„Miłość leczy rany” Katarzyna Bonda – recenzja

Magnum opus Katarzyny Bondy? Być może! Po Czterech Żywiołach Saszy Załuskiej Królowa Kryminału całkowicie zbiła mnie z tropu swoją najnowszą powieścią „Miłość leczy rany”, którą rozpoczyna nową trylogię „Wiara, nadzieja, miłość”.

Tośka wiedziała, że tak to się skończy. Czuła to podskórnie, od pierwszych chwil, gdy w jej życiu pojawił się Igor. Poznali się w 1997 roku na dyskotece w Srebrnej Górze, połączyło ich gorące uczucie i od tamtej pory stali się nierozłączni. Igor został miejscowym znachorem, otworzył studio jogi i stał się członkiem nowej społeczności. Tylko problem jest taki, że Igor wcale Igorem nie jest. A przynajmniej nie był nim od początku. To podobno poszukiwany przestępca z Uralska w Kazachstanie, który uciekł do Polski, przybrał nową tożsamość i zerwał z tajemniczą przeszłością. Kim naprawdę jest Igor i czy Tośce uda się poznać prawdę o ukochanym?

Cykl „Wiara, nadzieja, miłość” opisany jest jako Trylogia Kryminalna, co może być mylące bo, „Miłość leczy rany” kryminałem nie jest, nie jest nawet powieścią kryminalną. To czym jest w takim razie? Obszerną, dramatyczną powieścią obyczajową, z wątkiem sensacyjnym. To kopalnia wiedzy o Kazachstanie, o niezwykłej kulturze tego kraju, o obyczajach i jego historii. Poznajemy kraj, w którym istnieją klany, rody, klasy, w którym nazwisko, pochodzenie oraz honor liczą się bardziej niż cokolwiek innego. Odwiedzamy te dziwne miejsca, w których wciąż istnieją uzdrowicielki, mądre baby ze stepu, które snują swoje baśniowe opowieści i przepowiednie. Poznajemy skomplikowane zależności polityczno-społeczne, a także nurkujemy do zwykłego świata Kazachów w którym przemoc i walka o dominację są na porządku dziennym. To jak przedziwny misz masz powieści i reportażu, jak wspomnienie z podróży i fikcja literacka w jednym.

Do napisania tej powieści Katarzyna Bonda zbierała się osiemnaście lat. Tyle zajęło jej przetrawienie tej historii, dopracowanie szczegółów, wyłapanie pisarskiego kąta tej opowieści, która przecież po części wydarzyła się naprawdę. Sama autorka szczegółowo tłumaczy wszystko w posłowiu, niemniej po entuzjazmie, po emocjach, jakie kryją się między słowami widać, że „Miłość leczy rany” jest jej największą i najważniejszą powieścią do tej pory. Widać, że Katarzyna Bonda poświęciła jej mnóstwo uwagi, że włożyła w tę historię całe swoje serce i pisarski kunszt, niemniej jednocześnie nasączyła fabułę tyloma szczegółami, że może tym samym przytłoczyć  nieprzygotowanego na taką lekturę czytelnika. Dziesiątki bohaterów, setki mniejszych szczegółów, skomplikowane zależności – to wszystko sprawia, że do „Miłość leczy rany” warto podejść inaczej niż do kolejnego kryminału czy romansu czy sensacji czy do kolejnej powieści pióra Bondy.

Warto dać tej powieści oddech, warto poświęcić jej należyty czas, nie spieszyć się, a sądzę, że wielu czytelników po zakończeniu lektury będzie zaskoczonych i z przyjemnością będą wspominać dzieje Tośki i Igora, tym bardziej, że taka Tośka i taki Igor po części istnieli naprawdę.

O.

*Zapraszam na film!

Komentarz do: “„Miłość leczy rany” Katarzyna Bonda – recenzja

Dodaj komentarz