„Czerń Kruka” Ann Cleeves (Kwartet Szetlandzki #1) – recenzja

Jedna z najpopularniejszych serii kryminalnych powraca do polskich księgarni w nowym wydaniu – „Czerń Kruka” Ann Cleeves, powieść nagrodzona prestiżowym Złotym Sztyletem w 2006 roku rozpoczynająca serię Kwartet Szetlandzki.

Klątwa małych społeczności. Klątwa, która od lat przenika literaturę kryminalną, która kreuje stereotypy, rozbudowuje pieczołowicie budowaną mitologię. Bo mała społeczność to już literacki archetyp. To jeden z tych elementów współczesnej popkultury, na którym opierają się tysiące fabuł. Wszystkie niby inne, a jednocześnie podobne do siebie. Małe miasteczko, wioska na końcu świata, wyspa odizolowana na morzu – można wybierać, można przebierać. Ich mieszkańcy nie ufają obcym, stronią od kontaktu, na swój sposób unikają cywilizacji i postępu. Szczególnie jeśli chodzi o prawo i obyczaje. Oczywiście zdarzają się wyjątki, wykluczone dziwadła, i to oni zazwyczaj padają ofiarami nieludzkich zbrodni, kiedy ich otoczenie milczy jak zaklęte. W końcu mieszkańcy tych miejsc nie zdradzają swoich tajemnic obcym. Przynajmniej nie od razu.

To nie był udany początek roku dla mieszkańców Szetlandów. W mroźny styczniowy poranek Fran Hunter odkrywa ciało nastolatki z sąsiedztwa. Ktoś udusił dziewczynę i zostawił jej ciało na pastwę mrozu i bezlitosnych kruków. Podejrzenie pada na miejscowego odludka, osamotnionego Magnusa, który najpewniej jako ostatni widział dziewczynę. Jednak atmosfera zagęszcza się, kiedy rusza śledztwo i wychodzą na jaw skrywane długo tajemnice.

„Czerń Kruka” Ann Cleeves, przeł. Sławomir Kędzierski

Tym razem akcja opowieści rozgrywa się na Szetlandach, brytyjskich wyspach na Oceanie Atlantyckim, a dokładnie na Mainland w okolicach Lerwick. To zimne i nieprzystępne miejsce daleko na północ, ponad szkockim wybrzeżem, które kusi dzisiaj turystów swoim dzikim, nieujarzmionym urokiem. W powieści Ann Cleeves Szetlandy to wyspy takie jak wszystkie inne zdystansowane od stałego lądu miejsca. Wszyscy tu się znają, kojarzą po twarzach, pamiętają swoje historie. Czytelnik przenika ten świat z perspektywy obserwatora z zewnątrz, kogoś, kto na nowo staje się członkiem tej społeczności, a kto przypadkiem staje w centrum makabrycznych wydarzeń. Klasyczne, tradycyjne już dla kryminału rozwiązanie sprawdza się w tym gatunku niezmiennie i wciąga czytelnika w ciężką atmosferę zbrodniczej historii.

Komu wciąż mało opowieści o małych społecznościach, ich zbrodniach i trzymanych w sekrecie tajemnicach, ten w powieści Ann Cleeves odnajdzie się jak ryba w wodzie. „Czerń Kruka” co prawda nie ma nic nowego w gatunku do powiedzenia, jednak widać w piórze pisarki kunszt i rzemieślnicze wyrobienie, dzięki któremu umiejętnie snuje opowieść o morderstwie i ludziach, którzy obawiają się uzyskać odpowiedzi. W końcu znalezienie sprawcy oznacza naznaczenie kogoś z nich, kogoś bliskiego, kogoś, kogo znali od lat, może od urodzenia, kogoś, komu spoglądali bez strachu w oczy, a kto za ich pozornym błękitem ukrywał potworny, niepojęty mrok. Ot, klątwa małych społeczności. Wąż zjada własny ogon, uroboros tajemnic, a historia trwa dalej i przenosi się na inną wyspę, do innej wioski, z dala od ludzkich oczu. Do czasu.

Lodowata atmosfera Szetlandów połączona ze złowieszczym krakaniem kruków nie zawiedzie spragnionego zbrodni i tajemnicy czytelnika.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona. <3

**Zapraszam na film! 

Komentarze do: “„Czerń Kruka” Ann Cleeves (Kwartet Szetlandzki #1) – recenzja

  1. Ferdotito napisał(a):

    Ja właśnie zakańczam wakacje. Za dwa dni rodzinka musi być na miejscu (dzieciaki do szkoły itp.), koniec wakacjowania, to będę nadrabiać książki jakie recenzowałaś. 🙂 „Czerń …” poleci chyba na pierwszy ogień. 🙂

Dodaj komentarz