie myśli. Są we krwi.

Flannery O’Connor powtarzała nieraz, że pisarz nie powinien wstydzić się tego, że ciągle się przypatruje i wgapia, bo wszystko ma prawo przyciągać jego uwagę. A jak to jest z Tobą? Też prowadzisz niekończące się obserwacje? Podsłuchujesz? Podpatrujesz?

Pisarz nie tylko nie powinien się tego wstydzić. On powinien być dumny z tego podglądactwa. A jeśli jeszcze uda mu się dzięki niemu wychwycić coś naturalnego, nieskażonego jego udziałem, to powinien wypić za udany dzień! To trzon tej pracy, którego człowiek zwykle uczy się już będąc „w grze”. Myślę, że to dlatego tak wielu fantastów, zaczynających jako fantaści, przechodzi potem do tak zwanego głównego nurtu, albo zaczyna z nim flirtować. Bo zaczynali od używania narzędzi dla zaawansowanych, które pozwalają na ukrycie niewykształconego zmysłu obserwacji. A potem nagle stwierdzają, że już jej nie potrzebują, by opowiadać swoje historie. Ale to ma jeszcze dalszy ciąg. Wielu uznanych w głównym  nurcie autorów (by wspomnieć chociażby Cormaca MacCarthy’ego i jego „Drogę”) dochodzi w swoim pisaniu do momentu, gdy potrzebują ram gatunkowych czy właśnie warsztatu pełnego fantastycznych narzędzi, by móc mówić pełniej. Wtedy fantastyką wspierają obserwacje i wywołane nimi spostrzeżenia.

W „Drobinkach nieśmiertelności” wyczuwam szczypty nawiązań do legend literatury zza oceanu – do Johna Steinbecka, do Cormaca McCarthy’ego, do Flannery O’Connor, a nawet do Stephena Kinga. Czy masz swoich ulubionych amerykańskich pisarzy, którzy nieodmiennie Cię inspirują?

Bardzo celne trafienia, cieszę się, że czytelne, bo niemal każdemu z wymienionych chciałem oddać tą książką hołd. Z wymienionych zamieniłbym tylko O’Connor (którą wielce cenię, ale jednak poznałem trochę za późno, by miała na mnie aż taki wpływ i to dla mnie tylko lub aż wyśmienita lektura) na Doctorowa i Kerouaca. Ten pierwszy właściwie za wszystko, choć zachwycił mnie swoim „Ragtimem” na poziomie porównywalnym z „Gronami gniewu”, a ścisnął za serce „Marszem”. Kerouac rzecz jasna przede wszystkim za jego najsłynniejszą powieść czyli „W drodze”, bo wpadła mi w ręce we właściwym czasie i została w sercu. No i sprawiła, że pokochałem stopa, a tej miłości wiele zawdzięczam.

Wiele osób porównuje Cię do Neila Gaimana – i wiem, że to porównanie nieco Cię już irytuje i męczy. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie uderzył w Was obu ten „road trip” po Stanach, to uwielbienie do popkultury i amerykański zeitgeist, który każe szukać współczesnych prawd w starych mitach i baśniach? A w ogóle to lubisz jeszcze twórczość Gaimana, czy przez te porównania już Cię odrzuca?

Ależ ono mnie wkurza wyłącznie przez to, że oznacza jedną z dwóch rzeczy: albo ktoś jest świadom tego porównania i celowo stawia mi poprzeczkę poza moim zasięgiem, albo nie jest go świadom i naprawdę uważa takie porównanie za zasadne. Gaiman jest dla mnie jednym z niedoścignionych mistrzów opowiadania historii. To nie jest wybitny obserwator, jego opowieści „bliskie ludziom” dobre są tylko wtedy, gdy dotykają spraw jakich doświadczył on sam, albo ludzie mu najbliżsi. Z drugiej strony Gaiman właściwie niewielu ma sobie równych jeśli chodzi o starorzemieślnicze snucie opowieści. To trochę taki gość, w którego zakładzie zamawiasz wyjątkowe meble. Funkcjonalność pozostaje bez zmian, ale korzystając ze swojej wiedzy i talentu przyozdobi Ci coś zwykłego i znanego w niezwykłą formę. Uwielbiam go za to, choć czasem uważam, że przegina. I sam idę chyba jednak w inną stronę, tak więc nawet gdybym kiedyś dorósł doń talentem i warsztatem, to nie znajdziemy się w tej samej kategorii.

A czy w amerykańskim kanonie funkcjonuje jakaś książka, z którą chciałbyś zapoznać polskich czytelników, a może nawet uczniów w szkołach? Czy brakuje u nas czegoś, co w Stanach jest absolutnie kluczowym utworem?

Jest autor, którego z całego serca pragnę reklamować, mówię o nim na spotkaniach i uświadamiam wydawców, że wydanie go wreszcie na poważnie jest może i trudne, ale ważne. Richard Matheson. Facet, którego zasługi śmiało można równać z dokonaniami Bradbury’ego, a którego w Polsce kojarzymy w zasadzie wyłącznie dzięki „Jestem legendą”. A przecież ileż to Matheson stworzył wybitnych opowiadań, ile jego pomysłów dało nam dziś epokowe dzieła. Dość powiedzieć, że to on właśnie poniekąd dał nam Spielberga, a na pewno jego elektryzujący do dziś debiut. Poza tym nieodmiennie uważam, że powinniśmy, my ludzie mówiący głośno o popkulturze, pasjonaci a często i profesjonalni dziennikarze, tworzyć do każdego hitowego dzieła listę rzeczy stanowiących inspirację, wartych do przeczytania i zapoznania się. Dojście od wakacyjnego „Giganci ze stali” do Mathesona czy od „Terminatora” do opowiadań Harlana Ellisona to naprawdę ciekawa i pouczająca wędrówka.

T.S. Eliot powiedział kiedyś, że współcześnie literatura – podobnie zresztą jak współczesna religia – stała się substytutem religii prawdziwej, tej, która pozwalała dotrzeć do głębszych prawd i objawień. Czy czasami czujesz się odpowiedzialny za duchowe i mentalne bogactwo swoich czytelników?

Staram się, w ramach tej odpowiedzialności, nie popełnić żadną miarą błędów w zasadzie wszystkich światowych religii – nie narzucać zasad innych niż naprawdę elementarne i nie podwieszać szklanego sufitu. Wychodzę z założenia, że sztuka z obu jej końców to nade wszystko uczenie się świata, zachwycanie nim, czasem banie się go, ale nade wszystko szukaniem alternatyw do czynienia go lepszym miejscem. Wierzę głęboko, że przynajmniej część religii miała to w swoich założeniach, uwielbiam postać Jezusa i mam go za swojego idola, choć chyba nie umiem go zaklasyfikować ostatecznie na osi prawdy i fikcji. Ale nie muszę, nie potrzebuję, bo jako postać jest dla mnie kwintesencją tego o co chodzi, jaki w dużej mierze chciałbym być. Facet, który zmienia świat opowieściami. Który idzie do pracowników winnicy i opowiada im coś dla nich, potem idzie do budowniczych i ma dla nich historię, którą zrozumieją. Nie zmienia przesłania, ale dostosowuje opowieść, bo ma je dla każdego. Czym się różni od gawędziarzy jakich kojarzymy z powieści, jakiego tak interesująco opisał kiedyś Llosa?

Nie tylko Jezus, ale wszyscy ci wędrujący prorocy, półbogowie, bogowie etc. mieli tysiące opowieści. Zbierali je, dzielili się nimi dalej, obserwowali. Patrząc na to w ten sposób, tworzenie całej religii wokół jednej książki jest herezją.

Zasięg literatury, chociaż wciąż znaczny, to jednak jest ograniczony w porównaniu do innych środków przekazu. Czy chciałbyś doczekać się kiedyś ekranizacji którejś ze swoich książek?

Chciałbym, żeby ludzie czytali moje książki. Chciałbym robić filmy z opowieści pisanych wyjściowo pod to właśnie medium. Zjawisko ekranizacji mam za kompromis, bo jestem świadom jak działa rynek i że jest to szansa, by do czytelnika dotrzeć pośrednio. Wychodzę jednak z założenia, że każdorazowo najważniejsze jest to medium w jakim opowieść powstała w głowie autora i to z nim odbiorca powinien się zapoznawać. Nieważne czy mówimy o książce, komiksie, słuchowisku, czy filmie. Liczy się historia opowiedziana w sposób w jaki chciała być opowiedziana zanim obudził się w nas pragmatyzm, chęć zysku czy wiecznej sławy.

A czy możesz zdradzić co też czeka Twoich fanów w najbliższej przyszłości? Nad czym pracujesz w tym miesiącu?

Wiem, że forma tego pytania – zawężenie pytania do miesiąca, a nie roku – już bierze pod uwagę, że piszę dużo. Tak się jednak składa, że wrzesień to chyba najbardziej pracowity miesiąc tego najbardziej pracowitego roku i robię na raz milion rzeczy. Kończę powieść o moim, nie historycznym Zawiszy Czarnym – niezależny od oryginału spin-off Dreszcza. Będzie śmiesznie, często prześmiewczo, dużo akcji, refleksji na temat patriotyzmu dobrze i źle pojmowanego, trochę superbohaterstwa. Raczej nie będzie bieżącej polityki, bo to ma być fajna książka, a nie agitka. Poza Zawiszą redaguję już skończone teksty. Mam tu i nowelę „Dreszcza” i wielki Crossover swoich uniwersów, dawno zapowiedzianą paranormal-romansową „Wendy” i opowiadaniowo dwie opowiastki podszyte lekko grozą (w tym western). Do tego szlifuję monologi stand-upowe pod zbliżające się występy, poprawiam scenariusze przyszłych miniatur filmowych i staram się na bieżąco uprawiać jakąś publicystykę. Jak mówiłem, sporo.

A czy masz swojego Wielkiego lub Dużego Buka – książkę, którą uwielbiasz i polecasz z całego serca?

Tak. „Wielki marsz” Stephena Kinga. Książka tak zwięzła i bez zbędnego słowa, że jej rekomendacja powinna się ograniczyć do „Przeczytaj, serio”. I tu się właśnie ograniczy.

Dziękuję ślicznie za rozmowę!

A Was zachęcam do sięgnięcia po najnowsze opowiadania Jakuba Ćwieka z amerykańską duszą, czyli „DROBINKI NIEŚMIERTELNOŚCI”, którym Wielki Buk dumnie patronuje.

Przedpremierowo możecie dorwać ➡ TUTAJ

O.

*Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękuję Wydawnictwu SQN. ❤

**Zapraszam do poczytania pozostałych wywiadów:

5 thoughts on “Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

  1. Mudd pisze:

    Świetny wywiad, jak wszystkie które do tej pory przeprowadziłaś! Miło tak dowiedzieć się o autorze czegoś nowego, poznać go z nieco szerszej perspektywy. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s