„Chołod” Szczepan Twardoch – recenzja

Historia ucieczki, historia podróży, historia przetrwania, piękna, surowa, brutalna – „Chołod” Szczepana Twardocha. Pochłania, zachwyca, obezwładnia. Na to w tym roku czekałam.

„O czem ja wtedy myślał? O niczem. Już się tak czełowiek przyzwyczaił w Arktyce, żeby za wiele w przyszłość nie wybiegać, że to trzeba raczej wyzbyć się ciekawości i nadziei, po prostu trwać w takiem oczyszczeniu, być tak pustym w środku, jak tylko się da, taka to strategia przetrwania, a jeśli się ja znam na czem, to na przetrwaniu właśnie (…).”

PISARZ I DUCH

„Do zmarzłego teraz oceanu schodzą tam góry z czarnych, nawet teraz śniegiem niepokrytych, bazaltów, tak strome są ściany. Tam gdzie w nie uderzają latem fale, tam ciągnie się czarna i wąska plaża, czasem tak wąska, że dołem przejść nie sposób, morze zabierze, ani od wostoku, ani od zapadu, ale w jednym miejscu, u stóp bazaltowego klifu, rozciąga się piaszczysty przy plaży, a dalej rzadką senduchą porośnięty i skalisty, niski cypel. Na samym końcu tegoż cypla mieści się zaś Chołod.”

Bezkresne bezdroża Spitsbergenu ze sztucerem na ramieniu przemierza pisarz, który w niekończącej się bieli i ciszy szuka ukojenia. Znajduje natomiast nową opowieść – czyjeś wspomnienie, czyjś kawałek historii. Do jego rąk trafiają zapiski niejakiego Konrada Widucha, byłego towarzysza, zbiega, człowieka nieczłowieka, który zabiera pisarza w podróż po syberyjskich ostępach, na arktyczne wody, do miejsca, którego nie ma na mapie, w którym ludzie kierują się swoim kodeksem istnienia, żyją na krawędziach pochłaniającego ich kraju. Konrad zabiera go do Chołodu. To miejsce tajemnicze i pradawne, bezwzględne jak ziemia, na której leży. To tam rozegrają się widuchowe dzieje, to zew tamtych ludzi usłyszy nasz pisarz.

O PRZETRWANIU I ZNIKANIU

„Ja się tem nie martwił. Pracował ja toporem, rozpalał ogień, ja szczęśliwy – może i śmierć mi pisana i już widać koniec, ale przecież nigdy nie spodziewał się ja żyć wiecznie, a tu przynajmniej żyć będę może i tak krótko, ale to na własnych, wolnych zasadach.”

W jaką to podróż zabiera nas Szczepan Twardoch! Jakie horyzonty przed nami kreśli, jakie krajobrazy rysuje! Tu biel bezkresna przed oczami, ocean ciemny, bezdenny, kry szeleszczące, ląd daleki… Ten Chołod mityczny, Chołod bezwzględny, Chołod niebezpieczny. Trzydzieści domów zaledwie, drewniane zabudowania, świat, w którym wszystko jest proste. Jesz, kiedy upolujesz jedzenie. Śpisz, kiedy zbudujesz sobie schronienie. Żyjesz, jeśli potrafisz stać się jednym z nich. Mówią swoim językiem. Mają swoje prawa. Tu kocha się dziko i namiętnie. Dzieci rodzą się silne lub znikają w białych czeluściach śniegu. Zwierzęta i ludzie, ludzie i zwierzęta… Są wolni. Na tyle na ile mogą być wolni w kraju, który tłamsi wolność wszelką i zdusza w zarodku.

„Ale wy też wiecie, wy rozumiecie, wy przecież tu w Chołodzie, nie z własnej woli żyjecie. Wy tu przyszli, bo wy ciekali przed czymś. Szukali schronienia dla siebie. Przed czem wy uciekali?”

Chołod okazuje się schronieniem – wyczekiwanym oddechem, pustą przestrzenią na mapie, w której można na chwilę zniknąć, zagubić się. Tu można schronić się przed wspomnieniami. Przed łagrami, w których ludzie zamieniają się w bestie. Przed głodem, który zamienia dzieci w demony. Przed systemem, który potrafi sprawić, że człowiek zniknie, jakby nigdy w ogóle nie istniał. Do Chołodu nie docierają wieści ze świata. Wojna jedna czy druga nie ma żadnego znaczenia. Stalinowski reżim dopiero rozgląda się, wyciąga pazury, chwyci w swoim czasie. I sprawi, że wszystko zniknie, a ludzie zamienią się w duchy. Na razie można odetchnąć. Upolować fokę na mięso, lisa polarnego na futro, ryby osuszyć polarnym wiatrem… Można żyć w zgodzie z Arktyką, która wiele odbiera, ale też daje, jeśli tylko potrafimy się w niej odnaleźć.

„W zwierzu nie ma dobra ni zła, tylko instynkt przetrwania, czysty gołod, czysta żądza, czysty strach, taka emocja, którą rzeczywistość na zwierzu wymusza, nie ma wartościowania, ocen moralnych ani dylematów.”

Z prozy Szczepana Twardocha wyziera ogromna miłość do piękna ziemi surowej i tajemniczej. Ziemi, na której człowiek czuje się… tylko człowiekiem, małą częścią tego wielkiego zamysłu. Ziemi, która pozwala nabrać dystansu, ujrzeć świat takim, jaki jest. Ziemi, która daje człowiekowi tak potrzebną wolność. Twardoch pisze z prostotą i rozmachem – pozwala poczuć nam prawdziwy chłód, prawdziwy głód, żywe, palące pragnienie. Jego bohater jest duchem wolnym, nieuchwytnym. Duchem zagubionym, snującym się po terytoriach nieodkrytych, w których można się po prostu zatracić. Nie mówi żadnym konkretnym językiem (Twardoch znów bryluje lingwistycznie), nie przynależy do żadnego kraju. Już nie. On JEST, po prostu, a dowodem na istnienie jest jego opowieść.

„Chołod” to kawał prozy wspaniałej i brutalnej. Od początku do samego końca. Opowieść pełna krwi i okrucieństwa. Pełna siły żywej i bezwzględnej. Piękna i nieokiełznana. Czyta się zachłannie, jak wspomnienie prawdziwej podróży, jak reportaż o tym najbardziej porywającym odkryciu. Nie każdy będzie w stanie znieść tę dawkę przemocy, nie każdy będzie w stanie utrzymać wzrok. Ale kto wytrzyma… Szczepan Twardoch zabiera nas do świata, który już nie istnieje, który zniknął, pochłonięty, pożarty. Na kartach jego powieści można poczuć jeszcze ten ostatni powiew wolności. Ten o zapachu świeżej foczej krwi, wiecznego śniegu i bezkresu północnych oceanów.

To jedna z najwspanialszych powieści tego roku.

O.

*We współpracy z Wydawnictwem Literackim.

Komentarze do: “„Chołod” Szczepan Twardoch – recenzja

  1. owieczka napisał(a):

    Ależ mnie zaciekawiłaś tą pozycją! Trochę się obawiam zbyt dużej dawki brutalności, ale zajrzę z pewnością. Przez skojarzenie z mrozami przyszli mi do głowy Skazani autorstwa Douglasa Smitha, w której przedstawia on burzliwe losy rodzin należących do rosyjskiej arystokracji w okresie jej schyłku. Wprawdzie nie sięgam zbyt często po literaturę faktu, ale ten okres historyczny wyjątkowo mnie interesuje, a dodatkowo książka zawiera sporo zdjęć z epoki i samo przeglądanie ich wciąga w klimat. Sam tekst napisany jest przystępnym językiem i mocno mnie wciągnął, ze swej strony polecam.

  2. okinek napisał(a):

    A ja polecę audiobooka… może niewiele audiobook-ów przesłuchałem, ale ten był dla mnie po prostu rewelacją.
    Twardoch też tam występuje… na szczęście ma dość krótkie kwestie do odczytania… cała reszta miód i malina…

  3. Jah napisał(a):

    Słaba, rozmemłana książka. Napisana językiem mówionym, przegadanym. A takim językiem ma się posługiwać protagonista, który walczył latami o przetrwanie w łagrze. Zamiast spodziewanego konkretu wywody onanisty literackiego, mowa kwiecista. Gdyby napisał to Hemingway, całą powieść zajęła by ze 12 stron. Tyle że, brak tu struktury fabularnej na to. Książka dla młodzieży, ale okraszona nieuzasadnionym okrucieństwem. Twardoch nie ma nic do powiedzenia, za to ma zobowiązania wobec wydawcy. Książka budzi niesmak, czysto literacki, bo trąci grafomanią. Jest niewiarygodna też w innych wymiarach. Główny bohater, którego pierwszym językiem jest niemiecki, popełnia fatalne błędy językowe. Tu wychodzą braki samego Twardocha, „prawdziwego” Ślązaka, który pisze np. „der Freiwilliger”, „nach Süd” i inne. Dziwny to człek ten Twardocha, mieniący się „pisarzem śląskim”. Tylko dlaczego pisze po polsku? Byłoby lepiej dla literatury, gdyby pozostał wierny swojej tożsamości

Dodaj komentarz: