Bezsenne Środy: „Zielona Mila” Stephen King – recenzja

"Zielona mila" Stephen King

Opowieść o sile najwyższego dobra skonfrontowanego z największym złem za kratami ostatniego z więziennych bloków – „Zielonej Mili” Stephena Kinga.

Zielona Mila to tzw. ostatnia mila w więzieniu Cold Mountain. To tutaj swoich ostatnich chwil dożywają więźniowie skazani na karę śmierci. To tutaj pracuje klawisz Paul Edgecombe, który po latach wspomina czas, gdy na jego blok trafił niejaki John Coffey – ogromny czarnoskóry mężczyzna o duszy anioła, skazany za brutalny gwałt i morderstwo dwóch małych dziewczynek. W tym samym czasie na karę śmierci skazany został William Wharton zwany Billy The Kid, obszarpaniec o duszy potwora, który niejedno ma na sumieniu. W ostatnich miesiącach ich życia mają miejsca wydarzenia, które na zawsze odmieniły Edgecombe’a.

Stephen King jak nikt inny potrafi łączyć opowieści obyczajowe z elementami niesamowitości, które umiejętnie wplata między snutą historię. W „Zielonej Mili” niby wszystko jest tak jak powinno być, życie skazańców i klawiszy toczy się utartym torem, aż do chwili, gdy pojawia się Coffey i Wharton. Delikatna równowaga, która zazwyczaj panuje na bloku – dobrzy ludzie pilnują ludzi złych – zostaje zachwiana i przez moment wydaje się nawet, że wszystko jest możliwe, wszystko może się wydarzyć. Ktoś odzyska utracone zdrowie, ktoś podaruje komuś życie, ktoś inny życie straci… Zielona Mila zdaje się być swoim własnym małym światem, w którym polaryzują dwa bieguny, wokół których kręcić będzie się rzeczywistość, bo to oni mają na nią największy wpływ. Poczucie, że dzieje się coś wyjątkowego towarzyszy już od pierwszych chwil, kiedy tylko Coffey pojawia się w zasięgu wzroku. Dalej jest już tylko odwieczna walka dobra ze złem, tym razem ujęta w nietuzinkowej, ostatecznej formie.

„Zielona Mila” powstawała oryginalnie jako powieść w odcinkach, a jak okazuje się po lekturze – do takiej formy Stephen King jest zwyczajnie stworzony. W jego dłuższych opowieściach (z kilkoma wyjątkami, które można policzyć na palcach jednej ręki) zawsze coś odstaje, czegoś jest za dużo, czegoś za mało, zakończenie potrafi rozłazić się w szwach, ale w przypadku „Zielonej Mili” wszystko jest dokładnie tak jak powinno być. King zapanował nad formą, ujarzmił swoją wyobraźnię i dzięki temu stworzył opowieść niemal idealną, w której każdy, nawet najmniejszy element jest na swoim miejscu. Dzieje bloku skazańców w Cold Mountain i starej Iskrówy, jak nazywają tam krzesło elektryczne, to wzruszająca do głębi opowieść o ludzkiej niegodziwości, o bezwzględności prawa, ale także o tym, że najwyższe dobro może przybierać najniezwyklejsze formy i nigdy nie wiadomo, czy nie musnęła nas jego potężna dłoń. To także opowieść o tym, co zawsze – o niekończącej się walce dobra ze złem.

Wspaniała i piękna lektura. To jeden z najlepszych „kingów”, po które mogą sięgnąć wszyscy, bo nie ma w tej powieści nic strasznego.

Dzisiaj nie zmrużę oka, bo słyszę ciche łkanie Johna Coffeya dobiegające zza ściany.

O.

*Wpadajcie na kanał!

Komentarze do: “Bezsenne Środy: „Zielona Mila” Stephen King – recenzja

  1. Nocny Marek napisał(a):

    Zielona Mila rewelacyjna. Szkoda, że nie ma już takiego Kinga… A swoją droga, to nie wiedziałem że powstała w odcinkach – albo mi z biegiem lat uciekło z głowy…

    • Bombeletta napisał(a):

      Szkoda… Pozostaje wierzyć ślepo, że może jeszcze kiedyś wróci, ale nie sądzę. 🙁

Dodaj komentarz