„Narzeczona księcia” William Goldman – recenzja

Skomplikowany wstęp, który zapowiada kolejny wstęp, potem wspomnienie wspomnienia i wreszcie opowieść w opowieści, wypełniona po same okładki nawiasami, dygresjami i wszelkimi rodzaju wstawkami, nie mówiąc o  przerysowanej do skrajności formie i podwójnej obecności autora, który sam autorem jest albo nie jest, bywa prawdziwy, a czasami fikcyjny. „Narzeczona księcia” to ten rodzaj powieści, który zyskał przydomek fenomenu, skrząc się swoją dziwnością, paradując wytrawnie swoją innością, zachwycając nietuzinkowością. W czasach, kiedy fantastykę traktowano śmiertelnie poważnie, zamykając skomplikowane społeczno-polityczne metafory za kolejnymi tomami niespiesznych opowieści o wędrówce i doniosłych wartościach, William Goldman zrobił coś całkowicie odwrotnego – rozbił gatunek na kawałki i poskładał na nowo, tworząc fascynujący patchwork, który na pierwszy rzut oka nie jest tym, czym mógłby się wydawać.

A jednak! Potencjał powieści rozrósł się z dnia na dzień tak, że „Narzeczona księcia” – pastisz romansów wszech czasów w konwencji fantasy – przeszedł do historii popkultury, przenikając do zbiorowej wyobraźni kolejnych pokoleń czytelników.

Niezdefiniowana epoka, gdzieś w okolicach renesansu, przed Europą, ale po wynalezieniu dżinsów. Buttercup to przeurocza, prawie prawie najśliczniejsza dziewczyna na świecie. Lekko niedomyta, humorzasta, ale z potencjałem na najpiękniejszą kobietę swojego stulecia. Westley to jej parobek. Wierny i nadprzeciętnie przystojny sługa, który stanie się miłością jej życia na zawsze i do końca. Ich uczucie poruszy tryby tego szalonego, nieskoordynowanego w czasie i przestrzeni wszechświata. I cóż, że on zginie z rąk piratów, cóż, że ona zostanie porwana w tajemniczych okolicznościach, cóż, że pojawią się przygody, perypetie, szczęścia i nieszczęścia, bo przed czytelnikiem rysuje się opowieść o najprawdziwszej, największej miłości, której nic nie pokona.

„Narzeczona księcia” William Goldman, przeł. Paulina Braiter

„Narzeczona księcia” to niby jest powieść przygodowa, niby jest powieść płaszcza i szpady, niby fantasy, ale to „niby” odgrywa tutaj najistotniejszą rolę, demaskując tak naprawdę wyrafinowany, dopracowany do perfekcji pastisz. Pastisz, który w tym przypadku jedynie naśladuje i łączy w sobie wyolbrzymione do skrajności cechy baśni, powieści awanturniczej, romansu i komedii. W tym miszmaszu i chaosie jest metoda, jest zamysł, który sprawia, że „Narzeczoną księcia” czyta się z narastającym zaskoczeniem, by na koniec stwierdzić, że nie czytało się jeszcze niczego tak odmiennego do tej pory. William Goldman parodiuje całe gatunki, wyśmiewa style i charakterystyki bohaterów, nie dając swojej fabule wytchnienia, ale upychając w niej wszystko, co w baśniowej przygodzie może się sprawdzić, może się przydać: Szermierka. Zapasy. Tortury. Trucizna. Prawdziwa miłość. Nienawiść. Zemsta. Olbrzymi. Myśliwi. Źli ludzie. Dobrzy ludzie. Najpiękniejsze damy. Węże. Pająki. Zwierz wszelkiego gatunki i pochodzenia. Ból. Śmierć. Śmiałkowie. Tchórze. Siłacze. Pościgi. Ucieczki, Kłamstwa. Prawda. Namiętność. Cuda. Gdyby na tym tylko poprzestał!

Warto sięgnąć po „Narzeczoną księcia” choćby tylko po to, by spróbować pojąć jej fenomen. Powieść uwielbiana niezmiennie od czterdziestu pięciu lat przez kolejne pokolenia czytelników, ciągle śmieszy, zachwyca, wzrusza i fascynuje. Goldman bawi się konwencją, odrzuca utarte ścieżki i tropy, by wykrzywić je groteskowo, by obrócić archetyp w perzynę. Pisarz swoim pastiszem rzuca nam wyzwanie, snuje wielopoziomowe dygresje, zmusza, by wytężyć wyobraźnię, iść o krok dalej, przeżywać głębiej. Do dzisiaj nikt nie wyszedł tak postmodernistycznie daleko, naciągając gatunkowe granice, wypaczając formę aż do bólu, skrzywiając pozornie niezakrzywialne. Goldman puszcza oko do wszystkich i do samego siebie – całość ocieka humorem, ironią swoich czasów, a jeśli spojrzymy na nią z perspektywy dzisiejszej wrażliwości, to na dokładkę ta prześmiewczość jest totalnie niepoprawna politycznie. To wszystko, a na dokładkę jeszcze doskonała, kultowa w historii kinematografii ekranizacja powieści sprawia, że „Narzeczona księcia” może stać się czyjąś NAJULUBIEŃSZĄ książką świata. Nawet jeśli jej nie przeczytał. Nie ma ku temu żadnych wątpliwości.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Jaguar. ❤

**Zapraszam na film! 

6 myśli w temacie “„Narzeczona księcia” William Goldman – recenzja

  1. Sen Migotki pisze:

    Ta książka faktycznie w Stanach to fenomen, nie ma chyba osoby która nie znałaby jej ekranizacji, a ponad połowa z oglądających zna też i książkę. Chyba trzeba będzie się przekonać co to i z czym to się je. 🙂

  2. Pireneusz pisze:

    Ciekawie brzmi ten tytuł. Nigdy nie widziałem filmu, ale widziałem chyba z niego klipy czy coś, bo dziwnym trafem go kojarzę.

  3. Martuś pisze:

    Jak mówisz, że aż tak postmodernistycznie wykręcona to może sama się przekonam. 🙂 Na pewno okładka za bardzo nie zachęcała, ale po twojej recenzji książka wydaje się ciekawsza. A filmu nie widziałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s