Bezsenne Środy: „Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wells (powrót!) – recenzja PATRONACKA

Na Wyspę Doktora Moreau wracam po latach, by odkryć lekturę jeszcze bardziej uniwersalną, jeszcze bardziej dręczącą duszę, ale przede wszystkim – współczesną aż do bólu. H.G. Wells zaklął w niej przyszłość w pigułce, naszą przyszłość. Rzeczywistość, w której badania laboratoryjne wciąż  gonią to, co niewidzialne, a kolejni naukowcy pokroju doktora Frankensteina czy Moreau przekraczają ustalone granice, bo pragną wykraść iskrę życia bogom. Wiwisekcje, potworne eksperymenty na żywej tkance, zabawy ciałem trawionym bólem… To wszystko już było, to wciąż jest i powraca jak fala za falą, a kolejne pokolenia badaczy oddają się marzeniom i idą naprzód, nawet o krok za daleko.

„Nie chodzić na czworakach, tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy ludźmi?
Nie chłeptać wody, tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy ludźmi?
Nie jeść ryb ni mięsa, tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy ludźmi?
Nie ostrzyć szponów, tak każe Prawo. Czyż nie jesteśmy ludźmi?
Nie ścigać innych ludzi, tak każe Prawo, Czyie jesteśmy ludżmi?”

Mit prometejski wydaje się być jedną z najbardziej fascynujących i intrygujących opowieści, zakotwiczonych w literaturze od niepamiętnych czasów. I nie ma co się wcale dziwić, że elementy tego mitu dostrzec można w różnych kulturach całego świata. Tak śmiały, tak bezczelny Prometeusz sprzeniewierzył się bogom, zbuntował przeciw prawom natury i wbrew wszystkiemu skradł ogień, by stworzyć własnego człowieka. Człowieka lepszego, silniejszego, którego korzenie sięgają gliniastej ziemi, a umysł słonecznych przestworzy. Piękna to była myśl. Bardzo odważna. I wygląda na to, że warta okrutnej kary, jaką wymierzono Prometeuszowi za tak przemyślaną zdradę i naruszenie porządku rzeczy. Bo stworzyć człowieka dosłownie z niczego, z gliny i łez to nie lada przedsięwzięcie. O wiele łatwiej byłoby eksperymentować z już gotowych, łatwo dostępnych części. Bawić się, odrywać i przyczepiać na nowo, a potem sprawdzać, czy działa. Czy już powstał człowiek, czy to jeszcze tylko materia lub inne ciało. Bo podobno można nawet zwierzę zamienić w coś na kształt ludzkiej istoty. Wymaga to sporo pracy, wielu lat poświęcenia i surowca. Przyda się także odludne miejsce, oddalone od reszty świata, która podziwiać będzie mogła dopiero końcowy efekt.

przeł. Krzysztof Sokołowski

Taką właśnie oddaloną od świata wyspą, na której szaleje genialny wizjoner, nowy Prometeusz ludzkości, jest Wyspa Doktora Moreau opisana przez H.G. Wellsa w opowieści z 1896 roku pod tym samym tytułem. Ta unikatowa historia jest zarówno tak uniwersalna i tak przez to nowoczesna w przesłaniu, że wciąż nie potrafię się nadziwić, że powstała pod koniec XIX wieku. I nagle przestaje zaskakiwać fakt, że co kilkanaście lat powstają nowe ekranizacje, które podstawiają postaci Moreau wciąż nowe możliwości działania, wraz z naukowym postępem i duchem czasu. Zakres działalności szalonego doktora rozwija się i rozszerza – od wiwisekcji, przez eugenikę, transfuzje i transplantacje aż po operowanie genami na poziomie komórkowym. A wszystko to oparte na jednym pomyśle i jednej idei, która potrafi zawładnąć umysłem tak wielu, od początku istnienia cywilizacji – stworzenia nowego, lepszego człowieka.

Opowieść rozpoczyna się na środku oceanu. Po katastrofie, jedyny ocalały rozbitek Edward Prendick, zostaje cudem uratowany przez przepływający tuż obok statek, na którym przebywa doktor Montgomery. Ten powraca na pewną nienazwaną wyspę, wioząc ze sobą dość nietypowy ładunek – dzikie zwierzęta w klatkach, świnie, króliki i rozszalałe psy. Towarzyszy mu służący o bardzo dziwnych rysach, które trudno Edwardowi rozpoznać, a jednak widzi w nich coś znajomego. Wspomnianą wyspę wszyscy omijają szerokim łukiem. Kapitan statku przeklina i zarzeka się, że już nigdy na nią nie przypłynie, tym samym odbierając jej mieszkańcom jedyną możliwość powrotu do cywilizacji.  Oficjalnie na owej wyspie przebywa tylko jedna osoba – Doktor Moreau, wybitny fizjolog z Londynu, który po ujawnieniu pewnej afery zmuszony był zniknąć na jakiś czas z życia publicznego. To było jedenaście lat temu.

Podobnie jak Wiktor Frankenstein, tak i doktor Moreau postanowił stać się bogiem na swój własny, prywatny użytek. Całe swoje życie poświęcił na liczne eksperymenty, coraz bardziej wyszukane badania nad ciałem i tkankami istot żywych, by w końcu, gdy jego poglądy stały się zbyt ekstremalne, a środki, które wykorzystywał dla wyników zbyt niemoralne nawet dla środowiska medycznego, postanowił odsunąć się od świata i odizolować, zamieszkując na małej wyspie, na środku oceanu. Tam zyskał możliwości, by puścić wodze swojej obłąkanej wyobraźni i założył własną placówkę badawczą. Metoda, którą obrał Moreau nie ma nic wspólnego z martwymi ciałami, kradzionymi tkankami, czy nadawaniu iskry życia poprzez energię elektryczną. Co to, to nie. Techniką, którą obrał doktor jest manipulacja na… żywych organizmach, czyli szeroko omawiana pod koniec XIX wieku wiwisekcja. Moreau przeprowadza szereg zabiegów, w odstępie kilku dni, modelując zwierzęce sylwetki, przekształcając ich połączenia mięśniowe i nerwowe, przetwarzając na podobieństwo ludzi. Wychodzą z tego niezwykłe hybrydy. Mutacje, gdzieś na pograniczu człowieka i zwierzęcia, nienależące do żadnej z grup.

Ale to nie metoda jest tutaj tak istotna, chociaż ma ona olbrzymie znaczenie w późniejszym procesie asymilacji Zwierzoludzi. Bowiem wiwisekcja, czyli manipulacja tkankami, odbywa się zupełnie bez znieczulenia. Istoty, które tworzy Moreau dosłownie rodzą się w olbrzymich bólach. Przechodzą cały proces ewolucyjny, wykręcony i zdegenerowany, w ciągu zaledwie kilku dni. A to tworzy w ich umysłach potrzebną doktorowi skazę, która pozwala nimi sprytnie rządzić podczas pobytu na wyspie. Każdy z jego tworów, jakkolwiek nie byłby wcześniej dziki i zezwierzęcony, teraz pozbawiony jest swoich naturalnych cech. Zwierzoludzie nie jedzą mięsa, nie polują, nie chodzą na czterech łapach, nie chłepczą wody ze strumieni, ani nie mogą obrócić się przeciw człowiekowi. Za złamanie któregokolwiek z praw grozi bardzo surowa kara, śmierć lub powrót do Domu Bólu, czyli budynku, w którym Doktor prowadzi swoje eksperymenty. Jego metoda oparta jest na wzbudzaniu irracjonalnego strachu i pobudzaniu receptorów bólu, co dość umiejętnie utrzymuje Zwierzoludzi w ryzach. Jednak jak to bywa z tego typu przedsięwzięciami, zabawą w boga i tworzeniem swojej nowej Księgi Rodzaju – coś zawsze musi pójść nie tak, ktoś podnosi bunt, a wizjonerska sielanka ginie w gruzach.

„Wyspa Doktora Moreau” H.G. Wellsa jest powieścią unikatową. Ma w sobie elementy literackiego geniuszu. Po części zapowiada przyszłość, wyprzedza to, do czego dążymy. Bo kto z nas nie słyszał o klonowaniu? Kto nie słyszał o eksperymentach na płodach tak zwierzęcych, jak i ludzkich? Kto z nas nie słyszał o makabrycznych odkryciach w niektórych laboratoriach? No właśnie. Im dalej nauka rozwija się i ewoluuje, tym więcej jest możliwości do zabawy z ciałem człowieka. Z ulepszaniem go, a nawet tworzeniem od zera. Od pierwszej komórki. Doktor Moreau jest symbolem, bohaterem kolejnej z opowieści ku przestrodze, które przestrzegają przed przekraczaniem granic. Bo przecież te granice wciąż istnieją. Prawa natury, nawet naciągnięte do niemożliwości, wciąż są stałe i niezmienne. Pewnych procesów po prostu nie da się przeskoczyć. Nie da się ominąć. Nieważne ile gróźb wyszepczemy do próbówki, ilu zwierzętom na żywca zedrzemy skórę, ile tajemnych mikstur wtłoczymy do naszych żył.

Mój DUŻY BUK.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo pośród nocy słyszę nieludzki krzyk rozpaczy i bólu.

O.

*Zapraszam na film i na KONKURS!

Leave a Reply