„Król przyjmuje” Eduardo Mendoza – recenzja

Nietuzinkowy kawał hiszpańskiej prozy, czyli „Król przyjmuje” Eduardo Mendozy, który rozpoczyna trylogię Zasady Dynamiki.

Hiszpania. Barcelona. Rok 1968. Początkujący dziennikarz Rufo Batalla ma zrelacjonować ślub pozostającego na wygnaniu księcia Liwonii z piękną arystokratką. Jednak zamiast obiecanej relacji, książę osobiście spotyka się z Rufem, przekazuje mu dziwaczną misję, a potem sam… znika. Przygnieciony zmianami, jakie zachodzą w Hiszpanii, dziennikarz wyrusza za ocean, by zacząć nowe, ciekawsze życie. W Nowym Jorku jednak dla Rufa niewiele się zmienia, tylko ekscentryczny książę odnajduje go raz jeszcze. Czy Rufo wreszcie odmieni swoje życie?

przeł. Tomasz Pindel

Pierwsza zasada dynamiki Newtona głosi: jeśli na ciało nie działa żadna zewnętrzna siła lub siły działające równoważą się, to ciało pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym, czyli pozostaje bezwładne.

I taki jest właśnie Rufo. Bezwładny względem przemian polityczno-społeczno-obyczajowych, które zachodzą wokół niego. Wokół niego toczy się Wielka Historia, natomiast nasz bohater pozostaje wobec niej irytująco wręcz bierny. Taki młody mężczyzna bez właściwości, którego życie gdzieś za jego plecami zboczyło na niewłaściwy tor, a on nie potrafi tego zatrzymać. Nie potrafi też nadać sobie kierunku, nie potrafi odnaleźć w sobie żadnej motywacji, ot, obserwuje otoczenie zaciekawiony. Niemniej to dzięki niemu, my czytelnicy, mamy szansę spojrzeć na ten pędzący na łeb na szyję świat, który zmienia się jak w kalejdoskopie. Mamy także możliwość, by porównać dwie odmienne rzeczywistości – Europę i Stany Zjednoczone. Poznać ospałość spętania reżimem  i zachłysnąć się powiewem amerykańskiej wolności. Ten kontrast to najciekawszy element całej powieści.

„Król przyjmuje” okazał się być dziwacznym, specyficznym kawałkiem prozy, wcale niełatwym w odbiorze. Eduardo Mendoza należy do tych pisarzy, którzy tworzą w bardzo charakterystycznym stylu, a jakby tego było mało, to tego stylu nie sposób do końca zdefiniować. Sama opowieść toczy się na spokojnie, bez pośpiechu. A to retrospekcje, a to wspomnienia, a to kawałki fikcyjnej historii miejsc, które nie istnieją, ale zaistnieć by mogły. Jest w tym również nietypowy humor, jest mrugnięcie okiem do czytelnika. Intrygujący obraz świata, który mignął i przeminął, uchwycony w kliszach, w obrazach, widziany oczami kogoś, kto na nic nie ma wpływu i dryfował na falach historii.

Smakowity kąsek dla odważnych!

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem ZNAK.

**Zapraszam na film i na konkurs!

Dodaj komentarz