„Białe morze” Roy Jacobsen – recenzja

Z tej wyspy daleko na północnym morzu nie można uciec. Nawet jeśli jesteś młodą osamotnioną kobietą w samym sercu wojennej zawieruchy. Opowieść o samotności, która graniczy z szaleństwem w „Białym morzu”, kontynuacji „Niewidzialnych” Roya Jacobsena.

Dawno dawno temu, na wyspie Barrøy na dalekiej północy żyła sobie kilkuosobowa rodzina tata, mama, dziadek, ciotka i mała Ingrid, jedyne dziecko swoich rodziców. Wszyscy ci ludzie byli związani z wyspą, związani z morzem, które daje i odbiera, wedle własnego widzimisię. Byli prości, ale twardzi, nieustępliwi łowili ryby, hodowali zwierzęta, walczyli o przetrwanie. Ale tamten czas już przeminął. Teraz Ingrid została sama. Sama w wielkim rodzinnym domu. Sama pośród opustoszałych pokoi. Sama pośród wojennej zawieruchy, która nie omija Barrøy . Pewnego dnia kapryśne morze wyrzuca na brzeg mężczyznę…

„Bóg nie ma tak wielkiej miłości dla ludzi na wybrzeżu, jaką ma wobec tych w głębi lądu i w miastach. Na długie okresy całkiem o nich zapomina, a oni zapominają o nim…”

Cisza na Barrøy od zawsze wywoływała strach. Strach i niepokój. Dogłębny, egzystencjalny, dojmujący. W tej ciszy musi teraz odnaleźć się jakoś Ingrid. Ingrid, która od dziecka była uczona rzeczy praktycznych. W jej rodzinie nikt przecież nie rozmyślał o przeszłości, o historii, ale o tym jak przetrwać kolejny sezon, jak nie zagubić się pośród sztormów. W tej ciszy samotność młodej kobiety puchnie, pęcznieje, odbiera rozum, odbiera logiczne myślenie. W końcu Ingrid jest taka jak sama wyspa samotna, osobna, ale potrzebuje przynależności. Barrøy jest kropką pośród archipelagu, a archipelag Ingrid odszedł do historii. Roy Jacobsen udowodnił w „Niewidzialnych”, że potrafi uchwycić niewielkie, życiowe, niby zwyczajne momenty i sprawić, że stają się one niezwykłe. W „Białym Morzu” natomiast każda chwila jest jak wyrwana z kontekstu, wykorzeniona, osamotniona, tak jak sama Ingrid, która nie może połapać się w codzienności. Brakuje jej tych prostych powtarzanych czynności, brakuje rutyny, brakuje bliskich, dzięki którym powtarzalność miałaby jakiś sens.

przeł. Iwona Zimnicka

„Niewidzialni” jawili się jako prosta, melancholijna historia, do bólu życiowa, tragiczna i zabawna zarazem. „Dzieci z Bullerbyn” dla dorosłych zamknięte w słowach chwile niewielkiej rodzinnej społeczności. Natomiast „Białe Morze” to już zupełnie inna opowieść. Rozpaczliwa i dramatyczna, wypełniona kobiecą samotnością, niemal pierwotną w swojej tęsknocie za bliskością. Obserwujemy Ingrid w jej niespełnieniu, w próbach ubrania w słowa emocji, o których nigdy nie śmiała mówić, w jej niepojętym bólu. I w poszukiwaniu. Poszukiwaniu ciepła drugiego człowieka pośród lodowatych wichrów północy, bo:

„Życie mieszkańca wyspy to szukanie.”

Roy Jacobsen znów zachwyca. Inaczej. Mocniej. Zimniej.

O.

*Recenzja „Niewidzialnych” TUTAJ.

**Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

***Zapraszam na film i na KONKURS!

Komentarze do: “„Białe morze” Roy Jacobsen – recenzja

Dodaj komentarz