„Republika Świecidełek” Paweł Sajewicz – recenzja

Wmówili im, że mogą zostać kimkolwiek tylko chcą. Że droga nie będzie ciernista, a zaprowadzi ich prosto do gwiazd. Osiągną sukces, bo urodzili się panami życia. Wykształceni na wszystkich frontach, nie znają się w zasadzie na niczym konkretnym, ale po latach męczarni wymagają od rzeczywistości, by zrównała się z ich wygórowanymi marzeniami. Oni obalają autorytety, obalają mistrzów poprzednich epok, szukając jednorazowych guru, którzy poprowadzą ich za rękę na drodze do pewnego, obiecanego sukcesu. Gardzący „systemem”, „wyścigami szczurów”, ale pewni siebie aż do przesady, pędzą naprzód nie oglądając się za siebie, tylko na siebie, pieczołowicie karmiąc swój Weltschmerz, z którego są tak dumni. Roszczeniowi, pozbawieni świadomości tego, że życie stawia przed nimi pewne wymagania, że oczekuje od nas pewnych postaw. Wchodzą w skład Milenialsów, ale też Pokolenia PRL. Zawieszeni między pokoleniem X i Y. Generacja „płatków śniegu”.

To właśnie oni buntują się, spalają na panewce i ostatecznie ośmieszają w porażająco mocnej, do cna współczesnej polskiej powieści, debiucie Pawła Sajewicza – „Republika Świecidełek”.

Wszystko zaczyna się od aktu wandalizmu. Oto w Warszawie dochodzi do serii podpaleń, do których przyznaje się niejaki doktor Tomek Brzeźniak. Zniszczył czyjąś własność, a więc i czyjś czas, czyjeś godziny życia spędzone na pracy. Zdawałoby się, że to durny uczynek, przestępstwo, wobec którego nie można mieć sympatii. Aż tu nagle ktoś sympatię wobec niego znajduje, a wręcz doszukuje się w tym zniszczeniu mienia aktu rewolucyjnego. Wandalizm staje się czynem, który zainspiruje troje przypadkowych znajomych Tomka sprzed lat do zrewidowania swojego życia – Marka, Agnieszkę i Franka.

Choć zdawać by się mogło, że to taka zwykła opowieść o apatycznych ludziach zmęczonych nowoczesnością, to bohaterowie „Republiki świecidełek” istnieją przede wszystkim w odniesieniu do tematu rewolucji. Cała ich istota określona jest mianem trwania w status quo albo chęcią tego status quo zburzenia – ich droga zdaje się być drogą z tego pierwszego stanu do tego drugiego. Ale jak to zwykle bywa pośród osób niedoświadczonych autentycznym rewolucyjnym terrorem – czyli tym, czym każda rewolucja ostatecznie musi się stać, pożerając własne dzieci – ich wyobrażenie o rewolucji jest równie mętne jak ich wyobrażenie o życiu, czy o sobie samych.

„Tak jak w tej piosence: niedzielny poranek, wczesny świt i wszystkie zmarnowane lata o krok za nimi.”

Pogrążeni w neurotycznych obsesjach, głównie na punkcie własnej sytuacji, bohaterowie „Republiki świecidełek” idealnie wpisują się w ideologiczne rozdarcie pokoleń bez właściwości. Oto Agnieszka, bohaterka wobec której autor zdaje się mieć najwięcej sympatii, czyni ze swego finansowego i materialnego niepokoju istotę swojego jestestwa. Jest kochanką zatraconego w egoizmie mężczyzny, który zdradza z nią swoją umysłowo niepełnosprawną, wymagającą opieki i czułości żonę, jej najbliższą przyjaciółkę. Skupiona na zaznanej – czy postrzeganej – niesprawiedliwości, doprowadza wreszcie do zdarzeń, który wyniszczą jej bliskich.

Marek, jej partner, odczuwa potrzebę bycia kimś, a jednocześnie owe „kimś” definiuje w żałośnie stereotypowy sposób. Chciałby być Wielkim Pisarzem, na miarę takiego, o którym nauczać będą w szkołach. Łechce własne ego, pomimo tego, że nie ma wcale do powiedzenia nic wielkiego, nic co porwałoby serca i dusze innych ludzi, albo sprawiłoby, że w ich oczach zasłużyłby na ten tytuł. Swoje niepowodzenia na tej płaszczyźnie zaczyna powoli przekładać we frustrację, jednak ani razu przez myśl nie przychodzi mu, by wziąć za nie odpowiedzialność. Tam, gdzie życie wymaga od niego najmniejszej choćby porcji odwagi – w związku z żoną – polega.

Wreszcie Franek, ostatni z trójki głównych bohaterów, który zdaje się być pogodzony z własną sytuacją, pokonany idealista, którego wciągnęło korporacyjne życie, piękne wyobrażenie o sobie samym i spełnionym śnie o świetlanej przyszłości. Zorganizowany do bólu, rozplanowany na wszystkich frontach, gdzieś zatracił istotę samego siebie, teraz pozwala dokarmiać Agnieszce jej rewolucyjne zapędy, dając podłoże do porzucenia odpowiedzialności zarówno za bycie partnerką, matką, jak i integralną częścią dojrzałego społeczeństwa.

Być może tak właśnie wygląda spuścizna pokolenia kontestatorów rzeczywistości, które zapanowało w zachodniej Europie w 1968 roku. Być może to, co po nich zostało – po tym, gdy wrócili już do tak znienawidzonego przez nich systemu by pożyć normalnym, spokojnym życiem – to właśnie buntownicza potrzeba, która nie może dostarczyć dziś już nic poza prostackim podpaleniem czyjejś własności. Być może po głoszonych ideałach, zaszczepianych nam przez kulturę od dziesięcioleci, zostało dzisiaj już tylko skrzywienie odbioru rzeczywistości, które paraliżuje życie i pomaga w wyzbyciu się personalnej odpowiedzialności. Bunt przeciw wszystkim i wszystkiemu, co obarczyć możemy za własne nieszczęście.

Prześmiewcza opowieść o pseudorewolucyjnych ambicjach, które nijak mają się do rzeczywistości, a która pozostawia pogardę względem nieogarniętych bohaterów, czy może intensywna analiza współczesnych pokoleń, zawieszonych w świecie bez ideałów, które sami odrzucili? Czy autor widzi sens w działaniach swoich bohaterów? Czy odbiera ich pozytywnie? Jeśli tak, to pozostaje jedynie oddać pokłon za stworzenie dzieła, które poddaje się wdzięcznie różnorakiej interpretacji. Jak to powiedział Leszek Kołakowski: „Jak odmienny sens mogą mieć identycznie brzmiące twierdzenia, umieszczone w różnych doktrynach.”

Z pewnością „Republika Świecidełek” Pawła Sajewicza, pogrążona w wewnętrznym chaosie rozbitych myśli, pozostaje jedną z najciekawszych i najlepiej napisanych opowieści o polskiej współczesności, która pozostawia czytelnika w stanie nie lada konsternacji. Czy współczuć? Czy gardzić? A może szukać wspólnych ścieżek buntu? A może, po latach frustracji i niepokojów, wreszcie spojrzeć wstecz, wyrzucić zapałki i podążyć pewną ścieżką wyznaczoną przez Epikteta, Arystotelesa, bądź innych ponadczasowych mędrców, którzy swe pojęcie o świecie budowali na konkretnych fundamentach, nie na domkach z kart.

O.

*Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem Świat Książki.

**Zapraszam na filmik! 

3 thoughts on “„Republika Świecidełek” Paweł Sajewicz – recenzja

  1. Mudd pisze:

    Brzmi raczej jak coś, po co bym nie sięgał, ale twoja recenzja jest zachęcająca. Więc może jakoś tak przy okazji się sięgnie. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s