„Pan lasu” Łukasz Orbitowski, „Płachytka” Anna Musiałowicz i „Złamane dusze” Simone St. James


Bezsenna Środa! Dzień horroru, dzień grozy, dzień opowieści niesamowitych i strasznych.

„Złamane dusze” Simone St. James

Simone St. James znowu to zrobiła. Po genialnej „Zaginionej dziewczynie” i wciąż nieprzetłumaczonym na polski „The Haunting of Maddie Clare” znów mnie wystraszyła i poruszyła jednocześnie. Przed Wami nastrojowa, bardzo intensywna emocje powieść, w której groza łączy się spójnie ze śledztwem i poszukiwaniem prawdy.

2014 rok. Fiona jest reporterką lokalnego dziennika w stanie Vermont. Na co dzień zajmuje się ot zwykłą codziennością mieszkańców, ale. Od lat drąży ją sprawa tajemniczej i brutalnej śmierci jej własnej nastoletniej siostry. Teoretycznie, sprawca został złapany i skazany, ale coś tutaj nie gra. Fiona rozpoczyna śledztwo po latach na własną rękę. I tak się składa, że tropy cofną ją do 1950 roku, gdy w okolicy miejsca zabójstwa, w prywatnej szkole dla niesfornych dziewcząt, cztery przyjaciółki będą walczyć z własnymi demonami, konfrontując się z duchem, który nawiedza korytarze i ziemie ich szkoły. Prawda i historia okażą się gorsze niż ich najgorsze wyobrażenia.

Czy straszy? Ta powieść jest przerażająca na dwóch, zupełnie odmiennych poziomach. Po pierwsze, klasyczny wymiar grozy. Obecność ducha na terenie szkoły, niewytłumaczalnej obecności, która wie więcej niż powinna, moderuje napięcie powieści i sprawia, że po kręgosłupie czytelnika płyną prawdziwe dreszcze. Ogołocony las, ogród, w którym słychać szepty, najgłębsze tajemnice wywleczone siłą na jaw. Duch jest silnikiem „Złamanych dusz”, jej mechanizmem napędowym, ale też kłopotliwą potwornością, przy której widać każdą najmniejszą słabość. Po drugie, przerażająca jest prawda, która wychodzi w czasie śledztwa. Prawda, która z nadprzyrodzonym ma niewiele wspólnego, niemniej – zbudziła coś pierwotnego. Podobnie jak w „Zaginionej dziewczynie”, tak i w „Złamanych duszach”, to żywy człowiek i jego bezwzględne zło są początkiem.

Jestem zachwycona książkami Simone St. James. To obecnie jedna z moich najulubieńszych współczesnych autorek powieści grozy. „Złamane dusze” mają nastrój tajemnicy, gotycką poświatę, okrutną tajemnicę i ten element, który złapie was za serce. Niejednokrotnie. Czytajcie.

„Pan lasu” Łukasz Orbitowski

Łukasz Orbitowski powrócił do horroru i znów udowodnił, że mógłby w tym gatunku tworzyć jednak ciut częściej. Pamiętam wrażenia związane z jego „Szczęśliwą ziemią”, która do dzisiaj pozostaje najulubieńszą powieścią autora. Czym jest natomiast „Pan lasu”? To jest pełnoprawna powieść i… gra paragrafowa w jednym. Wydawnictwo Muduku bryluje w temacie, a oddanie pałeczki Łukaszowi to był straszł w dziesiątkę. Owszem – to jest powieść, w której to my decydujemy o losach naszego bohatera i tylko od nas zależy, czy uda mu się przeżyć. Nadmienię, że to powieść nawiązująca do niesamowitej słowiańszczyzny, więc miłośnicy klimatów będą zachwyceni.

To jest historia Krystiana. Młodego mężczyzny po przejściach, który wraz z ojcem wyjeżdża na roboty do Puszczy Augustowskiej. Mają spędzić w kniei pół roku, remontując stary post-PRLowski dworek myśliwski. Jednak już od samego początku coś w wiosce i w przyległym do niej lesie mocno nie gra. A związane jest z czymś, co czczą mieszkańcy, a co budzi się pośród drzew.

Cel naszej lektury jest prosty: nie dajmy umrzeć Krystianowi! A to nie jest łatwe. Jak działa gra paragrafowa? Czytamy „Pana lasu” jak powieść, ale za każdym razem, gdy pojawia się wybór (drogi, zachowania, reakcji), to my decydujemy jak potoczy się dany wątek. I co spotka Krystiana. Krystian ma przeżyć. Tylko tyle i aż tyle.

Za pierwszym razem historia mojego Krystiana zakończyła się znienacka i zupełnie nieoczekiwanie. Jechał sobie na rowerku i nagle chaps, nie ma Krystianka. Koniec historii. Więc cofnęłam się i zaczęłam od nowa, by poznać inną wersję opowieści. Tym razem – Krystian przeżył. Chociaż nie wszystkim, którzy mu towarzyszyli się udało. Paragrafów powieści mamy 240, a możliwych zakończeń… 30. To oznacza, że los Krystiana może przeistaczać się, jak nam się podoba. I to jest genialne.

„Pan lasu” to do tej pory najlepsza gra paragrafowa, w jaką grałam. Mogę nie być obiektywna, bo uwielbiam twórczość Łukasza Orbitowskiego, a w wersji horrorowej jest moim zdaniem jedyna w swoim rodzaju. Przed wami słowiańska opowieść o małej społeczności, dziwnych rytuałach i starych demonach, które budzą się w lesie. Czego tu nie lubić?

„Płachytka” Anna Musiałowicz

Groza z motywem słowiańskim i trzymająca w napięciu historia klątwy. Anna Musiałowicz nie musi mnie przekonywać do swojego talentu. Ona go po prostu ma. Jest zdolna jak cholera. Potrafi poruszać i straszyć, ale subtelnie, baśniowo, tak, jakby kładła nas do snu, snując swoje niepokojące historie. Taki był baśniowy „Kuklany las”, taki był miejski i okrutny „Po zbutwiałych schodach”. I taka jest nawiązująca do słowiańszczyzny „Płachytka”.

Ewa wraz z rodziną przenosi się do miasta. To właśnie tam natyka się przypadkiem na swoją dawną bliską sąsiadkę, starszą już Marysię Skowronkową. Przed laty, Marysia była jedną z najbliższych dla Ewy osób, nic więc dziwnego, że wkrótce odnawiają znajomość. Ale coś jest nie tak. Mąż Marysi zaczyna widywać coś, co miało już być jedynie przeszłością. Zwiastuny śmierci, zwiastuny choroby. Płachytki. I zaczyna się walka o życie.

Płachytka. To nie brzmi zbyt strasznie, ale uwierzcie mi – straszne jest. Czy jest płachytka? To słowiański demon zwiastujący chorobę i śmierć. Przyjmuje postać rozwichrzonej dziewczyny o jasnych włosach i białej szacie, przypominającej z daleka prześcieradła, płachty na wietrze. Ale gdy przyjrzeć się jej z bliska… To zły omen choroby, niczym wirus, potworność jakaś.

Napięcie u Anny Musiałowicz budowane z cierpliwą nieustępliwością. Zbliża się nieuniknione. My to wiemy i nie pozostaje nam nic innego, jak patrzeć i czekać co z tego wyniknie. Niby nie przeraża, ale uczucie zaniepokojenia pozostaje na długo.

Bo warto czytać.

O.