„Dom Wschodzącego Słońca” Aleksandra Janusz-Kamińska – recenzja

Aleksandra Janusz-Kamińska powraca po latach do „Domu Wschodzącego Słońca”, od nowa zapraszając młodzież do swojego magicznego świata urban fantasy w serii „Miasto Magów”.

Światy fantastyczne ewoluują nieustannie, wciąż bez końca. Niby operują wokół podobnych schematów, niby zbudowane są z niezmiennych modułów i motywów fabularnych, a jednak poprzez ich ogromną popularność, twórcy zmuszeni są wciąż iść naprzód, przekraczać kolejne granice. To stwarza pewnego rodzaju dysonans pomiędzy tym, co dawniej a tym, co dzisiaj. Opowieści komplikują się, nabierają skrajnego rozmachu, a kolejne postacie ujawniają co rusz tyle wymiarów, że trudno za tym wszystkim nadążyć. Oczywiście w tym chaosie klasyka zawsze pozostaje niezmiennie doskonała, ale niestety nowsze tytuły, tytuły wznawiane, sprzed kilku lat po chwili przemijają z wiatrem i raczej nie mają już szansy trafić do szerszej publiczności.

„Znajdujemy się na linii frontu wiecznej wojny między ludzkością a drapieżnikami. Dziwisz się?”

W mieście Farewell niewidzialne granice między tym co magiczne a tym co normalne istnieją od ponad wieku. Kiedy pewnej nocy zbuntowana, walcząca z systemem Eunice odkrywa w sobie nieznane do tej pory moce z impetem wkracza nagle do świata, w którym nic nie jest pewne, baśniowe istoty tułają się po ulicach i polują na świeżą magiczną krew, a wielka wojna trwa, naruszając prawidła znanej rzeczywistości. Dziewczyna trafia do Domu Wschodzącego Słońca, by tam poznać innych magów i wraz z nimi stawić czoła nadchodzącej zagładzie.

Anna Janusz-Kamińska ma lekkie, przyjemne pióro, które powinno trafiać do młodego, spragnionego magii czytelnika. Pierwszy tom cyklu Miasta Magów od pierwszych stron obiecuje moc tajemnic, niebezpieczeństw i akcji, której poddadzą się uwikłani w odwieczny konflikt bohaterowie. Opisy działają na wyobraźnię, a wykorzystanie tak dobrze znanych motywów baśniowo-mitycznych jak wampiry, wilkołaki, magowie, demony czy smoki sprawia, że nikt nie powinien mieć trudności, by rozrysować przed oczami poszczególne sceny. Do tego miasto, amerykańskie, nieduże, ale mimo wszystko posiadające odpowiednią ilość zaułków, ciemnych uliczek i brudnych dzielnic, do których nawet za dnia nie zagląda światło. To wszystko tworzy spójny obraz nieskomplikowanego świata Farewell, budując obietnicę wielkiej magicznej miejskiej przygody.

Jeszcze kilka lat temu powieść Aleksandry Janusz-Kamińskiej miałaby szansę wyróżnić się na tle rodzimej literatury młodzieżowej, natomiast dzisiaj to kolejna opowieść podgatunku fantasy, zagubiona pośród wielu podobnych tytułów. Czytając „Dom wschodzącego słońca” można odnieść wrażenie, że to wszystko już było, a każdy motyw, każdy element został już przerobiony i przemielony setki razy w popkulturze w ostatnich latach. Stereotypowi bohaterowie, których odnaleźć można w każdej fabule opartej o schemat urban fantasy, ich znajome zachowania i motywacje, jakie nimi kierują. Nawet same charaktery, które przypominają czarno-białe, przerysowane postacie gier komputerowych sprzed kilku lat, dla których nie ma miejsca na odcienie szarości. Wokół nich magiczne istoty spętane w uścisku odwiecznej wojny światów, pędzące ku swojemu przeznaczeniu. Znamy dobrze ten schemat, nic się tu nie zmienia.

Komu przyjdzie jednak natrafić na ten tytuł, a nie zna jeszcze prawideł rządzących uniwersum współczesnej fantastyki – niech spróbuje, niech przekroczy próg „Domu wschodzącego słońca” i pozwoli ponieść się jego poczciwej magii. Kto jednak niejedną młodzieżową opowieść urban fantasy ma już za sobą, ten niestety może nie poczuć tej satysfakcji.

O.

*Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Uroboros.

**Zapraszam na film!

Komentarz do: “„Dom Wschodzącego Słońca” Aleksandra Janusz-Kamińska – recenzja

Dodaj komentarz: