Bezsenne Środy: „Ręka mistrza” Stephen King

Kwietniową porą Wielcy Przedwieczni szepczą swoje zaklęcia, inspirują cudze sny, sieją chaos i płyną, by zwabić dusze na wieczne potępienie w „Ręce mistrza” Stephena Kinga.

W prozie H.P. Lovecrafta natchnienie odnalazło wielu współczesnych pisarzy grozy. Jego twórczość, tak jak jego Wielcy Przedwieczni, ciągle powraca, zsyła inspiracje i ogarnia umysł. Podsuwa wizje. Koszmarne widziadła. Opętuje szaleństwem. Kiedy ktoś już raz wpadnie w ten świat nicości, ciemności, wielkich macek w głębinach, ten wkrótce odkryje, że z trudem, jeśli w ogóle, jest w stanie się z nich wyplątać. Te głosy-niegłosy słyszy wszędzie, widzi wszędzie te kształty niekształtne, nieeuklidesowe kąty i cienie na ścianach. Taka jest moc Samotnika z Providence, taka jest moc Wielkich Przedwiecznych. W ich objęcia wpadł również Stephen King, jakże by inaczej, by snuć swoje dziwne opowieści, piękne, choć ogarnięte chaosem i kosmiczną nicością, jak „Ręka Mistrza”.

„Nie jest wykluczone, że są pozostałości tych wielkich sił i istot… pozostałości bardzo odległego okresu, kiedy… świadomość wyrażała się, być może, w kształtach i formach dawno już zanikłych, jeszcze przed zalewem rozwijającej się ludzkości… formach, o których tylko poezja i legenda zachowały przelotne wspomnienie, zwąc je bogami, potworami, mitycznymi istotami wszelkiego gatunku i rodzaju…”

Wendigo Algernon Blackwood

Pełen sukcesów właściciel firmy budowlanej Edgar Freemantle ulega ciężkiemu wypadkowi. Traci rękę, spędza miesiące w szpitalu i na rehabilitacji, by odkryć, że jego dotychczasowe życie runęło w gruzach. Za radą przyjaciół szuka wytchnienia, nowego miejsca, chwilowego przystanku i tak przenosi się na Duma Key, jedną z wysp u wybrzeży Florydy, należącą do sędziwej Elizabeth Eastlake. Tam ni stąd, ni zowąd odkrywa w sobie niezwykły talent malarski, który z czasem spędzonym na wyspie zamienia się w chorobliwą manię, nad którą czasami traci kontrolę, a nawet miewa przebłyski powrotu swojej nieistniejącej już ręki. Jego obrazy natomiast emanują niezwykłą, mroczną mocą. Okazuje się wkrótce, że nie on jeden odczuwał dziwny wpływ wyspy, a tragiczne losy rodziny Eastlake’ów wkrótce rozwiążą potworną zagadkę.

O ile oddech Wielkich Przedwiecznych – kosmicznych, prastarych istot wykreowanych przez Lovecrafta – przyczynia się do dziwnej, artystycznej aury na wyspie, to tylko jeden z nich tak naprawdę sieje tutaj spustoszenie. Statek, szlam, wodorosty, pozory i mała figurka, która dopiero z bliska okazuje się być czymś więcej niż tajemniczą kobietą w szkarłacie. Trzecie oko, charakterystyczny szpon, pełzający chaos wcielony o 999 maskach… To nikt inny jak Nyarlathotep, posłannik Zewnętrznych Bóstw, ten, który według prastarych przepowiedni ma przybyć i zgładzić ludzkość. Jest duszą, jest ciałem, jest głosem, który mówi w naszych językach, jest wszystkim i jest nikim. W końcu to z ludzkością najwięcej go łączy, fascynuje go od zawsze i w odróżnieniu od swoich przeklętych zwierzchników wysłanych w nicość kosmosu lub uśpionych na eony czasu, on przybiera człowieczą postać i kusi słabe, delikatne umysły. Opisywany jest w pismach jako potworny i piękny, okrutny i charyzmatyczny jednocześnie – czy to przypadek, że przybiera wysublimowane postacie faraonów, mężczyzn w czerni, wampirycznych istot, a tutaj zjawiskowej kobiety o przeszywającym spojrzeniu, królowej podziemia z naszej greckiej mitologii?

Intrygujące są te powiązania, które Stephen King poukrywał w „Ręce mistrza” niczym wielkanocne jajka dla miłośników mitologii Pustelnika z Providence. Ich nieznajomość nikomu nie zniszczy lektury – czego jestem żywym dowodem, jako że do „Ręki mistrza” powróciłam po latach po pierwszej pełnej zachwytów lekturze, tym razem uzbrojona w pieczołowicie zbieraną wiedzę – niemniej może nieco zaburzyć jej odbiór, wydać się nawet miejscami absurdalna, nieco na wyrost. A King umiejętnie buduje tutaj napięcie, skrawek po skrawku odmalowuje tajemnicę. Mitologiczny statek o dwóch obliczach, zaraza pełzająca po jego pokładzie, rozkład samej wyspy, która rozkwita i gnije jednocześnie jakby zamknięta w bańce śmierci… I bohaterowie, do których dotarł szept śniących. Ukryty w ocierających się muszlach, w morskiej bryzie, w duszącym smrodzie dżungli…

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo Wielcy Przedwieczni śnią swoje zwyrodniałe sny.

O.

*Zapraszam na film oraz na dyskusję w Wielkobukowym Klubie Książkowym!

Komentarze do: “Bezsenne Środy: „Ręka mistrza” Stephen King

  1. Ciacho napisał(a):

    Rewelacyjna recka. I powiem Ci, że mega mnie zaskoczyłaś, bo ja również lata temu czytałem „Rękę” i nie miałem pojęcia o inspiracji Lovecraftem i użyciem jego Wielkich Przedwiecznych w tej powieści. A mimo to jest to jedna z najlepszych książek od SK, którą czytało m się świetnie, więc będę miał przy drugim czytaniu – które na pewno będzie, bo wszystkie książki mistrza poczytam po 2 razy – niemalże identycznie jak Ty. 🙂

  2. Oposska napisał(a):

    Uwielbiam jak piszesz o Kingu. 🙂 Niby tyle o nim powiedziano, a zawsze coś fajnego i nowego z niego wyciągniesz. 🙂

    • Bombeletta napisał(a):

      Ooo! <3 Dziękuję! <3 Zajrzyj do Wielkobukowego Klubu Książkowego (link jest na panelu z boku bloga) – tam teraz powstała podgrupa fanów Kinga. 😀

  3. Piętaszek napisał(a):

    A widzisz, tego lovecraftowskiego ujęcia się w tym jakoś nie doczytałem samemu (fakt, że czytałem „Rękę” w stanie mocno schorowanym), ale teraz je widzę. Super recenzja!

Dodaj komentarz