„Prawo matki” Przemysław Piotrowski – recenzja

Lektura diabelnie satysfakcjonująca, pełna emocji, adrenaliny, z bohaterką, którą zawsze chcemy mieć po swojej stronie. Poznajcie Lutę Karabinę, bohaterkę nowego cyklu Przemysława Piotrowskiego – rozszalałą niedźwiedzicę, która zawalczy o swoje dziecko w thrillerze sensacyjnym „Prawo matki”.

HISTORIA PORWANIA I ZEMSTY

Lutosława Karabina, zwana po prostu Lutą. Dawniej jedna z najlepszych w siłach specjalnych, jedyna kobieta z odznaczeniem. Dzisiaj samotna matka, która zarabia na norweskich platformach wiertniczych, a po godzinach przerzuca się z chłopami na macie. Nie chcesz wejść jej w drogę. A jednak, ktoś postanawia zaryzykować, ktoś porywa trzyletnią córeczkę Luty. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że właśnie uruchomił maszynę zniszczenia, przed którą nikt i nic się nie uchroni. Bo czy jest coś bardziej niebezpiecznego od rozjuszonej, zrozpaczonej matki? Tym bardziej takiej, jak Luta Karabina? Luta zrobi WSZYSTKO, by uratować swoje dziecko.

DIABELNIE SATYSFAKCJONUJĄCA

Ale to była satysfakcjonująca lektura! Luta Karabina niczym Liam Neeson niosący zemstę porywaczom, ale lepsza, bo nasza, rodzima, silna i kobieca. To przecież zrozpaczona matka – prawdziwy drapieżnik, niedźwiedzica, która jak ruszy do walki, to nic i nikt jej nie powstrzyma. Przemysław Piotrowski postawił na znajomy motyw i rozpoznawalny schemat, wszystko jednak obrócił po swojemu w takim sposób, że czytelnik siedzi z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną buzią. To walka z czasem w najlepszym możliwym wykonaniu. Dziecko zostało porwane, malutka, niewinna dziewczynka, domyślamy się jakie są stawki. Tu liczy się każda minuta, ba, każda sekunda, każde mrugnięcie okiem, bo zwyrodnialcy nie śpią i nie ustają w swoich obłąkanych, bestialskich poczynaniach.

Przemysław Piotrowski ma swoje ulubione motywy, wątki, które widać, że ruszają go osobiście i, co oczywiste, tym samym ruszają też nas – zapalonych miłośników jego twórczości. To krzywda dzieci, to zło, jakie spotyka tych najmłodszych, niewinnych, tych, którzy sami nie mogą, bo nie potrafią się nawet bronić. To przemoc nieopisana, nieludzka, tak potworna, że można wstrzymać oddech z przerażenia. To handlem żywym towarem, to handlem ludźmi, to niewolnictwo seksualne, które we współczesnym świecie ma się całkiem dobrze. Ba, które kwitnie i rozrasta się, niczym zdegenerowany, obrzydliwy chwast. Piotrowski wciąga nas w ciemność, w świat przestępstw, które trudno opisać słowami. Nie ma wątpliwości, kto tu jest bestią, kto jest potworem, a kto stanie się aniołem zemsty, wcieloną siłą, która rozniesie wszystko w proch. No właśnie. Zemsta – krwawa, brutalna, widowiskowa – to jedyna możliwa ścieżka działania. Tu nie ma przebacz, tu nie ma zmiłowania. Zapomnijmy o humanitarnym wyciąganiu ręki do bliźniego i nastawianiu drugiego policzka. Kto uderzy raz, ten musi być gotowy na tak agresywny cios przeciwnika, że długo nie będzie mógł się pozbierać. O ile w ogóle.

Obcując z tak potężną falą okrucieństwa, my czytelnicy potrzebujemy katharsis, potrzebujemy oczyszczenia i Przemysław Piotrowski dobrze o tym wie. W „Prawie matki” daje nam takie oczyszczenie w najbardziej satysfakcjonującej formie z możliwych. W świecie jego powieści na przemoc odpowiada się tylko większą, tylko bardziej wyrafinowaną przemocą. Nie ma tu gierek, ustawek, nie ma litości. Jak już leje się krew, to leje tak obficie, tak radośnie, że nic jej już nie zatrzyma. Zemsta ma tu najsłodszy możliwy smak. A odkładana w czasie jest tylko bardziej wytrawna, wyborna pod każdym możliwym względem.

„Prawo matki” to jazda bez trzymanki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Fenomenalny thriller sensacyjny, którego każdy szczegół jest pieczołowicie przemyślany. To historia porwania i zemsty. To historia matki, która walczy o swoje dziecko. To historia stara jak świat, a jednak wciąż nieśmiertelna w swoim wydźwięku. Wreszcie, to Luta Karabina – babeczka, którą zawsze chcemy mieć po swojej stronie i bohaterka, na której dalsze losy czekam z zapartym tchem.

O.

*We współpracy z Wydawnictwem Czarna Owca.

Dodaj komentarz: