Bezsenne Środy: „Pieśń bogini Kali” Dan Simmons – recenzja PATRONACKA

Powieść mroczna. Powieść odrażająca. Powieść boleśnie przygnębiająca. Historia zderzenia dwóch kultur i przejmującej obcości w „Pieśni Bogini Kali” Dana Simmonsa.

NA ULICACH KALKUTY

Lata 70. XX wieku, inny czas, inny świat. Robert Luczak zostaje wysłannikiem amerykańskiego czasopisma literackiego i wbrew radom przyjaciół wyjeżdża do Kalkuty w Indiach, by tam uzyskać prawa do publikacji pewnego poematu. Poematu twórcy, który podobno zaginął przed laty, a teraz powraca w mrocznym triumfie. W podróży Robertowi towarzyszy żona i maleńka córeczka, ale rodzinny wyjazd wkrótce zamienia się w koszmar.

CZY STRASZY?

W tej powieści pada takie stwierdzenie – stwierdzenie o nieeuklidesowej rzeczywistości, o kulturowej obcości i świecie tak odmiennym, że aż odrażającym w swojej inności. Taka jest Kalkuta Dana Simmona, z taką Kalkutą zderzają się bohaterowie. To miasto przemocy, wszelkiego okropieństwa i okrucieństwa tak niezrozumiałego, że aż kosmicznego, czarnego, jak otchłań.

Kalkuta jawi się jako żywy organizm, jako ta olbrzymka szkaradna, która pod spódnicą skrywa jedynie ból i smród. Po ulicach ciągną się rzesze żebraków w łachmanach, dzieci, które nie są już dziećmi, krów spuszczonych z łańcucha… To świat jakby do góry nogami, w których nawet żywe mumie dotknięte trądem wstają z grobów. A nocą? To wrażenie potęguje się do nieskończoności, budzi gniew, a nawet niepohamowaną wściekłość. To miasto, którego nie sposób nienawidzić. Istota, która jest ucieleśnieniem zniszczenia. To właśnie ta Kali – wcielenie chaosu, wojny, żywiące się krwią żywych, z udręki czerpiącej rozkosz.

Straszy. Przeraża. Odraża. Taka jest powieść Simmonsa.

ODRAŻAJĄCA OBCOŚĆ

„Pieśń bogini Kali” to historia zderzenia dwóch światów – Zachodu i Wschodu, światów tak różnych, tak obcych, tak drastycznie skontrastowanych, że ich zderzenie może prowadzić jedynie do wielkiej tragedii. I do takiej tragedii prowadzi w powieści Simmonsa właśnie.

On drażni wszystkie zmysły czytelnika – czujemy smród ulic, krowiej uryny, wszechobecnych odpadków… Jest taka scena, w której bohater zanurza się w tym brudzie, by zorientować się, że jego własna skóra kurczy się i cofa z obrzydzenia. I my też się kurczymy podczas lektury. Również czujemy tę wilgoć duszącą, wiszącą, obłapiającą. Doświadczamy tego niedopasowania, którego doświadcza bohater. W tym niedopasowaniu właśnie, w tej obcości, w tej zmysłowej agresji dostrzegam grozę „Pieśni Bogini Kali. Jest w tej powieści coś hipnotyzującego, co nie pozwala jej odłożyć, ale też odpychającego, co każe wzdrygać się i odwracać wzrok. A jednocześnie też coś bardzo przygnębiającego, do bólu wręcz prawdziwego, tym bardziej, gdy akcja dobiega momentu kulminacyjnego. Takich Indii nikt nie reklamuje na prospektach. O takich Indiach nikt nie marzy. To koszmar zrodzony w umyśle pisarza, doskonała metafora uderzenia kulturowego, horror, dla którego warto zarwać niejedną noc.

Z zachwytem pożarłam „Pieśń Bogini Kali” i chociaż wiem, że nie do każdego trafi, to dla mnie jest najlepszą odsłoną grozy Simmonsa. Bez dwóch zdań.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę, słyszę Pieśń Bogini Kali.

O.

*Zapraszam na film i na KONKURS!

Leave a Reply