„Miasto dziewcząt” Elizabeth Gilbert – recenzja PRZEDPREMIEROWA

Elizabeth Gilbert można kochać, albo nienawidzić. Co prawda większość czytelników kojarzy ją wyłącznie z autobiograficznej książki „Jedz, módl się, kochaj”, to mało osób zdaje sobie sprawę, że to jedna z najbardziej utalentowanych współczesnych amerykańskich pisarek, co udowodniła już nieraz i udowadnia po raz kolejny w najnowszej powieści „Miasto dziewcząt”.

Rok 1940. Europa płonie w ogniu przemocy, skąpana we krwi, zgnieciona w ruinach… To czas burzy i wojennej zawieruchy, czas roztańczonej śmierci. Aż trudno wyobrazić sobie ten rok w innych okolicznościach, w innym miejscu na świecie, na przykład w Nowym Jorku, gdzie wciąż jeszcze trwała gorączka lat 30., ludzie śmiali się, wirowali na ulicach Manhattanu, rozochoceni koktajlami, nieświadomi do końca tego, co dzieje się po drugiej stronie oceanu. Ten właśnie moment historii uchwyciła Elizabeth Gilbert – masowe amerykańskie szaleństwo przed wielkim, brutalnym ciosem.

„Lily Playhouse ani trochę nie przypominał żadnego z tych światów, które wcześniej zamieszkiwałam. To był film animowany o blaskach i cieniach teatrach rewiowego, o ciągłym chaosie i zabawie – o świecie pełnym dorosłych zachowujących się jak dzieci.”

Lato 1940 roku. Dziewiętnastoletnia Vivian Morris to dziewczyna z bogatego domu, z rodziny z koneksjami. Wymaga się od niej bezwzględnego posłuszeństwa, tradycyjnego wykształcenia w jednym z najlepszych uniwersytetów dla kobiet, a potem małżeństwa z ustaloną, zaaprobowaną dobrą partią. Ale Vivian jest inna. Nauka nie jest dla niej – ją interesują plotki z show biznesu i moda. Vivan ma prawdziwy talent i nawet przegniłą koronkę potrafi zamienić w cudo, które przyciągnie wzrok. Zdesperowani rodzice odsyłają ją do Nowego Jorku, do ciotki Peg, która od lat prowadzi podupadający teatr rewiowy na Manhattanie. Zaczyna się lato, którego Vivian nigdy nie zapomni, a które naznaczy jej życie na zawsze.

„W każdym razie jest taki moment w życiu, kiedy kobieta ma dość wiecznego wstydzenia się za siebie. A kiedy przestaje się wstydzić, może się stać tą osobą, którą jest naprawdę.”

Można tę opowieść odebrać jako opowiastkę o pewnym lecie, młodej, niedoświadczonej dziewczynie i życiu, które potrafiło zawsze dać w kość, bez względu na to, czy ktoś wygląda jak gwiazda filmowa i potrafi zdobywać serca wszystkich mężczyzn po kolei. Jednak można zajrzeć pod podszewkę „Miasta dziewcząt”, by tam odkryć opowieść o kobiecości zdominowanej i zdeptanej, która błyszczy i migocze tylko jeśli ktoś inny jej pozwoli, tylko jeśli mieści się w kanonie utartych zachowań. O wstydzie, który miażdży od środka i zapiera dech w piersi. Poniżeniu, które osadza się głęboko i pozostaje drzazgą na resztę życia, odbierając radości, przyciągając smutki i zawód. To także opowieść o wojnie, która atakuje znienacka, zostawia na sercu szramy i zmienia całe pokolenia, by nic nie było już takie jak przedtem.

przeł. Katarzyna Karłowska

„Miasto dziewcząt” to proza arcybłyskotliwa, rozkoszna, rubaszna, kobieca do granic możliwości, zaokrąglona, miękka, pachnąca, miejscami gładka jak jedwab… To kwintesencja dziewczyńskości sprzed lat wypełniona pudrem, mieniąca się cekinami, bąbelkująca szampanem. Ale też miejscami brutalnie melancholijna, skąpana w żałobie, poorana bliznami bolesnych doświadczeń. Elizabeth Gilbert ma prawdziwy talent do rysowania wyrazistych portretów przeszłości – pod jej piórem ożywa Manhattan, który odszedł już do historii. Nowy Jork małych rodzinnych sklepików, teatrzyków rewiowych, maleńkich kin, show girls, dramatycznych amantów, którzy porywają serca i kradną dziewictwo. To świat, który zniknął jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki – ot, zburzony, roztrzaskany w pył. Jedyne co pozostało to ludzie – w „Mieście dziewcząt” kobiety. Ich pamięć, ich żałoba, jaką noszą w sercu, ich siła i pragnienie, by ktoś usłyszał ich głos.

Warto na koniec dodać, że Elizabeth Gilbert napisała tę powieść w czasie najgłębszej żałoby, żegnając po ciężkiej chorobie swoją najbliższą przyjaciółkę, życiową partnerkę Rayyę Elias – ten smutek wyziera z „Miasta dziewcząt”, czuć go w każdym zdaniu, w każdym akapicie. Nadaje tej historii przejmującej głębi, na którą nie można pozostać obojętnym, a którą dostrzegą wszyscy miłośnicy prozy tej wyjątkowej autorki.

O.

*Za możliwość zrecenzowania powieści miesiąc przed premierą dziękuję z całego serca Domowi Wydawniczemu Rebis. <3

Komentarze do: “„Miasto dziewcząt” Elizabeth Gilbert – recenzja PRZEDPREMIEROWA

Dodaj komentarz