Tam, gdzie nie pada” Michael Sowa – recenzja

Podróż w czasie, podróż w przestrzeni, za ocean, do odległej krainy… Micheal Sowa serwuej czytelnikom prawdziwą balladę o śląskim Teksasie w powieści „Tam, gdzie nie pada”.

„To był rok 1853; rok, w którym Brytyjczycy, Francuzi i Turcy w mundurach i z bronią w ręku poczęli zwiedzać przepiękny czarnomorski półwysep Krym; rok, w którym Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nabyły na wyprzedaży po korzystnej cenie od Meksyku część północnych ziem tego kraju.”

TAM, GDZIE NIE PADA

Ta historia rozgrywa się w XIX wieku, podczas wielkich ludzkich migracji, rozpędzanych z konkretnych przyczyn, przynależnych tamtemu okresowi – a jednak jest opowieścią nie tylko o tamtym czasie i nie tylko o tamtych emigrantach… Jest opowieścią o wszystkich tych, którzy pewnego dnia ujrzeli za horyzontem przebłyski lepszego życia i postanowili za nimi pognać.

Druga połowa XIX wieku to okres przewalania się niezliczonych mas ludzkich, w tym doskonale znanej nam z popkultury wielkiej migracji Stanów Zjednoczonych. Podążając za mglistą wizją nowego świata, w którym wszystko będzie inne – lepsze? – miliony ludzi przeprawiały się przez ocean w kierunku nowej ziemi – miliony uciekające przed głodem, kryzysem, brakiem pracy i nadziei, przed prześladowaniami, czasem okrutnymi, czasem takimi całkiem zwykłymi, biurokratycznymi, podbijanymi pieczątką… Miliony imigrantów z Niemiec, Anglii, Irlandii, Chin… A wśród nich: imigranci z Polski. Pośród wszystkich tych Smithów i Schmittów – Poradowie, Korzonkowie, Klimkowie, Szpyrowie, Gawliki czy Moczygemby.

Oto mieszkańcy Płużnicy, małej śląskiej wsi niedaleko Strzelec Opolskich, męczonej milionem jakże typowych dla tego okresu przypadłości, ulegają – zdawałoby się – zbiorowemu szaleństwu: zawierzają nadziei. I zaczynają się pakować.

Niczym nieżyzna ziemia, zużyta źle prowadzoną rolą, ich miejsce zastygło w marazmie. Sezon za sezonem przynoszą nieustanne opady, a gęsty deszcz grozi nieurodzajem. Wraz z gnijącym ziarnem gnije nadzieja, że tu może być jeszcze inaczej. Gdy mieszkańcy Płużnicy spoglądają w górę, dostrzegają tylko jedno: mroczne chmury. „Pomyślcie jak wasze życie wyglądać będzie za pięć lat”, podsłuchujemy na kartach książki, a słowa te brzmią jak groźba.

W pajęczynie lokalnych powiązań i układów spętana jest przyszłość i starych, i młodych. Nie czują się ludźmi wolnymi – nie czują, że to oni decydują o swym losie. W swym świecie widzą „ichni porządek”, porządek wprowadzany przez innych i innym służący. Choć od wielu lat obowiązuje już dekret o uwłaszczeniu chłopów, jak Prusy szerokie, chłopi wciąż przywiązani są do junkrów – do tych, którzy nad nimi rozporządzają. Ostatecznie wciąż pracują na czyjąś przyszłość, nie swoją – to Hrabia korzysta z ich harówki.

Pośród tych chmur, tworzących zwartą, duszącą warstwę, pojawia się jednak wyłom. Do wsi docierają listy od franciszkanina Leopolda Moczygemby, który za oceanem dostrzegł coś, czego w Prusach tak strasznie brakowało: wolność. Do Teksasu sprowadzono go, by służył osadnikom z Europy, osadnikom niemieckim. On zaś, oswajając się z dziwnością nowej ziemi, postanawia sprowadzić tu swoich. Słowa z jego listów trafiają do mieszkańców Płużnicy: w karczmie roznosi się, że gdzieś tam, hen, daleko, jest szansa na coś lepszego. Nadzieja zaś ma to do siebie, że roznosi się jak wirus. Wkrótce z Płużnicy rozpocznie się prawdziwy exodus.

Z Płużnicy nasi bohaterowie trafią do miejsca, w którym do rzeki San Antonio wpada rzeka mniejsza, Cibolo. Odkryją tam przestrzeń, przestrzeń prawdziwie amerykańską, która od zawsze wyznaczała amerykańskie postrzeganie świata. To przestrzeń olbrzymia, gargantuiczna, dla nas, tutaj, czasem wręcz niewyobrażalna. Przestrzeń, która daje szansę. Przestrzeń, która daje nie tylko wolność, ale i najrealniejszy z jej wyrazów: ziemię. Przybysze ze Śląska wezmą ją w swoje ręce i uczynią swoją, tworząc legendarną już polską osadę: Pannę Marię nieopodal San Antonio.

BALLADA O WOLNOŚCI

Powieść Michaela Sowy zaskakuje na wielu płaszczyznach. Jest to saga rodzinna, powieść historyczna, mniej lub bardziej szczegółowo opierająca na prawdziwych wydarzeniach… A jednocześnie, czasami, wyziera spośród jej stron niemalże traktat, traktat o potrzebie wolności, pochwała tego, jak wolność oddziałuje na ludzkie życie. Znajdziemy tu zrozumienie dla tych, którzy jej poszukują, w tym najbardziej realnym zakresie – wolności do posiadania własnego zakątka, własnego miejsca na Ziemi, wolności do tego, by ciężką pracą zagwarantować jakiś los sobie i swoim bliskim. Do snutej przez siebie opowieści autor podchodzi zdecydowanie empatią, zdaje się – osobiście. Zresztą, nie tylko „zdaje się”, co ujawnia już we wstępie.

Całość zaś napisana jest językiem tak płynnym, tak ciekawym, że ciężko się oderwać. Pełno tu śląszczyzny, na tyle jednak utemperowanej, by każdy czytelnik mógł czytać ją bez zająknięcia, bez posiłkowania się zawartym z tyłu słowniczkiem.

Jeśli czytelnik poszukuje dla siebie książki innej, faktycznie innej od większości tych, które znajdziecie obecnie w księgarniach – książki o wyrazistym duchu, wyrazistym języku, fascynującej rodzinnej sagi, która pokazuje nieznany kawałek historii… sięgnijcie po „Tam, gdzie nie pada”. Chociaż dziś amerykański sen, zdaje się, wyblakł, to w tej opowieści jest jednak wciąż żywy – i możemy go, wraz z bohaterami tej opowieści, raz jeszcze poczuć. A jeśli ktoś kiedyś będzie wybierał się do Ameryki, niech odwiedzi Pannę Marię w Teksasie. Jest tam coś naszego. Coś, co być może można jeszcze i dziś poczuć.

O.

*We współpracy z Wydawnictwem LIRA.

**Zapraszam na film i na KONKURS!

Leave a Reply