„Serotonina” Michel Houellebecq – recenzja

Nikt tak jak on nie potrafi wbić szpili w najczulsze miejsce współczesnej dekadencji, nikt tak jak on nie potrafi celnie obnażyć bolączek współczesności. O kim mowa? O jednym z największych kontestatorów naszej rzeczywistości, kontynuatorze tradycji Markiza de Sade i jego krytyki rozumu instrumentalnego. Przed Wami Michel Houellebecq i jego „Serotonina”.

Serotonina to hormon szczęścia. Towar deficytowy. Usilnie poszukiwany. Brutalnie uzależniający. Chciałoby się wierzyć, że szczęście będzie trwało wiecznie, ale to nieprawda. Nie ma się co łudzić. Szczęście odejdzie, serotonina odpłynie i zostaną zamienniki – pigułki, tabletki, alkohol, narkotyki miękkie i cięższe dla zuchwałych. Szczęście, a z nim serotonina, we współczesnym świecie odchodzą w zapomnienie…

„Na Zachodzie nikt już nie będzie szczęśliwy, myślała, nikt i nigdy, przyszła pora, by uznać szczęście za jakiś starożytny majak, do szczęścia nie ma już po prostu warunków historycznych.”

Captorix uwalnia serotoninę. Wywołuje również mdłości, impotencję, utratę libido. To lek najnowszej generacji, od którego uzależnił się Florent-Claude Labrouste, urzędnik wyższego szczebla w średnim wieku, który ma wszystko, ale szybko orientuje się, że nie ma nic. Decyduje się wziąć oddech, rzucić swoje dotychczasowe życie w diabły, poszwendać się po Paryżu, wyjechać do starych znajomych. Próbuje odnaleźć dowód namacalnego szczęścia, którego nie znajdzie w magicznych tabletkach. Wokół niego prująca się w szwach Francja, krajobraz niekończącej się bitwy zwykłych ludzi. A w głowie wspomnienia, niespełnione marzenia, tyrady o świecie, który już nie istnieje, o ile w ogóle kiedykolwiek istniał.

„Większość ludzi nie umie korzystać z życia, które nie jest dla nich niczym swojskim, nigdy nie czują się w nim swobodnie, dlatego właśnie dążą do wielu rozmaitych, mniej lub bardziej ambitnych i wzniosłych celów, zazwyczaj zresztą ponoszą porażkę i dochodzą do wniosku, że trzeba było po prostu cieszyć się życiem, tyle że na ogół jest już za późno.”

przeł. Beata Geppert

Houellebecq odrzuca pogoń za szczęściem, bo szczęście niby jest, ale tak naprawdę wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Szczęście, jak te pigułki, które wspomagają wydzielanie serotoniny, uzależnia od siebie, a potem, gdy nadchodzi porażka, pozostawia swoisty niesmak. To tylko ułuda, nieprawda, chwila ulotna, której wcale nie było. A jednak…. Jest tu pewna nadzieja, jedna jedyna możliwa ścieżka dla zdegenerowanego człowieka – miłość. Stara, dobra, nudna do skrętu kiszek – miłość. I tak przez powieść Houellebecqa przewija się ta tęsknota za miłością, za samotnością we dwoje, za przetrwaniem u boku kogoś, kto jak my cierpi i wspiera nas w naszym wspólnym cierpieniu.

„Świat zewnętrzny był twardy, bezlitosny dla słabeuszy, prawie nigdy nie dotrzymywał obietnic, tak więc miłość była jedyną rzeczą, w którą ewentualnie można było jeszcze wierzyć.”

Jedni napiszą: to już było! Co ty, Houellebecq, powtarzasz się w nieskończoność! A ja napiszę, że dawno, dawno temu ktoś również powtarzał się w nieskończoność, też wbijał szpile w najczulsze miejsca swojej współczesności, też drażnił i mierził, rozdrapywał rany. Markiz de Sade, bo o nim mowa, w swoich dziełach (niesłusznie spłyconych do erotycznych czytadeł) celnie trafiał tam, gdzie bolało najbardziej i za to spędził większość swojego życia za kratami, skazany na samotność i pustkę. Takie obnażanie słabości nie podobało się wtedy i może nie podobać się dzisiaj, tym bardziej, gdy ofiarą Michela Houellebecqa i jego pióra pada Europa tu i teraz, ten charakterystyczny sposób myślenia, które powoli odchodzi w cień, przygnieciony zgniłym libertynizmem. Z pisarza z każdą kolejną książką wychodzi konserwatywna francuska dusza wyśmiewająca obłudę, dekadencję, świat na pokaz, który dokonuje swoistej implozji na naszych oczach. Wszystko widać tu jak na dłoni i nie jest to piękny widok. Dlatego w „Serotoninie” jest ostro, boleśnie, niby trochę ironicznie, ale pod tą nutką prześmiewczą witać, że płyną łzy. I… nawet tli się nadzieja!

Bo jak pokazuje Houellebecq, warto pamiętać, może naiwnie, że jest jeszcze coś, dla czego warto żyć – miłość, czyli jedyne, co jeszcze trzyma nas w ryzach, nie pozwala się rozpaść, nie pozwala się rozproszyć, chociaż:

„(…) nie da się ukryć, że koniec jest blisko, ale jeszcze nie całkiem, jeszcze nie nadszedł.”

O.

*Zapraszam na film!

Komentarze do: “„Serotonina” Michel Houellebecq – recenzja

  1. Kukułka napisał(a):

    Książka zarazem obrzydliwa, jak i zaskakująco dobra. Obnażająca pewne prawdy o współczesności w bardzo przerysowany sposób, mająca na celu przeładować nieco nasze mózgowe receptory, żeby obniżyć czujność i przemycić przestrogi, które nam Houellebecq podrzuca. Sądzę, że to jedna z tych książek, które docenią tylko nieliczni (bardzo nieliczni), ale docenią je z pewnością.

    • Olga Kowalska napisał(a):

      To prawda, że bywa obrzydliwa, ale warto ją docenić. Na szczęście Houellebecq przeszedł już do historii literatury i został szeroko doceniony – teraz tylko albo wzbudza podziw, albo obrzydzenie właśnie. 🙂

  2. Szymska napisał(a):

    „Serotoniny” jeszcze nie czytałam, ale mnie to czeka . Słyszałam, że to nie łatwa lektura, ale dobra dla kogoś kto widzi pęknięcia na fasadzie – siostra jest nią mocno nią poruszona .

    • Olga Kowalska napisał(a):

      To prawda – kontrowersyjna, często szokująca, ale warto pod powierzchnią perwersji odkryć jej głębię.

    • Olga Kowalska napisał(a):

      Mam nadzieję, że przypadnie do gustu – to Houllebecq, więc trzeba być przygotowanym. 🙂

Dodaj komentarz