„Wielkie Nadzieje” Charles Dickens

Bombla_WielkieNadzieje

 

„Suffering has been stronger than all other teaching, and has taught me to understand what your heart used to be. I have been bent and broken, but – I hope – into a better shape.”

„Great Expectations”

Dzisiaj dzień uroczysty. Dzień obżarstwa, rodzinnych spotkań i prezentów. Czas spokoju i błogiego relaksu wieczorną porą, gdy można w końcu oderwać się od codziennego życia i zwolnić bieg. Właśnie dlatego, nie przez przypadek, podobnie jak w zeszłym roku, na wigilijny wieczór wybrałam dla Was powieść idealną, autorstwa Charlesa Dickensa. Twórczość tego pisarza od zawsze i nieodłącznie kojarzy mi się ze okresem około-świątecznym i ogólnie zimowym. Przywodzi na myśl mgliste wrzosowiska, mokre ulice Londynu, deszcze i śniegi. Jest w niej coś przytłaczającego, ciężkiego i właśnie takiego, co sprawia, że mrocznym i mroźnym sezonie czyta się go najlepiej. Z pewnością przyczynia się także do tego niełatwa tematyka, pogrążeni w cierpieniu i smutku bohaterowie oraz panująca w jego świecie niesprawiedliwość, wychylająca się na każdym kroku.

Historią zawodu, niezrozumienia i złamanego serca jest jedna z najpiękniejszych powieści literatury angielskiej i jednocześnie jedna z najlepszych w dorobku Dickensa, czyli „Wielkie Nadzieje”. To historia niewyobrażalnych kontrastów, doskonale obrazująca społeczne i industrialne zmiany, jakie zaszły i jakie wciąż zachodziły w tym czasie w XIX-wiecznej Anglii. Epoka wiktoriańska odznaczała się zachodzącymi na szeroką skalę przemianami kraju, którego mieszkańcy z dotąd licznie zasiedlonych terenów wiejskich tłumnie przenieśli się do będących w stałym rozwoju miast. Londyn stał się mekką dla wszystkich, którzy szukali pracy, łatwego zysku i lepszych warunków życia, jednak masowe przenosiny tylko nielicznym pozwoliły polepszyć warunki bytu. Podział klas stał się jeszcze bardziej widoczny, a reguły przynależności do tych najwyższych, jeszcze bardziej restrykcyjne. Ulice Londynu wypełniał nieustający zgiełk, a wśród tłumów można było dojrzeć cały przekrój sfer, od arystokratycznej śmietanki po najbiedniejszych, wygłodzonych żebraków.

W takim kształtującym się od nowa świecie urodził się Pip. To osierocony chłopak, którego wychowania podjęła się kochająca go, ale surowa siostra i jej dobroduszny mąż – kowal Joe. Mieszkają w małym domku, na angielskiej wsi w hrabstwie Kent, obok nadrzecznych bagien i cmentarza. To właśnie w tej mglistej atmosferze Pip dorasta, gdzieś w środku przekonany o swojej wyjątkowości i o tym, że opatrzność stworzyła go do wyższych celów. Pewnego dnia, gdy rozmyśla na grobie swoich rodziców, znikąd wyłania się zbiegły więzień, terroryzuje chłopca i zmusza, by ten przyniósł mu jedzenie i narzędzia do przecięcia kajdanów. Zastraszony chłopiec zgadza się, uwalnia mężczyznę, nie wiedząc nawet, że właśnie uśmiechnęło się do niego przeznaczenie. Jeszcze wiele czasu minie, zanim Pip będzie miał szansę się o tym przekonać.

Pip dorasta, a jego kolejny wielki dzień nastaje, gdy jeden z jego dalekich krewnych zabiera go w odwiedziny do starej posiadłości Satis House. To miejsce jest niczym zatrzymane w czasie, a jego posiadaczką jest ekscentryczna i, jak to dziwne miejsce, jakby „zakurzona” Miss Havisham. Tam poznaje śliczną protegowaną właścicielki – Estellę – wyniosłą, młodą osóbkę, której serce jest równie zimne, jak serce jej opiekunki. Dziewczynka odrzuca Pipa z założenia, jako niegodnego chłopaka z nizin, a on natomiast, na swoje nieszczęście zakochuje się w niej i wtedy podejmuje decyzję, że tylko dla Estelli wyniesie samego siebie ponad stan i zostanie bogatym dżentelmenem. Przeznaczenie znów uśmiecha się do niego i powraca pod postacią prawnika, który oznajmia chłopcu i jego rodzinie, że tajemniczy dobroczyńca pragnie sfinansować naukę Pipa w Londynie i sprawić, że prosty chłopak faktycznie stanie się bogatym młodzieńcem. Ale nawet tam, nawet gdy miną lata, cel Pipa będzie jeden – zdobyć serce Estelli.

Tytułowe wielkie nadzieje (z ang. great expectations), to nic innego, jak umożliwienie młodemu człowiekowi predyspozycji do pobierania nauki i zdobycia godnego wykształcenia, by ten wypełnił oczekiwany plan i w przyszłości został godnym obywatelem klasy wyższej. Wielkie nadzieje to również oczekiwanie w ogóle, że może w końcu coś, gdzieś, ziszczą się najskrytsze marzenia. Także szczera wiara, że coś może się udać i pójść zgodnie z planem, a ten plan ustalony jest z góry, dla każdego człowieka. Bohaterowie powieści Dickensa pielęgnują właśnie takie wielkie nadzieje i oczekiwania. Ich wzrok wciąż wędruje naprzód, ich przeszłość jest jedynie motorem do tworzenia przyszłości, a ich motywacje nie mają zawieszenia w teraźniejszości. Ale nie bez powodu mówi się, że „nadzieja jest matką głupich”, bo i w tym przypadku to przykre powiedzenie sprawdza się co do joty. Nadzieje i marzenia pryskają, raz za razem, przynosząc za sobą kolejne smutki i stracone złudzenia.

Podążając śladem Pipa, wynurzając się z jego przydomowych, dobrze znanych mgieł, stajemy się świadkami zmiany jego punktu widzenia wraz ze zmianą warunków życia – jego wstydu i niemożności pogodzenia się z prawdziwym pochodzeniem. Chłopak przez większość życia czuje się gorszy, Estella tylko utwierdza go w tym przekonaniu, a podziwiana z daleka Miss Havisham przyklaskuje podopiecznej. Tożsamość Pipa chwieje się przez całą powieść, jego los miejscami staje się bardzo niepewny, a wszystko w wiecznym poczuciu nieszczęścia i nadchodzącej, nienazwanej katastrofy. I tylko czasami, tylko momentami, można złapać się na poszukiwaniu iskierki na horyzoncie i próbować przekonać samego siebie, że nie wszystko jeszcze stracone. Wciąż jest szansa, by starte w proch marzenia spełniły się. Może. Kiedyś. Pewnego dnia.

O.

Zimowe buki 2013

Bombla_ZimoweBuki2013Cold winds are rising – winter is coming! I niby zima nadchodzi faktycznie, już na dniach, już tuż tuż, a jakoś tak wcale za oknem biało nie jest. Co więcej, na dniach Święta, powinno być śnieżnie, ślicznie i magicznie, jak w we wszystkich zimowych piosenkach, a tu zapowiada się totalnie nie puchato i zupełnie nie mroźnie. Trochę szkoda, ale to dopiero początek, a jak wiemy, w naszej strefie klimatycznej niczego nie można być do końca pewnym 😉 Pozostaje uzbroić się w cierpliwość, w miękki, grubaśny koc, wełniane skarpetki, okopać się z książką w łapkach i oczekiwać.

Jak już pisałam w zeszłym roku, a przemawia przeze mnie mój wewnętrzny hobbit, kompletowanie zimowych lektur jest jak uzupełnianie spiżarni – nigdy za dużo, nigdy zbyt obficie, nigdy zbyt tłusto, czy tucząco. Zimowy buk powinien odznaczać się porządną ilością kalorii i substancji odżywczych, żeby utrzymywać nasz leniwy humor i zaczytanie jak najdłużej. A co więcej musi być dobrze doprawiony. Na nic zdadzą się delikatne i zwiewne tomiki poezji, bo zamiast grubaśnego udźca z dzika przypominają raczej smoothie z alg (a to jeszcze nikogo zimą nie wykarmiło).

Na śnieżno-wietrzny sezon sprawdzą się więc duże serie wydawnicze, sagi i oczywiście opowieści z zimą w tle, w porządnych tomiszczach. Warto też zajrzeć do poważnych i intensywnych w treść klasyków literatury światowej, do których wiosną i latem sięgać nie mamy ochoty. Ma być długo, fabularnie i wielowątkowo, tak by zimowe wieczory trwały jak najdłużej. Może być również filozoficznie, a na pewno refleksyjnie – łatwiej trawić poważne tematy, gdy nic nas nie goni, a my mamy czas na rozmyślanie w ciepełku.

Ale koniec tego żarłocznego wstępu 🙂 Specjalnie dla Was przygotowałam zestawienie dziesięciu zimowych buków, z różnych kategorii i gatunków. Są to opowieści sprawdzone, przeczytane przeze mnie w ostatnich latach lub polecone na zimę przez bliskie mi mole książkowe i oczekujące na liście obowiązkowej. Do czytelniczego obżarstwa 🙂

Nos4A21. „NOS4A2” Joe Hill

Nie ma to jak porządnie nastraszyć się zimową, przedświąteczną porą. Christmasland i jego uroczy mieszkańcy wzywają dźwiękami ukochanych kolęd i śnieżnych przebojów. Wzywają, bo Boże Narodzenie to przecież ulubiona chwila każdego dziecka. Czas wyczekiwania i prezentów. To także ulubiony czas Charliego Manxa – władcy tej uśpionej w zakamarkach umysłu krainy, porywacza i mordercy dzieci. Opowieść o światach wyobrażonych i horror doskonały. Więcej do poczytania TUTAJ.

Mann2. „Czarodziejska Góra” Thomas Mann

W sanatorium Berghof, wysoko w górach Szwajcarii można odnieść wrażenie, że czas jakby się zatrzymał. Gdy Hans Castorp przybył tam na krótką wizytę w odwiedziny do kurującego się kuzyna nie sądził, że jego pobyt przedłuży się o siedem lat. Siedem lat wypełnionych nie tylko rutyną dnia codziennego ośrodka na górze, ale przede wszystkim rozmowami, które doprowadzą do przemiany duchowej i emocjonalnej bohatera. Powieść pełna symboli, metafor i zawieszonej w czasie atmosfery, której nie da się zapomnieć.

Targowsiko3. „Targowisko Próżności” William Makepeace Thackeray

Nie ma drugiej takiej bohaterki w literaturze jak Becky Sharp Thackeraya. Zdolna, zmyślna i przebiegła. Zna swoją wartość, potrafi wykorzystywać swoje wyjątkowe umiejętności i oplatać sobą innych. Dominująca w każdej sytuacji, silna i zdolna przetrwać każdy życiowy upadek, tworzy sobą portret kobiety wyzwolonej, samowystarczalnej, która by osiągnąć upragniony cel zostawi za sobą morze ofiar. Powieść jest satyrą na brytyjskie społeczeństwo początku XIX wieku, pogrążone w marazmie i opętane pragnieniem wzbogacania się i wspinania po społecznej drabinie za wszelką cenę. I pomimo wszystko – uwielbiam Becky.

AnnaKArenina4. „Anna Karenina” Lew Tołstoj

“Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne; każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.” – legendarne zdanie i równie legendarna powieść. Uniwersalna opowieść o miłości, poświęceniu i poszukiwaniu szczęścia. To także historia niezrozumienia, straconych złudzeń i nieszczęścia płynącego z niespełnionych marzeń. O kobiecie, która poszukując własnej drogi do szczęśliwości, zniszczyła tych, którzy najbardziej ją kochali. Bardzo duży buk, tak duży, że prawie Wielki. Więcej do poczytania TUTAJ.

Ludzka5. „Ludzka przystań” John Ajvide Lindqvist

Na małej wysepce Domarö, na lodowych połaciach przy latarni morskiej, śniegowy krajobraz jak z bajki podziwia młode małżeństwo i ich córeczka Maja. Czar pryska, gdy dziecko ni stąd ni zowąd… znika. Mieszkańcy wyspy patrzą na koszmar rodziców z dystansu. W końcu Domarö to ich dom, nawet jeśli to wyspa przeklęta, gdzie nieuchwytne zło czai się i obserwuje ich w milczeniu z otchłani morza. Trochę tu Twin Peaks, trochę Lovecrafta, dużo lodowatej, beznamiętnej północy. Horror psychologiczny w najlepszym stylu.

Pan6. Saga „Pan Lodowego Ogrodu” Tom 1-4 Jarosław Grzędowicz

Na odległej planecie Midgaard ginie grupa ziemskich naukowców. By ich odnaleźć wysłany zostaje żołnierz idealny – Vuko Drakkainen. Cel misji jest prosty: odnaleźć, odbić i wrócić albo zabić i zatrzeć wszelkie ślady. Ale nowy, przedziwny świat hipnotyzuje Vuka i wciąga go w wyjątkową podróż do zapomnianej krainy magii, potworów i dawnych praw. Świat, który czeka na swojego nowego bohatera. Cztery tomy, dla których można spokojnie zrezygnować z życia na co najmniej tydzień. I kac bukowy murowany. Więcej do poczytania TUTAJ.

Lśnienie7. „Lśnienie” Stephen King

Hotel Panorama. Baśniowe miejsce położone wysoko, w niedostępnych Górach Skalistych. Wymarzone, zimowe schronienie dla opiekuna budynku na sezon zimowy, gdy hotel usypia i czeka spokojnie na wiosnę. Tym bardziej pisarza z problemami, którzy szuka wyciszenia i natchnienia. Ale nie dla Jacka Torrence’a i jego rodziny. I nie Panorama, w której murach wciąż żyją i czają się w zakamarkach sekrety, które nigdy nie powinny wyjść na jaw. Po trzydziestu latach wciąż świeże i kultowe. I Stephen oczywiście.

Kroniki8. „Kroniki Portowe” Annie Proulx

Życie pisze różne scenariusze, sprawia zaskakujące niespodzianki, nawet gdy wydaje się, że już wszystko stracone. Quoyle, dziennikarz najniższych lotów, nieatrakcyjny i złamany człowiek, po tragicznej śmierci żony przenosi się wraz z córkami w swoje rodzinne strony na wybrzeże Nowej Funlandii. Tam okazuje się, że można zacząć wszystko od nowa, zostawić za sobą ból, cierpienie, a nawet w końcu onaleźć upragnioną miłość. Morska perełka.

Narnia9. „Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i Stara Szafa” C.S. Lewis

Jest takie miejsce, gdzieś daleko stąd, w którym panuje wieczna zima. Narnia. Lasy, doliny i rzeki są skute od lat lodem. Życie tętni ukryte głęboko w norach, jamach i jaskiniach, byle z dala od zimna i królowej tej śmiertelnie pięknej krainy – Białej Czarownicy. I tęskni za powrotem lata i swego jedynego władcy, Aslana. Całkiem przypadkiem, bo przez magiczne przejście w wielkiej szafie, do Narnii trafia rodzeństwo Pevensie, nie wiedząc, że to dzięki nim rozstrzygnie się los lodowej krainy. Magiczne na zawsze.

Kiel10. „Biały Kieł” Jack London

Dramatyczna, miejscami przerażająca i bardzo wzruszająca opowieść o Białym Kle – wilku o psim sercu, którego życie naznaczone jest cierpieniem, niesprawiedliwością i odrzuceniem. Historia samotności, tęsknoty za głuszą i tłumienia w sobie uśpionej dzikości, w mroźnych lasach Alaski. I olbrzymiej wierze, że może pewnego dnia pojawi się na zimnym, lodowym horyzoncie słońce. Więcej do poczytania TUTAJ.

A z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego co najpiękniejsze! Spokojnej, pełnej odpoczynku atmosfery przy wigilijnym stole, samych przyjemnych chwil z bliskimi i mnóstwo bukowych prezentów pod choinką! By ten czas minął Wam błogo i radośnie, bez żadnych zmartwień 🙂 Czytajcie dużo!

Bo warto czytać.

Wesołych Świąt,

O.

„Biały Kieł” Jack London

Bombla_BiałyKieł

 

„(…) życie to straszliwa zachłanność, a świat to zamknięty krąg istot zachłannych, ścigających i ściganych, tropiących i tropionych, pożerających i pożeranych – wszystko to zaś dzieje się na ślepo, w zamęcie, w gwałcie i krwawym żarłocznym bezładzie, rządzone trafem, bezlitosnym, bezmyślnym i niepojętym.”
„Biały Kieł”

W kultowym już, Disneyowskim filmie „Król Lew”, chór afrykańskich zwierząt wychwala pod niebiosa wspaniały „wieczny życia krąg”, który prowadzi nad od rozpaczy po nadzieję. Śpiewa o sensie życia, jakimś życiodajnym planie, który skrywa się w każdym zakątku ziemi i dzięki któremu wszystko trwa niezmienne, piękne i harmonijne. O tym, że los każdej istoty wpisany jest w ten krąg i nic nigdy nie idzie na marne. Wydawać by się mogło, że faktycznie tak jest w rzeczywistości. Ale tylko w pozytywnych i przyjemnych momentach egzystencji. W te gorsze dni, gdy nieszczęście i ból zbierają swoje żniwo, doskonała wizja świata z piosenki załamuje się, a z ciemności wyłania się chaos i niezrozumienie. Tym bardziej, gdy dotyczy tego co dzikie, nieujarzmione, wywodzące się leśnej, niezbadanej głuszy.

Opowieść Jacka Londona zatytułowana „Biały Kieł” (tytuł oryginału „White Fang”) należy do jednej z takich historii, która przy lekturze wywołuje skurcze smutku i niedowierzania. Jeśli do tego jesteśmy wrażliwi na los naszych braci mniejszych, a w szczególności psów i innych kudłaczy z rodzaju psowatych, możemy od razu przygotować się na lekturę wzruszającą, gdzie nadzieja częściej zastępowana jest przez dojmujący smutek. Czasami życie, lub opowieści życie przypominające, niosą za sobą grozę straszniejszą od najstraszniejszego horroru, bo wiemy, że najbardziej realną. Taką, która mogła przytrafić się tak sto lat temu, jak i dzisiaj, czy za lat dwieście. Taki właśnie jest „Biały Kieł” zainspirowany przez obserwacje Londona, zasłyszane legendy i osobiste doświadczenia z jednej z wypraw na zimną północ, na pogrążoną w gorączce złota Alasce.

Historia rozpoczyna się w czasie wielkiego zimowego głodu, gdzieś w gęstych lasach Alaski, gdy na krwawe polowanie zbiera się wataha wilków. Pomiędzy nimi jest także zdziczała suka indiańskiego psa zaprzęgowego, która dołącza do grupy i na ten trudny okres staje się równoprawnym towarzyszem morderczej grupy. Razem atakują psie zaprzęgi, śledzą osamotnionych traperów i zastawiają na nich śmiertelne pułapki. Na wiosnę, gdy świat północy powoli wraca do ustalonego porządku, suka, której udało się zdobyć jedną z najwyższych pozycji w stadzie, odłącza się od grupy wraz ze swoim partnerem – szarym, jednookim wilkiem. Niedługo powija młode, ale z całego miotu pozostaje jej tylko jeden mały wilczek. Gdy zew krwi przemija, a matka ze szczeniakiem natrafiają na indiańską wioskę, okazuje się, że suka to zaginiona Kiche, ulubiony pies jednego z wodzów. Powraca pomiędzy ludzi, a jej mały wilk, któremu dopiero co udało się powoli poznać otaczający go świat, zyskuje imię Biały Kieł. Zdobywając imię dołącza tym samym do stadła człowieka, a my zaczynamy śledzić jego smutne dzieje.

Biały Kieł nie jest ani do końca psem, ani w pełni wilkiem. Po ojcu odziedziczył pragnienie wilczej wolności, potrzebę przebiegania głuszy, polowania i wycia do księżyca. Po matce wiarę w siłę człowieka, jego moc i władzę na innymi żyjącymi istotami. To właśnie jej geny zdominowały wilczy zew i Biały Kieł ostatecznie pozostał psem. Wyjątkowym, dzikim i bardzo silnym, który przez całe swoje psie życie będzie musiał sam ujarzmiać swoją dziką naturę, podporządkowując się prawom człowieka. Te prawa zostaną mu narzucone bardzo brutalnie – przemocą i siłą. W tym wybranym przez niego świecie, wilk nie może liczyć na miłość, przyjaźń towarzyszących mu psów, bo zawsze w ich oczach pozostaje intruzem, którego instynkt ochronny karze wyrzucać poza obręb domowego stada. U ludzi, białych traperów, czy nastawionych na praktyczne, surowe życie Indian, zagubiony pies nie może liczyć na uczucie, pomoc, ani wzbudzenie silnych więzi. Dla nich zwierzę to narzędzie, jak każde inne.

Tym samym Biały Kieł ciągle musi walczyć ze swoją tożsamością. W głębi duszy, gdzieś głęboko czuje uśpiony w nim zew i wpisane w jego krew odwieczne prawa natury. Z drugiej strony, pozwolił się tej wilczej części zagubić i oswoić, w zamian zyskując schronienie, ciepło ogniska i posiłek na zawołanie. Zaufał człowiekowi, a to właśnie człowiek w świecie opisanym przez Jacka Londona jest jedną z najokrutniejszych i zmiennych istot na ziemi. Gdy w życiu Białego Kła pojawia się czynnik ludzki nic nie jest już takie jak dawniej. Wieczny krąg życia zamienia się w piramidę, z człowiekiem jako największym, najbrutalniejszym i mściwym drapieżnikiem. Ludzie są niestali, okrutni i władczy. Nie okazują zwierzęciu uczuć, a wyłącznie swoją dominację. Wilk poznaje ich najgorsze strony, ale wiele lat minie zanim pozna prawdziwą, pozytywną stronę człowieka, czyli współczucie i ludzkie serce. Dopiero wtedy Biały Kieł stanie się prawdziwym psem, gotowym zrobić wszystko, by uchronić swojego jedynego pana.

Opowieść Jacka Londona to przejmująca historia zwierzęcia, który dokonując wyboru i poddając się władzy człowieka, skazuje samo siebie na samotność, wygnanie z własnego gatunku i morze cierpień, dopiero pod koniec okraszone błogą szczęśliwością. To opowieść o naturze ujarzmionej, wtłoczonej w tryby ludzkiej mentalności, gier i złośliwości człowieka. Biały Kieł żyje by służyć innym, traci siebie, by oddać się w pełni swoim bogom, panom, którzy często nie znają litości. To także historia o wielkiej psiej samotności, niezrozumieniu i walce, którą toczyć trzeba samemu ze sobą każdego dnia, wbrew przeciwnościom losu. I olbrzymiej wierze, że może pewnego dnia pojawi się na zimnym, lodowym horyzoncie słońce. Ktoś kto pokocha i da drugą szansę złamanej duszy, a ta odwdzięczy się całym sobą i odda na zawsze, na śmierć i życie, poświęcając wszystko po raz ostatni.

O.

„Modlitewnik amerykański”, „Luizjański Blues” , „Viator” Lucius Shepard

Bombla_Modlitewnik

Gdy mowa o gatunku literackim, jakim jest realizm magiczny, zazwyczaj przychodzą na myśl przykłady literatury iberoamerykańskiej. Bardzo rzadko termin ten nasuwa się, gdy wspominamy o literaturze Stanów Zjednoczonych, a przecież realizm magiczny rejonów amerykańskiego południa jest równie wyjątkowy i specyficzny, jak ten z rejonów hiszpańskojęzycznych. Doskonałym przykładem mieszanki świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym, w którym nadnaturalne elementy przenikają do zwykłej codzienności jest twórczość Luciusa Sheparda – amerykańskiego pisarza, twórcy utworów science fiction i fantasy.

Wydawnictwo MAG, w ramach serii Uczta wyobraźni, w jednym tomie zebrało i opublikowało trzy wyjątkowe, mroczne utwory Sheparda„Modlitewnik Amerykański”, „Luizjański Blues” i „Viator”. Każda z tych opowieści przenosi czytelnika w inny rejon Stanów Zjednoczonych: do pustynnej Arizony, bagnistej Luizjany i na mroźną Alaskę. Każda sprawia, że zanurzamy się w przepełnioną dziwnością, tajemnicą i nietypową wiarą rzeczywistość bohaterów i pogrążamy się niemal od razu w ich zagubionym świecie, gdzieś na granicy wyobraźni. Nic do końca nie jest pewne. Żadnemu z narratorów, ani głównych bohaterów nie możemy w pełni zaufać. Razem z nimi przenikamy światy i razem próbujemy poradzić sobie z narastającymi problemami.

„Modlitewnik Amerykański” to historia Wardlina Stuarta, byłego więźnia, który dostaje drugą szansę od losu i dzięki swojej wyjątkowej umiejętności pisania modlitw-wierszy, w krótkim czasie zdobywa sławę. Jego utwory to krótkie formy literackie, bez konkretnego boskiego adresata, które mają tę ciekawą właściwość, że wypowiadane do skutku, realizują pragnienia modlącego się. Wardlin, jako twórca, staje się obiektem kultu i w szybkim czasie zyskuje miano religijnego celebryty, popadając w konflikt z fanatycznymi kaznodziejami. Istota, do której kieruje swoje modlitwy odpowiada na prośby, spełnia marzenia, skrywane życzenia i wydaje się nie chcieć nic w zamian. Gdy świat Wardlina zaczyna się załamywać, a jego wiara powoli podupada – staje na jego drodze i podaje pomocną dłoń.

„Modlitewnik Amerykański” to opowieść o poszukiwaniu wiary w świecie, w którym każdy może stać się swoim własnym bogiem. W tym sensie utwór zawiera elementy satyryczne, komentujące wykorzenione społeczeństwo współczesnych Stanów, jego samotność w wołaniu o pomoc i potrzebę wynajdowania nowych, złotych cielców. Okazuje się, że każdy bożek jest lepszy niż świat, w którym boga nie ma. Ludzie lgną do kaznodziejów, do głosicieli wiary, bez względu na to, jak absurdalni i sztuczni mogą oni być. Szukają łatwych rozwiązań, gotowych i szybkich odpowiedzi na najważniejsze pytania, bez zbędnych przemyśleń, czy konieczności poświęcenia. Jednocześnie, historia Wardlina to opowieść o odnalezieniu samego siebie i własnej, indywidualnej ścieżki wśród tych, którzy lgną do bezimiennego tłumu naśladowców.

W „Luizjańskim Bluesie”, Shepard ukazuje małe miasteczko Grail, otoczone bagnami, leśnymi ostępami i dziką, nieustraszoną przyrodą. To miejsce na granicy światów, w którym mieszkańcy mają dar jasnowidzenia, a za ich los odpowiada Dobry Szary Człowiek, z którym dawno temu pierwsi osadnicy zawarli pakt, by w zamian za oddanie otrzymać powodzenie i względny spokój. Do tej krainy dziwności przypadkiem trafia Jack Mustaine, muzyk, który pragnie dojechać na Florydę, by tam naprawić swoje życie i rozpocząć je od nowa. Jednak już po chwili miasteczko Grail wciąga go i urzeka nietypowymi mieszkańcami, tradycjami i atmosferą przesiąkniętą zapomnianymi rytuałami.

„Luizjański Blues” to najbardziej magiczna opowieść z tomu i nic dziwnego, bo jego fabuła rozgrywa się w najmroczniejszym stanie Ameryki Północnej, czyli Luizjanie. To miejsce najbardziej tajemnicze, bo mieszają się w nim zarówno kultury północne, europejskie, jak i karaibskie, których naleciałości wciąż są widoczne w codziennym życiu. Voodoo, hoodoo, bogowie Afryki, Bóg chrześcijański, Jezus, Dobry Szary Człowiek, a do tego istoty z bagien i bożki żyjące wśród drzew. W tym rejonie można znaleźć wszystko i być świadkiem, jak religie przenikają się i uzupełniają, tworząc zestaw wyznań zwyczajnie współistniejących ze sobą.

W „Viatorze” Shepard oscyluje na granicy powieści psychologicznej i horroru. Na odludnym odcinku alaskańskiego wybrzeża dwadzieścia lat wcześniej utknął na mieliźnie tytułowy Viator – frachtowiec, którego docelowym portem było złomowisko. Teraz, pięciu mężczyzn ze smutną przeszłością zostaje wysłanych z misją rozłożenia statku i zabezpieczenia pozostałości ładunku. Jednak z nową załogą zaczyna dziać się coś dziwnego. Dręczą ich chore sny, omamy, halucynacje, a do tego popadają w apatię i zafiksowanie na punkcie statku. Coś kieruje ich myślami i nie pozwala opuścić skazanego na rozkład Viatora.

Bohaterów tych trzech historii łączy konflikt z rzeczywistością. Jakieś niedopasowanie, zagubienie, niezrozumienie praw, jakimi rządzi się współczesność. Oni są nad wyraz realni, prawdziwi i naturalni w swojej dziwności. Kreują swoje własne światy, wpadają w nie i poddają się im, kierując się ich własnymi prawami. Każdy z nich jest doświadczony przez los, w swoisty sposób naznaczony przez cierpienie i ciągnie za sobą swoją przeszłość. Łączy ich także próba wyrwania się z codzienności, postawienie siebie samego w sytuacji ostatecznego wyboru, na krawędzi. Bohaterowie Sheparda to badacze i kusiciele losu, którzy nie boją się eksperymentować z własnym szczęściem, by znaleźć poszukiwane przez nich odpowiedzi i ścieżki, którymi pragną podążać.

Autor „Modlitewnika amerykańskiego”, „Luizjańskiego Bluesa” i „Viatora” w piękny i wyrafinowany sposób przekracza znane nam zasady i ćwiczy wyobraźnię swojego czytelnika. Wtłacza swoich bohaterów w sytuacje bez wyjścia, w których jedynym rozwiązaniem jest nagięcie swojego zdrowia i psychicznego komfortu. Udowadnia, że świat rządzi się swoimi, dziwnymi prawami. Jednocześnie nie daje odpowiedzi i pokazuje, że nic nie jest przesądzone – każdy jest twórcą własnego losu i tylko od niego samego i jego wyobraźni zależy, jak potoczą się jego dalsze dzieje w tej mglistej, onirycznej rzeczywistości z pogranicza jawy i snu.

O.

* Recenzja napisana dla portalu Gildia.pl

„Karuzela samobójczyń” S.J.Bolton

Bombla_Karuzela

Nikogo nie zadziwię stwierdzeniem, że uwielbiam dobrze napisane i zaskakujące thrillery. Opowieści z dreszczykiem, które wciągają, porywają i przerażają tak, że w końcu boję się wychodzić z domu. Z tym moim uwielbieniem wiąże się również pewne stwierdzenie, że jednak mało jest, albo akurat nie mogę natrafić, dreszczowców unikatowych, których fabuły oparte są na nowatorskich, a chociażby ciekawych ideach. Czasem mam nawet wrażenie, że te najlepsze pomysły zostały już kiedyś przez kogoś niecnie wykorzystane, a współczesnym pisarzom tego gatunku pozostało niewiele nowości i powielanie w kółko tego samego. Wierząc bezsprzecznie w powyższe słowa, moja radość z czytania podwaja się, gdy w natłoku buków podobnych wpada mi w ręce coś świeżego. Może nie przełomowego, ale dobrze obróconego, wykręconego i wymieszanego, co sprawia, że dana historia wyróżnia się na tle wszystkich innych.

„Karuzela samobójczyń”, której oryginalny tytuł brzmi „Dead Scared”, autorstwa S.J. Bolton należy właśnie do tej pozytywnej kategorii. To trzeci w serii (po części pierwszej i półtora) tom, którego główną bohaterką jest młoda pani detektyw Lacey Flint, pracująca dla wydziału londyńskiej policji. Nie czytałam jeszcze poprzednich części, więc nie do końca mogę napisać o jej wcześniejszych śledztwach, ale z „Karuzeli samobójczyń” wynika, że specjalnością Lacey są przestępstwa wobec kobiet, szczególnie te dokonane na tle seksualnym. Podejmowane przez nią sprawy, to zbrodnie wyjątkowo brutalne, popełnione ze szczególnym okrucieństwem, które mają charakter seryjny. Ich sprawcy są zdeprawowani, inteligentni i przez to bardzo trudni do uchwycenia, a ich poszukiwania mogą trwać tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Motywy jakimi kierują się popełniając kolejne przestępstwa są równie symboliczne, a ich korzenie odnaleźć można jedynie przez wnikliwą analizę i powrót do przeszłości.

Lacey dostaje wyjątkowe zlecenie, które przydziela jej kolega po fachu i bliski znajomy z poprzednich części – Mark Joesbury. Jednak tym razem pani detektyw nie ma prowadzić śledztwa per se, tylko pracować pod przykrywką, jako tajna agentka. Zadanie jest niezwykle delikatne – na słynnym, brytyjskim Uniwersytecie Cambridge od miesięcy dochodzi do serii samobójstw. Wyróżnia je niezwykła brutalność i makabryczność. Młode kobiety podpalają się, rzucają z mostu, doprowadzają do samochodowych wypadków, a każda z nich tygodnie wcześniej cierpi na zaburzenia osobowości, halucynacje i ciężkie stany depresyjne. Lacey ma podszywać się pod zagubioną studentkę, pomagając jednocześnie profesor psychologii, której to pacjentki wpadają w samobójczy szał. Sprawa komplikuje się z dnia na dzień, a życie Lacey jest mocno zagrożone. Ciąg powiązań i ukrytych zależności wskazuje na to, że wszystkie dziewczyny wpadają w sieć psychologicznych manipulacji i stają się ofiarami kogoś, kto bawi się ich kosztem doprowadzając na skraj rozpaczy.Tajemnicę stanowi fakt, że wszystkie kobiety faktycznie popełniają samobójstwa, więc nie ma tu dosłownych morderstw. A jeśli nie ma morderstw trudno podjąć śledztwo w poszukiwaniu sprawcy. Podejmowane przez ofiary kolejne kroki i decyzje łączą się w logiczną całość, pozornie wykluczając z całości osoby trzecie. Liczy się każdy moment, trzeba działać szybko i sprawnie, bo śmiertelna fala uderza z coraz większą częstotliwością.

S.J. Bolton w interesujący sposób wykorzystała akademickie, bardzo restrykcyjne środowisko historycznego uniwersytetu o najwyższej renomie, by w jego murach umieścić główny zarys fabularny. Co więcej, w klasycznej formie thrillera zamknęła opowieść o podłożu psychologicznym, której głównymi bohaterami są ludzie, którzy od lat żyją pod presją. Wiadomo, że nie każdy może dostać się do Cambridge. Studenci to wyselekcjonowani najlepsi z najlepszych w swoich dziedzinach, którzy wiedzą co to niekończący się stres i życiowe poświęcenie. Każdy z nich, by dostać się do wymarzonej uczelni gotów był zrobić naprawdę wiele, oddając swoją młodość i zwyczajność na rzecz lepszego wykształcenia. Tylko że nie wszyscy oczywiście podjęli się tego zupełnie samodzielnie.

W takim otoczeniu najlepszych z najlepszych łatwo z początku poddać się przerażeniu i poczuciu izolacji. Studenci dzielą się, tak jak wszędzie, a dla każdego najważniejsza jego przyszłość i jego kariera. Silne, stanowcze, nacechowane indywidualizmem jednostki z łatwością radzą sobie w codziennym kieracie uczelnianym, ale ci słabsi psychicznie często załamują się już na starcie. Nad nimi wisi widmo rodziców, rodzinnych powiązań i wydanych pieniędzy (majątków prywatnych, jak i stypendiów), a także bardzo silna presja otoczenia. Tam gdzie przede wszystkim liczy się prestiż i walka o najlepszą pozycję w hierarchii, tam nie ma ani czasu, ani miejsca na depresję i załamanie. A o takie nietrudno.

W „Karuzeli samobójczyń”, jak na świetny thriller przystało, akcja toczy się w zawrotnym tempie. Autorka nie daje swoim czytelnikom czasu na oddech, tylko z każdym kolejnym rozdziałem podkręca napięcie. Tam gdzie wszystko wydaje się już jasne, nagle wszystko się zmienia i odwraca zupełnie, by na końcu totalnie zaskoczyć nas proponowanym rozwiązaniem. Z godziny na godzinę tymczasowo uporządkowany świat Lacey Flint zaczyna się rozpadać, atmosfera zagęszczać i zacieśniać, wywołując zarówno w bohaterce, jak i w nas poczucie dziwnej klaustrofobii miejsca. A miało być tak magicznie. Tak zjawiskowo. Piękne, historyczne mury wiekowego uniwersytetu. Młodzi, otwarci studenci i otwarte ramiona poszczególnych bractw. Tylko skąd to poczucie osaczenia? I wrażenie, że z każdej strony ktoś nas bacznie obserwuje i czeka na ten jeden, niewłaściwy krok?

O.

„The Luminaries” („Wszystko, co lśni”) Eleanor Catton

Bombla_Luminaries

 

„A secret deserves a secret, and a tale deserves a tale.”

„The Luminaries” Eleanor Catton

Odkąd sięgam pamięcią nigdy specjalnie nie zwracałam uwagi na to, czy dana powieść była nagrodzona, czy zdobyła jakieś literackie odznaczenie, wyróżnienie, czy też może nie. Kwestia nagród była mi całkowicie obojętna i w żaden sposób nie wpływała na mój osobisty wybór lektury, czy odbioru dzieła. Nie odczuwam potrzeby zaczytywania się w twórczości tych „największych z największych”, o ile po prostu na ich książkę nie natrafię i zachwycę się tak po prostu, bądź nie i zostawię na później. Jednak od jakiegoś czasu, może ze względu na zwiększone zainteresowanie nowinkami ze świata literatury, zaczęłam zauważać zwycięzców i zdobywców podium literackich, a ich twórczość coraz częściej zaczęła pojawiać się na moich listach buków obowiązkowych do przeczytania.

Jedną z nich była najnowsza, druga w karierze powieść Eleanor Catton, „The Luminaries”, za którą zdobyła tegoroczną Nagrodę Bookera. Jest to zwycięstwo wyjątkowe, bo pisarka ma tylko dwadzieścia osiem lat i jest najmłodszą laureatką w historii tego odznaczenia, a jednocześnie dopiero drugim autorem pochodzącym z Nowej Zelandii. Sama powieść, pomimo swojej porządnej rozpiętości, jest dosłownie niezwykła, dopracowana do perfekcji i  wciągająca jak diabli. Łączy w sobie najlepszy kryminał z powieścią wiktoriańską, grozę i mistycyzm, a do tego powieść przygodową z pierwszymi kronikami odkrywców. To kawał najbardziej mięsistej opowieści sensacyjnej. Napisana jest pięknym, bogatym językiem, który tak rzadko można spotkać we współczesnej prozie i tym bardziej zaskakującym. Podobnie z budową i stylem snutej przez Catton historii, którą oparła na mapach nieba, układach planet i znakach zodiaku, wchodzących w poszczególne koniunkcje z innymi ciałami niebieskimi. To właśnie ich pozycje na niebie odpowiadają nadchodzącym wydarzeniom i to ich zależności zmieniają fabułę – stąd tytuł „The Luminaries”, gdzie słowo „luminary” oznacza jasne ciało niebieskie, które ma wpływ na inne ciała wokół niego.

Akcja powieści rozpoczyna się w 1866 roku, gdy na południowo-zachodnie wybrzeże Nowej Zelandii, do miasteczka Hokitika przybywa Walter Moody. To młody prawnik, który na nowym kontynencie pragnie rozpocząć nowe życie i porzucić za sobą towarzyszącego mu dotychczas pecha. Jest wietrzna, burzliwa noc, a przerażony i przemoczony do suchej nitki Moody trafia do jednego z najbliższych hoteli, czyli Crown Hotel. Tam, by ogrzać się i wypocząć, a także uspokoić naruszone nerwy schodzi do pokoju kominkowego i dołącza do towarzystwa dwunastu mężczyzn. Moody nie wie jednak, że przypadkiem wtargnął na bardzo ważne, sekretne spotkanie najbardziej wpływowych mieszkańców Hokitiki, którzy zebrali się, by omówić tajemnicze wypadki ostatnich miesięcy. Jak szybko się okazuje, także Moody może dodać coś od siebie w tej kwestii i opowiada swoje makabryczne wspomnienie, jakiego świadkiem był na statku, którym kilka godzin wcześniej przybył do wybrzeży Nowej Zelandii.

Rozpoczyna się wieczór opowieści, z którego dowiadujemy się najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w Hokitice od początku jej założenia, główne problemy i mieszkańców, z których wszyscy (jak Moody) próbują od czegoś się uwolnić i przed czymś uciec. Zeznania wszystkich zebranych w pokoju zazębiają się, uzupełniają i wyjaśniają dziwne wypadki przeszłości, a pomiędzy bohaterami tworzy się więź niczym wśród członków tajnego stowarzyszenia. Cała, skomplikowanie powiązana ze sobą historia mieści w sobie morderstwo, porwanie, wielką miłość, przyjaźń aż po grób, zemstę, a wszystko to wokół dwóch najważniejszych i naznaczonych przez opatrzność postaci, które w układzie stworzonym przez Eleanor Catton są jej głównymi „luminaries”, czyli słońcem i księżycem.

Wszyscy bohaterowie, czyli zarówno trzynastu mężczyzn z Crown Hotel, jak również cała plejada postaci uzupełniających, wciąż wymieniają się i krążą wokół siebie, w najdziwniejszych układach i zbiorach. Wszyscy wydają się wpływać na siebie, tworzyć pozornie niewidzialne związki, które z drugiej strony oddziałują na tych pozostałych, zarówno w widoczny, jak i niewidoczny sposób. Hokitika to miejsce wyjątkowych zależności, gdzie nic nie jest pewne, gdzie nic ani nikt nie jest jednoznaczne, a fabuła którą obserwujemy robi pełny obrót, jak konstelacje na niebie. Wszystko wraca tam, gdzie się zaczęło, a czytelnik staje się świadkiem prawdziwych dramatów, sytuacji absurdalnych i tych niepojętych, których do końca nikt nie będzie potrafił wyjaśnić.

Jednym z głównych założeń powieści, którym dzieli się z nami Walter Moody jest stwierdzenie, że nie istnieją zbiegi okoliczności, a zbyt wiele przypadkowych zdarzeń może wcale nie być tak przypadkowa, jak mogłoby się wydawać. Każdy z bohaterów oprócz swojej opowieści ma także ukryty w tym spotkaniu interes. Osobistą tajemnicę, którą nie chce się z nikim dzielić. Tym samym pozostawia po sobie niedomówienia, symbole zaledwie, ścieżki i znaki, które jednak zbiegają się gdzieś razem i zostają wyjaśnione w kolejnych historiach. Pozostaje pytanie, czy wcześniejsze niepokojące wypadki, spotkanie w Crown Hotel i przybycie Waltera Moody’ego, bez którego nic do końca nie mogłoby się wyjaśnić były faktycznie zupełnie przypadkowe. Czy było to zwykłe zrządzenie losu, czy może ręka przeznaczenia?

Całość „The Luminaries” jawi się jako marzenie o nowym początku, czystej karcie i odrodzeniu, które nigdy nie będzie do końca możliwe. Nowa Zelandia tamtego okresu, podczas gorączki złota, to niczym Ameryka lata wcześniej, kraj nowych szans, a raczej drugiej szansy dla tych, którzy nie odnaleźli się na starym kontynencie lub popełnili niewybaczalne błędy. Nowymi przybyszami kieruje pragnienie zysku, marzenie o bogactwie, wzniesieniu się poza ustalone pozycje społeczne i ucieczka przed samymi sobą. Tylko że nawet tam nie jest to do końca możliwe, bo „The Luminaries” udowadnia, że przeszłość zawsze nas odnajdzie i przypomni o sobie w najmniej oczekiwanym momencie, bez względu czy tego chcemy, czy nie.

O.

Bukowe prezenty cz.2

Bombla_BukowePrezenty2

Ciąg dalszy nastąpił, a zagubionych albo stęsknionych za wstępem kieruję TUTAJ.

Poniższe zestawienia są całkowicie subiektywne, jednak jednocześnie jak najbardziej uniwersalne. Znajdziecie tu buki, które uważam za trafione w 100%, polecone przez nałogowych czytaczy i takie, które sama kupuję, kupiłam lub planuję zakupić na prezenty dla najbliższych 🙂

Młodzież (gimnazjum i liceum), czyli young adult fiction i bolączki dojrzewania

Obecnie najpopularniejsza grupa wiekowa i narażona na setki podobnych pozycji, które zalegają na półkach księgarni. Young adult fiction chcą pisać wszyscy, nie tylko najlepsi, a przynajmniej ci, którzy w książkach o tematyce młodzieżowej widzą łatwy zysk. Również ci, którym  wydaje im się, że sukces Stefy można powielać w nieskończoność . Od kilku lat więc w tej kategorii wiekowej królują przede wszystkim soft-romasidła, z wątkiem paranormalnym lub post-apokaliptycznym. Jeśli jednak nie widzicie siebie kręcących się wśród półek tego typu literatury, a co więcej tak jak ja lubicie (nawet na siłę) promować książki dobre, z przesłaniem, traktujące o TEMATACH ISTOTNYCH dla dojrzewającego człowieka,  to mam dla Was kilka fajnych pomysłów.

Dla chłopaków i dla dziewczyn: trylogia „Mroczne Materie” Philipa Pullmana (fantastycznie mroczna, miejscami smutna i filozoficzna opowieść z magią w tle); „Gra Endera” Orsona Scotta Carda (kultowe science fiction, a do tego film na jej podstawie niedawno trafił do kin); powieści Johna Greena – do wyboru w wersji polskiej „Szukając Alaski” (dowód na to, że wciąż powstają prześwietne powieści dla nastolatków), „Papierowe miasta” (o pierwszej wielkiej miłości z tajemnicą w tle) i „Gwiazd naszych wina” (oparta na prawdziwej historii dziewczyny umierającej na raka i druga w rankingu Entertainment Weekly na najlepszą powieść młodzieżową wszech czasów); młodzieżowy cykl powieści Carlosa Ruiza Zafóna, w tym „Trylogia mgły” – „Marina”, „Książę Mgły”, „Pałac Północy” i „Światła września” (realizm magiczny i gotyk w pięknym wydaniu); powieści norweskiego pisarza Josteina Gaardera„Świat Zofii”, „Tajemnica Bożego Narodzenia”, „W zwierciadle niejasno” (te trzy zachwyciły mnie w młodości); „Piąta Fala” Ricka Yanceya (porządne post-apo, dla młodzieży, o młodzieży, więcej TUTAJ); klasyka fantasy, czyli „Hobbit” i trylogia „Władca Pierścieni” J.R.R. Tolkiena, czy nasza polska Saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego (uwaga – bardziej dla starszych czytelników).

Dorośli i pełnoletni, czyli wszystkiego po trochu

Tutaj wybór jest tak gargantuiczny i bogaty, że gdybym chciała polecić wszystkie buki, to możliwe, że sama napisałabym o tym książkę 😉 Co więcej, wyjątkowo nie lubię  rozdzielać literatury na tzw. „kobiecą” i „męską”, bo taki podział moim zdaniem nie istnieje, ale (jednak) mocno ułatwia, więc poniższy zestaw (zarówno ten damski i męski) będzie mocno subiektywny, oparty o rodzinnych i znajomych czytaczy, którzy (na całe szczęście) są w moich najbliższych okolicach bardzo mocno zróżnicowani. Buki te zostały już przeczytane, więc mogę polecić je w odniesieniu do danego typu czytelnika. I oczywiście można je wymieniać między damskimi i męskimi czytelnikami ile wlezie 🙂 .

Dziewczyny/Żony/Siostry/Matki/Babcie/Ciotki/Przyjaciółki, czyli mini-przekrój kobiecych typów literackich

Tomy opowiadań autorstwa Alice Munro np. „Taniec szczęśliwych cieni”, „Za kogo ty się uważasz”, czy „Drogie Życie” – tegoroczna Noblistka, mistrzyni krótkiej formy, którą każda kobieta czytająca powinna znać; historie Doris Lessing np. „Piąte dziecko”, „Idealne matki”, czy „Lato przed zmierzchem” – kolejna Noblistka, jedna z nielicznych pisarek które w tak doskonały sposób zgłębiały kobiecą psychikę i utrwalały rodzinne dramaty; eseje Susan Sontag „Przeciw interpretacji”, powieść Oriany Fallaci „Penelopa na wojnie”, czy autobiograficzna „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith – czyli coś dla buntowniczek pełnym sercem; trylogia „Cukiernia Pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i cztery tomy o „szczęściu” Anny Ficner-Ogonowskiej, czyli „Krok do szczęścia”, „Alibi na szczęście”, „Zgoda na szczęście” i „Szczęście w cichą noc” – coś dla rodzinnych tradycjonalistek, lubiącej ciepłe i sympatyczne historie; szwedzkie kryminały np. ośmiotowa „Saga o Fjällbace” Camilli Läckberg, trylogia „Millenium” Stiega Larssona, trylogia [geim] Andersa de la Motte, czy „Dziewczyna ze śniegiem we włosach” Ninni Schulman – coś dla miłośniczek zbrodni, tajemnic i śledztwa w mrocznej, północnej atmosferze; trylogia „Życie miłosne” Zerui Shalev – dla czytelniczek melancholijnych; „Gołębiarki” Alice Hoffmann – przesycona kobiecością i magią dla wielbicielek dobrej powieści z nutką historii; „Czarodziejka z Florencji” Salmana Rushdie – orientalna i sensualna opowieść dla podróżniczek wyobraźni.

Chłopaki/Mężowie/Bracia/Ojcowie/Dziadkowie/Wujowie/Przyjaciele, czyli mini-przekrój męskich typów literackich

Saga „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina, czterotomowy cykl „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin – czyli coś dla wielbicieli porządnego, ostrego i doskonale napisanego fantasy i science fiction; „Trylogia Pogranicza” („Rącze Konie”, „Przeprawa” i „Sodoma i Gomora”), „Krwawy Południk”, czy „Dziecię Boże” Cormaca McCarthy’ego – czyli coś dla współczesnych kowbojów stęsknionych za rozległym horyzontem, strzelbą i ukochanym koniem; „Żółte ptaki” Kevina Powersa, „Pożegnanie z bronią” Ernesta Hemingwaya, „Kompania Braci” Stephena E. Ambrose – opowieści o dramatach wojny, towarzyszach broni i przyjaźniach na całe życie; „Fight Club” Chucka Palahniuka, „Morderca we mnie” Jima Thompsona, „American Psycho” Breta Eastona Ellisa – coś dla miłośników mocnych i krwawych wrażeń;  „Kobiety” Charlesa Bukowskiego, „Morfina” Stefana Twardocha, „Zwrotnik Raka” Henry’ego Millera – dla młodych duchem kobieciarzy, flirciarzy i lubujących  życie bogate w doznania; cykl „Historie Zuckermana” (9 książek, w tym m.in. „Ludzka skaza”, czy „Lekcja anatomii” ) autorstwa Phillipa Rotha, trylogia Davida Lodge’a („Zamiana”, „Mały światek” i „Dobra robota”); Trylogia Nowojorska („Szklane miasto”, „Duchy”, „Zamknięty pokój”) Paula Austera – czyli coś dla mieszczuchów-intelektualistów, lubiących słodko-gorzkie klimaty codzienności; Trylogia Bourne’a Roberta Ludluma („Tożsamość Bourne’a”, „Krucjata Bourne’a” i „Ultimatum Bourne’a”), cykl z Jackiem Ryanem Toma Clancy’ego (w tym m.in. kultowe już „Polowanie na Czerwony Październik”, „Czas patriotów”, czy „Stan zagrożenia”), „W otchłani mroku” Marka Krajewskiego – czyli coś dla zwolenników sensacji w najlepszym stylu.

Tylko dla przypomnienia: jeśli szukacie czegoś dobrego, w konkretnym gatunku poniżej mam dla Was linki do moich czterech bukowych kategorii, ułatwiających wyszukiwanie (do znalezienia również na dole strony):

Nocne łowy – czyli horrory, gore, thrillery i opowieści grozy.

Weekend ze Stephenem Kingiem – czyli wybór powieści Mistrza :).

Uczta miłości – opowieści o miłości.

Gruby Zwierz – klasyki literatury, opowieści kultowe, wielkie historie i buki doskonałe.

I na dokładkę, raz jeszcze, mam dla Was trzy praktyczne porady idealne dla wszystkich, którzy w tym roku planują bukowe zakupy:

1. Nie bójcie się antykwariatów! To takie trochę zapomniane miejsca, które coraz częściej znikają z miejskich map, a szkoda, bo można w nich wynaleźć perełki, czasami za grosze, a na pewno w niższych cenach. Jako leniwiec korzystam z tych internetowych i uważam, że naprawdę warto. Zazwyczaj wynajduję książki od lat niewznawiane, takie, o które trudno już dzisiaj w księgarniach, zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów. Pamiętajcie tylko, żeby zawsze sprawdzić jakość wydania i czy niczego antykwarycznej książce nie brakuje!

2. Warto inwestować w klasykę! Niby truizm, ale łatwo o tym zapomnieć, gdy w twarz rzucają nam TOP 10 świata i okolic 😉 Kiedy nie wiadomo co kupić, a wiemy, że osoba, którą chcemy obdarować uwielbia książki, na pomoc zawsze przychodzi klasyka literatury polskiej i światowej. W tym wypadku wybór jest TAK ogromny, że nie ma sensu się rozpisywać, ale jedynie rozpoznać podstawowy gust czytelnika i dobrać coś idealnego (najprostszy przykład: dla niepoprawnych romantyczek, kochających filmy kostiumowe: Jane Austen lub siostry Brontë ) 🙂

3. Szukajcie sezonowych zestawów! Co trzy buki to nie jeden 🙂 Przed Świętami księgarnie prześcigają się w tworzeniu wygodnych książkowych zestawów, czasami nawet za ułamek, albo połowę ceny, jaką zapłacilibyśmy za wszystkie książki z osobna. Trylogie, sagi, bukowe cykle, albo zestawy tematyczne, czy spod pióra tego samego autora – przedświąteczny czas to wyraj dla wydawnictw i warto z niego skorzystać.

Udanych łowów i czekam na Wasze zakupowe wrażenia 🙂

O.

P.S. Jak ktoś szuka pomysłów, a nic nie znalazł na powyższej liście – pisać śmiało 🙂

Bukowe prezenty cz.1

Bombla_BukowePrezenty1

Grudzień zbliża się wielkimi krokami. A jak grudzień, to sezon prezentowo-świąteczny, czyli zakupowe szaleństwo 🙂 Co prawda jest dopiero koniec listopada, ale jak zdążyłam się już przekonać przez lata, najlepiej zakup prezentów planować z wyprzedzeniem, zanim wpadniemy w przedświąteczną gorączkę i nerwowo będziemy biegać po sklepach.

Nie będę przed Wami ukrywać, że uważam książki za prezenty idealne. Mogłabym dostawać je na każdą okazję i nigdy nie miałabym dość. Co więcej, największą radochę sprawia mi również  kupowanie buków jako prezenty i oglądanie zachwyconych min moich rodzinno-przyjecielskich moli książkowych, którzy z radością zagłębiają się od razu, tego samego wieczora w lekturę i nie mogą się oderwać.

Ale wiadomo – mól książkowy molowi nierówny i czasami nie za bardzo wiemy, co kupić w natłoku promowanej literatury na księgarskich półkach. Przytłoczeni bierzmy cokolwiek, byle dojść do kasy i mieć zakupy z głowy. Dla wszystkich poszukujących prezentowych propozycji postanowiłam zrobić małe zestawienie (w dwóch częściach), podzielone na różnych czytelników i ich preferencje. Oczywiście zestaw ten jest jak najbardziej subiektywny i mocno ograniczony, ale może zainspiruje Was w bukowych poszukiwaniach prezentów idealnych.

Wybrałam buki najbardziej uniwersalne, takie które uważam za trafione w 100%, i które sama kupuję, kupiłam lub planuję zakupić na prezenty dla najbliższych 🙂

Maluchy i przedszkolaki, czyli miłość do książek zaczyna się od kołyski.

Nazwijcie mnie staromodną i tradycjonalistką, ale uważam, że książki są podstawą w rozwoju wyobraźni u dzieci. Szczególnie tych najmniejszych, które od momentu, gdy tylko otworzą oczy są bombardowane bodźcami z każdej strony, atakowane kolorowymi pseudo-bajkami i historyjkami bez wartości odżywczych. A jak wiemy, takie maluchy łapią wszystko z powietrza, świetnie zapamiętują i… uczą się obserwując i słuchając. Dlatego uważam, że warto zadbać o dobór lektur już od najmłodszych lat, nie kupować na siłę kolorowych książeczek z kiosku, które mają po jednym zdaniu i zero przekazu. Natomiast warto bardzo zakupić BAŚNIE – prezent idealny.

Wybór jest ogromny: Hans Christian Andersen, Bracia Grimm, Charles Perrault, a dla starszych dzieci baśnie Oscara Wilde’a, albo zbiór baśni polskich, czy bajek Jana Brzechwy i Juliana Tuwima. W tym roku Nasza Księgarnia wydała także wznowienie klasyki polskich bajek– cykl „Poczytaj Mi Mamo„, czyli takie małe wspomnienie z dzieciństwa, moim zdaniem obowiązkowe w każdym domu z maluchem.

Uczniowie podstawówki, czyli nie tylko szkolne lektury.

Szkoła łatwo potrafi zniechęcić do czytania, a przecież nie ma nic lepszego od zaczytywania się w piękne historie i ćwiczenia wyobraźni. Na tym poziomie, dla młodszych czytelników najlepiej sprawdzą się KLASYKI LITERATURY DZIECIĘCEJ. Są uniwersalne i warto do nich powrócić także po latach. Tutaj również wybór jest olbrzymi, a każda z poniższych książek spokojnie będzie trafiona i sprawi dziecku mnóstwo radości.

Pomysły zarówno dla dziewczynek i dla chłopców: cykl opowieści o Muminkach Tove Jansson (razem powstało dziewięć książek, każda cudowna), seria o Harrym Potterze J.K. Rowling (bo jak nie kochać magii?), seria o Mikołajku, autorstwa Sempégo i Goscinnego (płakałam ze śmiechu i płaczę teraz też), siedem tomów „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa (pewnego dnia odnajdę taką szafę), magiczna seria „Baśniobór” Brandona Mulla (same pozytywne opinie), a także niezapomniany „Kubuś Puchatek” A.A. Milne (nie trzeba polecać).

 Z buków pojedynczych, które niedawno pojawiły się na rynku polecam: „Niedoparki” Pavla Šruta (przezabawna opowieść o życiu pożeraczy skarpet) i „Bestiariusz słowiański” Pawła Zycha i Witolda Vargasa (perełka dla czytelników w każdym wieku). Świetnym pomysłem są też książki dla mniejszych i większych podróżników, a także dzieciaków, które są ciekawe świata i lubią uczyć się nowych rzeczy, czyli  „Mapy” Aleksandra i Daniela Mizielińskich (już uwielbiana i recenzowana na świecie) i „Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu” Matthiasa Picarda (piękny i unikatowy komiks).

CIĄG DALSZY NASTĄPI… już na dniach 🙂

Jeśli szukacie czegoś dobrego, w konkretnym gatunku poniżej mam dla Was linki do moich czterech bukowych kategorii, ułatwiających wyszukiwanie (do znalezienia również na dole strony):

Nocne łowy – czyli horrory, gore, thrillery i opowieści grozy.

Weekend ze Stephenem Kingiem – czyli wybór powieści Mistrza :).

Uczta miłości – opowieści o miłości.

Gruby Zwierz – klasyki literatury, opowieści kultowe, wielkie historie i buki doskonałe, które warto znać.

Na dokładkę mam dla Was trzy praktyczne porady idealne dla wszystkich, którzy w tym roku planują bukowe zakupy:

1. Nie bójcie się antykwariatów! To takie trochę zapomniane miejsca, które coraz częściej znikają z miejskich map, a szkoda, bo można w nich wynaleźć perełki, czasami za grosze, a na pewno w niższych cenach. Jako leniwiec korzystam z tych internetowych i uważam, że naprawdę warto. Zazwyczaj wynajduję książki od lat niewznawiane, takie, o które trudno już dzisiaj w księgarniach, zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów. Pamiętajcie tylko, żeby zawsze sprawdzić jakość wydania i czy niczego antykwarycznej książce nie brakuje!

2. Warto inwestować w klasykę! Niby truizm, ale łatwo o tym zapomnieć, gdy w twarz rzucają nam TOP 10 świata i okolic 😉 Kiedy nie wiadomo co kupić, a wiemy, że osoba, którą chcemy obdarować uwielbia książki, na pomoc zawsze przychodzi klasyka literatury polskiej i światowej. W tym wypadku wybór jest TAK ogromny, że nie ma sensu się rozpisywać, ale jedynie rozpoznać podstawowy gust czytelnika i dobrać coś idealnego (najprostszy przykład: dla niepoprawnych romantyczek, kochających filmy kostiumowe: Jane Austen lub siostry Brontë ) 🙂

3. Szukajcie sezonowych zestawów! Co trzy buki to nie jeden 🙂 Przed Świętami księgarnie prześcigają się w tworzeniu wygodnych książkowych zestawów, czasami nawet za ułamek, albo połowę ceny, jaką zapłacilibyśmy za wszystkie książki z osobna. Trylogie, sagi, bukowe cykle, albo zestawy tematyczne, czy spod pióra tego samego autora – przedświąteczny czas to wyraj dla wydawnictw i warto z niego skorzystać.

Udanych łowów i czekam na Wasze zakupowe wrażenia 🙂

O.

P.S. Jeśli ktoś szuka bukowej porady, bo niczego na liście nie znalazł – pisać, nie wstydzić się 🙂

Pierwsze urodziny :)

Bombla_Urodziny

Moi Drodzy,

Aż trudno uwierzyć, że właśnie mija rok istnienia Wielkiego Buka! Totalne szaleństwo, bo zupełnie nie mam pojęcia, kiedy przeleciało te dwanaście miesięcy. Zerkam na stronę i aż wierzyć się nie chce: przez rok uzbierało się 110 postów, ponad 7 tysięcy odwiedzin i ponad dwieście komentarzy! Na Facebookowym profilu jest aż 190 fanów i liczba ciągle rośnie! To naprawdę wyjątkowy dla mnie rok i wspaniały urodzinowy prezent 🙂

I w tym miejscu chciałabym Wam wszystkim ogromnie podziękować: DZIĘKUJĘ!

Za czytanie, lubienie, komentowanie. Za dyskusje, polecanki i budującą krytykę. Za to, że jesteście, że czytacie i interesujecie się, bo to jest dla mnie największa radość 🙂

Kolejny rok zapowiada się równie fantastycznie – aż sama nie wiem, kiedy zdążę opisać Wam wszystkie wrażenia bukowe, jakimi chciałabym się z Wami podzielić, a każdego dnia przybywa ich coraz więcej!

Jeszcze raz ogromnie Wam dziękuję!

Czytajcie książki 🙂

Bo warto czytać.

O.

„The Signature Of All Things” Elizabeth Gilbert

Bombla_Signature

 

„I believe that we are half-blind and full of errors. I believe that we understand very little, and what we do understand is mostly wrong. I believe that life cannot be survived – that is evident! – but if one is lucky, life can be endured for quite a long while. If one is both lucky, stubborn, life can sometimes even be enjoyed.”

„The Signature of All Things”

W życiu każdego pisarza przychodzi moment na stworzenie swojego magnum opus – czas na napisanie najwspanialszego, najlepszego dzieła, który pozostawi dla potomności, jako swoje największe dziedzictwo. Czasami do jego napisania przygotowuje się całe życie, a czasami poświęca kilka lat, szuka inspiracji, fascynujących historii, by w końcu wydobyć na światło dzienne opowieść idealną, perfekcyjnie skrojoną i odzwierciedlającą w pełni jego styl. Bywa, że taka książka nigdy nie powstaje. Umyka gdzieś myśli, pomysł rozrasta się do niebotycznych rozmiarów, a całość zyskuje tyle poziomów, że nie da się już tego ogarnąć. A jednak bywa również, że taka opowieść wyłania się z otchłani wyobraźni autora całkiem wcześnie w jego karierze i staje się najjaśniejszą gwiazdą pośród całej jego twórczości, tej już spisanej i przyszłej, która dopiero ma powstać.

Takim dziełem życia stała się najnowsza powieść Elizabeth Gilbert zatytułowana „The Signature of All Things”. Słysząc nazwisko tej amerykańskiej pisarki zazwyczaj na myśl narzuca się sama jej autobiograficzna historia „Jedz, módl się, kochaj”, kontynuowana później w „I że cię nie opuszczę”, dzięki której zdobyła sławę i podbiła serca tysięcy czytelniczek na całym świecie. Mało kto wie, że ta sama autorka, którą utożsamia się z jednym tytułem od lat, ma na swoim pisarskim koncie świetny zbiór opowiadań obyczajowych „Imiona kwiatów i dziewcząt”, a także doskonałą powieść w duchu północnych mórz „Ludzie z wysp” (o której na Buku już niebawem), czy biografię przyrodnika Eustace’a Conwaya „The Last American Man”. Wszystkie książki warte poznania, napisane subtelnym i wyrazistym językiem, z wciągającymi, perfekcyjnie skrojonymi fabułami, których nie da się zapomnieć.

Nie inaczej jest z „The Signature of All Things”. To historia życia Almy Whittaker, urodzonej na przełomie wieków, dokładnie w 1800 roku. Nie przez przypadek Gilbert wybrała właśnie tę datę na narodziny swojej bohaterki. To przejście epok, zwiastujące najszybsze i największe zmiany, jakie zajdą na świecie w ciągu kolejnych stu lat, pomijając konflikty zbrojne, wojny i najazdy, jakie będą miały miejsce w tym czasie na świecie i w Europie. Kolonizacja, odkrywanie nowych gatunków roślin, zwierząt, tworzenie przełomowych teorii, które wstrząsną światem nauki. Wzrost technologiczny, rewolucja przemysłowa i tworzenie niezwykłych wynalazków, które zaznaczą obecność swoich twórców w historii cywilizacji. To epoka nowych odkrywców, badaczy kultury, antropologów, którzy nie będą bali się zaryzykować całego swojego życia, by udowodnić wymyślane przez siebie teorie. To także czas przyrodników, biologów i ludzi medycyny, którzy od nowa stworzą ciąg zależności i nadadzą człowiekowi jego miejsce wśród innych istot na ziemi.

Nie sposób opisać dokładnych kolei losu Almy, by nie opowiedzieć całej książki, jednak warto napisać kilka słów o bohaterce, by przybliżyć jej wyjątkową postać. Jej ojcem jest Henry Whittaker, człowiek z nizin, który już w młodości, pracując w królewskich ogrodach botanicznych Kew, w Londynie, postawił sobie za cel zdobycie wielkiej fortuny. Dzięki ciężkiej pracy, wieloletniemu doświadczeniu i wrodzonemu sprytowi udaje mu się, po wielu latach podróży, osiąść na stałe w Filadelfii. To nowy świat, nowy, młody kraj, pełny możliwości dla człowieka z ambicjami i pieniędzmi. Henry buduje największą i najbogatszą posiadłość w Stanach Zjednoczonych, zwaną White Acre, a w jej granicach tworzy ogród botaniczny, herbarium, palmiarnię i cały rząd pomniejszych zielonych terenów. Będąc jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, Henry staje się prekursorem handlu przyprawami i roślinami o właściwościach leczniczych, rozpoczynając życiową współpracę z raczkującym przemysłem farmaceutycznym. White Acre to jego mała oaza, przystań, do której zjeżdżają się dziesiątki miłośników przyrody z całego świata, w której organizuje odświętne kolacje, odczyty i wykłady, a prywatna biblioteka należy do najbogatszych na świecie.

W takich luksusowych warunkach wychowuje się jedyna rodzona córka Henry’ego, czyli Alma. Po ojcu odziedziczyła charakter urodzonej botanistki i przyrodnika – nie boi się zadawać trudnych pytań, zawsze szuka odpowiedzi, jest ciekawa świata i pewna siebie.  Jej rodzice od małego uczą ją samodzielnego myślenia, analizowania i budowania własnych wniosków. Alma jest dzieckiem nowej epoki, jej odzwierciedleniem, tym bardziej unikatowym, że nie wychowywanym na laleczkę do towarzystwa, ale, wręcz przeciwnie, kobietę-naukowca, która pewnego dnia będzie kontynuować dzieło swoich rodziców i przejmie rodzinny biznes. Alma cały swój czas, dosłownie każdą wolną chwilę przeznacza na samokształcenie, czytanie, pisanie, klasyfikowanie i badanie otaczającej jej przyrody. Ciągle rozmyśla nad porządkiem świata, filozofuje i podejmuje twórcze dyskusje, tak ze swoimi rodzicami, jak z ludźmi, którzy zjeżdżają się do jej rodzinnej posiadłości. W wieku dwudziestu trzech lat podejmuje najważniejszą decyzję – zostaje jednym z pierwszych briologów, czyli naukowcem zajmującym się mchami, bo to właśnie w nich Alma dostrzega zalążek wszelkich praw, jakie rządzą światem roślin i zwierząt. I na nich zaczyna budować swoją przełomową teorię.

„The Signature of All Things” to kronika życia badaczki, naukowca, feministki i przyrodnika. To historia życia Almy, od początku, aż do końca, wraz ze wszystkimi najważniejszymi jego wydarzeniami. Obserwujemy jej pierwsze miłostki, zauroczenia, eksperymenty. Jej pierwszą przyjaźń, miłość i złamane serce. Towarzyszymy jej w podróżach, odkrywamy świat i przeżywamy każdą najistotniejszą chwilę. Elizabeth Gilbert sprawiła, że my czytelnicy dzielimy z bohaterką dosłownie wszystko. Jesteśmy przy niej i chcemy, by udało jej się przeżyć jej życie jak najbardziej godnie, by na końcu mogła powiedzieć, że bywały chwile, gdy czuła się naprawdę szczęśliwa i spełniona.

O.

*W Polsce powieść pojawi się nakładem wydawnictwa Rebis, 1 kwietnia 2014, pod tytułem „Botanika duszy”.