„Początki” Carl Frode Tiller – recenzja

Dotrzeć do sedna, do jądra ciemności, dogrzebać się do dziecięcych traum – bohater „Początków” Carla Frode Tillera na końcu swojej drogi czołga się w czasie, by móc odejść w spokoju.

Terje, mężczyzna w średnim wieku – ojciec, syn, mąż, specjalista od ochrony dzikiej przyrody oraz wpływu zmian klimatycznych na faunę i florę Norwegii. Ironiczny, pogubiony, bliski naturze, ale oddalony od ludzi, których nawet nie chce zrozumieć. Jego historia zaczyna się tak naprawdę od końca, gdy Terje leży, umiera i już zdaje sobie sprawę, że nie będzie nic więcej. Myślami powraca w przeszłość, skacze i meandruje w czasie, by dotrzeć do sedna swojego życia, do jądra samego siebie. Jak i kiedy to wszystko się zaczęło? Kiedy niewinne dziecko przekształciło się w karykaturę człowieka jakim jest Terje dzisiaj, na łożu śmierci?

przeł. Katarzyna Tunkiel

Ile w tej opowieści jest bólu, ile zamkniętej w bańkach rozpaczy, ile desperacji i smutku! Carl Frode Tiller wykreował postać nieznośną, bezlitosną, zdeformowaną… To niezrównoważony potwór uformowany z własnym traum, istota ludzka i nieludzka jednocześnie, ofiara swojej rodziny. Czytelnik otrzymuje dogłębny portret psychologiczny zniszczonej jednostki, a jego historia wypruwa z czytelnika flaki, rozrywa go na kawałki, dobija i niszczy. W „Początkach” wszystko jest proste i precyzyjne – celem jest prześledzić życie Terjego, być świadkiem bolesnych momentów i chwil ułożonych tak, by trafić w końcu do jądra ciemności, dogrzebać się do jego dziecięcych traum. Ale zanim tam trafimy, to musimy przetrwać sceny, od których aż chce się uciec, odwrócić wzrok, które trudno znieść nawet nam – czytelnikom tej powieści.

Proza Carla Frode Tillera jest precyzyjna i niemal przezroczysta – tnie i trafia dokładnie tam, gdzie powinna trafić. Całość jest surowa, wybielona, taka skandynawska aż do bólu, a jednocześnie w swoim emocjonalnym okrucieństwie miejscami niemal groteskowa. „Początki” to scenki rodzajowe, chwile i momenty uchwycone w bańki pamięci, miejscami przerysowane i wykrzywione, im bardziej ludzkie, im bardziej związane z naturą człowieka. I tylko, gdy mowa o przyrodzie – surowych i przejmujących przestrzeniach Norwegii – to koszmar nagle się rozwiewa, ból rozmywa się, rozprasza, zarówno w sercu głównego bohatera, jak samego czytelnika.

„Początki” to literatura piękna najwyższej próby, ale od tej powieści trzeba wziąć oddech, żeby ją opisać, żeby ją docenić, bo inaczej sami zadusimy się w tej atmosferze destrukcji i dysfunkcji. Mocny tytuł, dramat psychologiczny nie dla każdego, ale dla tych, którzy gotowi są podjąć pewien wysiłek, zarówno fizyczny, jak i emocjonalny.

Zawsze powtarzam, że sięgając po Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich nie można popełnić błędu, bo każdy z tytułów w tej serii jest znakomity, nawet jak serwuje nam taką przeprawę jak Carl Frode Tiller.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim. <3

**Zapraszam na film i na KONKURS!

Komentarz do: “„Początki” Carl Frode Tiller – recenzja

Dodaj komentarz